28.06 - Unst
Dzień pełen wrażeń.
Wstajemy w miarę sprawnie, bo marzy nam się zdążyć na najdalej na północ położoną pocztę w kraju. Jedziemy do Baltasound, znajdujemy mały budyneczek i wypisujemy kartki pocztowe dla najbliższych. Cieszymy się na myśl, że przyjdą ze stemplem z maskonurami.
Jedziemy dalej i mijamy słynny urządzony przystanek - ktoś kiedyś wstawił tam fotel i telewizor, a później poszło już lawinowo i teraz wystrój zmieniany jest co rok. Obecnie króluje temat wolność i Nelson Mandela na wielkim plakacie, jest półka z książkami, stolik przykryty obrusem, telefon na małej komodzie, a przed wejściem ktoś zasadził kwiatki w betonowej donicy. Fotel oczywiście też nadal tam jest.
Kolejny punkt na liście zwiedzania to już grubsza sprawa. Rezerwat w Hermaness, znany z maskonurów, ale też - albo przede wszystkim - z drapieżnych ptaków Great Skua, po polsku wydrzyk wielki, ale uważam, że komizm nazwy nie oddaje ich charakteru. Ani wielkości: do 60 cm długości i do 140 cm rozpiętości uroczych, zakończonych białymi piórami skrzydeł. Zostanę przy nazwie skua.
Otóż drób to ja lubię na talerzu, najlepiej z przypieczoną skórką, podany z żurawiną, byle gorzka nie była. A tutaj jest serwowany hurtowo, i niestety z powietrza: skua to bardzo opiekuńczy rodzice, i żeby obronić pisklęta nie zawahają się zaatakować nawet człowieka. Nie szukają kłopotów, ale jak się podejdzie za blisko gniazd to przepadło. A co to znaczy za blisko i jak ominąć to gniazdo, skoro leży uwite wśród niskich roślin na ziemi? Oto wielka zagadka Hermaness.
Już przy wejściu jest napisane, żeby jakby co, machać kijem nad głową, bo to skua odstrasza. Ale pierwsza część szlaku przebiega bardzo cywilizowanie, choć droga jest dłuższa, niż sądziliśmy. Krótsza jest zamknięta. No, nie do końca zamknięta, ale proszą ładnie, żeby tamtędy nie chodzić, bo jest erozja gleby i chcą trochę ścieżkę podreperować, a zresztą i tak jest wiosna i skua się zalęgły, więc po co masz się, turysto, pchać. Okej. Idziemy dłuższą.
Po drodze mijamy pojedyncze siedzące skua i mamy momenty zawahania - przepuszczą nas czy nie przepuszczą.
W końcu szczęśliwie dochodzimy do klifów. Tam, dla osłabienia napięcia, wdzięczą się maskonury i pasą owce. Troszkę, z bardzo daleka, widać czubek latarni morskiej Muckle Flugga - najbardziej na północ wysuniętego punktu Wielkiej Brytanii. B. pyta jakiegoś pana skąd można tą latarnię lepiej zobaczyć, i pan pokazuje na ścieżkę, mówiąc, że to maksimum pół godziny drogi.
Zaczynamy powoli iść. Zbocza są bardzo strome, ale miękkie i trawiaste, więc największe niebezpieczeństwo to wejście w owcze odchody. Tyle, że na oko to jest bardzo, bardzo, BARDZO, długa trasa. A skua nad głowami jakby więcej, i jakby niżej latały.
Zawracamy.
Mija nas sympatycznie wyglądające małżeństwo. Pytamy jeszcze raz. Pokazują mapę, mówią, że w centrum dla odwiedzających im powiedzieli, że pełne koło zabiera trzy godziny, ale im się wydaje, że krócej, że tą zamkniętą ścieżką można spokojnie wrócić, no więc idą.
Decydujemy się, że my też. Raźniej jakoś jak mamy ich przed sobą.
Statyw do aparatu - jakby co - mam, i za kij przeciw skua służyć może.
