sobota, 21 czerwca 2014

Szetlandy 1

Chyba złożę zażalenie po powrocie do władz Szkocji. Jest mi bez przerwy gorąco. Nie po to jadę na północ, żeby znosić upały...

Najgorzej zawsze jest w samolocie. Zawsze ten sam zestaw: wrzeszczące dzieci, jakaś zagubiona pani, która leci po raz pierwszy i nie wie jak się zachować, jakiś geniusz, który korzysta z telefonu w trakcie lotu, i dwa nieodłączne typy Polaków: klaszczący przy lądowaniu i odpinający pasy kiedy tylko koła dotkną ziemi. Tym razem obyło się na szczęście bez tej jednej osoby, która już wyjmuje bagaż z luku mimo, że samolot nadal kołuje. Uciekać, uciekać od tych postaci!

Na lotnisku małe rozczarowanie: billboard THIS IS HOME został zastąpiony nowym, już nie tak rozczulającym. A cały terminal przechodzi intensywną przebudowę.

B. zachwyca się głosem kierowcy w autobusie ("audiobooki powinien czytać"), głębokim, ciepłym, z mocnym szkockim akcentem.

Po dojechaniu do miasta idziemy do wypożyczonego mieszkania. B. ma brata, brat kolegę, kolega mieszkanie, a my klucze do tego mieszkania, bo kolega akurat nieobecny. Idzie się ciężko, nie mnie co prawda, tylko B., bo na plecach ma cały nasz dobytek. Jest po 22.00, ale jeszcze zupełnie jasno. Miejsce znajdujemy bez trudu, chociaż nerwów trochę jest, bo nie znamy numeru mieszkania, powiedziano nam, że "no jak wejdziecie na drugie chyba piętro to to jakoś najbliżej", więc B. roztacza przede mną wizję nocy na komisariacie jak będziemy się próbowali dostać do nie tego lokalu....

Udaje się, ale radość trwa krótko, bo nie działa światło. Ani - moim zdaniem - woda, w wymacanym po ciemku kranie w łazience. Wymiana smsów. Poszukiwanie korków. Jest! Woda też. Uff.

Samo mieszkanie jest małe, ale ma urok, mimo, że jeszcze nie urządzone, nie zagospodarowane. Nowe łóżko z niepowleczoną pościelą. Otwarta kuchnia i wygodna kanapa na wprost od dużego okna. Pokoje jasne, wysokie. Zapełnione kartonami pełnymi rzeczy nowych najemców i ich znajomych, którzy jeszcze nie znaleźli lokum na nowy rok akademicki. Wśród tych tobołków i nasze śpiwory, które czekają w Szkocji od roku.

Wychodzimy. Szybkie zakupy w Sainsburry's: kupuję kanapkę z serem i pomidorem, wyzutą ze wszelkiego smaku, ale i moją ukochaną Orange-Orange Vitamin Water; B. oczywiście, Irn Bru; opychamy się też Baby Bellami, których w Polsce nie wiedzieć czemu nie kupujemy nigdy... Wracając wstępujemy do pubu. Od razu zastanawiamy się, dlaczego nie ma takich miejsc w Warszawie. Ściany pomalowane na kolor głębokiej czerwieni ozdobione są starymi reklamami Guinessa. Wisi dzwonek, który tuż przed pierwszą zawoła na ostatnią kolejkę. Zamawiamy Tennant's light z kija. Wsłuchujemy się w muzykę na żywo, chociaż nie możemy jak reszta gości włączyć się do wspólnego śpiewania, bo nie znamy słów. Na niemych ekranach Honduras gra z Ekwadorem (chyba), ale mimo, że padają jakieś bramki, nikt nie zwraca na mecz uwagi.

Za barem pani w koku, w wieku mocno średnim, i najprawdopodobniej właściciel, szpakowaty pan z blizną na prawym policzku, która trochę przekornie przypomina, że nie zawsze był statecznym posiadaczem własnego lokalu. B. mówi, że każdy jego siwy włos to jest jakaś bójka w tym pubie, wyrzucona kelnerka i zawalone dostawy. Pan jest bardzo miły, ale też zdecydowany i nieugięty, kiedy uściskiem dłoni i życzeniami dobrej nocy odprawia klienta, który chce zamówić kolejne piwo, a pić już nie powinien. Tamten nie dyskutuje. Wychodzi z pubu, zarzuca go na lewo. Po kilku minutach wraca i znów wychodzi, tym razem w prawo - moim zdaniem musiał wrócić, żeby wyprostować sobie azymut na dom.

