sobota, 5 sierpnia 2023

Gdynia - dzień 5 i 6

Piątek był tym cudownym dniem, w którym B. w końcu miał wolne, więc można było zacząć od śniadania w wersji slow, co tym razem oznaczało gofry. Mam w domu gofrownicę, ale chyba po przyjeździe ją wyrzucę, bo nafrustrowałam się już wielokrotnie, a to nie ze mną jest problem. Gofrownica tutaj wypluła idealne, bezcukrowe gofry na bananach dosłownie w mgnieniu oka.



Najedzeni, zaczęliśmy zastanawiać się nad wycieczką i B. sięgnął na półkę, na której zobaczył książkę "Zrób to w Trójmieście. Alternatywny przewodnik" i po chwili czyta:

- Obejdź najdłuższy budynek w Polsce.



Sprzedane. Najdłuższy budynek stoi przy Obrońców Wybrzeża w Gdańsku. Oto, czego można się o nim dowiedzieć z internetu:

Najdłuższym Polskim budynkiem jest falowiec na osiedlu Przymorze przy ulicy Obrońców Wybrzeża w Gdańsku. Zbudowany został w latach 1970-1973 i zgodnie ze wstępnymi planami miał być krótszy. Architekci (Tadeusz Różański, Danuta Olędzka, Janusz Morek) uznali jednak, że warto wykorzystać wolny grunt, na którym powstawał. Falowiec jest szeroki na 13 metrów, wysoki na 32 metry i długi na 860 metrów. Ma 16 klatek schodowych i jedenaście kondygnacji, w których znajduje się 1793 mieszkań. Aby dostać się z jednego końca bloku na drugi trzeba przejechać aż trzy przystanki autobusowe, a pocztę w tym budynku dostarcza aż czterech listonoszy. Jak czytamy na portalu gdanskstrefa.com osiem gdańskich falowców zamieszkuje ponad 12 tysięcy osób. Uznawany jest za najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce, oraz trzeci najdłuższy w Europie (gdański falowiec pobił blok Karl-Marx-Hof, który ma 1100 metrów długości oraz rzymski Corviale długi na 980 metrów). adres strony

Dojechaliśmy i zwiedziliśmy go z samochodu, a do obejścia w końcu nie doszło, bo dzieci zareagowały na zwolnienie tempa jazdy naprzemienną wokalizacją i postanowiliśmy zabrać je na spacer do parku, który ukazał się przed nami. Jak się okazało, był to Park Prezydenta Ronalda Reagana, miejscami przypominający bardziej las, ale pocięty ścieżkami, drogami dla rowerów, pełen ławeczek i mobilnych kawiarni, dochodzący aż do pięknej plaży. Miło było się poszwędać, a pies miał okazję radośnie poskakać między falami a drobnym piaskiem. 




Jedyny trudny moment nastąpił, kiedy jakiś dzieciak na hulajnodze przejechał za blisko Pirxa, więc Pirx szczeknął, a młody rzucił pojazd, pobeczał się i nawiał. Mieliśmy z matką tego dziecka opinie rozbieżne, kto kogo bardziej przestraszył, ale obyło się bez większej awantury.

Sobota zaczęła się od tego, że połowa wycieczki poszła na plażę podziwiać Ironmanów, a druga połowa została na kanapie i w kuchni, racząc się na zmianę kawą, serialem, muffinkami i biszkoptem. Cudowne przedpołudnie płynnie przeszło w popołudnie i dopiero przed 18.00 wszyscy załadowaliśmy się do samochodu na wycieczkę.

Pogoda dziś jest z gatunku tych na dwoje babka wróżyła, przyszły nawet jakieś alerty RCB, a że nie chciałam, żeby ktoś znowu wracał bez gaci (bo mogłoby paść tym razem na mnie 😜), to zdecydowaliśmy się podjechać samochodem w dwa miejsca, które ja poznałam poprzednim razem i które bardzo chciałam pokazać rodzinie.

Pierwsze to plaża na Babich Dołach, z której widać torpedownię. Urzekło mnie to miejsce zimą, a teraz mogłam jeszcze zanurzyć stopy w lodowatej wodzie i napawać się wszystkimi zmysłami. 



Pies był dzisiaj niespokojny, napięty, chyba już trochę się przebodźcował. Może wyczuł też to, co my zobaczyliśmy od razu po zejściu schodkami na plażę - stado małych dzików przeszukujących zarośla w poszukiwaniu jedzenia na zmianę z dokazywaniem z rodzeństwem. Nasz niepokój budziły nie tyle pocieszne maluchy, co świadomość, że z kępy krzewia lada moment może wyjść ich matka, ale inni ludzie wydawali się kompletnie niewzruszeni sytuacją, podchodzili i robili im zdjęcia, pozwalali podchodzić malutkim dzieciom. Nasze zdjęcie (poniżej) jest z bezpiecznej odległości, więc "znajdź dzika" to tutaj raczej zabawa dla uważnych 😋



Drugi punkt wycieczki to molo w Mechelinkach. W sprzyjających warunkach pogodowych i bez dzieci można byłoby dojść tam plażą z Babich Dołów, ale my podjechaliśmy samochodem. Bardzo dużo się tam teraz buduje i ewidentnie są to domy inwestycyjne i wakacyjne, a niekoniecznie całoroczne, ale zaczęliśmy rozmawiać, ile to może kosztować i jak to by było mieć na lato taki mały domek właśnie tam. Może, kiedyś...