Droga jest nieprawdopodobna. W oddali widzimy klify, kolonie ptaków siedzące na skałach, w końcu i samą latarnię morską. W tej bajkowej scenerii dostaję swój prezent urodzinowy... W końcu musimy zdecydować: wspiąć się do niebezpieczniejszej ścieżki, albo wrócić jak przyszliśmy, co jest znacznie dłużej.
Optuję za niepanikowaniem, zwłaszcza, że para przed nami idzie dzielnie, i co raz bardziej się od nas oddalają.
Tym bardziej, że przy tym kawałku wspinaczki mam kryzys kondycyjny i wrażenie, że dalej nie pójdę. Ale jakoś się udaje dobrnąć na szczyt, a w dół to już gładko.
No, prawie gładko, bo skua są wszędzie, latają nisko, łypią na nas niechętnie i czujemy się tak raczej mniej niż bardziej zrelaksowani. Na tym etapie statyw mam rozczapierzony trzema nogami do góry i nie wypuszczam go z ręki.
- Nie mogą zaatakować, to wbrew zasadom, jest napisane, że jak się ma kij nad głową, to nie mogą. - upieram się.
- Dobrze - niecierpliwi się B.- ale nie stój w miejscu, bo może one czekają z atakiem i liczą: one missisipi, two missisipi, three....
Staram się mieć oczy dookoła głowy, i przysięgam, że kilka razy próbowały od tyłu nas zajść, większość czasu darły się, ale nie musiałam użyć broni.
Z ulga przyjmujemy koniec kontrowersyjnej ścieżki. Teraz B. ma kryzys kondycyjny, i kiedy siadamy wreszcie w samochodzie, wielkopańskim gestem każe się wieźć do najbliższej knajpy, gdzie stawia obiad.
Najbliższa, jeśli nie jedyna, jest urokliwa Foord's Café obok fabryki czekolady. Jest przyjazna czworonogom i obwieszona ich zdjęciami. Z głośników płynie uroczy blues. Zamawiam kawę i pieczonego ziemniaka, B. bułkę z boczkiem i Deluxe Chocolate Experience.
Na widok tego ostatniego każdy dietetyk popełniłby seppuku. Wielki kubek gęstej, gorącej czekolady, z pociętymi piankami w środku, z bitą śmietaną na wysokość ładnych kilku centymetrów, posypany wiórkami czekoladowymi, podany z czekoladkami białymi, gorzkimi i mlecznymi, a obok na przegryzkę herbatniki w takichże czekoladach maczane.
Rozgrzani i najedzeni objeżdżamy resztę wyspy. Kolejność nie jest ważna. Ważne są wrażenia. Na plus - plaże, obłędny błekit morza, piasek miejscami aż niebieski, klify. Zamek, bardzo urokliwy i ładny, mimo zdechłego ptaka w sali balowej i ciemnego korytarza, w który nie chcemy się zapuścić nawet ze słabo świecącymi latarkami zostawionymi przy wejściu dla turystów. Droga do Skaw i najbardziej na północ wysuniętego domu, tak stroma, że miejscami KIA powyżej pierwszego biegu nie życzy sobie jej pokonywać. Na minus - lokalne brochy i wikingowe longhousy, wszystkie takie same, głęboko zakopane w ziemi, nic nie wnoszące.
B. jeszcze oczywiście chciał obejrzeć oba znajdujące się na Unst menhiry.
I wszędzie owce i kuce szetlandzkie. Jeden z nich tak bezczelny, że zmusił mnie do jechania za nim przez kilkaset metrów: szedł powoli, środkiem jednopasmowej drogi, nie reagował na klakson ani na silnik tuż za swoim zadem. Nie spieszy mu się i nic mu nie można zrobić. Owce za to na widok samochodu uciekają w prześmiesznym popłochu. A kiedy wchodzi się na pastwisko, czasami wszystkie na raz utkwią w człowieku oczy i zamierają w bezruchu. Efekt komiczny.
Wracamy na camping o 21, po przejechaniu wyspy kilkukrotnie wzdłuż i wszerz. Prosta kolacja z czterech puszek, piwo imbirowe (ja) lub nie imbirowe (B.) i planowanie jutrzejszego dnia zajmują resztę wieczoru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz