B. mówi, że Sycylijczycy to dzicy ludzie, którzy wyszli z lasu, natknęli się na jakieś ruiny i postanowili udawać cywilizację. I trochę tak jest - czasem niewiarygodne, że ta wyspa działa, żyje, zarabia...
Drugiego sierpnia Boeing 737-800 zabiera nas w wieczorny, niespełna trzygodzinny lot z Modlina do Trapani. Jest nas czworo: ja, B., jego młodszy brat Radek ze swoim przyjacielem Adamem.
Oczywiście, nic bez przygód. Bagaż za ciężki, trzeba się przepakować w popłochu; odlot opóźniony, stewardesa otwiera i zamykała drzwi, ktoś wszedł, ktoś wyszedł, nie wiadomo o co chodzi; miejsca mamy osobno, my z B. w jednym rzędzie, rozdzieleni jakąś parą i przejściem komunikujemy się na migi, aż w końcu po starcie tamci litują się i sami proponują przesiadkę. Przytuleni patrzymy na nich, zamawiają po 3 samolotowe butelki wina i oliwki. My dyskutujemy o stewardzie, B. mówi, że jest jak Herkules wyrzeźbiony w kamieniu, dla mnie wygląda jak opalony Johnny Bravo. Tradycyjnie drze się jakiś bachor, widać mój genialny postulat, żeby wozić toto z bagażem w luku jeszcze nie padł na żyzny grunt.
Mimo późnej pory w Trapani uderza nas upał. Odbieramy samochód, Peugeota 307, trochę podrapanego, trochę niedotankowanego, ale w sumie nówka sztuka, przebieg nieco ponad 6000 km. Jedziemy krętymi drogami przez ciemności i brudne miasteczka.
- Jak Jerozolima - komentują chłopcy.
Znajdujemy camping w Lido Valderice, recepcja zamknięta, więc rozbijamy się po prostu, ale rzecz jasna bez wbijania śledzi, bo zamiast trawy lita skała. Mnie para idzie uszami, bo namiot pożyczony Radkowi w zeszłym roku pierwszy raz rozwijamy, a tam trawa, brud i ogólny armaggedon. B. ratuje brata przed śmiercią w moich szponach, uspokaja, i niedługo już wszyscy siedzimy w pobliskiej knajpie nad morzem, chłopcy jedzą jeszcze, ja już tylko piję wino.
Koło pierwszej nad ranem wchodzimy na plażę, ale nie umiem namówić chłopaków na kąpiel, tylko Adam brodzi w wodzie po kolana.
Wracamy spać. Odkrywamy nowe, tak bardzo niepotrzebne nam w Szkocji funkcje namiotu: wywietrzniki w suficie. Dobrze też móc otworzyć go na przestrzał z obu stron. Nasz namiot jest fantastyczny! Chociaż przed upałem nic tu tak naprawdę nie chroni, trzebaby spać w beczce z lodem.
Budzę się wpół do dziewiątej i biegnę do morza. Ten kolor! Przejrzystość! Ta temperatura, orzeźwiająca, ale nie zimna! O tej porze ze mną na plaży jest tylko kilkanaście osób. Do wody wchodzi się po mało przyjemnych kamyczkach, ale zaraz zaczyna się cudowny, miękki piasek.
Mogłabym tak zostać na długie godziny, ale zaraz pora ruszać w drogę. Zaczynamy leniwy proces zwijania obozu. B. zostaje wysłany na polowanie na kawę, bo jak wiadomo bez kawy jestem wredną jędzą (tak, wiem, po kawie też, ale jednak marginalnie mniejszą...). Odwiedza nas kot po przejściach, trochę poraniony, torchę potargany, skarży się miaukliwie na swój los, łasi do Adama. Bierzemy zimne prysznice - trochę ze skąpstwa, bo ciepłe są na żetony, ale szybko okazuje się, że po pierwszej sekundzie szoku ta chłodna woda to najlepsze uczucie świata.
Młodzież składa swój namiot, ten z gatunku "rozkładasz jednym rzutem, ale weź to później złóż", więc mamy trochę zabawy, bo nasz zwinięty szybciutko już czeka w bagażniku. Na śniadanie idziemy do tej samej knajpeczki. Jem brioche, chłopcy tartę ze szpinakiem w cieście przypominającym greckie filo. Zamawiam Aperol Spritza, B. próbuje go ode mnie po raz pierwszy, i smakuje mu. Młodzież Aperolem gardzi.
ERICE - W CHMURACH
Źle nastawiamy nawigację i dojeżdżamy do nowej części miasta, z której dostać się można do Erice Antica kolejką linową. Cena dziewięciu euro za osobę wydaje nam się jednak przesadzona, i ruszamy w górę samochodem. Po serpentynach i nachyleniach takich, że o wrzuceniu dwójki można tylko marzyć, bo samochód zaczyna się dusić. No to ciągniemy na jedynce, z sercem w gardle czasami.
Temperatura jest niższa o 10 stopni, więc mamy znośne dwadzieścia pięć na plusie. Miasteczko spowijają szybko płynące, wilgotne chmury, a my jesteśmy w nich. Uczucie jest magiczne. Budynki pojawiają się i znikają, drepczemy po brukowanych uliczkach, na których żadna lalka na szpilkach w stroju barok disco nie ma szans przetrwania. W jednym ze sklepów próbuję pasztetu z tuńczyka i pomarańczy, i chociaż na początku mam taką minę, jak Wy teraz, to okazuje się on przepyszny. Na lunch mój ukochany zestaw: arancino i granita, czyli kulka ryżu z nadzieniem (rodzajów jest bez liku: mięso, szpinak, sery, warzywa duszone....), panierowana i smażona, oraz mus czy też sorbet z owoców i lodu.
Zjeżdżamy przez chmury i lasy. Mówię, że gdyby Twin Peaks mieli kręcić na Sycylii, to tylko tu.
- No tak.- mówi B.- Ale wtedy Bob musiałby się nazywać Giuseppe.
SEGESTA
Okazuje się, że za wejście do ruin tylko B. płaci pełną cenę. Młodzież wchodzi "na studenta", ja na kartę nauczycielską, możliwe, że wymsknęło mi się, że uczę historii, ja tak słabo po włosku... ;) Okazuje się później, że kłamstwo było zbędne, wszyscy nauczyciele wszędzie płacą za zniżkowy bilet.
Ruiny rozciągają się na dwóch wzgórzach. Do amfiteatru jest dalej, można podjechać busem, ale moje sknerstwo oprotestowuje wydatek kolejnych trzech euro (za nas dwoje) i mówię, że to tylko nieco ponad kilometr i trzeba iść, a nie się lenić.
No kilometr, kilometr. Przy czterdziestostopniowym upale, na patelni, pod górę. B. klnie w żywe kamienie, trzy razy chce zawrócić, grozi mi udarem, odwodnieniem i śmiercią z przegrzania. W końcu docieramy na miejsce. Amfiteatr jak amfiteatr, całkiem daje radę, ale głównie zachwycają nas widoki, na dalekie autostrady, wzgórza, plantacje.
Ponieważ czas nas goni, zaraz musimy schodzić i piąć się do greckiej świątyni na drugim zboczu.
- Przecież stąd ją widać też - marudzi Adam- Z bliska będzie taka sama, tylko większa...
W końcu jednak dochodzimy i tam, wielkie kolumny na tle błękitnego nieba robią wrażenie, zastanawiamy się też dokąd była zakopana i czy różne kolory kamienia odzwierciedlają ilość ekspozycji poszczególnych części budowli na słońce.
Przy parkingu mieszka psia rodzina, tata trzyma się z boku, widać męczy go potomstwo, dzieci dokazują jak opętane, i żebrzą u turystów o jedzenie. Dzieci włoskie głupie jak to dzieci, podtykają szczeniakom papier i plastik do gryzienia, więc B. piorunuje je wzrokiem. Psia mama chodzi wokół i dyscyplinuje towarzystwo jak zaczyna się zbyt duży pisk i zbyt mocno zęby są w robocie.
Nie mam już siły prowadzić do Corleone, więc w nawigacji ustawiamy trasę na camping. Ta nawigacja, pożyczona w przypływie geniuszu i w ostatniej chwili od Teścia odwożącego nas na lotnisko, ratuje nam tu życie mimo, że daleko jej do ideału i pcha nas namiętnie w uliczki kończące się cudzą kuchnią albo każe głosowo skręcać w lewo, wyświetlając na mapie skręt w prawo. O jej upodobaniu do uliczek szerokości Malucha, najlepiej o nachyleniu pod kątem ostrym nawet nie wspominam.
Lilibeo Village to camping drogi (ponad trzydzieści euro za naszą dwójkę!), ale za to ma WiFi. W dodatku działające, co na Sycylii jest rzadkością. Prowadzi go starsza para, pani z wąsem i pan o spojrzeniu szaleńca, ale bardzo starający się i w gruncie rzeczy uczynni. Pytają skąd wiemy o nich, jaki mamy przewodnik, i kserują sobie z niego pierwszą stronę, żeby napisać do autorów i poprosić o uwzględnienie ich w kolejnym wydaniu.
Z kolacją rozkładamy się na drewnianym stole, prosciutto, oliwki, pomidory, sery, bagietki i oczywiście wino, kupione za nieco ponad dwa euro za 1.5 l w lokalnym supermarkecie. Jak z podziemi wyrastają kocie dzieciaki, w tym jeden czarny przutulasek, który Adama nie opuści aż do świtu i będzie spał z nim w hamaku.
Rozmawiamy o typach osobowości w Kubusiu Puchatku i Smurfach antysemitach (wioska była czysta rasowo, a jedyny antagonista, Gargamel, miał żydowskie rysy). Idziemy pod ciepły prysznic, ale żeby nie było za dobrze, okazuje się, że Radek już zgubił wspólne mydło.
Noc wydaje nam się chłodniejsza, nie wiem, czy to rzeczywiście spadek temperatury, czy asymilacja do warunków panujących w tym piekle. O 4.20 budzi nas przeraźliwe pianie kogutów.
MARSALA
Dzień zaczynamy od wycieczki do Marsali, która poza promenadą nie ma niczego urzekającego, ma za to wytwórnię lokalnych win, więc nie może nas zabraknąć na degustacji. Uczymy się rozróżniać butelki FINE, jednoroczne, SUPERIORE- dwuletnie, SUPERIORE RESERVA- trzyletnie. Później są VIRGINE leżakujące pięć lat i VIRGINE RESERVA, minimum dziesięcioletnie, ale i starsze, oznaczone rocznikami. Wszystkie marsalskie wina są wzmacniane, albo spirytusem, albo jak to, które kupujemy - koniakiem, co nadaje im niepowtarzalny aromat.
Na lekkim rauszu ruszamy w okolice Selinunte i Marinelli; nie mamy siły zwiedzać, więc spędzamy trochę czasu na plaży. B. marudzi, że piasek gorący i twardy, ale pijemy zimne piwo, próbujemy czytać, co sprytniejsi siedząc w morzu. Kiedy w końcu pora jechać, marudzi Młodzież, że znowu gdzieś dalej nas gna.
