Na Islandię!
Nie możemy uwierzyć, że nadszedł wreszcie ten cudowny,
wyczekany dzień!
Mamy dwa duże plecaki, z trudem spakowane, bo zawartość
jest objętościowa, chociaż w limicie wagowym się mieści. Trzy razy wywalaliśmy
wszystko i pakowaliśmy jeszcze raz, tak, że wszystkie systemy upadły i teraz są
skarpetki obok zupek chińskich, przywalone śpiworem... Przepakowywanie plecaka
przeplatane było szukaniem butów, które mój mąż kupił sobie na wyjazd i zgubił.
Szukałam ja, szukał on, Teściowa w samochodzie, mój Tata u siebie w domu
wczołgiwał się pod meble. Kamień w wodę. Więc albo biegaliśmy po domu
zaglądając w każdą dziurę, albo oddawaliśmy się tradycyjnej awanturze
"wpychaj wszystko i tak się pogniecie" (B.) vs. "trzeba zwinąć
lub ładnie złożyć to będzie w dobrym stanie" (ja i zdrowy rozsądek ;) ).
Tak minął wczorajszy wieczór. W końcu wszystko się zmieściło, a buty pojawiły
się w oryginalnym pudełku, jako podstawka pod monitor studyjny, który stał ciut
za nisko i źle było słychać...
B. poszedł jeszcze na pół dnia do pracy, wrócił z
temperaturą 37.2, dostał aspirynę i po godzinie miał już... 38! Aż się
poryczałam. No, ale mamy leki, jedziemy, musi zdrowieć!
Na lotnisku poszło gładko, chociaż mnie jak zwykle
sprawdzali papierkiem lakmusowym na ślady materiałów wybuchowych i kazali zdjąć
buty (B. nie, ani jedno ani drugie), a z bagażem standardowo odesłali nas do
ponadwymiarowego (#ojtamojtam), za to trzy wódki smakowe po 0.5l kupiliśmy w
cenie 16zł za sztukę (wiwat podróże poza Unię!), a B. zaopatrzył się w smalec w
Krakowskim Kredensie; nasza bramka okazała się być ostatnią na całym lotnisku
(nr 45), a do samolotu autobusem jechaliśmy tak daleko, że nie sądziłam, że
Okęcie ma tak rozległe tereny... Przyzwyczajają nas, że jedziemy na koniec
świata ;)
19.07
Lot i lądowanie przebiegły bez zakłóceń, no chyba, że za
zakłócenie przyjąć gorączkę mojego męża, który włożony do wody mógłby ogrzać
spore akwarium dla ryb tropikalnych. Trochę mnie to martwiło, ale zaaplikowany
od razu po wylądowaniu niezawodny Tabcin jak zwykle zrobił robotę.
Odebraliśmy samochód - małego 4x4, który ma z nami spędzić
najbliższych 12 dni. Nawet Islandka w biurze obsługi klienta nie mogła się
nadziwić, że my w takie miejsce w podróż poślubną.
-Ja byłam na Sycylii... - powiedziała.
Wracaliśmy do niej trzy razy, bo znajdowaliśmy jakieś
uszkodzenia w samochodzie, ale w końcu wsiedliśmy, zapięliśmy pasy, włączam
radio.
I przysięgam, w tym radiu leci Despacito. B. się załamał
;)
Wyjechaliśmy na drogę. Było słonecznie, wokół kolorowe
płożące się rośliny i czarna lawa porosła mchem. Nagle zobaczyłam jeszcze
Atlantyk.
I się poryczałam.
Dojechaliśmy na kemping, rozbiliśmy tipi. Przeszukaliśmy
zostawione naboje gazowe do kuchenek i znaleźliśmy właściwy do naszego palnika,
bo kupić jeszcze nie mieliśmy gdzie; zjedliśmy kolację i po północy zapadliśmy
w sen. Budziłam się kilka razy, nie wiedząc ile przespałam. W końcu poderwałam
się z uczuciem, że jest bardzo, bardzo późno. Dochodziła ósma... Prysznice,
zwijanie obozu, owsianka na śniadanie, i wyruszyliśmy.
KEFLAVIK- BLUE
LAGOON - GORĄCA RZEKA W HVERAGERDI - KERID - BRAUTARHOLT (210km)
Nie jechaliśmy najkrócej, tylko najładniej. Najpierw wśród
bezkresnych pól lawy porośniętych mchem, wzdłuż linii brzegowej. Nagle w oddali
zobaczyliśmy dymy.
-Blue lagoon? - zapytałam.
Byłam blisko. Dymiła pobliska fabryka, której laguna
zawdzięcza swój niesamowity kolor.
Dyskusja czy tam jedziemy czy nie trwała u nas tygodniami.
Wstęp jest dość drogi (ok. 500 zł), a koniec końców sprowadza się to do
posiedzenia w basenie, co w końcu ile można, no i czy na pewno warto. Finalnie
nie kupiliśmy biletów (kupuje się przez internet, bo zainteresowanie jest
wielkie) - i teraz to się nawet cieszę.
Cieszę, bo wokół laguny jest teren, który można obejść całkiem
gratis i kolor wody zobaczyć, a jeśli dosyć pewnym krokiem wejdzie się wejściem
dla osób bez biletu i skieruje w stronę restauracji, to można nawet dojść na
skraj basenu, zamoczyć palec (tak, ciepłe), strzelić fotę i z bliska popatrzeć
na te tłumy siedzące w wodzie o skąd inąd rzeczywiście niezwykłym kolorze,
wciągnąć do płuc unoszącą się mgiełkę razem z atmosferą luksusu i dekadencji
i... wyjść ;) Mnie wystarczyło.
Pomknęliśmy przez bezkresne pola lawy, mijając latarnie
morską, czarne plaże, na których gawędzą wędkarze, i czarne klify, o które z
hukiem rozbijają się fale oceanu.
Nasz jeep zawiózł nas do Hveragerdi, które znane jest z
tego, że nieopodal płynie rzeka, w dodatku gorąca.
Przypadkiem, korzystając z toalety, natknęliśmy się na
mapę jak do niej dojechać i bezbłędnie trafiliśmy na parking. Jako, że w życiu
nic darmo nie ma, stamtąd szlak nad rzekę prowadzi pod górę 3 km.
Dobrze, to były dwa kłamstwa. Nie cały pod górę, a
kilometry prawie 4 (włączyłam Endomondo w drodze powrotnej, bo coś czułam, że
ściema). Początek drogi jest ciężki. Nie, że niebezpieczny czy wymagający
jakichś super umiejętności górskich. Kondycję sprawdza tylko. Za to solidnie.
Ostatnio takie wyrzuty sumienia miałam ciągnąc B. na
Połoniny. Mina ta sama, krok ten sam, tematy najpierw te same ("a może
pójdziesz a ja poczekam"), w końcu głuche milczenie... Ale poszedł,
kochany mąż, jak odpocznie to jeszcze mi podziękuje ;)
A ma za co! Niesamowite! Widok na góry. Co krok parujące
źródła- co tam parujące! Gotujące się kałuże wypluwające kłęby siarki. Przy
każdym napis "100 stopni. Niebezpieczne." Wartkie strumienie, urwiste
klify, cudowny wodospad w oddali. A na koniec ta rzeka. Naprawdę gorąca! Mimo,
że zaczął siąpić deszcz, w mig przebrałam się w kostium i wskoczyłam do wody.
Że zimno było wychodzić, że do butów mi napadało- nieważne! Siedzieć w wartkiej
wodzie podgrzanej przez wnętrze ziemi, wśród obłoków pary: bezcenne!
Wracało się szybciej, wsiedliśmy do autka i postanowiliśmy
jeszcze obejrzeć krater Kerid, czerwono czarny lej z turkusowym jeziorem.
Za wstęp trzeba było zapłacić (symboliczne 400 ISK,
równowartość lepszego bochenka chleba), więc mąż oświadczył, że zwiedzamy wszystko,
obchodzimy górą, schodzimy nad wodę, i tam też robimy kółko. Żeby się bilet
zwrócił :) I dobrze, bo spacer nie wymęczył, a miejsce naprawdę jest urokliwe.
Stamtąd drogą dłuższą, ale nową (żeby nie zawracać)
dojechaliśmy na kemping. Padało. Zjedliśmy pierwszą liofilizowaną kolację i
musimy przyznać, że podwójna porcja makaronu z wołowiną i pieczarkami zdała
egzamin. Usiedliśmy przy recepcji obok basenu, a kiedy już nas wygonili
(zamykają o 22), zeszliśmy do świetlicy. Ja piszę, B. czytał, ale już usypiamy
obydwoje.
Jutro ruszamy dalej- ten kemping nas nie zachwycił. Basen
owszem jest, ale płatny i drogi (900ISK), w dodatku o ile sama woda wygląda
dobrze, to wokół jest dość ponury betonowy budynek (basen odkryty). Prysznice
są płatne. WiFi brak. Koniec końców - trzeba się wyspać i ruszać w drogę.
20.07
GEYSIR- GULLFOSS-
THINGVELLIR- LANGBRÓK (230 km)
Oj, to był dzień! Wszystko się działo, wiele na opak,
plany zmieniały...
Pospaliśmy sobie, nie powiem, i drugi raz z rzędu obudziły
nas słońce i zaduch. Na Islandii! No naprawdę, za co ja płacę... ;)
Wyjechaliśmy na drogę z zamiarem zrobienia pętli po Złotym
Kręgu, ale gdzieś skręciliśmy nie tak i wyszło nam, że zaczniemy od strony
przeciwnej niż zamierzona, czyli od Geysira, ojca założyciela wszystkich
gejzerów świata. Leniwy się chłopak zrobił, od stu lat wybucha tylko po
erupcjach wulkanu, więc robotę za niego robi pobliski Strokkur, który ku
uciesze gawiedzi wypluwa wodę jak w zegarku co kilka minut. Leżą sobie obaj,
Geysir i Strokkur, na polu wśród gorących źródeł i bulgoczących kałuż, obok
tabliczki, że najbliższy szpital oddalony jest o 62 km.