Klientela składa się głównie z panów w wieku średnim starszym, obowiązkowo z brzydkimi tatuażami, za to w dużej liczbie. Twarze przyjazne, uśmiechnięte. Jeden z nich chwali nam się świeżutką dziarą na cześć szkockiego powstańca, takiego jak Bruce czy Wallace, którego nazwiska nie udaje nam się jednak wyłapać z szorstkiego, szkockiego akcentu. Szkocja, Szkocja, precz z Anglikami.

Wracamy koło północy i zmęczeni padamy na łóżko.

Budzik chyba dzwoni o 7.00, bo mnie B. budzi kwadrans później. Ustalamy, że ja zrobię śniadanie, a on przez ten czas się wykąpie. Nie ma go dłuższą chwilę, z łazienki nie dochodzi żaden dźwięk. W końcu wychodzi.
- Słuchaj, Ty umiesz włączyć ten prysznic?
- No chyba każdy umie.
- Ale tam nie ma nic co wyzwala tą wodę...
- Kurek odkręcasz.
- Tak? To chodź.
Idę. Kurka nie ma, jakieś dwa dziwne pokrętła, jedno z napisem low-medium-high, drugie hot-cold, ale napisanym na środku. I tyle. Kręcenie nimi zmienia dokładnie nic. Oglądamy każdy centymetr kwadratowy łazienki. Metodą eliminacji na powiązany z prysznicem typujemy sznurek zwisający z sufitu w drugim jej końcu.
- Jak pociągnę, to urwę... - mówi B. niepewnie.
Raz kozie śmierć. Ciągnę. Nie urywa się, ale woda w kabinie zaczyna lecieć. Dwa pokrętła i ich wpływ na temperaturę lecącej jak krew z nosa wody pozostają enigmą do końca, wychodzimy poparzeni wrzątkiem z jednej strony i odmrożeni z drugiej.

Częstujemy się herbatą. Jemy śniadanie na sofie (bajgle z hummusem, moje ulubione!) i rozkoszujemy się słońcem za oknem, ale nie długo, bo zaraz ucieknie nam autobus do Aberdeen.

Buchanan Station leży pod górę, więc zważywszy na rozmiary plecaka postanawiamy podjechać miejskim autobusem. Na przystanku spotykamy starszą panią.
-Ooooo, jedziecie na camping?
- Tak - uśmiechamy się szeroko.
- Ja też raz byłam na campingu.
- I podobało się pani?
- O nie. Modliłam się o deszcz i kiedy wreszcie zaczęło padać powiedziałam, że musimy zabrać dzieci do domu i wróciliśmy.

W autokarze bardzo chcemy zwiedzać, ale morzy nas sen. Uśmiechamy się tylko na widok wzgórz, owiec, zamków... Na samo Aberdeen też nie mamy dużo czasu, bo musimy się, że tak powiem, zaprowiantować na najbliższe dni. B. zostaje z plecakiem, a ja biegnę po butlę z gazem, jedzenie, klapki pod prysznic i dodatkową torbę na to wszystko. Torba za dwa funty pod ciężarem licznych konserw rozrywa się jeszcze przed wejściem na statek.

Kupuję wreszcie szkocką kartę i mam swój własny szkocki numer telefonu! :)

Aberdeen na początku robi na mnie złe wrażenie, ale później, kiedy docieram na Union Street myślę sobie, że zasługuje na więcej uwagi i że musimy kiedyś tam wrócić. Mijam urocze zakątki, place, przykościelne cmentarze. Sama główna ulica po horyzont udekorowana jest maleńkimi flagami wszystkich państw, rozciągniętymi na linkach nad przechodniami i samochodami.

Czas szybko mija i z całym majdanem idziemy na przystań. Wyglądamy jak rumuńska rodzina, która pogubiła dzieci, albo rosjanie za dawnych czasów jadący na stadion X-lecia. Pada pierwszy drobny deszcz.

Sprawnie wsiadamy na pokład. Znajdujemy nasze miejsca. Zdejmujemy ciężkie buty, ja siadam do bloga, a B. piątym zmysłem wywęsza telewizor z retransmisją kwalifikacji F1 na Red Bull Ring.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz