sobota, 12 stycznia 2019

Białowieża 31.10-4.11.2018




               
- Myślę, że napiszę bloga z Białowieży – powiedziałam do męża, kiedy w zapadającym zmroku nasz samochód połykał kolejne odcinki drogi prowadzącej do Hajnówki. Obydwoje byliśmy tak zmęczeni, że zmienialiśmy się za kierownicą próbując ustalić, kto ma większe szanse nie usnąć w trakcie prowadzenia auta. Miało to tę dobrą stronę, że przy każdej przesiadce wśród ochów i achów mogliśmy chwilę popatrzeć na niesamowicie rozgwieżdżone niebo.
                -O, cudownie. Dawno nikt mnie publicznie nie szkalował. – powiedział B. z przekąsem.
                W tym roku w lecie zrezygnowaliśmy z wakacji. A dokładnie: pozbawił nas ich pewien diabeł na czterech łapach, adoptowany ze schroniska jako pies, choć co to naprawdę jest za zwierzę pozostaje nadal kwestią dyskusyjną.  Po takiej wyrwie w życiu podróżno-zwiedzającym, nasz pierwszy długi weekend w tym roku szkolnym to było coś na co czekaliśmy z utęsknieniem, coś, do czego odliczaliśmy dni.
                Ja, ze względu na pracę w oświacie, nie mogę jak normalny człowiek zaplanować swojego urlopu. Planuje mi go minister za pomocą kalendarza zajęć dydaktycznych, i w zasadzie niemożliwym jest wyjazd w innym terminie. Dlatego zawsze śledzimy przebieg wszystkich wolnych dni na wiele miesięcy do przodu, i rezerwujemy coś, na co później czekamy.
                Tak też mniej więcej na przełomie lipca i sierpnia wpadliśmy na pomysł Białowieży. Szukałam dla nas niezależnego domku z kominkiem, bo taka opcja sprawdza nam się zawsze najlepiej. Znalazłam jeden bardzo fajny na Booking.com, ale szybko zorientowałam się, że serwis dolicza dużą opłatę za rezerwację, więc skontaktowałam się z właścicielem bezpośrednio. Zgodził się zarezerwować nam domek, przelaliśmy zaliczkę i zdjęliśmy sobie z głowy temat noclegu.
                Całe szczęście i ręka opatrzności, że wpadliśmy ze trzy tygodnie przed wyjazdem na pomysł, żeby przyjechać dzień wcześniej, i napisałam do właściciela, czy to możliwe. Zamiast odpisać, poprosił o numer telefonu, więc już wiedziałam, że coś nie jest w porządku.
                -Pani Sonju – powiedział głosem zbitego labradora – ja przepraszam… ja przyjąłem tą rezerwację, zaliczka doszła, ale no…. ludzki błąd… nie zdjąłem tego terminu z bookingu i teraz mam potwierdzonych drugich gości.  
                Taki był szczery, bez ściemniania, że dach się zawalił czy szczury zalęgły, że nawet się nie zdenerwowałam.
                -Ja tak pomyślałem, że może Państwo by skorzystali, ja mam znajomych, jednych w Białowieży, a drugich trochę dalej, w puszczy Knyszyńskiej, i oni też domki mają. Już dzwoniłem, wolne. Może ja przyślę linki?
                Puszczę Knyszyńską odrzuciłam bez wahania, bo tam już nas wcześniej zaniosło, ale drugi domek łaskawie zgodziłam się obejrzeć i skonsultować z małżonkiem.
                I prawdę mówiąc – wyszło super.  Ten domek niedoszły miał takie zalety, że zbudowany był w klasycznej kresowej  architekturze, a i wnętrze świeżo odnowione miał stylizowane. Leżał w środku absolutnie niczego, niedaleko puszczy. Ten, w którym w końcu spędziliśmy weekend, architekturą w niczym nie ustępował tamtemu, ale w środku był urządzony nowocześnie, prosto, i świeżo, widać, że niedawno przeszedł remont. Kiedy weszliśmy do środka, tlił się już rozpalony przez gospodarza na nasz przyjazd kominek, i szybciutko zrobiło się cieplutko jak w uchu. Mój mąż w kolejnych dniach tradycyjnie palił tak, że temperatura w środku nie spadała poniżej 25 stopni na pewno, a miejscami musiała przekraczać 30. Ale nie po to szukamy domku z kominkiem, żeby w nim nie palić, tak? To co, że tak ciepłego przełomu października i listopada nikt nie pamięta? Miał być ogień, romantycznie, książki – i jest.

                Właściciele są parą uroczych staruszków. Mieszkają po drugiej stronie ulicy w podobnym domku. Ich obecność w naszym jest niekłopotliwa, prawie niezauważalna, życzliwa. A to jak wyjdziemy to popiół z kominka uprzątną, a to drewna doniosą, a to śmieci wyrzucą. Poza tym prawie ich nie widujemy. Pan jest kustoszem w lokalnym muzeum, do którego gorąco nas zapraszał.
- Ale ja tam nie mogę… - jęknęłam – Tam są wypchane zwierzęta…
- Co? – wyszczerzył się pan – Zieloni?
- Nawet nie, ale ja się boję martwych zwierząt – przyznałam.
- Miałem dzieci takie ostatnio w muzeum. Pytają, co ten orzeł tam robi – na myśl o wypchanym drobiu zrobiło mi się zimno i gorąco zarazem – to ja mówię, że usiadł, i patrzy. Jak się napatrzy, to sobie poleci. Bo co ja miałem dzieciom powiedzieć? Że trocin mu nawpychali do środka?
                Pomyślałam, że może trzeba było, to może w końcu ukróciłby się ten proceder barbarzyński organizowania sal śmierci pod pozorem edukacji. Ale nie powiedziałam już nic.
                Pierwszej nocy, po nacieszeniu się czytaniem przy kominku, usnęliśmy jak kłody na bardzo, bardzo wiele godzin.

WIEŚ BIAŁOWIEŻA
                Zaletą podróżowania po Polsce późną jesienią jest zdecydowanie to, że nawet tak turystyczne miejscowości mamy zwykle prawie na wyłączny użytek. Pogoda była dla nas niesamowicie łaskawa, słoneczna, wietrzna, z kilkunastoma stopniami na plusie, co w naszej szerokości geograficznej o tej porze roku wcale nie jest oczywiste.
                Poszliśmy spacerem wzdłuż naszej ulicy, obejrzeliśmy z zewnątrz jak zwykle szczelnie zamkniętą cerkiew (co oni mają z tym zamykaniem? nigdzie praktycznie nie udaje nam się wejść do środka bez wydzwaniania proboszcza), poszliśmy dalej przez Park Pałacowy, tęsknie rzucając okiem w stronę drzwi do puszczy, której zwiedzanie zaplanowaliśmy na kolejny dzień.  B. zażyczył sobie zdjęcia pod obeliskiem z 1752 r., upamiętniającym polowanie Augusta III Sasa. Idąc dalej drogami wsi rzuciliśmy okiem na potężny hotel Żubrówka, przez dziurę w płocie obejrzeliśmy nieczynny skansen, zajrzeliśmy do każdej restauracji, śledząc menu i planując kolację.
                Z przysmaków lokalnych, w karcie występują dziczyzna i mięso z żubra, w postaci pierogów, steków, gulaszy; babka i kiszka ziemniaczane; a także solianka, według googla gęsta i pożywna zupa z dużą ilością mięsa i warzyw. W końcu usiedliśmy w restauracji Pokusa. Na przystawkę podzieliliśmy się smalcem, później każde z nas zjadło wyśmienity (naprawdę!) żurek, a na koniec ja zamówiłam babkę ziemniaczaną, a B. pielmieni z żubrem.
                Moje danie, zgodnie z moimi przewidywaniami, było pyszne. Bo ziemniaki zawsze są. Babkę robi się podobnie do placków, tylko zapieka się ją w keksówce i podaje ze śmietaną, albo – tak jak w tym przypadku – sosem grzybowym. B. nie miał tyle szczęścia.
- No – powiedział kończąc swoją porcję – To było centralnie niesmaczne.
Rzeczywiście, spróbowałam od niego kawałek i delikatnie mówiąc, nie zachwycił mnie. Mięso twarde, suche, i pachnące trochę jak mielony jeleń, którego je nasz pies-alergik.
                Na pocieszenie zjedliśmy jeszcze na spółkę lokalne ciasto, zrobione z cieniuteńkich warstw biszkoptu przekładanego śmietaną. Mnie smakowało, mąż oświadczył, że za mało słodkie.
                Największym naszym rozczarowaniem jest mała podaż kwasu do picia – wydawało nam się, że przy wschodniej granicy będzie go dużo. A tu guzik. Nie dość, że nie pochodzi z Białorusi, która jest za miedzą (pewnie dlatego, że kraj ten w przeciwieństwie do Litwy nie jest w Unii i import żywności jest przez to trudniejszy), to jeszcze w większości jest z koncentratu lub zawiera bardzo dużo chemii. Nie da się poszaleć.


                Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając autem okolicę, czyli podjeżdżając do granicy z Białorusią (przejście pieszo-rowerowe, którego nie mogliśmy przekroczyć, bo w końcu nie wzięliśmy paszportów) i odwiedzając polecaną przez wszystkich restaurację Carską w starym budynku dworca towarowego. Pomijając fakt, że ceny w karcie trochę jednak zabójcze (główne dania w okolicy stu złotych, a jedna z przystawek nawet dwieście dwadzieścia), to nic tam nie przyciągnęło mojej uwagi, nic w menu nie sprawiło, że ślinka napłynęła mi do ust. Na pewno to jedzenie jest bardzo wysokiej jakości, ale bez żalu pominęliśmy tę biesiadę. Z akcentów humorystycznych, przy jednym ze stolików siedziała para Rosjan, którzy mieszkają w Warszawie dwie klatki obok nas, i uśmiechali się do nas serdecznie. Ukłoniłam się,  mój mąż ich nie zauważył, a zagadnięty przeze mnie oświadczył, że żadnych Rosjan na naszym osiedlu nie zna, w życiu nie widział i nie wie o kogo mi chodzi.

PUSZCZA
                Na spacer do puszczy, do ścisłego rezerwatu, udajemy się z przewodniczką, panią Lucyną. Polecona nam przez przyjaciół, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Wie dużo, w Białowieży jest rozkochana, i nie unika naszych trudnych pytań.