Znacznie bliżej jest do wodospadu Gullfoss, który robi
wrażenie zarówno dwoma uskokami i hektolitrami z hukiem przelewającej się wody,
jak i widokiem na ośnieżone lodowce, których niebieskie jęzory błyszczą na
horyzoncie.
I wisienka na złotokręgowym torcie: Park Thingvellir.
Bezkresne piękno gór, łąk, wodospady, a jakby tego było mało: leży to wszystko
na połączeniu płyt tektonicznych, eurazjatyckiej i amerykańskiej. Jakby kto nie
wiedział -bo ja np. nie wiedziałam- to nie jest tak, że jest to jedna
kreseczka, tylko takie połączenie to jest siedmiokilometrowa dolina ciągnąca
się przez właściwie cały park.
Wrażenie zrobiło na nas też miejsce, które od
niepamiętnych czasów było siedzibą parlamentu: to tu zdecydowano żeby przyjąć
chrześcijaństwo, to tu ogłoszono niepodległość Islandii korzystając z okupacji
hitlerowskiej w Danii. Kupę ważnych rzeczy się tam działo i cały park usiany
jest bardzo ciekawymi zakątkami, które zupełnie przy okazji są nieprzyzwoicie
urokliwe.
Cały dzień walczyliśmy ze skojarzeniami z innymi znanymi
nam miejscami. Najpierw wydawało się nam, że jedziemy przez Sycylię, bo i
słońce przygrzewało zdecydowanie za mocno jak na tą szerokość geograficzną, i
pobliskie wulkany przywodziły Sycylię na myśl. Potem dramatyczne szczyty gór
przywołały w naszej pamięci wyspę Skye. W końcu czerwona gleba wokół gejzerów i
w parku stała się dla mnie trochę Arizoną. Ale prawda jest taka, że cały czas
kręciliśmy się bardzo niedaleko Reykjaviku i trochę zaczęło nam to ciążyć; być
może można było lepiej ustalić trasę, bo stanęliśmy w końcu przed ważnym
wyborem: jak tu jechać żeby nie wracać tymi samymi drogami drugi raz? Czy na
północ i na zachód, czy na południe i na wschód, czy może zostać dłużej w
okolicy i wybrać się do interioru na trekking w kolorowych górach? Plany
zmieniały się co 15 minut, ale w końcu postanowiliśmy uciekać na Wielką Pętlę,
i tak wylądowaliśmy na kempingu w Langbrók.
Na jutro mamy dwa plany, jeden ambitniejszy a drugi
spokojniejszy, zobaczymy jak będzie nam szło. I tak wiemy już, że następne dni
to będą kompromisy, ponieważ na porządne zwiedzanie tego, co byśmy chcieli
potrzebowalibyśmy drugie tyle czasu.
Dodam jeszcze, że gdybym wiedziała jak będzie wyglądał
prysznic tu gdzie jesteśmy, to zapłaciłabym za prysznic na poprzednim
kempingu... Tym razem nie damy rady już się nie wykąpać, ale żeby wejść do tej
łazienki musimy chyba jeszcze wypić trochę cytrynowej Soplicy z miodem, nad
którą pracujemy od mniej więcej godziny...
21.07
- Kochanie, ja już nie mam siły się zachwycać...!- powiedziałam dzisiaj na
koniec dnia.
Rzeczywiście, było czym...
SELJALANDSFOSS - SÓLHEIMAJÖKULL- VÍK -
JÖKULSÁRLÓN - HOFN (400 km)
Żeby nie jechać dwa razy tą samą drogą, z kempingu pojechaliśmy do 1ki
szosą nr 250, która okazała się być drogą szutrową, pokrytą grubym żwirem, i
tylko czekałam, czy kamyczki nam opony potną, czy karoserię porysują... Nie
było szybko, ale z pewnością ciekawie, i dojechaliśmy w całości :)
Wypadliśmy na główną drogę dokładnie obok Seljalandfoss, więc chętnie
zatrzymaliśmy się żeby popodziwiać wodospad. Ten jeden wyróżnia się tym, że
można wejść po ścieżce za ścianę wody. Ponieważ mieliśmy problem z zapłaceniem
za parking, mój mąż został w samochodzie i na dobre mu to wyszło, jako że
przechodzenie na tyły wodospadu łączy się z porządnym prysznicem.
W ogóle chyba zadomowiłam się na Islandii, ponieważ wodospady przestają
robić na mnie wrażenie: jest ich tak dużo dosłownie wszędzie, że ciężko wydobyć
z siebie jeszcze jakieś zachwyty.
Zdecydowanym królem dzisiejszego dnia zostały lodowce. Najpierw
odwiedziliśmy
Sólheimajökull, którego biały język łatwo podejść od pobliskiego parkingu.
Później zaś te języki wysuwające się z gór w stronę drogi towarzyszyły nam już
cały czas. Wisienką na torcie było jezioro Jökursárlón, w którym pływają
wielkie lodowe bloki, pozornie nieruchome, ale od czasu do czasu wdające się
same ze sobą w bardzo hipnotyczny taniec. Na krach siedzi mnóstwo ptactwa, w
tym znienawidzone przeze mnie na Szetlandach Skua; widzieliśmy także pływającą
fokę. Tak bardzo się bałam ominąć jezioro, że trzy razy krzyczałam: "to
tu! to tu!", a raz nawet zawróciłam nie do końca legalnie, co spowodowało
wielkie fukanie ze strony mojego męża... W rezultacie obejrzeliśmy Lodową
Lagunę z trzech różnych punktów, dwóch dużo mniej turystycznych, bo ten główny
jest pełen Japończyków i amatorów fotografii z teleobiektywami.
Na naszej dzisiejszej trasie znalazło się także miasteczko Vík, a w nim
trzy ciekawostki: po pierwsze, kościół górujący nad miastem, który na wypadek
powodzi jest punktem zbornym wszystkich mieszkańców, ponieważ położony jest tak
wysoko, że na pewno nic mu nie grozi; dzięki temu kusi turystów niesamowitą
panoramą. Po drugie, czarna plaża z bazaltowymi kolumnami, dzika i niesamowita,
znana z tego, że od czasu do czasu przychodzi wielka fala i wciąga jakiegoś
turystę... Po trzecie, miejsce gdzie w 1973 r. rozbił się amerykański samolot.
W zasadzie nie tyle rozbił się, co lądował awaryjnie, bo załodze nic się nie
stało; ale wrak pozostał na plaży i można do niego dojść, niecałe 4 km w jedną
stronę od parkingu. Bardzo brakowało nam już naszego świata- B. muzyki, a mnie
audiobooków- więc każdy z nas założył swoje słuchawki i to był taki czas tylko
dla nas; szliśmy razem, ale osobno, mijając się od czasu do czasu, ale dając
sobie przestrzeń do słuchania naszych rzeczy.
Dużo było dzisiaj jechania, i przemierzania kolejnych krajobrazów: czasami
zupełnie księżycowych, czasami wyglądających po prostu jak łąka, w końcu coraz
bardziej górzystych, momentami wręcz alpejskich! Niesamowite wrażenie robiły
pojawiające się i znikające chmury i mgły. B. zauważył, że ten sam krajobraz
przy innej pogodzie robi zupełnie inne wrażenie. Pod koniec dnia prowadził nas
różowo-pomarańczowy zachód słońca, a już kompletnym sztosem były góry
odbijające wszystkie kolory w wielkich mokradłach u swoich stóp.
Jednocześnie krzyczeliśmy "patrz w prawo!" i "patrz w
lewo!". Nie sposób było ogarnąć całe to piękno.
Ponieważ nie odbiera nam radio, w końcu zaczęłam śpiewać. B. dzielnie
znosił pieśni harcerskie, biesiadne, przedszkolne, Jasona Donovana, a nawet
Whitney Houston...
Nasz dzisiejszy nocleg to kemping spoza puli naszej karty, ponieważ nic w
okolicy się nie łapie się na nasz abonament. Kemping jest bardzo duży, niby
dobrze wyposażony, ale nie odczuwa się tego, ponieważ są dzikie tłumy, a
najlepsze stoły przez większość wieczoru okupowała banda Białorusinów.
Usiedliśmy więc na dworze, odpaliliśmy kuchenkę (udało nam się w końcu
kupić gaz), odkręciłam wódkę i pociągnęłam łyka.
-Soplica?!- usłyszałam od uradowanego pana siedzącego obok. Polacy.
-Soplica- odpowiedziałam z uśmiechem i dałam się wciągnąć w rozmowę jak to
turysta z turystą, a skąd, a dokąd, a za ile i na jak długo. Po kolacji
bezczelnie zostawiłam męża ze sprzątaniem i poszłam pisać bloga, ale ponieważ
dochodzi już pierwsza, to widzę, że nadużywam jego cierpliwości, bo najchętniej
już by mnie widział w śpiworze. Jutro w końcu też jest dzień, wschód sam się
nie zwiedzi.
22.07
Człowiek nie wie, ile to 90 sekund, dopóki nie trafi na prysznic na
monety...
HÖFN- DJÚPIVOGUR- EGILSSTADIR-
SEYDISFJÖRDUR (280 km)
Oj, pospaliśmy dzisiaj, nie ma co ukrywać... deszcz nocny bębnił o namiot,
zanim otworzyliśmy oko - była 11.