Na molo jak zwykle trochę ludzi, ale ciężko mówić o tłumie, na plaży z racji aury i godziny dość pusto. Dziecko usnęło w samochodzie, więc zwiedzaliśmy na zmianę. B. wrócił ze swojego spaceru o westchnął:

- Zakochałem się. Naprawdę ludzie tak tu mieszkają?

W drodze powrotnej jeszcze udało nam się dokładnie o 19.30 dopaść Rossmana czynnego do 19.30, ale pani zlitowała się i otworzyła zamknięte już drzwi, kiedy usłyszała, że nie chodzi o krem na zmarszczki, tylko o żywność dla progenitury. Chwilę dalej zawracaliśmy obejrzeć bolid F1 ustawiony obok stacji Orlenu, a na koniec podziwialiśmy rozległy i majestatyczny port Gdyni z tysiącami kontenerów i z cudownie w zapadającej nocy oświetlonymi dźwigami. Dając popisy wokalne mające na celu zabawienie obudzonego i średnio zadowolonego dziecka wróciliśmy do domu. 




czwartek, 3 sierpnia 2023

Gdynia - dzień 4

Jak tylko wczoraj zobaczyłam te rejsy do Helu, w mojej głowie pojawił się plan na dziś.

Problem był tylko godzinowy, bo jedyny rejs nie oznaczony literką R jak "możemy-odwołać-jak-będziemy-mieli-takie-widzimisię" odpływał o 10, a nikt w tej rodzinie, licząc również psa, nie ma w naturze wstawania jak do krów, zwłaszcza na wakacjach. No dobra, czasem B., ale to dlatego, że on chce mieć pewność, że pobiegnie, a w przeciwieństwie do mnie nie jest fanem treningów o północy (#chodagang).

Kiedy przebudziliśmy się rano, mocno padało, co tym bardziej postawiło całość przedsięwzięcia pod znakiem zapytania. Ale wystarczyło odwrócić się na drugi bok i dospać do 11, żeby doczekać lepszej aury.

- Wychodzimy o 12 na rejs o 13 - powiedziałam o 11:30 znad kubka kawy.

- Dziwne. - powiedział B. - Bo jakoś bardzo spokojnie tu siedzisz, jak na całe pakowanie, prysznice i ogarnianie, które musisz upchnąć w pół godziny. Pachnie wrzeszczeniem na mnie za pięć dwunasta, że jesteś spóźniona, mam rzucić wszystko i natychmiast wam pomagać.

Pfff.

Wyszliśmy 12:03 i takim raczej szybkim marszem przeszliśmy do plaży i w lewo do portu. Bilet na statek udało się kupić bez problemu, wjechać na katamaran wygodnym trapem, no ale na dole nie było nic fajnego, a na górę prowadziły tylko strome schody. Przełożyłam młodzież do nosidła, trochę z duszą na ramieniu, bo on i nosidło to trochę na dwoje babka wróżyła, raz jest "no spoko", a raz "wyjm mnie z tego natentychmiast, kobieto!". Tym razem się udało.



Poszliśmy na górny pokład, pięknie świeciło słońce, progenitura zajęta była rozglądaniem się wokół z miną nadzorcy armatora, który wpadł przypierdolić się do czego tam się da. Poważna mina i trochę za duży jeszcze kaszkiet robiły wrażenie, więc zbierał uśmiechy i zachwyty, co bardzo mu się podobało. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.



Płynie się do Helu zgodnie z rozkładem godzinę, a zgodnie z informacją w kasie i zegarkiem - godzinę piętnaście. Wysiedliśmy w porcie, który w zawodach na najbrzydszy port świata z pewnością załapałby się w ścisłej czołówce. Ja dodatkowo na skraju odwodnienia, bo na statku jeszcze nie słyszeli o płatnościach mobilnych, a ja gotówki nie mam nigdy. W zasadzie nie mam już nawet portfela. W głowie słyszałam głos Taty, który bez kilku stówek w kieszeni w życiu z domu nie wyszedł, że tak to jest, jak się korzysta z nowomodnych technologii, zamiast mieć normalnie pieniądze.

Wzdłuż falochronu rozstawiły się budki ze wszystkim. Od ryb wędzonych, przez gofry kulkowe czy bąbelkowe czy jak ta zaraza się tam nazywa, przez bilety na statki pirackie, lody włoskie aż po foki z pluszu. Ale jak już przebrnęliśmy do posągu Neptuna (który w domu rozpętał dyskusję, czy to to samo co Posejdon, czy nie), to okazało się, że sam Hel jest miłym miasteczkiem z ładnym deptakiem. Czasu mieliśmy niewiele, bo prom powrotny odpływał o 15, ale wystarczyło na krótki spacer do kawiarni. 



Jakby nie wrzeszczące dzieci i kłócące się rodziny oraz sprzedawane co krok wyroby z plastiku niewiadomego przeznaczenia, byłoby całkiem fajnie. Najbardziej ubawił mnie pan, który krzyczał do żony, a propos płaczących pociech, że "żadne badziewie kupywane nie będzie". B. zażyczył sobie koszulkę z takim hasłem 😂😂😂

W kawiarni, nadal z wyschniętym gardłem, zamówiłam wodę, kawę mrożoną i lody (w smaku 3 na 5), wypiłam w zasadzie duszkiem i wróciliśmy na prom.

Ewidentnie zbierało się na deszcz. Usiedliśmy więc na dolnym pokładzie, nie wygłupiając się z wchodzeniem na otwarte deki.

Przez chwilę lało i bujało dość intensywnie, ale w Gdyni wysiedliśmy już w końcówce lekkiej mżawki. Udało mi się dojść spacerem prawie do samej budki z kalmarami, którą miałam upatrzoną na lunch i wtedy rozpadało się znowu. Ukryłam nas pod daszkiem, jadłam i czekałam jak się sytuacja rozwinie. Pomna scen sprzed dwóch dni z niejaką nieśmiałością podchodziłam do zakładania na wózek ochraniacza przed deszczem, ale w końcu pomyślałam, że założę bez wychodzenia i zobaczę, czy zaczną się protesty.



Junior z zainteresowaniem obserwował co robię, w końcu wystawił lewą nogę przez okienko i dość zadowolony czekał na rozwój sytuacji.

Zaczęło grzmieć i było tak jakby z jednej strony czarno, a z drugiej całkiem błękitnie. Zadzwoniłam nawet do B. czy może by nas nie ratował samochodem, ale nie uśmiechała mi się zmiana planów i bardzo chciałam inną drogą, przez Kamienną Górę, wrócić spacerem. Po jakimś kwadransie deszcz zelżał, więc nieśmiało wyruszyliśmy w trasę. Górka była solidna, wyszło nawet słońce, zdążyłam sobie pogratulować odwagi i tego spaceru, już witałam się z gąską, już szłam ulicą Legionów, co jeszcze było dość daleko od domu, ale już jednak ostatnia prosta.

I wtedy zaczęło tak naprawdę padać

Dziecko zaprzyjaźnione już z ochroą przeciwdeszczową zaczęło za nią rytmicznie pociągać, wlewając sobie do wózka deszczówkę. Zauważyłam, że spodnie ma mokre, ale po bliższym przyjrzeniu się i w trakcie przerwy w deszczu nie umiałam już stwierdzić, czy wilgoć pochodzi tylko ze zjawisk atmosferycznych, czy także z kompletnie przesikanej pieluchy. Junior wyraźnie zaczął się tymi mokrymi spodniami irytować, więc nie bacząc na to, że to drugi raz w czasie jednych wakacji, kiedy wróci ze spaceru bez gaci, postanowiłam szybko go przewinąć.

Tak oto zostałam tą matką, która jednym sprawnym ruchem na rogu Legionów i Piłsudzkiego przewija, rozbiera, opatula w kocyk, a wszystko to bez wyjmowania z wózka. To była dobra decyzja, bo młody się uspokoił, a ja zaczęłam syzyfową pracę podepchnięcia wózka w górę.

Od skweru Sue Ryder do Ujejskiego jest naprawdę stromo. A rozpadało się na całego. Pikanterii sytuacji dodawały kryte daszkami wejścia do klatek ciągnące się wzdłuż całego odcinka, które z daleka zapraszały, mamiąc ulgą od strug deszczu, a z bliska śmiały mi się w twarz, bo pod nimi były zawsze wąskie schodki, więc z wózkiem nie było mowy tam się dostać. Nie miałam kurtki ani parasola. Junior był wyraźnie ubawiony tym, że ja jestem pod prysznicem, a on jakby nie. Do domu doszłam przemoczona do bielizny. Włącznie.



Dziecko po takich wrażeniach pośmiało się chwilę z Tatą, zjadło podwieczorek i udało się na drzemkę. Drzemka trwa do tej pory. Jest 22:54. 

środa, 2 sierpnia 2023

Gdynia - dzień 3

Komu to by przeszkadzało, żeby taka pogoda jak dzisiaj była przez cały rok?



Bez upału, dużo wiatru, mnóstwo słońca.

Zeszliśmy ze Wzgórza św. Maksymiliana w dół ulicą Legionów i Piłsudzkiego, żeby zobaczyć się z M. przy bulwarze na wspólny spacer. Rozmawiałyśmy o tym, jak tu się mieszka, o widokach, wieżowcach, pracy zdalnej i rodzinach.

Zaraz na początku kupiłyśmy sobie lody.



W domu chodzimy na lody w sezonie codziennie (tak, codziennie). Mamy dwie cudowne lodziarnie pod domem, jedna prowadzi lokalizacją, druga wielkością porcji i ceną. W Gdyni lody są sporo droższe, za jedną porcję trzeba zapłacić 8 złotych, a i nadal szukam godnego substytutu piaseczyńskich miejscówek. Przedwczoraj kupiłam ukochany solony karmel w lodziarni mamiącej mnie szyldem o długoletnich tradycjach, ale niestety, było rozczarowanko. Smak nijaki, wafelek po prostu niedobry. Dzisiaj na plaży było troszkę lepiej, ale to nadal nie to...




Nad wodą na oko dzikie tłumy, więc jak mówią w radio, że w tym roku turyści nie dopisali, to strach blady na mnie pada, co to się musi wyprawiać, jak dopiszą. Dzieci się drą, panowie prezentują wydatne brzuchy, umęczone matki targają torby takiej wielkości, że do niedawna spakowałabym nas w taką na trekking na miesiąc. Muzykanci znęcają się podle nad powszechnie znanymi utworami, a wielki pluszowy ptak-reklama nagania chętnych do zdjęć.



Wiem, brzmi okropnie, ale spacer mimo wszystko był bardzo przyjemny. Doszłyśmy aż do portu, gdzie stoją wszystkie Błyskawice i Dary Pomorza, obejrzałam sobie przy okazji kasę tramwaju wodnego i od razu zakiełkował mi pomysł, jak tę atrakcję spożytkować. Zachciało nam się kawy, więc w marinie weszłyśmy do przyjemnie wyglądającego baru.

Na szczęście M. jest bardziej przytomna ode mnie i szybciej zobaczyła, że są ceny dla klubowiczów jachtklubu (wysokie) i dla całej reszty (niebotyczne). Jakoś 5 dych za kawę ani 2 za coca-colę nie wydawało nam się rozsądne, więc w końcu stanęło na znanym mi już Contrast Cafe, gdzie paragony są z gatunku tej grozy jeszcze do przełknięcia. Bardzo lubię ich bruschettę z kozim serem, do której z przyjemnością wypiłam bezalkoholowe piwo z sokiem.

Przede mną w kolejce pan miał taki sam pomysł na napój i odbyła się następująca rozmowa:

- Poproszę piwo bezalkoholowe.

Kelner sięga do lodówki po Lecha Free.

- Zaraz zaraz. Co pan mi daje? Tylko to macie?

- Tylko to.

Pauza.

- Ech. Pan da małego Kozela po prostu.

Na szczęście kompletnie nie znam się na piwie, więc Lech czy Tyskie, wszystko smakuje mi idealnie tak samo. Zwłaszcza z sokiem.

Po lunchu powolutku, spacerem wróciliśmy do domu. Po piatej na gdyńskich ulicach zmienił mnie mąż, który tym razem zrezygnował z lasu i biegał po bulwarze. Zapytałam go, jak zniósł tych wszystkich ludzi. Komentarz miał jeden.

- Ja już wolę te dziki.

wtorek, 1 sierpnia 2023

Gdynia - dzień 1 i 2 (31.07 i 1.08.2023)

Mało mnie tu. Mało mnie w świecie. Taki czas.

Taki czas, na który najlepsze na świecie są wakacje w pięknym, wygodnym domu niedaleko morza. Moja Przyjaciółka przeprowadziła się do Gdyni parę lat temu, a ja dopiero teraz zaczynam rozumieć dlaczego (choć nadal tęsknię i nie tracę nadziei, że wróci 😉)

Tuż przed wyjazdem zepsuł się nam bojler. W starym domu coś psuje się w zasadzie co tydzień i nie jest to jakaś sensacja. Nie korzystamy z piekarnika bo wywala korki, światła w korytarzu nie ma od lat, światło w tak zwanym zakamarku bywa bez jakiegoś wyraźnego schematu, no ale bez ciepłej wody to jednak jest dość duży hardcore. Z tym większą przyjemnością zapakowaliśmy siebie i dzieci do samochodu i pojechaliśmy.

Podróż byłaby na raz, ale 40 km przed celem klasyk - jedno siku, drugie jeść, więc postój nas nie ominął, ale i tak sprawnie dojechaliśmy na miejsce.

Zaraz po przyjeździe zrobiliśmy spacer po Wzgórzu św. Maksymiliana, żeby rozprostować kości i ostudzić psie emocje. Ależ tu mnóstwo cudownych domów! I powietrze pachnie inaczej.

B. dowiedział się od naszego gospodarza, że w lesie obok są dziki takie bardziej dzikie, nie mylić z tymi, co chodzą po mieście i są jakby bardziej domowe. Rzeczywiście, już wczoraj je usłyszał, a dzisiaj miał spotkanie twarzą w ryj i wrócił do domu dość mocno poruszony 😂 Takie emocje o 7 rano nastawiają człowieka bojowo na dzień pracy, bo B. niestety nie ma urlopu, pracuje zdalnie stąd.

Ja natomiast chodzę na spacery. Te przewyższenia tutaj sprawiają, że 5 km czuje się jak 8, ale wczoraj z mocną misją zobaczenia morza poszłam nie bacząc na nic. Nawigacja doprowadziła mnie w okolice hotelu Nadmorskiego, skąd morze (tak, wiem, ZATOKĘ 😈 - takie uproszczenie stylistyczne) widać już bardzo dobrze, ale wszystkie drogi w dół prowadzą schodami, co nie jest do pokonania z wózkiem, więc dość długo szłam wzdłuż plaży górą, aż skusiły mnie schody na tyle płaskie, że zdawało się być to wykonalne. Było, tak do trzech czwartych. Potem już nie było, ale przecież nie wrócę, bo a) do góry to już takie latwe by nie było, a b) no bez przesady. Kiedy tak stałam i kontemplowałam, ile niemowlak może znieść wstrząsów i czy wypadnie mi z wózka podczas próby zjazdu, objawił się jakiś młody człowiek i widząc, że położenie mam nieciekawe, zaoferował silne ramię. Dzięki Bogu, bo pewnie nadal bym tam stała.

