sobota, 4 stycznia 2020

Tallin, Estonia. 27.12.2019-01.01.2020

Pierwsze co zrobiłam, to odmroziłam sobie twarz.


Nie, to nieprawda. Pierwsze, co zrobiłam, to przespałam przylot do Tallina. Oczywiście w samolocie jeszcze kończyłam pracę, jeszcze pisałam jakieś zaległe sprawozdania z hospitacji, i w końcu tak mnie to zmęczyło, po w sumie intensywnym dniu, że oko mi uciekło. No i wtedy właśnie zaczęliśmy lądowanie.


B. twierdzi, że próbował mnie budzić, i ja mu wierzę, bo obudzić mnie to nie jest hop-siup. Z trudem się to udało, kiedy samolot stał już na estońskiej ziemi, a wszyscy pasażerowie wysiedli. Naburmuszona i zaspana wywlokłam się z maleńkiego samolotu, i nagle go zobaczyłam.


Śnieg.




W Warszawie dopiero poprzedniego dnia spadły pierwsze płatki tej zimy, a i tak od razu zniknęły dotykając nagrzanej tkanki miasta. W Tallinie też nie było go dużo, ale leżał, bielał, odbijał całym sobą miliony porozwieszanych światełek. Ależ pięknie!


Podeszliśmy do kiosku po bilety na zbior koma, mimo, że napis na reklamie


UBER PO ESTOŃSKU TO UBER


zachęcił mnie do sprawdzenia w aplikacji ile zapłacimy za przejazd do hotelu. Nieco ponad 5 euro, niedrogo. Ale komunikacja jeszcze taniej, za dwa pięciodniowe bilety wyszło 14 euro, plus po dwa zwrotnego depozytu za kartę miejską. Z tego, co czytaliśmy, miasto jest dobrze skomunikowane, cena nie była wysoka - a mieszkańcy korzystają z transportu za darmo!


Tramwaj spod samego lotniska dowiózł nas do przystanku Viru, skąd już tylko spacer na wskroś przez starówkę dzielił nas od naszego hotelu. Trochę kręciłam nosem, że nie ten Uber jednak, i rzeczywiście, mimo, że mróz był tuż poniżej zera, to moja cera nie wytrzymała i rozkwitła czerwonymi plamami - ale jednak taka starówka prawie pusta, koło północy, to bardzo piękny widok był. Ta choinka strzelista! Te światełka wszędzie! Te oglądane miesiącami na google street view uliczki wąziutkie! Nic, tylko się zachwycać.


Hotel odnaleźliśmy bez problemu, i najlepsze, co o nim mogę powiedzieć to to, że widok mamy dokładnie na wieżę Katedry Najświętszej Maryi Panny, i na panoramę Starówki. Poza tym jest czysty, ale bardzo prosty, i niczym nie zachęcający, żeby go choć trochę polubić. Kiedy przyszliśmy, ku naszej rozpaczy bar był już zamknięty, ale rano zamienił się w restaurację serwującą śniadanie, i 


NIECH BŁOGOSŁAWIONA BĘDZIE WSCHODNIA EUROPA


na stół wjechały oprócz jajeczek, naleśniczków, wędlin i dżemów- ziemniaki, kiełbaski i pulpety z kurczaka. Śledzika, oczywiście, też nie zabrakło. Nie było za to przyzwoitej kawy, na co ja zareagowałam lekkim fochem, bo ja bez wielu rzeczy mogę, no ale bez przesady. 


Wyszliśmy na miasto koło jedenastej, czyli dość wcześnie zważywszy na to, o której dojechaliśmy do hotelu i że różnica czasu działała na naszą niekorzyść, ale i dość późno, pod uwagę biorąc długość estońskiego zimowego dnia.


Pierwszą atrakcją dosłownie pod hotelem był pomnik Puhkaja, czyli relaksującej się osoby. Składająca się z trzech części rzeźba przedstawia w perspektywie stopę, kolano, i głowę podpartą ramieniem, ustawione tak, że patrzącemu wydaje się, że figura wtapia się w ziemię.



Dalej mijając stadion, psi park i fosę, wspięliśmy się skrótem do murów miejskich, i po chwili mogliśmy podziwiać cudowne zaułki prowadzące do kolejnych zabytków.


Sobór Aleksandra Newskiego nie zawiódł ani wyglądem z zewnątrz, ani zapachem w środku (ach, te prawosławne kadzidła!). Zaczęliśmy dyskusję, czym się różni cerkiew od soboru, i tak nam wyszło, że cerkiew to kościół, a sobór katedra. Potwierdziła to moja prawosławna koleżanka, zagadnięta w temacie przez internet tego samego wieczora. Jedyne, co mi się nie podobało w środku, to wykończenia kolumn w takim stylu, jak koperty z kolorowym rantem. Takim niebiesko-biało-czerwonym. Jakoś psuło mi to efekt końcowy… Zdjęć w środku oczywiście robić nie było wolno.




Na przeciw soboru ma siedzibę rząd i parlament, dalej jest ogród i wieża Pikk Hermann (Długi Herman). Obeszliśmy wszystko, wąskimi uliczkami schodząc do katedry, w której akurat zaczynał się koncert, więc wnętrza obejrzeć się nie dało.


Włóczyliśmy się tak kilka godzin, od świątecznego targu na rynku, gdzie rozgrzał nas glög, przez aptekę magistracką, działającą nieprzerwanie od 1422 r., w której ludziom po ciężkich studiach każe się znosić upokorzenie polegające na noszeniu średniowiecznych strojów, i w której można kupić czekoladę z czosnkiem lub cebulą, i w której kupiłam ibuprofen na moje zapalenie oka - przecież jechać na wakacje bez chorób byłoby nudno…

 

Na rynku kupiliśmy magnes na lodówkę, jak zawsze. Popodziwialiśmy lodowisko miejskie i wypiliśmy macchiato z solonym karmelem (no dobra, ja wypiłam) w uroczej kawiarni. Zobaczyliśmy kościoły, kamienice, zaułki, mury obronne, figury zakapturzonych mnichów w Ogrodzie Duńskiego Króla (nazwę Tallin tłumaczy się jako "miasto duńskie", a na przestrzeni lat duńczycy władali nim więcej niż raz), budynki Trzech Sióstr i kościół św. Olafa (z zewnątrz, do środka zajrzymy w czasie niedzielnej mszy).


TO MIASTO JEST JAK PRZYGOTOWANE POD INSTAGRAMA


- zauważył B., i rzeczywiście, gdzie nie spojrzeć, gdzie nie odwrócić kamery, gotowa farma internetowych lajków.




Kiedy już czułam zimno w stópkach, a B. przestał czuć twarz, znaleźliśmy się obok Grubej Małgorzaty - baszty, w której skryło się Muzeum Morskie. W środku można obejrzeć kadłuby statków, modele, skrzynie, przyrządy nawigacyjne, mundury. Każde piętro poświęcone jest innej erze: żaglowcom, parowcom, łodziom motorowym. Każda kondygnacja, wiadomo, okrągła, bo jaka ma być, skoro jest w baszcie. Uwagę zwracają instalacje dla dzieci i interaktywne stacje. Ja sama na przykład kręciłam kołem sterowym, wiązałam węzły, i zbudowałam oraz nazwałam statek, który teraz wirtualnie płynie z Tallina do Los Angeles, śląc mi mailem raporty z podróźy. Ostatnie piętro to taras widokowy, mało uczęszczany, zważywszy na temperaturę i fakt, że kurtki wszyscy zostawili pięć pięter niżej.


Przerwę techniczną w zwiedzaniu zapewniło moje oko, czerwone już do granic i bolące tak, że nie byłam w stanie utrzymać go otwartego. Musiałam usiąść nad kawą i dać ibuprofenowi chwilę na przejęcie kontroli. Później wróciliśmy do oglądania ostatniej kondygnacji.


Zawsze kiedy wychodzimy z muzem stawiamy sobie to samo pytanie: czego się dziś nauczyliśmy?


Ja się nauczyłem - powiedział z rozmysłem B. - że żegluga tak bardzo mnie nie interesuje.


Mimo tej smutnej konstatacji, kolejne kroki skierowaliśmy do portu, zahaczając po drodze o Linnahall, resztki hali widowiskowo-sportowej zbudowanej na olimpiadę w 1980 (igrzyska były w Moskwie, ale Tallin przyjął na siebie zmagania żeglarskie). To smutny, rozpadający się betonowy budynek, trochę zapomniany przez świat i ludzi. Ale widok z niego roztacza się na wieżowce, kominy, hotele, diabelskie koło mieniące się kolorami. Sam urok!




Ponieważ kochamy spacery, łukiem od drugiej strony obeszliśmy starówkę, wychodząc na małe uliczki w okolicy bramy Viru z jej niekończącymi się kwiaciarenkami. Pocmokaliśmy nad światełkami i poszliśmy do dawno upatrzonej przez B. knajpki Põrgu. Było to, co lubimy: cebulowa, mięso, wino i piwo. Na dobitkę po drodze do hotelu bar poświęcony zespołowi Depeche Mode. W środku klimat oczywisty, koncert na ekranach, do mojego drinka Personal Jesus akurat piosenka o tym samym tytule, a zaraz po niej ukochane przeze mnie Enjoy the silence.



Średnia wieku w barze 45 lat, ale kto by się przejmował.


Po powrocie do hotelu jeszcze wizyta w supermarkecie, sprytnie połączonym z naszym budynkiem szklanym korytarzem na trzecim piętrze, a potem już standard: B. piwko i spać, a ja Duolingo (ćwiczę włoski), joga (ćwiczę charakter) i blog (nie wiem, co tu ćwiczę, ale lubię, i robię). I tak, niepostrzeżenie, przyszła północ.


Budzik o ósmej mógł więc zostać wyłącznie zignorowany, zwłaszcza, że za oknem było jeszcze ciemno. Od drzemki do przewalania w łóżku, dwie kawki, które chyba lepsze nie były, ale podniebienie bardziej przyzwyczajone, to i szok mniejszy, i na zegarku znowu magicznie pojawiła się jedenasta. 


Wspięliśmy się w stronę katedry, zaliczając po drodze punkty widokowe. B. pod nosem komplementował instagramowych mężów, cierpliwych i solidnych, nie dających się mrozowi ani intensywnym spojrzeniom reszty kolejki czekającej na to miejsce dające "jedyne" i "niepowtarzalne" ujęcie. Zdjęcie musi przecież być idealne. I on musiał się namęczyć na wyjątkowo malowniczym tarasie, ale cóż - nic nie dzieje się bez poświęcenia.


Do katedry znowu nie weszliśmy, bo msza, za to weszliśmy do świętego Olafa (też bo msza, ale różnica jest taka, że tylko wtedy go otwierają, i nie bronią zajrzeć do środka, proszą tylko o niezakłócanie przebiegu nabożeństwa). My raczej słabo po estońsku, ale to wyglądało raczej jak koncert kolęd niż modlitwy, zresztą śpiewająca pani w pewnym momencie czymś wzruszyła się tak bardzo, że się popłakała, ale bariera językowa nie pozwoliła nam odgadnąć czym, pozsotaliśmy więc obojętni. Surowe, strzeliste wnętrza kościoła bardzo przypadły mi do gustu, dobrze się czuję w takich miejscach.


Zaliczyliśmy także końcówkę nabożeństwa w cerkwii, upajając się do nieprzytomności zapachem kadzideł. Ot, niedziela ekumeniczna.


Odpowiednio ureligijnieni, mogliśmy już wsiadać w autobusy i jechać do wieży telewizyjnej. Przesiadka wypadła nam między centrum handlowym a stacją benzynową i przyklejonym do niej McDonald’sem, skorzystaliśmy więc, i zamiast stać na mrozie, uraczyliśmy się kawą i jakąś drobną przekąską. Kolejny autobus, poza nami wypełniony wyłącznie miejscowymi, wiózł nas przez coś, co z braku lepszych porównań wyglądało jak Ursynów.


- Pole i bloki - zadumał się B. - dobra, sowiecka myśl urbanistyczna.


Były i pola, i lasy, i „Kabaty”, ale takie sprzed 20 lat, i stara, dobra wielka płyta. W autobusie ludzie smutni i szarzy. Byliśmy chyba jedynymi turystami, bo Google wyznaczył nam dziwną trasę.


Dojechaliśmy w końcu do wieży telewizyjnej, naszej czwartej po Berlinie, Wilnie i Rydze. Nie zawiodła. Szybka winda dowiozła nas na 21 piętro, znaleźliśmy się


NA DACHU ŚWIATA




i już można było podziwiać widok na miasto w oddali, na morze, i co najfajniejsze, przez przeszkolne, okrągłe otwory w podłodze - w dół. Sto siedemdziesiąt metrów przepaści. B. nie był fanem tego rozwiązania, raczej omijał te okienka, a ja, mimo, że łaskotało mnie w podbrzuszu, na każdym chciałam stanąć. Nakręciłam nawet filmik.



Doprowadziło mnie to do rozważań natury życiowej.

- Kochanie - zagaiłam - A może zostanę vloggerką?

B., przyzwyczajonego do moich stu pomysłów na dzień, ciężko zbić z tropu.

- Oczywiście, kochana, rób to, co Cię uszczęśliwi.


Z tą myślą w głowie kilkukrotnie obeszliśmy panoramę, wypatrując ładnych domów i znanych punktów Tallina. W końcu trzeba było jechać dalej, i mimo ostrzeżeń B., żebym dobrze sprawdziła, udało nam się wsiąść w autobus w złą stronę. Okazało się, że szybciej będzie jechać dalej, robiąc pełną pętlę. Szybko udało się mój błąd naprawić, i zaraz mknęlimy wzdłuż malowniczego brzegu z powrotem do miasta. 


A spieszyło nam się, bo była już prawie szesnasta, więc zostały nam dwie godziny na obejrzenie drugiej części Muzeum Morskiego.


Imponuje ono przede wszystkim siedzibą. Mieści się w wielkim hangarze nad morzem, a lwią jego część zajmuje łódź podwodna Lembit. Ogląda się rozmaite łodzie i łódeczki, działa, boje, żagle. Ale wiadomo, że każdy przede wszystkim chce wejść do tej łodzi. Dotknąć peryskopu, zadumać się nad wąskością koi, maleńkością łazienek i ogromem sprzętów nawigacyjnych.




Poza tym w muzeum jest też część interaktywna: można spróbować zestrzelić helikoptery (poszło mi fatalnie), pokierować okrętem w wielkiej balii z wodą (im poszło fatalnie: jeden nie działał, drugiego nie było, a trzeci był niesterowny), poczuć na ręku ile waży woda i jaki daje nacisk każdy kolejny metr sześcienny, zatopić i wynurzyć małą łódź podwodną, posiedzieć w symulatorze lotów. Pomysły super, ale niestety wiele z tych rzeczy nie chciało działać tak, jak powinno. Zabrakło starannego wykonania, albo odporności na zwiedzających milusińskich.


Najciekawiej prezentowała się czasowa wystawa duńskiej artystki Saskii Boddeke. Zatytułowana Sex and the sea w oczywisty sposób najpierw przywodziła na myśl znany serial HBO, a traktowała o samotności marynarzy, prostytucji w porcie, fantazjach, braku kobiet na morzu i szukaniu możliwych substytutów dla rozszalałych żądz.



Stąd każdy statek jest kobietą, stąd biuściaste galiony i opowieści o powabnych syrenach..


Pięknie prezentowała się instalacja z listami w butelkach i kuframi podróżnymi, z których każdy zawierał inne przedmioty. Do tego nastrojowa muzyka i zaaranżowane buduarowe wnętrze.



W końcu czas na zwiedzanie zakończył się, pobiegliśmy więc jeszcze obejrzeć część ekspozycji na wolnym powietrzu, ale już bez przekonania, bo zmęczyliśmy się bardzo.


WICHER W PORCIE WYGRYWAŁ MELODIE NA TYSIĄCU MASZTÓW


kiedy trochę już zmarznięci patrzyliśmy na statki i na panoramę, i przy okazji uświadomiłam sobie, że coś bardzo złego stało się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad z moim poczuciem kierunku, bo wszystko było nie tam, gdzie myślałam. Wróciliśmy autobusem do hotelu, na szybką jogę i prysznic. Oko zaczęło znowu niemiłosiernie mi dokuczać, ale wzięłam się w garść i poszliśmy do hipsterskiej dzielnicy Telliskivi na kolację.


Tamtejsze restauracje w post-industrialnych wnętrzach prezentują się wszystkie mniej więcej tak samo, może z wyjątkiem tej jednej, którą zorganizowano w nieużywanym wagonie kolejowym. Reszta ma smutne i trochę grunge’owe ciemne wnętrza, z rurami na widoku i wielkimi lampami. Trochę tak jak sale do crossfitu - wszystkie toczka w toczkę takie same.