A gna do Sciacci, potwornie nagrzanej słońcem, z zamkniętym wszystkim, co zamknąć można, bo siesta, bo wakacje, bo w ogóle do widzenia. Najjaśniejszym punktem programu jest kąpiel w fontannie, jak Anita Ekberg w La dolce vita, i cały czas zastanawiamy się, czy jesteśmy w odpowiedniej do zwiedzania części miasta. Chyba nie, bo dopiero przy porcie odkrywamy kilka zabytków, a koło katedry znajdujemy knajpkę z kuchnią fusion włosko-hiszpańską, i objadamy się papas bravas, paellą, krewetkami i kalmarami.
Znalezienie jedzenia, warto nadmienić, nie było łatwe, bo w każdej knajpie odbijaliśmy się od zamkniętych drzwi, jako, że zdaniem miejscowych 18 to nie pora na kolację jeszcze. Sytuacja powoduje rosnącą frustrację B., oraz potok obelg, najpierw pod adresem miasta, później wyspy, w końcu całego kraju.
Moje genialne spodnie alladynki z firanki, kupione za 30 zł na azjatyckim bazarze, przecierają się na wylot, i z taką dozą godności na jaką można sobie pozwolić z tyłkiem na wierzchu wracam do samochodu się przebrać.
Wjeżdżamy w interior, gdzie jakość dróg gwałtownie spada. Zauważamy też, że rzadkością są tabliczki podające odległość do kolejnych miejscowości. Mijamy kremowe domy z drewnianymi okiennicami, czerwoną ziemię z plantacjami oliwek, wiadukty zawieszone wysoko nad polami. Uczę się nowych reguł na drodze: pierwszeństwo ma ten, co szybciej jedzie, nikt nie patrzy czy ma wolny pas włączając się do ruchu, w razie wątpliwości - używać klaksonu.
Urzeka nas zachód słońca nad górami i przestrzenią, my z B. tutaj dopiero odnajdujemy to co kochamy, i tu z nutką nostalgii rozmawiamy o naszej ukochanej Szkocji. Z ostatnimi promieniami dojeżdżamy do Corleone. Na głównym placu odbywa się mecz w piłkę nożną. Siadamy w barze, gdzie mój wzrok przyciąga pan wzrostu siedzącego psa z zaawansowaną ciążą spożywczą, w koszulce SAVE ENERGY STAY SEATED. Mam ochotę tylko na kawę, ale chłopcy wychodzą z wielkimi lodami o smaku nutelli (których wielka kropla przy próbowaniu ląduje na mojej bluzce), więc sama też zamawiam lody, orzechowe, patrząc trochę z zainteresowaniem, a trochę z obrzydzeniem na sprzedawaną w lokalu pizzę z kiełbasą i frytkami (!) zapieczonymi pod mozarellą.
Wypite espresso doppio działa ewidentnie, ponieważ kiedy w egipskich ciemnościach zjeżdżamy serpentynami bezdroży, śpiewamy na całe gardło Foreigner "I wanna know what love is" w prawie idealnym unisono na cztery głosy. Ja przy okazji odkrywam, że Żabojady w Peugeocie zrobiły długie światła na odwrót, czyli trzeba nie odepchnąć, a przyciągnąć do siebie wajchę, żeby zadziałały. Trochę mi zajęło dojście do tego, ale i tak z tempomatem było gorzej, nigdy już miałam nie odkryć jak działa, co pod koniec kosztowało mnie spuchniętą kostkę i bolący kręgosłup, bo ile można trzymać stopę na gazie w jednej pozycji....
Camping na tę noc mamy obok Agrigento. Zmęczona, wysyłam mężczyzn na zwiad do recepcji, wracają opowiedzieć mi, że pan zażądał 45 euro, a pan myśląc, że ja się na to nie zgadzam krzyczy z budki, że może być czterdzieści. Zostajemy. Pan kręci się jeszcze koło nas, szpanując poznanym od turystów polskim ("sześć kochani", "Legia Warszawa" itp.).
Rozbijamy się pod dużą płachtą na miejscu dla przyczepy, niestety później okaże się, że niedaleko kurnika (patrz: koguty, blady świt; patrz także: jak zrobić procę). Nie unikniemy imprezy toczącej się nad basenem, głośniki rozkręcone są na całego, dzieją się animacje, dwie osoby mają urodziny, na szczęście my mamy wino, dużo wina, więc siadamy na leżakach. Muzyka jest zumbowa, więc mnie się twarz cieszy, Młodzież podryguje, tylko B. siedzi z miną sugerującą, że ktoś napluł mu w owsiankę.
Rano znowu próbujemy wyjechać wcześnie. Nie jest to proste, mnie nawet ciężko znaleźć prysznice damskie, te działające bez żetonów. W końcu znajduję jakieś, ale tak trochę na widoku i nie podzielone na kabiny, więc myję się po kawałku, połowicznie zdejmując i zachowując na sobie bieliznę. Nagle wchodzi obcy Murzyn. Wspinając się na wyżyny stylistyczno-gramatyczne po włosku pytam oburzona, czy nie wie, że to damskie prysznice.
- No - odpowiada z wyższością - Sono docie commune.
Wspólne. Jak wspólne, to gdzie cholera są damskie?! Zła i nie do końca wyprysznicowana wracam poskarżyć się B., i chcę jak najszybciej jechać.
A naszym celem są ruiny w Agrigento, gdzie nieludzki skwar nie pozwala nam nacieszyć się w pełni zabytkami. Kręcimy się chwilę w okolicach parkingu, ustalamy, że można podjechać taksówką na jeden koniec kompleksu i zwiedzić go pieszo, lądując z powrotem przy samochodzie. Oszczędza nam to dwóch kilometrów w pełnym słońcu, więc jedziemy. Na samej górze jest jeszcze przyjemnie, bo świątynie owiewa wiatr, otacza nas przestrzeń i jest czym oddychać. Dalej schodzi się w wąskie gardło i temperatura doskwiera co raz dotkliwiej. Chłopcy moczą, co mogą pod ujęciami wody: koszulki, spodnie, głowy, czapki.... Mnie namawiają na zmoczenie chustki, którą noszę na głowie. Uczucie orzeźwienia - bezcenne. Odkrycie godzinę później, że chustka farbuje i ma się zielone czoło - już nie.
Długo zajmuje nam obejrzenie wszystkich świątyń, cieszymy się znajdując Upadłego Ikara - dzieło polskiego rzeźbiarza Mitoraja, znajdujemy powalone kolosy w świątyni Zeusa i w końcu, ugotowani na twardo, kupujemy po granicie cytrynowej i z ulgą wsiadamy do klimatyzowanego auta.
ENNA
Za kilka lat raczej nie będziemy pamiętać kościoła z piękną podłogą z kafli (według chłopców z motywem swastyki) ani katedry z rewelacyjnym drewnianym sufitem. Ale widoki zapamiętamy na zawsze.
- Nawet gdybyśmy już stąd mieli wracać, to warto było na Sycylię przyjechać. - mówi B., urzeczony miastem na wzgórzu, widokiem na góry i równiny, i inne miasteczka na sąsiednich szczytach. Wspinamy się na skałę wapienną, i jest tam tak bosko, że Adam żartuje, że mógłby rozbić na niej namiot i zostać. Kiedy zapada wieczór i otwierają restauracje, siadamy w pizzerii Tiffany. B. zamawia pizzę, a reszta carbonarę, i ja uważam, że B. wygrał, bo jego danie jest rewelacyjne, a mnie w moim czegoś brakuje, chociaż pozostała dwójka jest nim zachwycona.
Nawigacja utrudnia nam wyjazd, jak może: prowadzi nas zaułkami szerokości szafy gdańskiej, pcha pod prąd w jednokierunkowe uliczki; jest tak wąsko, że w końcu z hukiem wjeżdżam na schodek przed czyimś domem (zapomniałam, że Peugeot ma niski dziób, jechałam jak swoim crossoverem...) a później niemal klinuję się w uliczce, która chyba - w ciemnościach słabo widać - kończy się schodami czy czyimś salonem. Ponieważ raczej nie wypada w ataku histerii porzucić samochodu na biegu z trzema mężczyznami w środku, z dużą determinacją cofam pod górkę, wykręcam i jadę po prostu na azymut, do dużej ulicy: po deptakach, przechodniach, pod prąd. Wszystko mi jedno, byle się wydostać.
Udaje się, nawet bez krwawych ofiar, a drogę jeszcze mamy długą, bo 130 km przed nami do kolejnego campingu, Almoetii, który zachwyci nas miękką ziemią i trawą- można porządnie rozstawić namiot! Będzie nam tu tak dobrze, że zostaniemy do końca objazdowej części.
Ponieważ wadą tego miejsca jest brak ujęcia wody pitnej, wsiadam w samochód mimo późnej pory i jedziemy w stronę pobliskiej plaży, gdzie poza mineralną kupujemy litr lokalnego wina, wlewanego nam do butelki po wodzie przez lejek z plastikowego baniaka. Oczywiście - wino przepyszne!
Pan na campingu pokazuje nam jak gdzie co jest, czasem stara się mówić po angielsku, ale głównie - jak wszyscy - mówi po włosku do chłopców, którzy nawet nie udają, że rozumieją, co pana w ogóle nie zraża.
- If open, lascia open - mówi pokazując na bramę, a ja tłumaczę, że mamy jej nie zamykać jeśli jest otwarta.
Za płotem w oddali słychać zumbę. Zaczynam opowiadać Adamowi o pracy i ze zdziwieniem stwierdzam, że stęskniłam się za moimi maluchami ze szkoły.
Rano z wielkim zaangażowaniem oddajemy się dolce far niente. W barze kupujemy słodkie bułki i kawę, młodzież zostaje tam na wino i internet, a ja nudzę się przyjemnie, leżąc na karimacie, czytając trochę, robiąc notatki do bloga, w końcu rysując po B. długopisem i wlewając mu nakrętką wodę do pępka. Kiedy ucieka on do samochodu (!), podobno nie przede mną, tylko w poszukiwaniu "wygodnego siedzenia", zapadam w drzemkę przerywaną tylko koniecznością uciekania co kwadrans przed przesuwającym się słońcem.
Trudno w tej sielance myśleć w ogóle o Polsce, polityce, dzisiejszym zaprzysiężeniu Dudy na prezydenta. Wydają się to być rzeczy z innego świata.
Budzę się głodna, i zarządzam wyjazd na plażę na jedzenie. Decydujemy się na menu turistico nad samym morzem, prosta pasta z pomidorami a na drugie befsztyk i frytki. I piwo, dużo zimnego piwa. Po obiedzie żeby dodatkowo się ochłodzić troje z nas wskakuje do morza, i możemy po raz pierwszy zobaczyć stamtąd szczyty Etny.
Wieczorem jedziemy do Taorminy. Wjeżdżam na górę po serpentynach i myślę sobie, że niczego już się za kółkiem nie boję (bo nie wiem, co mnie czeka za dwa dni...). Samochód zostaje na parkingu, z którego winda wiezie nas na 7. piętro, na miejski plac.
- Ale jak to tak- dziwi się Radek - Całe miasto jest na siódmym piętrze?
Mimo tłumów, widok z placu na Etnę i w dół na morze zachwyca. Wchodzimy do kilku kościołów, jeden z nich jest pierwszym, który na Sycylii spodobał się B. Przechodzimy cały deptak, chłopcy znajdują jakiś podobno fantastyczny sklep z płytami winylowymi, i B. marzy jakby to było móc tu wrócić z dwoma tysiącami euro na samą muzykę. Radek kupuje okulary. Zatrzymujemy się na kawę i deser, ekspedientka sprzedająca mi moje ukochane canolo - rurkę nadziewaną słodką ricottą - okazuje się być Polką. Zachwycamy się restauracyjkami rozstawionymi na schodach i w wąskich uliczkach, gdzie przy blasku świec i lampionów oraz akompaniamencie lepszych lub gorszych grajków, zakochane pary próbują znaleźć w tłumie trochę romantyzmu, pochylając się nad wspólną kolacją.
Kończymy wieczór tym samym winem, co poprzednio, znowu lanym do butelki po wodzie, i o północy idziemy spać, ponieważ nauczyliśmy się już, że jak zwiedzać, to bardzo rano albo późnym wieczorem, środek dnia to piekło i gehenna.
Śpi nam się wyjątkowo niewygodnie, a B. budzi się cały w mrówkach (mnie raczej ominęły- tak samo będzie w Palermo, gdzie B. przyjmie na siebie co noc wszystkie komary). Tym łatwiej jest wstać i zgodnie z planem o siódmej być w samochodzie, z Syrakuzami wpisanymi w nawigację.
Zawożę chłopców do strefy archeologicznej, którą ja już kiedyś zwiedzałam, więc nie odczuwam potrzeby powtórki. Umawiamy się, że odbiorę ich w południe, a sama próbuję dostać się do akwarium. W wyniku nieporozumienia na linii ja-nawigacja, ląduję jednak w centrum handlowym za miastem, i dochodzę do wniosku, że równie dobrze mogę zrobić zakupy. Wchodzę do Auchan, przy którym stoi McDonald. Nauczona, że każdy ich bar na świecie ma WiFi, kupuję (obrzydliwego zresztą) McMuffina tylko po to, żeby odkryć, że ten jeden McD's internetu nie ma. Lekko zdegustowana idę kupić lunch, naiwnie myśląc, że butelka wina o pojemności trzech litrów to będzie jakiś zapas. Płacę za nią 3 euro.
Po zakupach podejmuję następną próbę dostania się do miasta, na Ortygię, i wpadam w dziki korek. Przejeżdżam przez rondo, gdzie ewidentnie nie panują żadne zasady, nikt nie słyszał o przepisach, a dwoma pasami pcha się średnio po cztery samochody i skuter. Kiedy już prawie widzę parking, dostaję wiadomość od chłopców: skończyliśmy zwiedzać, skandal, burdel, nic nie opisane, nikt nic nie wie, ledwo wiadomo co oglądamy, zabierz nas.
O nie, nie wracam.
"Wsiądźcie w autobus, przyjedźcie na Ortygię."
Sama idę pod to nieszczęsne akwarium. Zamknięte oczywiście. Pan sprzedający rejsy łódką pociesza mnie, że raczej na pewno otworzą, może nawet niedługo, na przykład w południe. No to siadam w ocienionym patio i wyjmuję książkę. Przymila się do mnie kocie dziecko, ale zaraz porzuca mnie, kiedy pracownik szaletu wyjmuje kanapkę. Kocię biegnie do niego i głośnym miauczeniem domaga się swojej porcji. Dostaje ją, kawałek po kawałku, razem z rozczulającą porcją czułości.
Szybciej niż obsługa akwarium przychodzi sms od chłopaków, że dojechali. Umawiamy się pod katedrą. Jest absolutnie nieznośny skwar, taki, w którym spływa się potem od stóp do głów w ciągu kilku minut, i można tylko to zaakceptować i robić swoje. Kiedy dochodzę do katedry i siadam w cieniu kolumny, czuję odrobinę ulgi. Muzykant na akordeonie wygrywa po kilkanaście taktów może łącznie sześciu utworów, tym sposobem zanim pojawią się chłopcy usłyszę cały repertuar czterokrotnie (oczywiście temat muzyczny z filmu Ojciec Chrzestny też się załapał).
Kiedy jesteśmy już razem, okazuje się, że Młodzież nie ma życzenia zwiedzać, tylko jeść, więc tylko my we dwójkę z B. oglądamy Ortygię, piękne fasady, źródło Aretusa, mokrzy siadamy na zimne piwo w knajpeczce nad brzegiem, wreszcie trafiamy do cudem otwartego już akwarium, i za zdecydowanie przeszacowaną cenę czterech euro od osoby oglądamy kilka zapyziałych akwariów, w których często nic nie pływa, albo są bardzo przeciętne rybki. Jedyne wrażenie robi wielka murena, patrząca na nas szklistym, mętnym, niewidzącym okiem. Ewentualnie jeszcze kraby. Tym nie mniej wraca do nas jak bumerang temat założenia domowego akwarium.
Spotykamy się wszyscy w samochodzie i pokonując szosę pociętą długimi, nieoświetlonymi tunelami, dojeżdżamy do Lido di Avola na plażową siestę. Niepewnie siadamy na pustych leżakach pod parasolem, czekając na kogoś, kto przyjdzie zebrać haracz za korzystanie z nich. Nikt się nie pojawia, więc zjadamy lunch, baniak wina topnieje w oczach, atmosfera rozluźnia, i niedługo wszyscy oddajemy się ulubionym rozrywkom: czytaniu, pływaniu w morzu, drzemce....
Moja jest tak mocna, że kiedy koło osiemnastej B. próbuje mnie obudzić w dalszą drogę, zostaje potraktowany całym zestawem impertynencji i obelg, które zwykle są zarezerwowane na poranki, kiedy to jestem najgorszą osobą świata i zrobię oraz powiem absolutnie wszystko, byleby tylko dostać dodatkowe pięć minut snu.
W końcu obudzona, wiozę towarzystwo do Noto, a dokładnie do Noto Antica, bo wydaje mi się, że to będzie stare miasto, którego szukamy. Nie jest. Są to ruiny zniszczone trzęsieniem ziemi w 1693, ale i tak jest fajnie, wspinamy się po murach, Radek i Adam szaleją po najwyższych punktach i robią zapierające dech w piersiach zdjęcia. Zaglądamy do pobliskich kamieniołomów, ale w końcu przychodzi czas zjechać do właściwego miasta, bo ciemno się robi, a zwiedzenie wszystkich tych ruin to plan na dobre pół dnia.
Noto właściwe to sam urok. Już wiemy z B., że kiedyś (zimą!) przyjedziemy tu na parę dni powłóczyć się po tych cudownych uliczkach, pozachwycać rzeźbionymi fasadami, popodziwiać sycylijski barok. Siadamy na wielkich schodach przed katedrą. Mogłabym tam siedzieć godzinami. Patrzę na psy, jest ich mnóstwo: pudle, wyżły, labradory, wszystkie dzielnie i po swojemu zwiedzają Noto w towarzystwie właścicieli i nawiązują psie znajomości.
Nadal jest idiotycznie wręcz gorąco, więc siadamy w kawiarni, która wabi gości mgiełką wodną rozpylaną pod parasolami. Zamawiamy wodę, chłopcy niechcący latte freddo, czyli zimne mleko, mimo, że chodzi im o kawę. Kelner lekko obrażony tłumaczy, że przyniósł, co zamówili, więc skąd ich pretensje. W ramach kompromisu donosi każdemu po espresso, które mogą sobie wlać do rzeczonego mleka. Każą nam zapłacić od razu, widać wyglądamy na takich, co to wypiją i zwieją. Podłączamy się do WiFi, ja, Radek, Adam, a B. odwraca się od nas z wyższością twierdząc, że w telefon może się gapić zawsze, a na katedrę w Noto tylko teraz.
Siłą trzeba mnie z tego miasta wyciągać, ale droga daleka, więc nawet jak teraz wyjedziemy, będziemy po północy na campingu. Kiedy dojedziemy, wypróbuję podróbkę Aperola z Lidla, nazywa się Bitterol, kosztuje jedną trzecią, i okaże się, że w smaku różni niczym. Szczęśliwa!
Ostatni nasz stres dnia to mleko, które wyciekło w samochodzie - boimy się plam, zapachu, dodatkowych kosztów. Koniec końców nic złego się nie stanie, ale trochę nerwów nas nie omija.
Najważniejsze, że nauczyliśmy się, o co chodzi z tą siestą. Musi być i koniec, zwiedzanie tylko rano i wieczorem...
GOLE DELL' ALCÀNTARA
Dzień warto zacząć wycieczką do wąwozu, szczególnie, jeśli płynie przez niego rwąca, lodowata rzeka, a temperatura powietrza wokół nadaje się do pieczenia sufletów.
Trochę jest zamieszania, bo najpierw podjeżdżamy do wejścia przez muzeum i park geologiczny, które wcale nas nie interesują, więc wychodzimy, żeby dostać się do wąwozu dalej, publicznym i darmowym wejściem od ulicy. Opadają nas jeszcze parkingowi, głośno i stanowczo domagając się dobrowolnego datku na parking, płacimy więc i idziemy dalej, tylko po to, żeby odkryć, że darmowe wejście kosztuje jeden euro.... Schodzimy po wijących się stopniach, a jest ich przeszło dwieście, i już stoimy na kamienistym brzegu potoku, a nad nami ściany skał. Zrzucam buty i wchodzę do wody. Lodowata!!! Tracę czucie w stopach w ciągu kilku sekund, ale jakoś przechodzę na drugi brzeg, a potem jeszcze dalej, za zakręt strumienia. Adam chodzi i zachwyca się razem ze mną, Radek i B. podziwiają naturę z bezpiecznej odległości.
Kiedy wyjdę i założę buty, a krążenie wróci mi do stóp odkryję, że twarde kamienie boleśnie zmaltretowały mi stopy. Do Alcàntary trzeba przyjeżdżać z butami do wody!
Romantyczna nazwa, castagno dei cento cavalli, czyli kasztanowiec stu koni, przyciąga nas do prastarego drzewa, największego w Europie i jednego z najstarszych na świecie. Ma prawie 50m w obwodzie i liczy sobie trzy lub cztery tysiące lat. Otoczone płotem rośnie na stokach Etny, i skłania gości do refleksji nad trwaniem i przemijaniem.
ETNA
Po odpoczynku przy kawie, ruszamy na Etnę. Radek wyczytał rano w prognozie, że możemy się spodziewać 4 stopni Celsjusza, więc czujemy podekscytowanie nadchodzącym chłodem. W połowie drogi spadają na nas pierwsze krople deszczu i nie posiadamy się z radości!
Kiedy dojeżdżamy na parking, nie możemy uwierzyć w wysokość cen. Sam samochód zostawiony u stóp kolejki kosztuje 3.5 euro, wjazd wagonikiem już 30, a do tego, jeśli ktoś chce podjechać pod szczyt i zobaczyć z bliska kratery - kolejne 32! Zastanawiamy się z B., czy w ogóle nie odpuścić, bo to ruina dla naszego budżetu. Czy może ja zostanę, bo już byłam? Czy może wjedziemy tylko kolejką?