Szybkie śniadanko w Höfn, a później objazd miasteczka- nic w samej
architekturze nas nie zachwyciło, cały urok tego miejsca polega na położeniu
między wodą a górami. Rano (no, jak wstaliśmy) było pochmurno, więc góry
zniknęły w białym mleku. Dopiero koło 14 wróciło do nas słońce. Jak się okaże -
w samą porę.
Ruszyliśmy na wschód. Po drodze moje oko przyciągnęło krzesło. Niby zwykłe,
a jednak stojące na tle oceanu, na kopcu z kamieni, czerwone, ponadwymiarowe
jak okazało się przy bliższym kontakcie. Nie jakieś olbrzymie, raczej tak,
jakby czterolatka posadzić z dorosłymi przy stole. Nie odmówiłam sobie zdjęcia.
Mijamy dom, ot, zwykły domek za miastem. Przed nim trampolina. Na niej,
mimo deszczu, kilkuletnia dziewczynka w majtkach od kostiumu, owinięta
jaskrawozielonym ręcznikiem, skacze jak wściekła.
Przy Djúpivogur, naszym pierwszym planowym postoju, miałam zanotowane
"port, latarnia morska, miasteczko", i rzeczywiście to wszystko było.
Znaleźliśmy także sztukę w postaci 34 kamiennych jajek-gigantów, każde z nich
podpisane islandzką i łacińską nazwą ptaka żyjącego w okolicy. Skua się też
załapały, a jakże, diabelski pomiot. Wszystkie jajka- poza tym należącym do
nura rdzawoszyjego, symbolu miasteczka- były jednej wielkości, ale różnych
kształtów. Zakładamy, że zgodnych z rzeczywistością.
Nieopodal, w wielkiej hali fabrycznej, zauważyliśmy wystawę sztuki nowoczesnej,
w kooperacji z CEAC (Chinese European Art Center). Weszliśmy. Jak to zwykle ze
sztuką nowoczesną bywa, nie wiadomo gdzie ona się kończy, i czy gaśnica jest
nadal gaśnicą, czy jednak instalacją, opiszę więc wszystko jak leci. Pierwszy
eksponat po prawej od wejścia- zapętlony film. Zgliszcza domu nadal płoną, w
ich środku nietknięty komin wypuszcza dym. Pierwsza sala, jasna i przestronna.
Geometryczne rysunki. Zdjęcia. Brzydki, nagi pan w morzu z płachtą umazaną na
czerwono. Następne zdjęcie: pan i płachta leżą na plaży. Zza ściany dobiegają
dźwięki, jakby oddech, i słowa po chińsku. Korytarz. Brzydki, nagi pan na
skałach, z kilku stron. Vis a vis zmieniające się zdjęcia przedmiotów, a o nie
oparta moneta jednofuntowa. Głos zza kadru powtarza "one pound" - z
chińskim akcentem, więc chwilę zabiera mi zrozumienie, co mówią, a drugą, że
pokazane przedmioty mają taką wartość (kiedy będziemy wychodzić, funty zamienią
się w yuany). Kolejne pomieszczenie. W głębi postać naturalnych rozmiarów
(papier-mâché?) ze związanymi rękami. Duży ekran, na nim tkanina szarpana przez
wiatr. Na oknach materiał z dziurami wpuszczającymi strużki światła. Wokół
stare maszyny rolnicze. Ostatnia sala: walizki, w rzędzie, od najmniejszej do
największej. Słychać oddalający się stukot kółek o bruk (głośniki ukryte są w
walizkach). Na końcu stół. Budka strażnicza. Maszyny rolnicze. Różowe pudło,
nad nim napis "in every man's dream"; wizjer- odważyłam się spojrzeć
do środka: "is his failure".
Wychodzimy jak z filmu von Triera, trochę zgwałceni emocjonalnie.
Na szczęście w między czasie pogoda postanowiła przybrać najlepsze szaty i
przy porcie, na skąpanej w słońcu ławce, możemy zjeść nasz lunch.
Ruszamy w dalszą drogę, wzdłuż wschodnich fiordów, po wąskiej szosie, która
chwilami staje się drogą szutrową (przypominam, że mówimy o 1ce, głównej drodze
w kraju). Przed samochodem biegają owce, albo stoją i czochrają się o żółte
słupki drogowe. Mijane miejscowości niczym nie kuszą, ale piękno przyrody wokół
jest powalające. Błękitne jeziora, poszarpane szczyty, jęzory fiordów.
Wybieramy nieco dłuższą szosę 92, żeby się tym nacieszyć, i do 1ki dołączamy
dopiero w Egilsstadir. Miasteczko (na lokalne warunki wręcz miasto!) nowe,
zadbane, wyposażone w stacje benzynowe i supermarkety. Nic szczególnego, ale
mężowi się podobało.
Pniemy się w górę drogą 93, żeby dotrzeć do naszego kempingu. Jeep dusi się
i krztusi, bo jest naprawdę stromo. Ale jakież widoki czekają nas na samej
górze! Jakaż panorama na całą dolinę i zostawione za plecami miasto!
To wszystko jednak blednie przy celu naszej dzisiejszej podróży.
Sydisfjördur to naprawdę skandynawska wersja Wisteria Lane! Piękne domki we
wszystkich kolorach tęczy, urocze uliczki, magiczny niebieski kościół, dzieci
na rowerach, knajpeczki serwujące lokalne przysmaki. A wszystko otoczone
górami, których szczyty lśnią w słońcu, choć na dół promienie już nie
docierają.
Byłaby to absolutna perfekcja gdyby nie... no właśnie. Jakiś lokalny
festiwal, na który zjechała chyba cała populacja Islandii w wieku 15-25 lat, i
oni wszyscy, wyobraźcie sobie, są na naszym kempingu! Piją, grillują, namiot
ledwo udaje nam się wcisnąć, ale zaparkować obok już nie, więc wszystko trzeba będzie
nosić.
Namawiam męża na spacer po miasteczku, a co znacznie trudniejsze- na
skosztowanie lokalnych przysmaków w małej knajpce. Dostajemy stolik z widokiem
na fiord, bardzo romantyczny. Na talerzu zestaw nordycki: wędzony łosoś, śledź
w occie i miodzie, haggis z pureé z rzepy, podwójnie wędzona jagnięcina, tatar
z renifera i suszony dorsz. Sałata, chlebek. B. do tego lokalne
piwo. Pychota! Po kilku dniach owsianek i liofilizowanych obiadów nie do
przecenienia.
Kiedy wracamy na kemping, złota młodzież jest już chyba na koncercie, bo
jest znacznie ciszej i luźniej. Pora na prysznic i internety.
Pierwsza kąpać się poszłam ja. Wróciłam po chwili, bo ciepła woda wymaga
wrzucenia monety. I teraz jest tak: w momencie wrzucenia monety i naciśnięcia
guzika, z dyszy prysznica przez 90 sekund pod maksymalnym ciśnieniem leje się
wrzątek. Nie puściłeś najpierw zimnej wody? Przegrałeś. Nie zasłoniłeś zasłonki
i twoje ubrania są vis a vis prysznica? Przegrałeś. Minęło 90 sekund? Game
over. Wrzuć drugą monetę i zagraj jeszcze raz.
CUDEM umyłam włosy i wszystko inne też. Pozostaje rozwiązać problem jak
teraz je wysuszyć. Zwykle w recepcji mają suszarkę, ale się tego nie dowiem,
ponieważ wisi kartka, że recepcjonista też poszedł na festiwal...
23.07
Stare indiańskie przysłowie głosi: nie docenisz asfaltu, aż go nie
zabraknie.
BORGARFJÖRDUR EYSTRI-SKJÖLDÓLFSSTADIR -
MÖDRUDALUR (250 km)
Szalona młodzież wróciła w nocy, ktoś się potknął o nasz namiot, ktoś
gadał, ktoś wstał przed ósmą i zaczął pić piwo i piłować mordkę - tyle było
spania... Przy śniadaniu zauważyliśmy, że do fiordu wpłynął wielki prom i
przywiózł hordy emerytów z aparatami, opanowali całe miasteczko. Kemping
pustoszał w miarę jak pijane dziewczęta wytaczały się uwieszone na chłopięcych
ramionach, jak policja wyłapywała co młodszych imprezowiczów i kazała dmuchać w
balonik. Wkrótce zostały po nich tylko puste puszki i złe wspomnienia. A my
patrzyliśmy na to wszystko spokojnie żując kanapki (okazuje się, że złota
młodzież rankiem chyba nie jada, bo kuchnia była pusta).
Ale wyjechaliśmy znowu koło 11, jakbyśmy się nie starali, zawsze tak
wychodzi. Droga w górę okazała się usiana wodospadami, które wczoraj mieliśmy
za plecami, więc nie podejrzewaliśmy ich istnienia. Nacieszyliśmy oczy i skręciliśmy
w drogę 94, obierając kurs na dom królowej Elfów :)
Droga szybko z asfaltowej zamieniła się w szutrową, i w zasadzie po takiej
nawierzchni jechaliśmy większość czasu. Jimny czasem tracił przyczepność, a że
serpentyny na tym odcinku są ostre i wąskie, jechaliśmy powoli. Ciężko zresztą
się spieszyć, kiedy widoki takie wokół.
Wielką atrakcją po drodze okazała się... maszyna z napojami. Stoi w polu,
obok absolutnie niczego. Zasila ją panel słoneczny, a chroni zielony domek
zbudowany wokół niej. Jeśli jest wyłączona, trzeba kliknąć pstryczek i poczekać
dwie minutki, wtedy ożywa. Kupiliśmy w niej coś, co z wyglądu przypomina piwo,
ze smaku kwas chlebowy, ale słodszy, a nie jest ani jednym, ani drugim.
Napisane ma MALTEXTRAKT...