Wiatr wiał, ludzie się kąpali, mewy krzyczały, wózek po piachu ni cholery nie jechał, tyle warte te pompowane koła i amortyzatory. Skończyło się wersją mini crossfit, czyli pchaniem wózka siłą trzymając za gondolę. Na szczęście progenitura uznała to za przednią zabawę, a na drugie szczęście zaraz obok zaczynał się bulwar, gdzie już można było iść po ludzku asfaltem.




Oczywiście, jakbym od tego hotelu skręciła nie w prawo, a w lewo, to normalne zejście nad wodę miałabym tuż obok...



Skończył się dzień pracy, więc załadowaliśmy się do samochodu, żeby Pirx, nasz prawie sznaucer z Radysów, mógł popatrzeć na morze. Pojechaliśmy do mola w Orłowie, bo Google poinformował nas, że tam można z czworonogami. Ależ mu się podobało! Uciekał przed falami, wiatr rozwiewał mu brodę i z emocji zapomniał nawet rzucać się na inne psy i na dzieci. Jeden gość na rowerze tylko przesadził z prędkością i został natychmiast upomniany.


Dzisiaj za to padało dość mocno, na tyle mocno, że pies obraził się aż dwa razy: raz, że w południe stosując środki przymusu bezpośredniego (smycz) kazali wyjść, a drugi, że po powrocie zamknęli do wyschnięcia w klatce jak zwierzę, mówiąc, że "nie jest u siebie" i "nie będzie ryja mokrego w cudze meble wycierał".

Myślałam już, żeby z młodszym spacer odpuścić i pojechać na przejażdżkę samochodem, ale jak się wyszykowaliśmy, to akurat przestało padać, więc jednak zdecydowaliśmy się na wózek.

Do Rossmana było ok, ale tam już trzeba było założyć folię na gondolę. Spotkało się to z umiarkowanym entuzjazmem malucha, ale udało mi się opanować sytuację. Aż do samego Auchan, a w zasadzie do wyjścia z niego, bo tam już następowała zdecydowana wokalizacja sprzeciwu wobec pogody. Chciałam zignorować i przeczekać, bo jeszcze miałam na liście miejsc Maxi Zoo. I to był błąd.

Podsumowując: do Maxi Zoo dojechałam w ulewie, z dzieckiem drącym się w niebogłosy, również dlatego, że jak zsiniał z wściekłości, to na chwilę go wyjęłam na przytulasa, oblewając go wodą z osłony przeciwdeszczowej i dodatkowo mocząc swoją kurtką. Wracałam już po deszczu, z dzieckiem bez mokrych spodni, owiniętym w suchy koc. Ja mokra z wierzchu od deszczu, od spodu z emocji, on łapiący histeryczne oddechy przez sen. Rekord trasy mamy na pewno w kieszeni, ten spacer to nie za 8, a za 10 km powinna mi Strava policzyć.



Odechciało się nam wieczornych wycieczek. Joga, kolacja, pisanie. Mam do dyspozycji kuchnię idealną, więc B. ma koncert życzeń, a ja piekę i gotuję: pizzę, muffinki, foccacię, zapiekanki, gnocchi i fusilli. Dupki nam urosną mimo tych biegów i spacerów jak nic. Ale co tam. Prawdziwe wakacje 💕

niedziela, 7 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 3

 Wypożyczenie samochodu nie zawsze jest tak łatwe, jak powinno być.

Mamy w planach położony wysoko w górach klasztor Ostrog, do którego co prawda można dojechać i pociągiem, ale później według mapy trzeba iść około czterech kilometrów w górę, co w tym upale nie koniecznie jawi się jako świetna rozrywka, a po drugie warto by było wykorzystać ten dzień także na to, żeby chociaż z samochodu zeksplorować interior i najgłębszy kanion w Europie - kanion Tary.


Jako ludzie jako tako obyci w podróżach, idziemy do informacji turystycznej, bo tam na pewno doradzą, wskażą, powiedzą, gdzie lepsze ceny, a gdzie pełniejsze ubezpieczenie. Trochę więc jesteśmy rozczarowani, że jedyne, czym służą w „informacji” to kartka ksero z listą wypożyczalni (większość na lotnisku) i zdanie, że „ta chyba jest najbliżej, gdzieś koło dworca”. Indagowana uparcie przez nas pani niechętnie podchodzi do planu miasta, na którym nie umie znaleźć nawet naszej obecnej lokalizacji, o dworcu nie wspominając. Wychodzimy.