                Wejście na teren chroniony samopas kosztuje 500 złotych od osoby, więc niewiele osób ryzykuje taką karę.
                - Skoro to idzie na puszczę, to niech tam – mówię z uśmiechem.
                -Niestety – śmieje się pani Lucyna – Te pieniądze znikają chyba gdzieś w jakimś szerszym gardle.
                Rozmawiamy i o samym lesie,  o tym jak sam reguluje procesy życia i śmierci, o fascynujących organizmach, które go zamieszkują. Białowieża może się poszczycić czterema tysiącami dwustoma gatunkami grzybów i czterystoma gatunkami porostów – a porost to taki papierek lakmusowy czystości powietrza. I rzeczywiście, czuć mikroklimat, oddycha się zupełnie inaczej.
                Nasza przewodniczka fascynuje się wszelkimi naroślami na pniach i ma na ich temat ogromną wiedzę. Z wypiekami na twarzy opowiada o śluzowcach, które – jak dowiódł niedawny eksperyment – mają pewną formę inteligencji. Otóż włożono je do labiryntu w punkcie A, a w punkcie B zostawiono dla nich pożywienie. Przedostały się więc do niego, ale nie pozwolono im się posilić: żyjątka przeniesiono z powrotem na początek labiryntu, jedzenie usunięto. I co się okazało? Wróciły na to miejsce, w którym zapamiętały, że leżał pokarm!
                Te historie wciągają tak bardzo, że nie czujemy w nogach kolejnych kilometrów, zachwyceni fakturami, kolorami, wybarwieniem hub, fioletem galaretnic na pniach. Nawet ja, nie szczególnie rozkochana w ptactwie, daję się wciągnąć w wypatrywanie dzięciołów i określanie ich rasy, i wysłuchuję z uwagą historii, jak w korę dębu wbijają szyszki, żeby je wysuszyć i łatwiej z nich ziarenka wydziobać. Słońce przebija się przez konary, a puszcza szemrze, zaprasza, wsysa.
                Pytam jak to jest, że żubr niby chroniony, a w każdej restauracji sprzedają.
                - Te w restauracji to z odstrzału sanitarnego. Jak złamią nogę, albo co tam – wyjaśnia Lucyna - Tyle, że tym pracownikom z parku to wierzę, a tym z rezerwatu to nie. Jakoś nie wydaje mi się, żeby tyle żubrów ciągle się łamało. Naciągają prawo. No ale turyści jedzą, niestety, szkoda, bo to jednak gatunek z czerwonej księgi jest.
                Poczułam jak w gardle stają mi pielmieni z poprzedniego wieczora. B. przyznał się później, że modlił się, żebym nie wyskoczyła z wyznaniem o wczorajszej kolacji.
                Dotknęliśmy także tematu słynnego kornika drukarza.
                - Kłamią. – ucięła Lucyna – Wywożą martwe drzewa, a kornik potrzebuje chorych, ale żywych. A takie drzewo upadłe to na kilkadziesiąt lat jest pożywienie dla wielu gatunków. Tutaj ludzie boją się ekologów, nie wierzą, że można żyć z turystyki. Lasy Państwowe nie dbają o przyrodę, tylko o las. Taki las, żeby go wyciąć później i sprzedać drzewo. A przecież lasów komercyjnych w Polsce mamy dość, a puszczę jedną jedyną. Po stronie białoruskiej cała puszcza jest rezerwatem ścisłym – dodaje tęsknym głosem.
                Opowiada, że ludzie boją się, że jak puszcza będzie chroniona, to nic nie będą mogli z niej wynieść, ani jagód, ani grzybów, i nie widzą, że to dziedzictwo nasze. Taka narodowa przywara. Pani Lucyna przyłapała kogoś w lesie jak śmieci wyrzuca. Zdjęcia zrobiła i do urzędu gminy poszła.
                -I co? – mówi – Gmina Narewka to w 65% puszcza, a nie mają nikogo od ochrony środowiska. Nie było z kim rozmawiać. Dobrze, że teraz wybory i nowego wójta mamy, to ja go już przycisnę.
                Kończymy spacer wychodząc na wielką, zalaną słońcem polanę i wystawiamy twarze do jesiennych promieni, nie mogąc nadziwić się, ileż szczęścia mamy w ten listopadowy dzień.
                Płacimy, żegnamy przewodniczkę i wjeżdżamy jeszcze na wieżę przy schronisku PTTK, żeby popodziwiać panoramę. A jak okiem sięgnąć – puszcza. Ponieważ na oglądanie Żubrów w dziczy trzeba by wstać o czwartej rano, zahaczamy o Rezerwat Pokazowy, w którym poza królem puszczy mieszkają jelenie, ryś, żubronie, dziki, koniki polskie, łosie. Tylko wilki się gdzieś przed nami schowały.
                - Szkoda, chciałam zobaczyć pieski – mówię smutno, na pocieszenie bujając się na wielkiej huśtawce na placu zabaw.
                Tyrolkę sobie tym razem odpuściłam, żeby nie robić przedstawienia.

HAJNÓWKA
                Hajnówka w mojej głowie funkcjonowała dotąd tylko jako tło powieści Katarzyny Bondy, i teraz na żywo troszkę mnie rozczarowała. Nie jest ani tak ponura, ani złowroga jak w Okularniku. Ot, miasteczko, jakich tysiące w Polsce.
                Na pierwszy ogień idzie bar Babushka, i znowu żurek, bo czym się rozgrzać po dziesięciokilometrowym spacerze. Niestety, temu z Pokusy do pięt nie dorasta. Ale co miał zrobić – rozgrzać i pokrzepić – zrobił, więc może i narzekać nie ma co.
                Jedziemy zatem do głównej cerkwi.
                - Dzięki Bogu, – mówi B. – nie tylko katolicy budują ohydne świątynie.

               Rzeczywiście, uroku w bryle z dziwacznymi wieżami ciężko się doszukać. Wchodzimy boczną furtką, podchodzimy do drzwi. Tak, oczywiście. Zamknięte. Ale na dole jakiś sklepik parafialny, a w nim pani dziarsko machająca miotłą. Idę, a równo ze mną podchodzi z drugiej strony śniada turystka nie mówiąca po polsku.
                Ten brak polskiego uniemożliwia jej skutecznie zapytanie, czy do środka można zajrzeć, więc włączam się i pomagam.
                - Można, ja otworzę – mówi pani – ale niech przewodnik kupi, tam wszystko pisze co i jak, bo tak nic nie zobaczy, nie zrozumie.
                Tłumaczę. Dziewczyna mówi, że za przewodnik dziękuje, ale że do środka chętnie wejdą.
                - A nie, tak to nie ma – obrusza się pani i zamaszyście wymiata śmieci z podłogi prosto na nasze buty.
                Tłumaczę dziewczynie, że jednak musi kupić. Pyta, czy jeden, bo ich jest pięcioro, i dowiaduje się, że jeden, więc macha ręką i płaci dziesięć złotych. Pani czujnie przenosi wzrok na nas.
                - A tu? Co kupią?
                Widzę, jak B. zaczyna niebezpiecznie drgać żyłka na skroni, a jabłko Adama mało go nie udusi. Źle chłopak znosi szantażowanie.
                - Może kupi obrazek świętych? Nasi tacy sami jak wasi.
Oszczędzam jej informacji, że „nasi” to nie istnieją, bo my jesteśmy niewierzący. Próbuję się wykręcić, że mojej patronki i tak z pewnością nie ma.
                - Jak się nazywa?
                - Sonja.
                - No jak nie ma, co nie ma, z XII wieku imię. Zaraz, zaraz… gdzieś była, Zofia.
                - Zofia proszę pani – mówię chłodno – to moja babcia była, a ja jestem Sonja.
                - No przecież to wszystko jedno. Nie chce, to anioła stróża kupi, on dla wszystkich się nadaje.
                Płacę cztery złote obawiając się, że mąż, jeśli ta scena potrwa jeszcze choć minutę, padnie na posadzkę rażony apopleksją, albo w pomroczności jasnej babę ukatrupi.              
                Idziemy do cerkwi. Pani jak z karabinu wyrzuca z siebie:
-Tam chór jest, ładny bardzo, do nas chóry z całego świata zjeżdżają na festiwal. Ołtarzy jest siedem, jak siedem sakramentów, sześć w środku, jeden na zewnątrz. Ten ikonostas to cały ceramiczny, jeden z trzech na świecie, drugi w Białowieży. – gdzie trzeci nie mówi, widać, jak nie u nich, to już wszystko jedno gdzie. – Tam ksiądz stoi, tu my jak jest nabożeństwo. Msza dwie godziny trwa, jak ze ślubem, to nawet trzy prawie, a młodzi stoją. Długo nasza i wasza religia się tak samo rozwijały, ale później tu, na tych ziemiach się Cyryl i Metody pojawili, no i teraz u nas cyrylica, i te stare obrzędy. No, to będziemy wychodzić.
                Jedna z dziewczyn z tej piątki, co z nami wchodziła, okazuje się rozumie po polsku, więc pyta, czy mogłaby jeszcze przetłumaczyć reszcie co pani powiedziała.
                - No nie, nie bardzo. Zresztą mają tam w przewodniku, to sobie mogą przeczytać jak wyjdą.
                Oszołomieni tą bezczelnością wszyscy dajemy się wypędzić. B. rzuca jakąś kąśliwą uwagę, ale nie pada ona na podatny grunt.  Ja postanawiam w wolnej chwili napisać do władz cerkwi jak godnie pani ich reprezentuje…
                Podjeżdżamy samochodem do XIX-wiecznej Krynoczki, cerkwi z uzdrawiającym źródełkiem. Podziwiać ją można tylko zza ogrodzenia, ponieważ leży na terenie wojskowym i otwierana dla ludzi jest tylko kilka razy w roku na kościelne święta. Chyba, że – jak sugeruje przywieziony przez nas przewodnik Polska na weekend – ktoś jest odważny i szybko biega. Nie ryzykujemy.
                Dojazd do i z Krynoczki też nie jest pozbawiony przygód, bo jakieś przebudowy, no i bliskość święta zmarłych, więc większość dróg ma pozmienianą organizację ruchu, o czym nawigacja nie wie. Przy okazji zwiedzamy osiedle pod lasem, i cudem jakimś udaje nam się w końcu wrócić do tak zwanego centrum. Wyjeżdżamy prosto na kolejną cerkiew, o dziwo otwartą, bo w środku trwa pogrzeb. Pech chciał, że trumna jest otwarta, a wszyscy wchodzący po kolei podchodzą i całują nieboszczyka. Rozglądamy się więc pospiesznie i czmychamy, zanim ktoś nadgorliwy popchnie nas w kierunku trumny… Zaglądamy jeszcze na cmentarz nacieszyć oczy widokiem setek zniczy, który to widok zwykle ze względu na wyjazdy nas omija.