Ostatni fragment serpentyn dłużył się niemiłosiernie, zwłaszcza mnie, bo ja
czekałam jak szalona nawet nie na osadę, a na wysepkę za nią: Hafnarhólmi.
Maskonury!
Drobiu, znaczy się tych, ptaków, nie znoszę. Ale maskonury to wyjątek! Te
niezdarne ruchy, pomarańczowe łapki i dzióbki, to nadymanie się i lądowanie w
taki sposób, jakby się do końca nie umiało tego robić - rozbrajające! Mogę się
gapić godzinami. Maskonury dobierają się w pary, później rozdziela je zima, ale
za rok odnajdują się znowu, w tym samym miejscu, sprzątają swoje norki i robią
nowe dzieci. Czyż to nie romantyczne?
A na Hafnarhólmi są ich dziesiątki! Oglądaliśmy, fotografowaliśmy,
zachwycaliśmy się klifami i kolorem wody, słuchaliśmy wrzasku mew, które z
maskonurami dzielą to miejsce. W końcu usiedliśmy na trawie, B. wyjął książkę,
a ja wpatrywałam się dalej w tę wielką kolonię czarno białych dziwaków, i w
piękny malutki port obok.
W samej Borgarfjördur Eystri wzrok przyciągają: kościółek,
"włochaty" domek (porośnięty trawą tak, że tylko okna wystają), dziwny
drewniany pomnik (co upamiętnia nie wiem, brak opisu w chrześcijańskim języku)
i skała, rzekomo domem królowej Elfów będąca, która góruje nad miasteczkiem.
- Jakbyś miał komuś polecić tylko
jeden, to Borgarfjördur czy Saydisfjördur? - pytam B.
- Hm. To trochę jak wybór między
Gwiazdką a Wielkanocą.
I nie dochodzimy do innej odpowiedzi, bo tu maskonury i ten obłędny dojazd,
tam samo miasteczko niezwykłej urody. Trzeba do obu!
Znowu nie chcemy się nudzić, więc szutrem - drogą gorszą, ale bez powtarzania
trasy- jedziemy do obwodnicy. Już trochę bardziej zrelaksowani, ale i tak
wyjazd na asfalt daje nam dużo radości.
Co prawda nie aż tyle, co odkrycie basenu w Skjöldólfsstadir, ale jednak ;)
A basen jest na zewnątrz, pusty, geotermalny, skąpany w słońcu i - co
najważniejsze dla B.- darmowy. W dodatku mamy okazję wykąpać się pod ciepłym
prysznicem! Pływamy, siedzimy w gorącej balii, odpoczynek na całego. Niestety,
kąpielówki B. prawdopodobnie odpoczywają tam nadal...
Szybkie tankowanie (dolewamy paliwa zawsze, kiedy napatoczy nam się stacja
- to dobra praktyka na Islandii) i jedziemy na zachód, czyli de facto zaczynamy
już wracać. Absolutnie zniewalające widoki czekają nas przed skrętem na
kemping. Kemping zresztą wybrany przez B., ponieważ horyzont wypełnia ośnieżony
wulkan Herdubreid. Obok płynie rzeczka. Rzeczywiście jest tu pięknie!
Do naszej dyspozycji jest drewniana chata, w której możemy przygotować
jedzenie (śpimy oczywiście w namiocie, po walce o miejsce z innymi chętnymi
mamy bardzo fajne lokum). Obrośnięta jest trawą, w środku ma ściany z kamienia
i podłogę z desek. Jest w niej bardzo chłodno, mimo panującego dzisiaj - tak,
nie bójmy się tego słowa- upału. Chata podoba się również kozie, która raz
wszedłszy nie daje się wygonić i broni się rogami przed ekstradycją. Ja reaguję
dopiero kiedy durne zwierzę zaczyna pałaszować torebki foliowe z kosza- wyjmuję
je jej z mordy, nie bez walki, ale wyprowadzić głupka nie mogę. Wyciąga ją za
rogi dopiero pracownik obsługi.
Kończymy kolację i chyba dzisiaj nie pomarudzimy zbyt długo. Udało mi się
posprzątać bałagan, który zrobił się sam w samochodzie, wietrzymy namiot. Co
jeszcze powiedzieć? Pięknie jest...
24.07
Dzień ognia we wnętrzu Ziemi.
DETTIFOSS/SELFOSS- KRAFLA - HVERIR- MYVATN
- HEIDARBAER (230 km)
No znowu to słońce spać nie daje! Wypełzliśmy z namiotu jak już nie było
czym oddychać i rozłożyliśmy się na śniadanie na trawie. Przyszedł się z nami
poznać sąsiad z namiotu obok, jak się okazało Austriak mieszkający w
Szwajcarii, podróżujący z żoną i córką. Mówił po angielsku nieźle, ale z tak
mocnym akcentem jak Schwarzenegger w latach 80. Kiedy dowiedział się, że
jesteśmy z Polski bardzo się ucieszył, bo był u nas w '87 i chyba chciał o tych
czasach rozmawiać, dopóki mój mąż mu nie uświadomił, że jeszcze się wtedy nie
zdążył urodzić.
W końcu zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w trasę. Jak popatrzyłam na mapę i
okazało się, że będziemy oglądać KOLEJNY wodospad, to już miałam postulować
pominięcie go, ale doczytałam się, że pod względem objętości przelewanej wody
jest największy w Europie, więc już łaskawie postanowiłam przystać na to
zwiedzanie. I dobrze, bo Dettifoss robi wrażenie i masami spienionej wody,
która wygląda jak kawa z mlekiem (woda z lodowca nie jest przezroczysta: jest
brunatna i mętna), i tęczą, którą często nad nim widać, i wreszcie kanionem
rzeki Jökulsá z urwistymi skałami.
Kiedy pójdzie się dalej z wiatrem można się spodziewać mgiełki-prysznica z kropel unoszonych w powietrzu. Przy tym koszmarnym upale to było objawienie. Rozłożyłam ręce i krzyczałam: "Tak, tak, TAK!!!".
Kiedy pójdzie się dalej z wiatrem można się spodziewać mgiełki-prysznica z kropel unoszonych w powietrzu. Przy tym koszmarnym upale to było objawienie. Rozłożyłam ręce i krzyczałam: "Tak, tak, TAK!!!".
Spacerem podeszliśmy do drugiego wodospadu, Selfoss; tutaj woda zlewa się z
urwiska z trzech stron. Na górze rzeka płynie płytkim korytem i nawet nie wiem
jak to się stało, ale buty poszły w odstawkę, a stopy wylądowały w rozkosznie
lodowatej wodzie. Tak lodowatej, że jak moczyłam pięty, to czułam jak zamarza
mi mózg. Posiedzieliśmy trochę patrząc na wodospad. Pełen relaks.
Spotkaliśmy też naszego Austriaka. Wszyscy mamy podobny plan podróży.
Następny zjazd z drogi numer 1 to Krafla- wulkan i pole geotermalne. Odór
siarki na wysokości przyczajonej u stóp wzgórza elektrowni zwala z nóg.
Wchodzimy do Visitor Center i bardzo cieszy nas darmowa kawa. Z mlekiem!
Nabiał! (Dygresja: w domu żywię się głównie nabiałem, od dziecka, sejek musi
być; tutaj mleka nie kupuję, bo nie ma go jak wozić, a gouda w dyskoncie
kosztowała 60 zł za kilka plasterków... stąd entuzjazm do mleka). Poza tym
pokazują tam film i zdjęcia z wulkanu, informacje na temat elektrowni (że może
zasilić 92% gospodarstw na Islandii) i typowych domów na wyspie (średnio 200 m2
w cenie 45 mln ISK). Widok na te wszystkie ustrojstwa, które przewodzą prąd.
Fajne nawet, chociaż to nie ja chciałam oglądać elektrownię ;)
Podjeżdżamy pod krater z jeziorkiem w środku. Zamierzamy tylko rzucić okiem
z oddali, ale kończy się na pilnym obejściu całej okolicy. Okazuje się, że mam
lęk wysokości: na wąskich ścieżkach ściska mnie w dołku. Ale idę!
Mąż chyba głodny, bo mówi, że spękana ziemia zalana siarką wygląda jak
pizza quattro formaggi, a jeziorko w kraterze jak Gatorade. Ja jestem trochę
rozczarowana, bo miało gotować się i bulgotać, a tu ledwo kilka miejsc trochę
tylko syczy...
Okazuje się, że to, co ja chciałam to jest w Hverir, kawałek dalej.
Najpierw niechcący omijamy to miejsce, ale później na szczęście wracamy, bo
jest to coś niesamowitego! Kopce kamieni, które syczą i buchają dymem- siarką,
z zapachu sądząc. Gęsta glinka, która bulgocze i plaska w okrągłych dołach.
Kałuże z gotującą się wodą. Niepowtarzalne!
Jadąc dalej nad jezioro Myvatn mijamy odpowiedź północy na Błękitną Lagunę
- Nature Baths. Łatwo się pomylić, bo po drugiej stronie drogi są stawy z wodą
w identycznym błękitnym kolorze. Niestety- silnie toksyczne.
Nad Myvatn największą atrakcją jest wielki park formacji z lawy-
Dimmuborgir. W kształtach można dopatrywać się postaci ludzi i zwierząt, ale w
sumie najbardziej przypomina to gigantyczne ruiny. Stąd nazwa, którą tłumaczy
się jako Mroczne Zamki. Park można zwiedzać małym, większym, dużym i
największym kołem - my wybieramy to przedostatnie, trasa 2.3 km.
Na parkingu jemy lunch złożony z chińskich zupek, z zazdrością zaglądając w
talerze siedzącym obok Hiszpanom, którzy przywiezioną w małpkach oliwą polewają
sobie chleb, i obkładają go suto pomidorami, chorizo i jamón serrano. Wszystko
przywiezione z heimatu.