Mamy przecież mapy Google. Wpisujemy „rent a car” i pojawia się kilka lokalizacji, zaczynamy więc je obchodzić. To znaczy próbujemy. Kiedy nie znajdujemy pierwszej, myślimy: zlikwidowali się, bywa. Drugiej - może coś źle szukamy. Trzeciej wypatrujemy jak pierwszej gwiazdy w Wigilię. No nie ma. Po prostu nie ma tych biur. W czwartym miejscu jest hotel i kiedy pytamy o wypożyczalnię, pani pisze nam na karteczce post-it numer do Miloša, bo Miloš to spoko gość i jak się powołamy na Marinę, to da nam spoko cenę. Kto poznał mojego Męża, ten już widzi jak żyłka mu pulsuje na myśl, że ma wynajmować cokolwiek w ten sposób, więc numer ląduje w koszu na śmieci. Przy dworcu znajdujemy w końcu jakieś biuro, ale zostało im tylko landarowate BMW, 200 euro za dzień i 1200 euro depozytu. Pal licho cenę, ale jak się taką krową zmieścić w tych wąskich uliczkach???


W dniu wycieczki zdobywamy się na desperacki krok pojechania na lotnisko - przypominam, że z miastem nie łączy go żaden autobus, taksówka kosztuje kilkanaście euro (jeśli uda się ją zdobyć), więc teoretycznie zostaje pociąg, który jedzie tylko kilka razy w ciągu dnia, i zatrzymuje się w polu, półtora kilometra od lotniska. Ale co tam, hej, przygodo, idziemy dwa kilometry do pociągu, przyjeżdża w miarę na czas stary, zbombiony* skład, który w 7 minut dowozi nas w to pole obok lotniska. Dwadzieścia minut spaceru i jesteśmy.





(*Zbombiony to moje ulubione i jedno z nielicznych hip hopowych słów, które podłapałam od B. - używam, kiedy tylko mogę, a Mąż się śmieje ;) Oznacza pociąg pokryty graffiti.)


Na lotnisku najpierw chcemy sprawdzić w informacji, czy jeśli nie uda się nam wynająć auta, możemy liczyć na pociąg do Ostroga, więc pytamy panią o rozkład.

- No, nie wiem, nie znam rozkładu,  trzeba by sprawdzić w internecie - rozkłada ręce i dopiero, kiedy B. wymownie patrzy na smartfona, którym pani się bawi, oferuje - Mogę popatrzeć.

Pociąg ma być, więc spokojnie zaczynamy obchodzić biuro za biurem, ale nigdzie nie ma wolnych samochodów na jeden dzień, w jednym tylko miejscu coś tam mają, ale w absurdalnej cenie. Nie mając nic do stracenia, siadam i przez internet rezerwuję przez carjet.com samochód na za godzinę, z odbiorem na lotnisku. Z duszą na ramieniu płacę online, bojąc się, że nie zobaczymy ani pieniędzy, ani samochodu, ale więcej pomysłów nie mamy. Jest długa chwila niepewności, bo nie przychodzi mailem informacja jak i od kogo odebrać samochód, ale kiedy już mamy się poddać - jest! Biuro, którego nazwa widnieje na voucherze nie ma stoiska na lotnisku, więc wychodzimy przed terminal, żeby nas stamtąd odebrali.


Od tej pory dzień przebiega sprawnie, choć tyle już się działo, a dopiero dziesiąta…. Odbieramy białego Citroena, który ma tyle odprysków i zadrapań, że pan nawet nie próbuje się bawić we wpisywanie ich na kartę odbioru, prosi nas tylko, żebyśmy zrobili video pokazujące w jakim stanie go odbieramy :) Wsiadamy, włączamy klimatyzację, i w drogę.





Zrobiłam B. najgorsze świństwo na tych wakacjach. Zapomniałam prawa jazdy. Nie ma wyjścia, prowadzi on.


Czarnogórcy jeżdżą jak wariaci, więc po pierwszych rondach jesteśmy lekko spoceni, ale w końcu trafiamy na drogę przelotową i robi się całkiem przyjemnie. B. jest zdeterminowany, żeby dobrze się bawić; „ludzie nie popsują mi tych widoków” - mruczy.


W końcu zaczynamy piąć się w górę. Jest coraz piękniej, coraz węziej, coraz stromiej i bardziej kręto. Mamy kilka chwil zwątpienia zanim zaparkujemy na klasztornym parkingu.





Stamtąd jeszcze kilometr trzeba piąć się schodami w górę i w trakcie tej wędrówki dziękujemy opatrzności, że udało się z tym samochodem i durny pomysł spaceru od stacji, której nota bene nigdzie nie widać, ulotnił się jak zły sen.


Pod klasztorem tłumy pielgrzymów rozłożonych na materacach i kocach, kolejka do wejścia, kolejka do kupienia świec. Dla nas, osób niewierzących, dzieje się wiele szokujących rzeczy. Wszyscy po kolei całują framugę drzwi, święte obrazy, usta za ustami, jakby Covid nigdy nie istniał. Najbardziej porusza mnie niepełnosprawna dziewczynka, którą ojciec co chwila zmusza do całowania kolejnego miejsca, a ona tego nie rozumie, wyrwa się, krzyczy. Przy każdym miejscu do całowania jest też oczywiście skarbonka, bo jak kościół kościołem - każdy - przychylność Boga ma swoją cenę w monetach. 