Wybraliśmy miejsce o nazwie F-Hoone, co okazało się być zarówno nazwą, jak i adresem. Posadzono nas przy jednym z nielicznych wolnych stolików. Długo czekaliśmy na zainteresowanie ze strony obsługi, więc musiałam uspokajać B., który bardzo źle znosi takie sytuacje, ale dzięki Bogu, że nie wyszliśmy.


Wszystko, ale to absolutnie wszystko, co zamówiliśmy (a nie oszczędzaliśmy się) było fenomenalne. Zupa kokosowa z krewetkami, którą zjadłam będzie mi się śnić po nocach. Stanowiła wyjątkowo misterną kombinację smaków, od nuty kokosa, przez mnóstwo kolendry, świeże, cieniutko pokrojone pieczarki, słupeczki marchewki, nori, aż po owoce morza. Wszystko cudownie i harmonijnie współgrające na bardzo pikantnej nucie. B. jadł tofu panierowane w panko na sosie teryiaki, na drugie burgera z gryczaną bułką. Ja poza zupą zamówiłam bruschetty, a zakończyliśmy deserami, czekoladowym ciastem z wiśniami i brownie z dynią i solonym karmelem. Wytoczyliśmy się na ulicę o 22, i dosyć szybko po powrocie do hotelu usnęliśmy.


Na każdych wakacjach jest taki dzień, że po prostu wszystko musi pójść nie tak, jak miało. I jakoś los chce, że jest to zwykle dzień trzeci. Wyjście rano z pokoju nie udało się spektakularnie, kompletnie z mojej winy, bo małżonek obudził się kwadrans przed budzikiem, wesoły jak szczygieł, i kompletnie ignorujący kompletną ciemność za oknem. Ja otwierałam oczy i próbując zrozumieć, czy patrzę na świt, czy na zmrok, po chwili odpływałam ponownie w sen. Dobrą stroną tej sytuacji było to, że kazałam sobie poczytać co mamy zwiedzać, co szybko doprowadziło nas na strony internetowe, z których wynikało niezbicie, że -podobnie jak u nas - w poniedziałki muzea nie mają życzenia pracować.


Mąż zadowolony nie był, bo nie współgrało to z naszymi założeniami na ten dzień, ale szybko ukuliśmy plan alternatywny, polegający na wycieczce autobusem do ruin klasztoru i na plażę w Piricie, ignorując kompletnie zmianę pogody z syberyjskiej na szkocką (temperatura tuż powyżej zera i drobniutki deszcz). Nie poprawiło mu humoru ani to, że Google wysłał nas tam PKSem, za który trzeba było dodatkowo zapłacić (grosze), ani to, że wejście do ruin było zamknięte z powodu… błota. Zostało nam obejrzeć klasztor z zewnątrz, i pójść na plażę.





Może i były na niej tylko nieliczne ptaki, w tym jeden łabędź, który już chyba powinien być biały, ale ciągle chodził w szarych, szczenięcych piórkach, ale morze, nawet zimne, nieprzystępne i nieprzyjazne, zawsze koi. Kiedy nacieszyliśmy nim oczy, poszliśmy na kawę do pobliskiej knajpki popatrzeć co możemy zrobić dalej.


Stanęło na tym, że - nadal dzielnie ignorując pogodę - idziemy trasą Kultuurkilomeeter, która wbrew nazwie ma dwa i pół kilometra, i prowadzi przez kolejne post-industrialne miejsca, w które tchnięto nowe życie. I tak minęliśmy posowieckie więzienie, w którym jest obecnie wystawa, umajone kolorowymi grafittii baraki z pracowniami artystów, kominy fabryk, wczorajsze muzeum w hangarze, i doszliśmy aż do Port Noblessner, w którym poza najbardziej spójnym osiedlem (i kolorystycznie, i architektonicznie: latarnie w kształcie żurawi, trawniczki z ławkami w kształcie łódek), znajduje się coś, co chyba jest estońską odpowiedzią na Centrum Kopernika. Nazywa się Proto i jest urządzone - a jak - w postindustrialnym budynku, z wykorzystaniem jego walorów.