                Kończymy dzień zakupami, w tym wizytą w sklepie z kresowymi przysmakami, gdzie pani namawia nas na chrupki, smażony chlebek z czosnkiem. Podobno przekąska wyśmienita do piwa. Nie wiemy, bo nie udało nam się go do domu dowieźć, pożarliśmy w pięć minut w samochodzie.

ŻEBRA ŻUBRA
                Pod tą oryginalną nazwą kryje się ścieżka edukacyjna biegnąca przez puszczę i pozwalająca z bliska podziwiać przyrodę. Kiedy na nią wchodzimy mży, a ja na twarzy te krople czuję jak pobyt w spa. Dosłownie widzę, jak oczyszczają mi skórę, wypełniają płuca. Bajka. Znowu ten mikroklimat. Trzykilometrowy spacer mija jak z bicza strzelił.
                Niestety, samochód został, gdzie został, więc musimy przejść drugi raz z powrotem. I tu już mniej mnie to cieszy, bo nie lubię łazić dwa razy po tym samym.
                - Trzeba było zrobić tak: - mówię ja, Polak mądry po szkodzie – ja bym cię wysadziła, pojechała z drugiej strony, ty byś doszedł, wsiadł w samochód i pojechał z powrotem, a wtedy ja tą ścieżką myk i każde z nas szłoby tylko raz.
                - Nie przesadzaj – mówi mąż – Zresztą jak się patrzy z drugiej strony to trochę jakby się szło inną drogą.
                Ma rację, więc przestaję utyskiwać, włączam audiobooka i idę kładkami nad tymi pniami zwalonymi, mchami i trawami aż do parkingu.




SZLAK DĘBÓW KRÓLEWSKICH
                Szlak dębów to ścieżka, która pętlą otacza prastare, wielkie dęby, które pną się aż do czterdziestu metrów i żyją od kilkuset lat. Każdy z nich nazwany jest imieniem, najczęściej któregoś króla, a na tabliczce jest napisane kiedy ów król grasował po puszczy i ile bezbronnych zwierząt zamordował na którym polowaniu. Przy wejściu jest kasa, a odręcznie napisana kartka A4 głosi, że bilet kosztuje 7 zł, ale ponieważ nikogo w budce nie było ani jak wchodziliśmy, ani jak wychodziliśmy, zaoszczędziliśmy czternastaka.
                Szczerze mówiąc, same te dęby jakoś piorunującego wrażenia na mnie nie zrobiły, może dlatego, że wyrosłam wśród zalesiańskich pomników przyrody. Ale cudowna była kładka nad rzeką, gdzie wypatrywaliśmy bobrów i zachwycaliśmy się wartkim nurtem wody.
                Po mniej więcej pół godzinie, namoknięci już trochę od nasilającego się deszczu, wróciliśmy do auta.