Na południu jeziora Myvatn spacerujemy po farmie opatrzonej napisem
"nie śledzić owiec, uważają to za atak", i podziwiamy pseudokratery.
Ale osławione muszki, od których ciężko się tam opędzić, powodują, że spacer
jest krótki. Dobra, trochę też już nam się nie chce, bo dzień był intensywny...
Jedziemy także do magicznej groty Grótagiá, w której wkładam ręce do
gorącego źródła. Kolor wody - nieziemsko niebieski. Podobno kręcili tutaj
jakieś pikantne sceny do Gry o Tron.
Wybrany przez nas kemping w Heidabaer jest dalej niż nam się wydaje, ale za
to następnego dnia będziemy mieli łatwiejszy start, a zaplanowany jest on
niemożliwie wcześnie.
Samo miejsce nie robi super wrażenia: za hasło do Wifi trzeba zapłacić,
pole jest przepełnione i ciężko wetknąć nawet nasz mały namiot, woda w kranie
jest niesmaczna (pierwszy raz: dotąd kranówka smakowała tu wyśmienicie!).
Ratunkiem wizerunkowym jest tylko basen termalny i gorąca balia obok.
Korzystam. Na kolację liofilizowane Chili con carne i śliwkowa Soplica. Jestem
tak zmęczona, że nawet pisanie bloga odkładam na następny dzień.
25.07
WIELORYBY!!!
HÚSAVÍK- AKUREYRI- SIGLUFJÖRDUR (200 km)
Nastawiamy budzik na porę zupełnie szaleńczą, 7.00, ponieważ chcemy chociaż
przymierzyć się do rejsu z oglądaniem wielorybów. Nie wiemy, czy będą bilety -
ponieważ plan wycieczki powstaje na gorąco, nie kupiliśmy ich wcześniej.
Śpimy dość nerwowo. B. śni, że szukamy planet do kolonizacji, ale na
większości jest zbyt gorąco i pewnie byśmy spłonęli, a na jednej są wielkie
mrówki. Budzik wyrywa go z koszmaru. Zwijamy namiot i ogarniamy się bardzo
sprawnie, chociaż oczy nam się kleją.
Z piskiem opon wjeżdżamy do Húsavík chwilę po 8.00. Miasteczko jest
udekorowane girlandami; chciałabym myśleć, że to na nasz przyjazd, ale chyba
mieli jakieś lokalne święto. Bez trudu znajdujemy dwie z wielu firm zajmujących
się organizacją rejsów.
Przejęty i zdyszany B. wpada do pierwszego biura.
- Są bilety?- pyta pełnym napięcia
głosem.
- A no są.- odpowiada pan w kasie,
a jego stoicki spokój wypada wręcz groteskowo przy emocjach, które okazuje mój
mąż.
Druga firma też ma jeszcze wolne miejsca.
Jeden rejs wypływa o 8.45, drugi kwadrans później, i -o dziwo!- B. wybiera
opcję trochę droższą, ale bardziej troszczącą się o to, żeby nie straszyć
wielorybów.
Na statku z załogi poza kapitanem jest młody animator, który opowiada
bardzo ciekawie o tym, co pływa w zatoce, i Niemiec, który krąży wśród
pasażerów, zagadując i żartując. Razem z nami płynie polska wycieczka,
prowadząc rozmowy na poziomie tak niskim, że aż to żenujące, więc staramy się
do nich nie przyznawać, ale jak zaczynają wygłaszać żarciki, kogo to by nie
posłali "do gazu", B. nie wytrzymuje i wdajemy się w krótką pyskówkę.
Poza tym jest bardzo irytująca grupa Azjatów (jejku, jakie to są nieładne
języki...) z dzieciakiem, którego cudem tylko nie wypchnęłam za burtę. Ale
generalnie jest miło, zwłaszcza jak Niemiec-załogant dowiaduje się, że jesteśmy
w podróży poślubnej, i składa nam wylewne gratulacje oraz poleca kolejne
miejsca do odwiedzenia na Islandii.
Ale do sedna! Wieloryby. Są, widzimy je wielokrotnie w trakcie trzygodzinnego
rejsu, wielkie cielska humbaków wynurzające się nad wodę i imponujące płetwy
bijące w fale. Nie mamy pełnego show, żaden nie wyskakuje w całości z wody, ale
i tak bawimy się świetnie. Wyskakują za to delfiny białonose.
Poza fauną, cieszy widok na port, na zatokę, wiatr we włosach i palące
słońce. A na koniec dostajemy gorącą czekoladę i cynamonową bułeczkę.
Z głową pełną wrażeń jedziemy do stolicy północnej Islandii, do
Akureyri. Podziwiamy piękny fiord, lokalny deptak, wchodzimy do nie bardzo
urodziwego kościoła (jedyne, co zapamiętam to duży model statku podwieszony pod
sufitem), w końcu spacerujemy po Lystigardurinn, cudownym ogrodzie botanicznym,
w którym rośnie 400 gatunków endemicznych roślin, oraz dodatkowych ponad 6
tysięcy sprowadzanych z całego świata. Lystigardurinn to pełen życia park,
gdzie dzieci chlapią się w fontannach, całe rodziny siedzą na trawie,
staruszkowie odpoczywają w cieniu na ławeczkach. Zostajemy tam na lunch.
Potem za radą naszego Niemca jedziemy dalej na północ, do Siglufjördur.
Największą atrakcją trasy są trzy tunele pod górami, z czego najdłuższy ma 7
km, a w jednym jest tylko jeden pas drogi; żeby się minąć trzeba skorzystać z
zatoczek rozmieszczonych co kilkaset metrów. Ściany tunelu to po prostu skała,
tam, gdzie zaczęła się obsypywać, obita specjalnymi płachtami.
Poranna pobudka bardzo daje nam się we znaki, zamieniamy się za kierownicą,
ale ledwo możemy utrzymać oczy otwarte.
Jakoś się jednak udaje dojechać. Samo miasteczko rzeczywiście jest urocze.
Malownicze, kolorowe domki, porcik, muzeum śledzia (całe Siglufjördur śledziem
stało do późnych lat '60 ubiegłego stulecia; później te ryby z niewiadomych
przyczyn zniknęły z morza, a wraz z nimi w dużej części zniknęło miasteczko;
dawnego znaczenia nie odzyskało do dziś), restauracja i hotel. Kiedy już trochę
odpoczniemy i wykąpiemy się, robimy sobie spacer po okolicy. Mamy nawet ochotę
(i mężową dyspensę) na kolację w restauracji, ale dania są tak nielokalne
(burgery, żeberka), że decydujemy się jednak zjeść na kempingu.
Poranne wstawanie okropnie skraca wieczór. O długim siedzeniu nie będzie
mowy.
26.07
HOFSÓS- HÓLAR- SAUDÁRKRÓKUR- HVAMMSTANGI
(200 km)
Spaliśmy prawie dwanaście godzin. Nie wiem nawet, czy zegar na wieży bił co
godzinę, czy nie. Nic nas nie budziło.
Rano wiało, i ogień z palnika wywiewało spod garnka, więc ledwo owsiankę
zrobiliśmy, z kawą już się nie udało. I skończył się gaz.
Ale nic to! Bo pierwszym przystankiem było cudowne Hofsós. Na zdjęciach nie
widać, ale jak się pływa w basenie to wrażenie nieodparte jest takie, że pływa
się w samym fiordzie, tak to jest wypoziomowane. Basen, jak wszystkie tutaj,
jest super ciepły, więc unosi się nad nim para, widok jest na góry z czapami
śniegu i fiord. Bajka!
A propos pary, po drodze wjechaliśmy w chmurę i ani słowa, ani zdjęcia nie
opiszą jak to jest jak nad wodą wisi ta biała wata, na wyciągnięcie ręki, jakie
to uczucie wdychać ją do płuc i jaki zachwyt to budzi.
W Hofsós jest malutka urocza restauracja. Uzupełniliśmy brakującą kofeinę i
zjedliśmy wędzonego dorsza na domowym chlebie. Aż się chciało wylizać talerz.
Dalej pomknęliśmy do Hólar, pięknie położonej mieścinki z collegem (!), w
którym można studiować turystykę wiejską, nauki konne i kulturę wodną. Jest tu
także wielokrotnie przebudowywana katedra z posadzką z lokalnego kamienia i
wieloma dziełami sztuki, które sprowadzali możni, żeby zapewnić sobie czy to
miejsce pochówku, czy grzechów odkupienie. Na samej górze miasteczka stoi
porośnięta darnią farma, można wejść do środka i obejrzeć niskie pomieszczenia,
które najwyraźniej chroniły i ludzi i gospodarskie zwierzęta, tak jak
szetlandzkie blackhouse'y. Pokoje są puste, niektóre wyraźnie wyremontowane
zgodnie ze współczesnymi normami, więc całość daje tylko pogląd na rozmiar, nie
zaś wyposażenie farmy.
Widoki nas nie opuszczają. I konie. Nie pisałam o koniach. Jest ich
mnóstwo, biegają po pastwiskach, niektóre są umaszczone w absolutnie
fenomenalny sposób. Rozklejam się też na źrebaczki nieporadnie biegnące za
mamą, na rozwiane na wietrze grzywy, na powiewające ogony. Oczywiście co krok
jest znak rent-a-horse lub stadniny organizujące wycieczki po okolicy. Gdyby
mieć więcej czasu... (gdyby nie bać się koni, gdyby nie być przekonaną, że już
się na konia nigdy nie wsiądzie... itp. itd.)
Przystankiem trochę z przypadku stało się dla nas Saudarkrókur- musieliśmy
ten gaz do gotowania kupić koniecznie i jeepa zatankować. Ani jedno ani drugie
nie było łatwe, więc objechaliśmy urocze w sumie miasteczko kilka razy
dokładnie, wielokrotnie mijając wielką namalowaną krewetkę z podpisem Ceci n'est pas une crevette, oczywisty
hołd dla Zdradliwości obrazów autorstwa René Magritte. Koniec końców udało nam
się wszystko załatwić.
Dojechaliśmy na wietrzny, ale przepiękny kemping w Hvammstangi. Mieliśmy jeszcze
jechać szutrową drogą "na foki", ale wsiąkliśmy w ciepłej świetlicy
planując ostatnie dni. Czas się kurczy, drogi szmat przed nami. Liofilizowana
carbonara i resztka Soplicy (chlip chlip) osłodziły nam nieco odkrycie, że ten
cudowny, czysty, wyposażony jak marzenie kemping nie ma... prysznica.
27.07
HÓLMAVÍK- ÍSAFJÖRDUR (380km)
Co ja mam dziś napisać, z tego namiotu rozbitego między
wodospadem a strumieniem...
Atrakcji było dziś i mało, i dużo.
Zatrzymaliśmy się najpierw w muzeum Czarodziejstwa i
Magii, miejscu dziwnym lecz klimatycznym. Na Islandii na stosie płonęli głównie
mężczyźni (udokumentowanych jest 40 przypadków, kobieta była tylko jedna).
Płonęli w XVII w. za rzucanie czarów, wywoływanie burz, gromadzenie majątków za
pomocą sił nieczystych. W muzeum w Hólmavík można poznać ich historie, obejrzeć
tajemnicze symbole czy spodnie z ludzkiej skóry, które nosili (replika chyba,
nie wyglądają na "oryginalne"). Poza tym wypchane lub wygarbowane gryzonie,
kruk, skrzydło jakiegoś ptaka, dużo genealogii i czara z kamienia na której
wykryto ślady krwi, która z niej była pita. Sale ponure, informacji dużo.
Miejsce z pewnością niezwykłe.
Drugi przystanek to już miasteczko (na lokalne warunki
wręcz miasto), w którym zostajemy na noc. Port, kino, pomnik dla tych, co nie
wrócili z morza, kilka knajp i urocze domy, niektóre bardzo stare. Ale też
bloki i przemysł rybny. I Polacy. Dużo. Na tyle, że obok lokalnego dyskontu
sieci Bónus umiejscowił się SAM, w którym można kupić pasztet mazowiecki z
drobiem, smalec, mydło Biały Jeleń i inne swojskie produkty, i całkiem za darmo
posłuchać, że "te deski to takie kurwa drogie, że parkiet bym taniej
kupił". Za 500 koron można też zaopatrzyć się w periodyk polonijny.
My jednak poszliśmy do Bónusa, gdzie po raz kolejny
zdziwiło mnie, że Islandczykom nikt nie powiedział, że w lodówce trzyma się
produkty, a nie klientów. Żeby kupić mięso czy ser trzeba wejść do wielkiej
chłodni, gdzie zimno jest tak, że ciężko zebrać myśli, nie mówiąc o porównaniu
cen, i człowiek łapie pierwszy z brzegu tani serek i ucieka myśląc, że aż mu
tak, cholera, na tej szynce nie zależy, żeby się nabawić odmrożeń.
Poza tymi dwoma miejscami zwiedzaliśmy dzisiaj z
samochodu. Plan był taki, żeby wbić się jak najdalej na zachód krętymi drogami
i jutro zwiedzać wracając do 1ki. A drogi są, że hej! Nie dość, że wąsko, nie
dość, że wieje tak, że samochód przesuwa, to jeszcze na dodatek odcinki
szutrowe coraz dłuższe, i jak już się wjedzie na byle jaki asfalt to się
człowiek czuje jak u Niemca na autobahnie.
Za to widoki rekompensują wszystko. Ten kolor wody
mieniący się w nadal idiotycznie intensywnym słońcu. Ta dzikość przyrody. Te
fiordy niezmierzone... Od tej pory jeśli ktoś mi powie, że jedzie na Islandię
tylko na kilka dni będę doradzała, żeby zostawił inne atrakcje i przyjechał tu
na zachód- znajdzie wszystko, tylko bardziej, a turystów mniej.
W jednym miejscu zobaczyliśmy znak "foki", i
rzeczywiście, leżały na plaży, pływały w morzu, a później próbowały niezdarnie
wciągnąć się na kamienie. Azjata z teleobiektywem powiedział, że doliczył się
aż czternastu sztuk! Uwielbiam patrzeć na te zwierzęta. Niestety, były zbyt
daleko, żeby zrobić im udane zdjęcie sprzętem, który mamy.
No i kemping nas zachwycił. I położenie i infrastruktura,
styl skandynawski, czysto, przejrzyście, przyjaźnie, nawet gitara wisi na
ścianie jakby kto chciał sobie pograć. Siedzimy przy piwku w świetlicy, kolacja
już za nami. Niby jeszcze nie ma dziewiątej, ale skłaniamy się ku pójściu spać.
Plan na jutro już mamy ugadany, teraz potrzebne są siły, żeby stawić czoła
nowemu dniu.
28.07
FLATEYRI - SKÚDUR -
DYNJANDI - HNJÓTUR - LÁTRABIARG - BREIDAVÍK - RAUDASANDUR - FLOKALUNDUR (440
km)
Ależ sobie daliśmy dzisiaj w kość!
Zaczęło się mało trafnie, bo pomyliłam się w czytaniu
mapy, a że tunel był, jak miał być, to dopiero na wylocie się zorientowałam, że
jesteśmy całkiem nie tu... Zawróciliśmy więc i już poprawnym tunelem
dojechaliśmy do malutkiego Flateyri, ale niestety jedyna atrakcja, którą
chcieliśmy zwiedzić (są dwie), Old Bookshop, zmieniła godziny otwarcia i
musielibyśmy zbyt długo czekać.
Obejrzeliśmy więc miasteczko i pojechaliśmy dalej, do
najstarszego ogrodu botanicznego Islandii. Zachwyt! Nie wiem, czy same rośliny
to sprawiły, chociaż pięknie kwitły i pachniały. Bardziej chyba urzekło mnie,
że Skúdur, bo tak się nazywa, jest oazą na dosyć gołym zboczu góry, ma małe
fontanny i ukryte ławeczki, szklany pawilon z księgą gości, pachnie kwieciem
wręcz upajająco, a funkcję jednej z bram pełni gigantyczna kość ze szczęki
wieloryba. Mieliśmy szczęście, bo zwiedzaliśmy sami, tylko my i para starszych
osób zajmujących się doglądaniem ogrodu: on kosił, ona pieliła.
Gdybyśmy przyjechali kwadrans później, musielibyśmy ten
zaczarowany ogród dzielić z wycieczką Brytyjczyków.
Następny na naszej trasie był wodospad Dynjandi- najpierw
pomyślałam "o, nie, znowu wodospad?", później jednak doczytałam, że
ma niemal 100 metrów wysokości, więc postanowiliśmy dać mu szansę. I nie zawiedliśmy
się. Co prawda jedno z nas chciało zwiedzać z samochodu, ale drugie namówiło je
jednak na wspinaczkę pod sam wodospad, bo przecież po to żyje się razem. Żeby
motywować. A warto było się wspinać, bo trasa nie długa, widok przepiękny, a po
drodze jeszcze kilka mniejszych wodospadów. B. zauważył, że poszczególne
kaskady Dynjandi odpowiadają erozji skał na otaczających go górach. Coś więcej
niż ten wodospad smagało te skały :) U stóp wzgórza przy huku spadającej wody
zjedliśmy lunch i pomknęliśmy dalej.
Chociaż to może nie być najlepszy czasownik.
"Mknąć" po Fiordach Zachodnich się nie da, i już na tym etapie było
to widać. Dalej było tylko gorzej. Asfalt był wielkim nieobecnym. Dziury i
koleiny w drodze szerokości chodnika idącej w górę i w dół pod kątem 10ciu, a
czasem nawet kilkunastu stopni. Żwir, więc przyczepność żadna, za to kamienie
pięknie obijają samochód. Z jednej strony lita skała, z drugiej urwisko, a
wiedz, że kiedy Islandczyk stawia barierkę przy drodze, to o czymś to świadczy.
Szczerze mówiąc tak wyobrażaliśmy sobie osławione drogi F w interiorze.
Poruszaliśmy się żółwim tempem. Po drodze minęliśmy dwa
gorące źródła, ale pływały w nich glony i jakoś nie zrobiły dobrego wrażenia,
więc mimo entuzjastycznych min siedzących w nich osób - nie zdecydowałam się
(mąż nadal nie ma kąpielówek). Za to zobaczyłam, że oni rzeczywiście z tych
gorących baseników pędzą do lodowatego fiordu się ochłodzić.
Przez całą drogę jechały z nami niesamowite chmury. Jakby
je kto namalował, to bym powiedziała: nierealistyczne. No bo niektóre gęste,
nieprzeźroczyste i w kształcie wypisz wymaluj UFO. Albo: wszystkie poziome
kreski, a jedna, nad górą, pionowo, i bawią się, że są wulkanem i dymem.
Wielką niespodzianką było znalezione przypadkiem muzeum
lotnicze w Hnjótur. Najpierw zauważyliśmy wrak amerykańskiego Douglasa.
Zatrzymaliśmy się, i zanim zaparkowałam B. już wlazł do środka i machał z
kokpitu.
Później okazało się, że obok jest hangar, a w nim same cuda! Dwupłatowy Antonow Aerofłotu wyprodukowany w Polsce (!) w '67, jeep z okresu II Wojny Światowej i nie wiadomo według jakiego klucza - Honda CRX przykryta folią malarską. Na zewnątrz jeszcze kawałek samolotu i ciężarówka Mercedesa nie pierwszej nowości.