Sam klasztor jest przyklejony do pionowej skalnej ściany, a z tarasów roztacza się zapierający dech widok na góry i doliny. W środku ikony, relikwie, malowidła na kamiennych ścianach. Niektóre balkony porasta pnące się wino. Przez tłumy i niesmak wywołany rytuałami, których nie potrafimy zrozumieć ani zaakceptować, nie zostajemy tam długo. 


Dalsza część dnia to road trip przez góry do miejscowości Žabljak, przez przewodnik porównanej do Zakopanego, o tyle słusznie, że też toczy ją rak reklamozy, chaosu i brzydoty niemal zagłuszającej naturalne piękno przyrody. Nie zatrzymujemy się. Po drodze obserwujemy, jak dużo nowych domków (chyba turystycznych) buduje się wokół miasteczka.


Wysiadamy dopiero przy cudownym moście na Tarze, i mimo, że tu łapie nas burza, z zachwytem robię kilka zdjęć. Ulewny deszcz z przerwami towarzyszy nam przez całą drogę wzdłuż kanionu, co przekłada się także na absolutnie magiczne mgły. Droga pocięta jest tunelami, a po obu stronach pionowo wznoszą się ściany kanionu. Jedno z najpiękniejszych miejsc tutaj.


 







W drodze powrotnej odkrywamy, że przewodnik kłamie, i jednak są w Czarnogórze drogi płatne. Dużo buduje się pięknych autostrad, jest więc nadzieja, że kiedyś cała infrastruktura kraju dogoni XXI wiek.


Kiedy parkujemy samochód w mieście (kilkukrotnie, bo każdy mówi co innego o parkowaniu na ulicy, parkomat nie działa, a wszystkie napisy na nim i tak są tylko w lokalnym narzeczu), B. oddycha z ulgą. Naprawdę miał chrzest bojowy na tych serpentynach! Na szczęście reszta wieczoru upływa spokojnie, obydwoje delektujemy się kalmarami w restauracji Lupo di Mare, którą możemy gorąco polecić.


Następnego dnia bez przygód oddajemy samochód przy lotnisku, a sami przepełnionym pociągiem ze stacji w polu jedziemy na wybrzeże. Kierunek: Bar.

środa, 3 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 7

 Niby dzień siódmy, a obydwoje czujemy się, jakbyśmy byli tu od dziesięciu lat…

Dziś kolej na rejs do Budvy. Sama organizacja tego przedsięwzięcia wyssała z nas siły witalne, bo niby bilety można kupić co krok na promenadzie, ale nigdy nie ma sprzedających, a jeśli już zostawiają przy stoiskach namiar na swojego FB lub Whatsappa, to rozmowa czasem urywa się po kilku zdaniach. W końcu wczoraj udało się zdobyć bilety i stawiliśmy się przed 8 rano na plaży, żeby wsiąść na łódź.

Mimo że naszym zdaniem przypłynęła już pełna, to i nas udało się dopchnąć, i jeszcze dobrych trzydzieści osób na kolejnych przystankach! Zajęliśmy strategiczne miejsce na rufie i cieszyliśmy się słońcem.




Szybko okazało się, że miejsca, które w naszym rozumieniu miały być przystankami mijamy tylko i zwiedzamy z wody, ale zmęczeni upałem i Czarnogórą machnęlośmy na to ręką, bo w sumie co można jeszcze było zrobić.

Na szczęście na zwiedzanie samej Budvy dostaliśmy prawie trzy godziny na lądzie, co dało nam czas na spacer i kawę na- zatłoczonej jak wszędzie- promenadzie, zwiedzanie starówki i szybkie piwo oraz kawałek pizzy do ręki.





Starówka to niewielki cypel otoczony murami obronnymi, z których roztacza się niesamowity widok na morze i pobliskie wysepki (na jednej z nich znajduje się plaża zwana Hawajami, którą mieliśmy w planach zwiedzać, dopóki nie okazało się, że można tam płynąć ZAMIAST zostawać w Budvie…). Wewnątrz murów plączą się wąziutkie uliczki, tak ciasne, że nigdy nie wiadomo, czy doprowadzą do jakiegoś placyku czy czyjejś kuchni. Zadbane, upiększone kwiatami, ocienione wysokimi palmami, skrywają kościoły, cerkwie i cytadelę, a wszystko to upchnięte wokół jednego niedużego placu. Wyobrażam sobie, że nocą w świetle girland wiszących wszędzie żarówek jest jeszcze bardziej magicznie.

W drodze powrotnej do portu irytuje nas jeszcze kilka razy tłum, brak możliwości zapłacenia kartą za wodę, syf i “mielnizacja” wybrzeża, ale udaje nam się zdążyć na czas na łódkę. Ku naszemu zdumieniu nie wracamy na Hawaje po resztę pasażerów, nie wiadomo, co się z nimi stało, ale faktem pozostaje, że w drogę powrotną jedzie nas tylko mniej więcej połowa

.



Tym razem zatrzymujemy się jednak na planowych przystankach: najpierw w Petrovacu, który jest kolejnym nadmorskim kurortem, ale w przeciwieństwie do rozległej Budvy stłoczył się w niewielkiej zatoczce. Ma też więcej uroku i charakteru, może to przez kamienne budynki, a może kameralną atmosferę. Daną nam tu godzinę spędzamy pijąc napoje chłodzące, choć rozważamy też kąpiel w morzu. Kiedy wracamy na łódkę okazuje się, że przynajmniej część zaginionych na Hawajach w niewytłumaczony sposób się odnalazła. 