TEREMISKI I BUDY
                Jednopasmówka doprowadziła nas do wsi Teremiski, w której mąż wypatrywał Uniwersytetu Społecznego im. J.J. Lipskiego, który powstał w – prawdopodobnie – budynku dawnej szkoły, zakupionym przez Adama Wajraka dla fundacji Jacka Kuronia. Prawdopodobnie, bo odtworzenie historii tego miejsca do tej pory się nie udało. Budynek drewniany, podłużny, ciemno brązowy minęliśmy po prawej stronie.
                - Zatrzymać się? Chcesz wejść? – zapytałam.
                - Nie, nie, jedź – odpowiedział B.
                Zaraz za zakrętem przyciągnął nasz wzrok wielki baner z napisem PSEUDOEKOLODZY BRUDNE ŁAPY PRECZ OD PUSZCZY! MIESZKAŃCY.
                - Dasz radę zawrócić? Zrobię zdjęcie – odezwał się mąż.
                Zawróciłam, zdjęcie powstało, a my na powrót znaleźliśmy się pod Uniwersytetem. Wejść czy nie wejść, zastanawialiśmy się, bo jak chodzi o kontakty z obcymi bywamy wstydliwi.
                Ciekawość wzięła górę. Otworzyliśmy drzwi, a za nimi ukazała nam się sień, w której w równych rządkach stały buty, a na wieszakach na ścianie wisiały płaszcze. Przeczytaliśmy informacje rozwieszone w ramkach na ścianie, i nieśmiało uchyliliśmy drzwi prowadzące do wnętrza.
                Za nimi rozciągał się pokój z wielkim, co-workingowym stołem sosnowym. W głębi widać było aneks kuchenny, a na palniku terkotała włoska kawiarka, rozsiewając zapach kawy. Po lewej stronie stały półki z książkami i wisiała mapa okolicy. Nieopodal buzował ogień w kozie, obok której leżały na tacy świeżo uprażone migdały. Między dwoma drewnianymi filarami rozwieszono kolorowy hamak. Przy stole siedziało kilka osób stukając zapamiętale w klawiaturę.
                - Identyfikujemy się? – szepnęłam nieśmiało do męża.
                - Dzień dobry – powiedział B. głośno, na co wszystkie oczy ze zdziwieniem zwróciły się w naszą stronę.
                - Zapraszamy! – rozpromieniła się jedyna dziewczyna w towarzystwie, Asia, jeśli wierzyć temu, jak później zwracali się do niej pozostali. – Herbatki? Kawy? Potrzebujecie jakichś informacji? Bo my tu mamy biuro informacji o puszczy.
                Od słowa do słowa, okazało się, że jest to grupa ekologów, która Reytanem się kładła przed harwesterami w zeszłym roku, a teraz zostali, i prowadzą działania na rzecz objęcia całej puszczy ścisłym rezerwatem. Część  mieszka tu na stałe, a część dojeżdża co chwilę do stolicy; wdaliśmy się nawet w dyskusję, czy listopad lepszy w Warszawie, czy w Białowieży, ja oczywiście o moim mieście złego słowa powiedzieć nie dałam, ale byłam w mniejszości w tym towarzystwie… Okazało się, że nasza puszczańska przewodniczka jest im dobrze znana, i sami z nią chętnie spacerują po lesie. I starają się miejscowych z pomysłem rezerwatu oswoić – że nie zrobią im z domu skansenu, że oni też skorzystają na ochronie puszczy. I są dość życzliwie odbierani, poza tym jednym panem, co całą energię w ten baner nie wiadomo po co władował… Dom, w którym się znaleźliśmy udostępniono im na działania dla lokalnej społeczności, więc organizują koncerty, spotkania z puszczańskimi opowieściami, co tam tylko mogą. Sam budynek zachwyca ich tak samo, jak nas, choć przyznają, że ciężko go dogrzać, bo izolację ma słabą.
                - Tu jest podłoga, a pod spodem od razu ziemia. – mówi Asia.
                - Podłoga, grzyb, a później ziemia – wtrąca jej brodaty kolega.
                Dopytują o nasz pobyt, pokazują na mapie ciekawe miejsca. Wciskają raport o stanie żubra w puszczy, dorzucają naklejki propagandowe i płytę z –jak się okazało później- ciekawą muzyką etniczną. Na koniec polecają jeszcze posłuchać Żywiny na YouTube.
                Stanowią najbardziej warszawkową grupę, jaką widziałam od dawna. Mówię to bez złośliwości, to fantastyczni ludzie, którzy w coś wierzą i o coś walczą. Mądrze. Konsekwentnie. Naprawdę. Zostawili wszystko i wyjechali w głuszę, mieszkają w komunie, gotują i sprzątają.  Ktoś coś pisze w komputerze, ktoś nabija fajkę w głębokim fotelu, ktoś robi kawę.  Takie życie, które jest tu i teraz, na które mało kto się waży, i którego na przykład moja mama nigdy by nie zrozumiała i nie zaakceptowała.

MIEJSCE MOCY
                W środku puszczy leżą tajemnicze kamienie, wokół nich rosną drzewa, i podobno wysyłane przez to miejsce wibracje regenerują, leczą, uspokajają.


                Już na etapie planowania tej wycieczki patrzyłam na B. kątem oka, bo przegapić jego minę przy takich okazjach naprawdę byłoby szkoda.
                - Kotkuuuuuu – zagajam – A ty to chyba nie wierzysz w to miejsce mocy, co?
                - Jak i w elfy, wróżki i horoskopy – mówi B. przytomnie.
                - A nie mógłbyś spróbować, dać temu miejscu szansy?
                - Idę przecież.
                I taka to rozmowa.
                Od parkingu do miejsca mocy idzie się koło kwadransa. Kiedy jesteśmy na miejscu, oddycham głęboko, i chyba naprawdę, naprawdę coś czuję. B. od razu wspina się na platformę obserwacyjną i nagrywa dźwięki deszczu – rzeczywiście, może wyjść z tego piękny materiał.
                - No co ci szkodzi – próbuję jeszcze raz – stań ze mną, złóż palce i powiedz jedno, jedyne jogistyczne ommmmmmm.
                - Om – zauważa zimno B. – i joga, to nie mają zastosowania tutaj, w miejscu obrzędów słowiańskich. Minęłaś się o jakieś dziesięć tysięcy kilometrów i dwa tysiące lat.
                - A masz monetę chociaż? – poddaję się, zauważając totem, w który ludzie wciskają grosiki, prosząc o odpowiedzi, o wiedzę.
                - No nie po to, żeby je wkładać w drzewa w lesie.
                Muszę się bardzo nadąsać, żeby ten grosik jednak dla świętego spokoju móc w miejscu mocy zostawić. Tym samym poddaję się, i zawracam na parking. Niektórym nie da się pomóc.
xxx
                Co zabiorę ze sobą, żeby dawało mi energię na te zimne, ciemne tygodnie dzielące nas od świąt? Wspomnienie długich wieczorów przy zbyt rozgrzanym kominku, czytanie jednej książki dziennie siedząc we dwoje na kanapie, patrzenie na poranną mgłę z przeszklonej ściany w sypialni. Zapach puszczy i jej doskonałość jako żywego organizmu. Piękną architekturę, i często widywane stojące ramię w ramię dwa krzyże przy drodze: jeden prawosławny, drugi katolicki. Mgły i krople deszczu. I tak, tą pozytywną energię z miejsca mocy. Z tym, że kolejny raz przekonuję się, że nie jedna polana w lesie, a cała wschodnia Polska jest dla mnie takim właśnie miejscem.
Oby do następnego razu!