Później okazało się, że obok jest hangar, a w nim same cuda! Dwupłatowy Antonow Aerofłotu wyprodukowany w Polsce (!) w '67, jeep z okresu II Wojny Światowej i nie wiadomo według jakiego klucza - Honda CRX przykryta folią malarską. Na zewnątrz jeszcze kawałek samolotu i ciężarówka Mercedesa nie pierwszej nowości.
Pooglądali, obfotografowali, i musieli przestać udawać, że
długie kilometry trudnej drogi na nich nie czekają.
Za to na końcu- najdalej wysunięty na zachód punkt Europy,
nie licząc Azorów. Z tej okazji odbyła się poniższa dyskusja.
Ja: E, takie gadanie. To wcale nie najdalszy. Azory są w
Europie.
Mąż: Azory są archipelagiem i leżą na Atlantyku.
Ja: Należą do Portugalii, więc są Europą.
Mąż: Wedle tej logiki, gdzie leżą Falklandy?
Koniec czy nie, Látrabjarg to przepiękne urwisko, latarnia
morska i sanktuarium ptasie. Już pisałam, że kocham maskonury? Tutaj byłam od
nich dosłownie na wyciągnięcie ręki!
W dodatku słońce powoli się obniżało, i widok na bezbrzeżny ocean - uznany i tak przez National Geographic za jeden z 10 najlepszych na świecie- stał się jeszcze lepszy.
W dodatku słońce powoli się obniżało, i widok na bezbrzeżny ocean - uznany i tak przez National Geographic za jeden z 10 najlepszych na świecie- stał się jeszcze lepszy.
Żeby z tego pseudo-zachodu słońca skorzystać, pojechaliśmy
jeszcze na dwie plaże. Na jedną - nacieszyć się piaskiem. Wyskoczyłam z butów i
szalałam, ile wlezie. Ganianie się z falami, skoki, tańce, tarzanie w piasku.
Jak wariatka. No ale ja tak mam na pustych piaszczystych plażach. Druga plaża
to znane miejsce pobytu fok, i liczyłam, że zobaczę je z jeszcze mniejszej
odległości niż wczoraj, ale chyba zgadały się z reniferami (których ku mojej
rozpaczy nie spotkaliśmy na wschodzie) i nie było ani jednej.
B. był już troszkę zdenerwowany czasem, bo zbliżała się
23, jaka droga przed nami już wiedzieliśmy, a do kempingu kawałek... Ja tu
zawsze mówię "no i co, że późno? słońce ci zajdzie?", ale on jakoś
tego argumentu nie lubi... Byliśmy już fizycznie zmęczeni, i spacerami, i
emocjami, i tą jazdą wyczynową, więc rzeczywiście pora była jechać. Na
pożegnanie z fiordami dostaliśmy kolory skał nie do opisania, odbijające ostatnie
promienie słońca. Ktoś pokolorował też nieopuszczające nas chmury.
Kompletnie wykończeni na kemping dotarliśmy o północy.
Zanim namiot, zanim co- do kolacji usiedliśmy przed pierwszą. Nadal było jasno,
godzinę później zresztą też. Siedzieliśmy na pelerynie na trawie, z widokiem na
morze i fiord, jedząc z jednej miski. Wolę to od każdej restauracji świata.
29.07
LAUGAR- ERIKSSTADIR-
ÓLAFSVÍK (330 km)
Obudził mnie dzisiaj mąż o 10, bo mu się wydawało, że
późno, a ja wyrwana z objęć Morfeusza nie bywam radosnym promykiem słońca.
Wręcz przeciwnie. Burczę, płaczę i czepiam się o wszystko. Dwie godziny mi
zajęło wytarabanienie się z tego rozbicia, więc ruszyliśmy i tak po 12.
Daleko nie ujechaliśmy, bo zaraz obok było kolejne gorące
źródło. Tym razem z kamieni, a nie wyłożone płytkami jak basen, więc glony
wyglądały jakoś naturalniej, no i było ich mniej, toteż nie odmówiłam sobie
kąpieli. Do fiordu też weszłam, chociaż tak lodowata woda nawet dla mnie była
wyzwaniem. Ale jak się bawić, to na całego.
Nieustająco bawi mnie znak "zakaz defekacji" z
bardzo sugestywną grafiką, ustawiony w okolicach wszystkich akwenów.
Po kąpieli zaczęliśmy przeprawę na półwysep Snaefellsness-
rozważaliśmy prom, ale zaoszczędzilibyśmy tylko godzinę, a kosztowałby nas 500
zł. Zdecydowaliśmy się więc jechać drogą.
Zachodnia Islandia jak nam się póki co wydaje stoi głównie
sagami: historiami z X w., którymi ewidentnie nadal żyje cały naród. I tu, w
tych okolicach jest wiele miejsc z nimi związanych.
Lunch jedliśmy w Laugar, obok źródełka, w którym wedle
legendy kąpała się piękna bohaterka jednej z sag, vis a vis góry zwanej katedrą
elfów. Później odwiedziliśmy skansen Eriksstadir, żeby zobaczyć jak żyli
Wikingowie. W środku chaty znaleźliśmy krótkie łóżka (nie dość, że nie byli
wysocy, to spali na siedząco), krosno, kości zwierząt do zabawy dla dzieci,
rogi krów, czyli ówczesne kufle, w centralnym punkcie zaś- palenisko. Mieszkali
po dziesięć, piętnaście osób: z jednej strony państwo, na przeciw niewolnicy,
wszyscy pod jednym dachem. Młoda przewodniczka w stroju trochę z epoki, a
trochę z polaru, bo jednak zimno, na zmianę po angielsku i islandzku
odpowiadała na wszystkie pytania. Wiedzę miała imponującą. Niby już to
słyszałam, ale uderzyło mnie jak młodym państwem jest Islandia. Uzyskali
niepodległość od Danii dopiero w 1944r! Dziewczyna opowiadała też o podróżach
Wikingów do Kanady, pięć wieków przed Kolumbem. I o tym, jak Wikingowie
poczęstowali Indian swoim przysmakiem, skyr.
Indianie, nieprzyzwyczajeni do laktozy, zapadli na ciężką sraczkę i uznali, że
Wikingowie próbują ich otruć. Tak oto zaczęła się wojna, która odesłała
Europejczyków z powrotem do domu.
Wyszliśmy z chaty i uderzył nas mocny wiatr. Walczyliśmy z
nim przez całą dalszą drogę, a trasa znowu była w dużym stopniu bez asfaltu.
Jak my już mamy dosyć tych dróg z kamyczkami! Dobrze, że chyba są już wszystkie
za naszymi plecami.
Zatrzymaliśmy się w supermarkecie, kupiliśmy skyr na spróbowanie - dobry, coś między
jogurtem a serkiem homogenizowanym. Kupiliśmy też lokalne piwa - niestety,
nadal niepijalne.
Po drodze patrzyliśmy na zajadle walczące konie: na zęby,
na kopyta. Niesamowity widok. Powtórka widowiska, z innymi końmi w roli
głównej, będzie wieczorem obok namiotu.
Na kempingu nie bez trudu przy ostrej wichurze
rozstawiliśmy namiot. Było ryzyko, że odfruniemy razem z nim. Później
wepchnęliśmy się do przepełnionej wspólnej kuchni, zaczekaliśmy na miejsce przy
stole (z sympatycznymi Hiszpanami; mąż czuł się troszkę wyłączony z rozmowy,
ale ta na szczęście nie potrwała długo, bo blog sam się nie pisze), i
ugotowaliśmy jedne z ostatnich zupek chińskich, jakie mamy na składzie. B.
chyba oduczy się wybierać takie z napisem "ostra", bo płakał nad tym
daniem z pół godziny, a czerwony był jak rak. Moja, owoce morza, dziękuję,
bardzo smaczna.
Wiatr ucichł. Jest szansa, że do rana nas nie wywieje.
30.07
PARK NARODOWY
SNAEFELLSJÖKUL - ARNARSTAPI - BORGANES - AKRANES (240 km)
Obudziliśmy się późno i wyjechaliśmy w związku z tym po
południu. Godziny po przebudzeniu były leniwe, na przykład ja z fascynacją
przyglądałam się starszemu panu, który przyszedł do kuchni z miską brudnych
naczyń i bardzo metodycznie najpierw je mył, a potem wycierał, układając je i
na suszarce i z powrotem w misce: robił to przez dobre 40 minut; nie doczekałam
finału, ale było to bardzo wciągające przedstawienie. Wszystko miało swoją
kolej i swoje miejsce, i było to niezwykle kojące.
Patrzyliśmy także z czym ludzie przyjeżdżają na kemping, i
poza namiotami i zwykłymi przyczepami są jeszcze przyczepy składane i absolutny
hit: namioty rozstawiane na dachach normalnych osobowych samochodów.
Kiedy wreszcie pojechaliśmy na naszą ostatnią tutaj długą
wycieczkę, przejechaliśmy przez miejscowość Hellisandur i naszła nas refleksja,
że większość miejsc na Islandii nazywa się od tego czym są: zatoka (vík), wodospad (foss), lodowiec (jökull)
czy fiord (fjördur). Hellisandur
oznacza piaskową jaskinię. I rzeczywiście piasku tam nie brakuje; myślę, że to
taka lokalna Ustka gdzie Islandczycy przyjeżdżają na urlop.