Na początek decydujemy się na to ostatnie rozwiązanie, wagonik nad księżycowym krajobrazem wiezie nas w chmury, pod nami czarna lawa, pojedyncze kwiaty, kamienie. Wagonik nie zbyt nowy, nie zbyt czysty, B. psioczy, że w tej cenie to życzyłby przejrzyste szyby chociaż. Na górze na schroniskowym tarasie my jemy lunch, a Młodzież od razu rusza na podbój szczytu.
Jest słonecznie, wietrznie, ciepło, ale nie upalnie. Po debatach i sporach dokupujemy drugą część wycieczki, wsiadamy do autobusu z napędem na cztery koła i mkniemy w górę. Kierowca jest czarny, i nie umiem się powstrzymać od rasistowskich żartów, np. że nie powinni zatrudniać ludzi, którzy się nie odcinają kolorystycznie od lawy, bo łatwo ich zgubić, albo że pan właśnie ćwiczy się w kamuflażu, żeby dostać się do SEALS lub Marines. B. gromi mnie wzrokiem, ale oczy mu się śmieją.
Przy kraterach oprowadza nas przewodnik. Pokazuje z daleka te nadal czynne, a z bliska te, które już tylko wypuszczają ciepłą (70st.) parę wodną z niedużych dziur w ziemi. Wpychamy w nie łapki, mamy dużo zabawy. Każdy wybuch zmienia geografię szczytu, widać, którędy płynęła lawa po każdym wybuchu, zastygły strumień wyraźnie odcina się odcieniem i fakturą od podłoża. Ostatnia eksplozja nastąpiła trzy miesiące temu, poprzednia w 2011. Zachwyca nas gama kolorów, te pasy brązów, szarości i czerwieni. Urzeka dymiący szczyt. Śmieszy słomkowy kapelusz, który prawdopodobnie porwał wiatr i porzucił na polu czarnej lawy. Jest chłodno i wietrznie, nasze klimaty, moglibyśmy zostać na dłużej, ale kiedyś w końcu trzeba zjechać. Adam i Radek, spotkani przy kraterach, oświadczają, że oni będą schodzić piechotą, ale nam ta trasa wydaje się zbyt monotonna i wolimy zjechać busem, a w wolnym czasie oddać się przyjemności obcowania z dobrą książką.
Kiedy czekamy w schronisku na chłopców, pogoda wyraźnie pogarsza się. Chmury robią się ciemniejsze, zaczyna kropić, później lać. W oddali słychać pomruk burzy. Prąd w kolejce linowej włącza się i wyłącza, wagoniki dyndają bezsilnie nad urwiskiem. Zaczynamy się niepokoić o Młodzież, źle ubraną na te warunki, ale przychodzą w końcu, mokrzy bo mokrzy, jednakże twardo trzymający się wersji, że "fajnie było".
Zaczynamy zjazd. Być w pudełku z pleksi, wysoko, bez prądu, w chmurach, kiedy biją pioruny, a pudełko się buja jak głupie - niezapomniane. Na parkingu jest nieźle, ale kiedy samochodem jedziemy w dół, mijamy krajobraz po bitwie: na środek szosy wyniesione są kamienie, gałęzie, trawy, igliwie, śmieci. Musiało być ostro. W końcu dojeżdżamy do miasteczka i ja z drżeniem serca patrzę, jak samochód przed nami pokonuje gigantyczną, Bóg raczy wiedzieć jak głęboką, kałużę. W końcu nie moje auto, ubezpieczone, jadę. Udaje się, mimo, że woda -mam wrażenie- sięga wysoko nad progi auta.
A to dopiero początek.
Im dalej jedziemy, tym mocniej pada. Nie ma już ulic, są rwące rzeki, z samochodami pospychanymi przez żywioł na pobocze, ze zderzakami rozrzuconymi po szosie, z częściami karoserii odpadającymi od mijanych pojazdów. Nie wiem, jakim cudem nas nie zalało. Jesteśmy zdziwieni, że na dole też pada, myśleliśmy, że na Etnie się skończy. Najmocniej zdziwiona jest Młodzież, która zostawiła otwarty namiot i swoim zwyczajem absolutnie wszystkie rzeczy kotłujące się przed nim. Jedziemy na camping ratować co się da. Nie ma tragedii, chłopcy chowają ciuchy, wylewają wodę z namiotu. My tylko zyskaliśmy, deszcz zmył ptasie odchody, które w ilości hurtowej odkryliśmy rano na tropiku namiotu.
Wzruszywszy ramionami i ogarnąwszy dobytek postanawiamy, że deszcz deszczem, ale jedziemy do Forza d'Agrò - małego miasteczka, które wsławiło się dzięki byciu tłem filmów Ojciec Chrzestny. Oczywiście, bez rezerwacji, o kawie w restauracji Il Padrino, z tarasem i widokiem na całą zatokę możemy ewentualnie pomarzyć, ale i tak miasto broni się samo: te kościoły, te ogrody, zaułki, plac z armatą, na którą można się wspiąć... Ach!
Na kolację - ostatnią w tym regionie - wracamy na naszą plażę, do tej knajpki, gdzie lokalne wino można dostać do butli po mineralnej. Dojeżdżając, chowamy irytującą nawigację w podłokietniku, bo trasa jest nam już znana. Wybuchamy śmiechem, kiedy z głebi wydobywa się komunikat: za 400 m osiągniesz cel. Ostatni głos z zaświatów. Jemy kalmary, spaghetti z małżami, pizzę. Na deser crema catalán, do tego dużo lokalnych piw. Jest bardzo miło, ale rano trzeba wcześnie zwinąć obóz i wyjechać, więc B. - moja ukochana personifikacja zdrowego rozsądku - goni nas spać.
Ja jeszcze siadam na murku porobić notatki do bloga, a nad głowami fruwają mi nietoperze.
Adam idąc spać mruczy:
- Jak rano będzie padało, popełnię sudoku.
Ale rano jest ładnie. Co prawda nie wszystkie rzeczy wyschły, ale pakujemy wszystko jak popadnie i pchamy do samochodu. Wysuszy się w Palermo. Ruszamy kilka minut po siódmej. W pierwszym miasteczku przed drzwiami siedzi już jakiś pan.
- Popatrz - mówi B. - Wstał wcześniej, żeby się dłużej opierdalać.
Jedziemy pustymi autostradami, Młodzież śpi z tyłu, ja zachwycam się krajobrazem. Zauważamy, że tak jak w Szkocji widzi się pełne spektrum zieleni, Sycylia pokazuje każdy odcień żółci. Jestem pełna podziwu dla licznych kolaży, których mijamy po drodze. W tym upale, w pełnym sprzęcie, pedałują wiele kilometrów, często pod górę albo po bezdrożach.
Czas mielibyśmy znakomity, gdyby nie objazd po Górach Madonie, oznaczony jakoś, ale nie za dokładnie, żeby - jak mówi B. - "nie było za bardzo jak u Niemca". W końcu przed dziesiątą na stacji pod Palermo jemy jakieś śniadanie. B. przepada wśród zabawek Ferrari, podziwiamy też świetnie wydane albumy, w tym np. taki, który składa się wyłącznie z pierwszych stron Corriere della Sera z iluśtam lat. Taka historia w pigułce.
W Palermo wpadamy w idiotyczny chaos uliczek, zakazów, nakazów. Po kilku naradach i wielu sporach parkujemy jakoś strasznie daleko od naszego wynajętego mieszkania, i drepczemy półtora kilometra z całym dobytkiem na plecach. Do apartamentu dochodzimy mokrzy, ale uśmiechnięty właściciel wita nas w drzwiach zimnymi napojami. Siadamy w przepięknym przedpokoju na dole, góra nie jest jeszcze sprzątnięta i gotowa, bo dopiero południe, więc po krótkim odpoczynku ja i B. ruszamy do samochodu, który trzeba oddać przed 14.00 na lotnisku.
Wyjazd z miasta to gehenna. Jeżdżę w kółko po rondzie, bo nie możemy się dogadać którym zjazdem mam jechać. Na autostradzie wpadamy w koszmarny korek, i zaczynamy się denerwować, czy zdążymy. Na szczęście wszyscy zjeżdżają pierwszym zjazdem na plażę, więc do lotniska dojeżdżamy czterdzieści minut przed czasem.
Żeby nie było zbyt różowo: w okolicy lotniska stacji benzynowej nie ma, a samochód, jak wiadomo, oddaje się zatankowany. Wklepujemy w nawigację najbliższą stację. Znajdujemy ją, wysiadamy, zaczynamy wygrzebywać kartę kredytową. Pół metra od nas stoi jakiś Hindus, bezczelnie się gapi i uśmiecha, więc pytam go w końcu o co mu chodzi. Ano o to, że tutaj tylko gotówką albo kartą tej stacji. Gotówki nam szkoda, jedziemy dalej.
Na drugiej stacji skończyło się paliwo do Diesla.
Na trzeciej, automat nie ma wejścia na kartę, chociaż ma znaczek, że "carta si". W desperacji wpychamy kartę w otwór dla banknotów, ale zostaje przeżuta i wypluta, na szczęście w całości.
Na czwartej okazuje się, że "carta si", ale włoska, bo polska to już "no"; dochodzimy do wniosku, że pas, zapłacimy gotówką, ale oczywiście to automat, więc reszty nie wyda, i trzeba rozmienić sto euro. Wchodzę do pobliskiego, cudem otwartego w niedzielę sklepu z hydrauliką i ładnie proszę o przysługę. Pan niepokoi się nieco czy mój banknot aby nie podrabiany, ale wymienia mi go na pięćdziesiątkę, dwie dwudziestki i dziesiątkę, tankujemy więc, starając się wcelować w 7/8 baku, bo tyle było jak odbieraliśmy auto.
Udaje się prawie, bo jest 6/8, ale zegar pokazuje 13:53, więc nie ma czasu na głupoty, i jak rasowa Włoszka, klnąc i trąbiąc pędzę na lotnisko.
Spóźniamy się tylko kilka minut, czym oczywiście nikt się nie przejmuje, trzy osoby z obsługi spychają nas jedno do drugiego, bo nikt nie ma ochoty wychodzić na czterdziestostopniowy upał sprawdzać samochodu. W końcu przegrywa jedna z pań, bez wielkiego zaangażowania obchodzi auto, sprawdza, czy nie ukradliśmy koła zapasowego i czy jest jakaś benzyna. Przyjmuje Peugeota bez zastrzeżeń i zwalnia nam z karty zablokowaną kwotę.
Idziemy szukać autobusu do miasta, oczywiście jeden właśnie nam uciekł, więc prawie pół godziny czekamy. Wysiadamy też źle, nie znamy jeszcze topografii miasta, i wydaje nam się, że od Politeamy będzie bliżej niż z Centralnego. Nie jest. Ale za to B. je swoje pierwsze arancino z mięsem, i jest to miłość od pierwszego kęsa.
Znajdujemy jakoś drogę do naszego palermiańskiego domu. Jest po prostu cudowny, nie tylko dlatego, że po tygodniu campingów czeka nas wygodne łóżko. Drugi tydzień urlopu zapowiada się szampańsko!