Ostatni przystanek to Plaża Królowej, gdzie rzeczywiście trochę piasku jest, ale głównie na zboczu góry- resztę pokrywa nadal żwir, choć może drobniejszy niż u mas w Barze, to dalej nie bardzo przyjemny dla stóp. Ludzi jest zatrzęsienie, wokół mnóstwo drobnych śmieci (kiepy, kapsle, chusteczki…), ale sama kąpiel w morzu daje nam upragnione ochłodzenie.




Wracamy, rozwożąc pasażerów po wybrzeżu. Ostatni rzut oka na wyrastające z morza skały i góry puszące się w tle. Było fajnie, ale hałas, ludzie, muzyka, silnik łodzi i palone mimo zakazu przez pasażerów papierosy dają się mocno we znaki. Z ulgą wysiadamy na ląd.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 2

 Dzień 2

Początek tego dnia upłynął nam na szukaniu wypożyczalni samochodów, ponieważ bardzo chcieliśmy pojechać na wycieczkę, ale cała sprawa robiła się tak absurdalna, że Bareja by tego nie wymyślił. Więcej napiszę o tym później, a dziś skoncentruję się na naszym piątku, czyli spacerze po zachodnim brzegu Moračy.


Zaczęliśmy dzień przechodząc przez most Milenijny i odbywając naszą doroczną kłótnię, czy skoro ja nie mam kieszeni (złośliwie), a B. ma, i to kilka, to może nieść mój telefon, czy jednak jest to wykluczone. Dzięki tym złośliwostkom droga minęła szybko i zaraz znaleźliśmy się w miejscu bonusowym i nieplanowanym, czyli cudnym parku tuż nad rzeką, z wielką huśtawką i drewnianymi leżakami z widokiem na góry. 




Kiedy nacieszyliśmy się atrakcjami, poszliśmy obejrzeć sobór, który przez otoczenie i monumentalność przywiódł nam na myśl warszawską Świątynię Opatrzności. Budynek jest ogromny, w środku bogato zdobiony, ale nie stary - powstał w latach 90. Przy bocznym wejściu fotografowała się młoda para, z której najbardziej zapamiętałam bardzo odważny dekolt panny młodej. Obeszliśmy świątynię, pocmokaliśmy, po raz setny odbyliśmy rozmowę czym się różni sobór od cerkwi (nie dochodząc do jednoznacznych wniosków, choć to chyba jak kościół i katedra) i w palącym słońcu poszliśmy dalej. Upał tego dnia doskwierał niemiłosiernie, każdy przystanek w klimatyzowanym czy zacienionym miejscu jawił się jako błogosławieństwo.





Jednym z takich miejsc był położony w parku pałac króla Mikołaja. Sam park - jak wszędzie tutaj - to piękne drzewa i wypalona na popiół słońcem trawa. Oko instagramerki przyciągnęła urocza altanka, gdzie nie dość, że pstryknęliśmy dość udane w moim odczuciu zdjęcia, to jeszcze zatańczyliśmy do taktu wyimaginowanej muzyki. 




Budynek pałacu to galeria sztuki, tym razem goszcząca bardzo dziwną i niepokojącą wystawę Igora Bošnjaka pod tytułem FUTURE REPEATS ITSELF MORE THAN HISTORY USED TO (przyszłość lubi się powtarzać bardziej niż kiedyś historia). Składały się na nią filmy ukazujące monumentalne pomniki wojenne w byłej Jugosławii, filmowane z drona i przez sposób uchwycenia lekko odrealnione. Wnętrza z pięknym, drewnianym parkietem i białymi portalami skrywały małe pokoje, w których projektory pokazywały niepokojące, ale na swój sposób wciągające obrazy. Może to zasługa klimatyzacji i wygodnych siedzisk, ale nawet trzynastominutowy film obejrzeliśmy w całości.



Po wszystkim wróciliśmy łukiem na stare miasto, czując się już jak w domu na dobrze znanych ulicach. Łuk ten natomiast prowadził przez nowo budowane bloki i świeżo otwarte sklepy, a chodnik bezlistośnie odsłonięty przed słońcem nie zapewniał ani grama cienia. 


Znaleźliśmy dworzec i podjęliśmy kolejną (nieudaną) próbę wynajęcia auta, po czym zrezygnowani wróciliśmy „do siebie” w okolice placu Republiki, gdzie kierowani nie wiem czym zjedliśmy jedną z gorszych kolacji. Nie wdając się w drobne szczegóły, B. dostał inną pizzę, niż zamówił, a kiedy uparł się, że jednak chciałby właściwą, to - sądząc z wyglądu i smaku oraz czasu na wymianę - dostał tę samą z podpieczonymi na górze właściwymi dodatkami. Także tak.

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie pobliski deptak, który tętnił życiem, ludźmi, barami i głośną muzyką. Jednym słowem: horror. Natychmiast uciekliśmy czytać :)