Głównym celem naszej dzisiejszej podróży był park narodowy
nazwany od znajdującego się w jego centrum wielkiego, imponującego lodowca:
Snaefellsjökull (kto czytał uważnie Juliusza Verne'a pamięta, że to przez ten
lodowiec można dostać się do środka ziemi). Co się tam ogląda? Przede wszystkim
bezkresne pola lawy, poza tym latarnie morskie, formacje polawowe
przypominające wysokie słupy, łuki albo postaci (na przykład trolle), a
niektóre z nich podobno służą jako kościoły elfom... Byliśmy na
Djúpalónssandur, plaży z dwiema uroczymi lagunami, z resztkami brytyjskiego
statku, który rozbił się tu w latach czterdziestych, oraz
kamieniami które w dawnych czasach używane były do określania siły mężczyzn,
którzy chcieli wypływać na morze. Najlżejszy kamień dla słabeuszy waży 23 kg i
ten udało mi się podnieść; następne to 54, 100 i 154 kg (ten ostatni oznacza
pełną siłę), ale do tych trzech nawet się nie zabierałam...
Wspinaliśmy się też na krater wulkanu i podziwialiśmy piękną
panoramę. Wiało dzisiaj niemiłosiernie, w pewnym momencie po prostu zdmuchnęło
mnie ze ścieżki, na szczęście niegroźnie.
Spacerowaliśmy po pięknych okolicach Malarrit i
wdychaliśmy ostatnie hausty oceanicznego powietrza.
Po wyjeździe z parku zatrzymaliśmy się w uroczym
miasteczku Arnarstapi, w którym stoi pomnik Bárðura, ducha opiekuna miasteczka,
I podobno jest także monument ku czci Juliusza Verne'a z odległością do różnych
miast przez jądro ziemi, ale nie udało nam się go odnaleźć. Udało nam się za to
zjeść pyszną rybę z frytkami w budce obok portu, a ponieważ była długa kolejka
i musieliśmy długo czekać, w ramach rekompensaty pani zaproponowała nam darmową
kawę.
Po drodze do Akranes, celu naszej dzisiejszej podróży,
naszego domu na następne dwie noce, zatrzymaliśmy się jeszcze w Borgarnes, żeby
rzucić okiem na pomnik ku czci jednego z bohaterów sag i zatankować samochód.
Tym samym końca dobiegła ta część podróży, w której co
chwila poznajemy nowe krajobrazy. Mąż mówi, że nie rozumie dlaczego uważa się
że Fiordy Zachodnie są najpiękniejszą częścią Islandii. Dla niego dzisiejszy
półwysep był dużo bardziej czarujący. Ja chyba jeszcze nie podjęłam decyzji...
31.07-1.08
REYKJAVÍK I OKOLICE
Stolica Islandii jest przepiękna! Chyba każdy tak sobie
wyobraża skandynawskie miasto - wąskie uliczki, kolorowe domy, restauracje i
sklepy, dużo zieleni.
Jedyne co muszę otwarcie powiedzieć to to, że Islandczycy nie umieją w pomniki. No co jeden to gorszy, naprawdę! Jakby dziecko lepiło z plasteliny.
Jedyne co muszę otwarcie powiedzieć to to, że Islandczycy nie umieją w pomniki. No co jeden to gorszy, naprawdę! Jakby dziecko lepiło z plasteliny.
Udało nam się załapać na darmowe oprowadzanie po mieście.
Eyvindur, nasz przewodnik, jak każdy na wyspie, ma poza tym oprowadzaniem
jeszcze pięć zawodów, w tym pracę w telewizji i w tłumaczeniach, co było widać,
bo mówił po angielsku świetnie i showman był z niego nielichy. Pokazał nam
większość najważniejszych budynków w mieście, opowiedział wiele anegdot i
ciekawostek. Między innymi o nazwiskach: otóż w naszym rozumieniu tego słowa
nazwiska nie istnieją. Kiedy rodzi się dziecko, poza imieniem otrzymuje tylko
imię ojca z końcówką -sson (chłopiec) lub -sdottir (dziewczynka). Czyli Anna,
córka Ofala, będzie się nazywać Anna Olafsdottir, jej brat Jón Olafsson, a
matka zupełnie inaczej, bo nie zmienia się nazwisk po ślubie.
Eyvi opowiadał też o elfach, w które wierzy znaczna część
populacji, a jeszcze większa nie chce otwarcie zaprzeczyć ich istnieniu.
Historia posunięta jest do takiego stopnia, że w zeszłym roku zmieniono trasę
planowanej budowy drogi, żeby nie ruszać kamieni, które elfy życzą sobie
pozostawić nietknięte...
Wracając do miasta: obejrzeliśmy parlament, ratusz,
katedrę, teatr wielki, dwa najważniejsze kościoły, salę koncertową i budynek
rządowy. Poza tym parki, jezioro, cudowną promenadę ciągnącą się kilometrami
wzdłuż morza, pełną biegaczy i spacerowiczów.
Na kolację poszliśmy do uroczej knajpki w starym porcie, ja na mule, B.- na tutejszą słynną jagnięcinę. Nasz kelner był Polakiem; Polaków zresztą jest tu sporo, 3.1% populacji, czyli jesteśmy drugą pod względem liczebności grupą etniczną.
Na kolację poszliśmy do uroczej knajpki w starym porcie, ja na mule, B.- na tutejszą słynną jagnięcinę. Nasz kelner był Polakiem; Polaków zresztą jest tu sporo, 3.1% populacji, czyli jesteśmy drugą pod względem liczebności grupą etniczną.
Zjedliśmy też słynne hot dogi w Bæjarins Beztu Pylsur -
rzeczywiście, smaczne.
Jedynym zgrzytem w trakcie pobytu w Reykjaviku była próba
wymienienia pieniędzy. Tak, Islandia jest krajem, gdzie kartą można zapłacić
dosłownie wszędzie, nawet za publiczną toaletę, ale mieliśmy trochę euro i
chcieliśmy je wymienić. Co nie jest łatwe, bo kantory nie istnieją, a banki
otwarte są do 16. Wszystkie! Tak samo nacięłam się z supermarketem: ja po
wędlinkę na śniadanko, a Bónus od 11. Do 18.30! Jak oni żyją?! Dlatego lubię
duże miasta, można załatwić wszystko i o każdej porze. A z mieścinkami,
uroczymi nawet jak islandzka stolica, zawsze jakiś kłopot. No i jeszcze hit
absolutny: monopolowe. Alkohol sprzedaje tylko państwowa sieć Vínbúðin, sklepy
otwarte są od poniedziałku do piątku od 11 do 18. A wino, które w Biedronce
kosztuje 16 zł, tutaj- 1300 koron (około 4 razy drożej). Za to mają Crabbies,
jedno z dwóch słusznych piw imbirowych na świecie (drugie to Simply Ginger).
Ależ się ucieszyłam!
Ku oburzeniu mojego męża poszłam jeszcze (sama) do Muzeum
Penisów, które okazało się być bardzo ciekawym miejscem. Poza okazami ponad 200
członków zwierząt, muzeum przyjmuje dotacje od mężczyzn, którzy chcą swoje
przyrodzenie po śmierci umieścić dla potomnych na wystawie. Wystarczy podpisać
deklarację. Jeden członek już jest, a dokumentów zapowiadających kolejne
eksponaty wisi kilkanaście (dawcy z Niemiec, Stanów Zjednoczonych itp.). Muzeum
może się także poszczycić odlewami penisów całej drużyny olimpijskiej Islandii
grającej w piłkę ręczną. Poza tym są żartobliwe pstryczki, jak penis trolla czy
elfa (ten ostatni- oczywiście niewidzialny!), i dużo bardzo ciekawych
informacji o członkach zwierząt (penis kota wyposażony jest w kolce do
"wymiatania" spermy poprzednika i wywoływania owulacji; penis słonia
jest w takim samym stopniu ruchomy jak jego trąba i słoń może się nim na
przykład podrapać). Na wystawie stoją zarówno eksponaty najmniejsze (chomik),
jak i największe (płetwal błękitny), a także wszelkie ozdoby z i w kształcie
penisa. Polecam wizytę!
Nie odmówiłam sobie także ostatniej kąpieli w gorących
źródłach- tym razem wybraliśmy plażę geotermalną Nautholsvik. Oczywiście
dzielnie chłodziłam się w oceanie! A skoro już dojechaliśmy aż na plażę,
poszliśmy obejrzeć Perlan, lustrzaną kopułę chroniącą źródła geotermalne. Widok
z tarasu rozciąga się na całe miasto, i w niczym nie ustępuje temu, który można
podziwiać z wieży kościoła Hallgrímskirkja - żałuję, że namówiłam B. na wydanie
tych w sumie 1800 koron... ale mądry Polak po szkodzie.
W Reykjaviku roi się od murali. Podobno władze miały
problem z młodzieżą piszącą po murach, zdecydowano więc zlecać zamalowywanie
wszelkich "ślepych" ścian. Wygląda to naprawdę fajnie, a ma się dalej
rozrastać.
Jedną z ciekawszych rzeczy, na które się natknęliśmy, była
gigantyczna makieta Islandii w ratuszu. Genialnie było obejrzeć wyspę po
zjechaniu jej samochodem, zobaczyć ogrom lodowców, pól lawy.
Z ciekawostek nadmienię jeszcze, że w mieście można
znaleźć kawałek muru berlińskiego, postawionego nieopodal budynku, gdzie na reykiawickim
szczycie spotkał się Reagan z Gorbaczowem w 1986r.
I tak jesteśmy znowu w samolocie, opaleni jak szaleni, z
głowami eksplodującymi od wrażeń, zakochani, trochę wymęczeni, i jak zawsze z
niedosytem, że jeszcze to, że jeszcze tam... Ale na raz więcej nie dalibyśmy
rady. Licznik w samochodzie przy pożegnaniu pokazał tuż ponad 3750. Ładny
kilometraż jak na dwa tygodnie :)