Każde biuro, każda knajpka, wszystko jest tam na miejscu. Takie same zresztą wrażenie mieliśmy w dzielnicy malowniczych, kolorowych, drewnianych domków - Kalamaja. To nie trzy zapomniane ulice na krzyż, to ciągnące się kilometrami dzielnice, gdzie nawet jeśli dobudowuje się coś nowego, to tak, żeby współgrało z tym, co już jest zastane. Mogłabym tak mieszkać od jutra.



Wracając wpadliśmy jeszcze na tę wczorajszą obłędną zupę (a B. na tatarka, też ponoć udany), a później mieliśmy iść do sauny. Ale tak mnie tknęło:


- Słuchaj - mówię - Jak mnie oko bardziej boli wewnątrz, tam gdzie ciepło, to ta sauna to może nie jest trafiony pomysł?...

Z żalem musieliśmy zmienić kolejny plan. Ja wróciłam pisać bloga, małżonek skorzystał z wolności i pobiegł oglądać sklepy z płytami winylowymi.


Wieczorem na kolację poszliśmy do Clayhills, gastrobaru, w którym atmosfera zdecydowanie przewyższała jakość jedzenia, a po wyjściu stamtąd B. oddał się radości picia kraftowych piw w pubie Koht, które rzeczywiście urzeka atmosferą i przytulnym wnętrzem, mimo, że jest w nim pełno ludzi. 


Wróciliśmy tuż przed północą na lekkim rauszu, więc tym bardziej dziwi, że w kompletnych ciemnościach poderwaliśmy się o ósmej rano, żeby zdążyć zwiedzić to, co planowaliśmy, zanim obsługę muzeów porwie sylwestrowy szał. 



B. na śniadanie bez skrępowania nałożył sobie furę ziemniaków i klopsów, mówiąc, że nie po to jest na wakacjach, żeby jeść jogurty. Słusznie.


Tramwajem zza dworca pojechaliśmy do Kadriorga, ogrodu, w którym mieści się kilka muzeów, i mieszka pani prezydent. Sam park skorzystałby pewnie na bardziej zdecydowanej pogodzie: albo kwietnej wiośnie, albo śniegu, bo tak sprawiał wrażenie nieczynnego, mimo zadbanych alejek, jeziorka, altan i rzeźb. A ludzi w nim było sporo, najwięcej biegaczy i psich rodziców.


Próbowaliśmy zacząć od kawy w kawiarni obok muzeum, ale pani coś krzyknęła po estońsku, a widząc nasz barani wyraz twarzy dodała „CLOSED!”, wzmacniając słowa skrzyżowanymi rękami, w uniwersalnym geście no pasarán


Poszliśmy więc niedokawowani oglądać pałac, i o ile sama sztuka stanowiła kolekcję ubożutką i raczej pomijalną, to wnętrza, z kaflowymi piecami, stiukami i srebrami zdawały się wołać do mnie „Wprowadź się!”.




Na tym samym bilecie ogląda się Mikkeli Museum z kolekcją grafik, porcelany i kilku obrazów. Jedyny, który zapamiętałam, przedstawiał niewiasty w trakcie libacji, w tym wymiotujące na stół.



Po takiej dawce „arcydzieł”, nowy budynek muzeum narodowego Kumu zgodziłam się oglądać tylko z zewnątrz i od strony lobby. Miałam już naprawdę dosyć… Ale obok szatni, w ramach jak rozumiem instalacji, stały dwa wielkie trony zrobione ze starych opon, czyli 


GOTOWA OKAZJA NA ZDJĘCIE PROFILOWE




które zdobi teraz mojego fejsbuka, bo oczywiście jej nie przepuściłam. Dalej spacerem przez park poszliśmy w stronę morza obejrzeć pomnik Rusałki, poświęcony zatopionemu pancernikowi o tej właśnie nazwie. Okręt wypłynął w ostatni rejs w kierunku Helsinek w 1893 r., i sztorm zabił całą załogę. Na pomniku napisano w cyrlicy „Rosja nie zapomina o swoich męczennikach i bohaterach”. Obejrzeliśmy, B. nawet wspiął się schodkami na górę, a łatwo nie było, bo wicher okrutny chciał nas zwiać z powierzchni ziemi. Pięknymi bulwarami z drewnianymi ławami, ścieżką dla rowerów i biegaczy oraz zejściem na plażę trudno było się cieszyć.





Uciekliśmy do Kwartału Rotermana, zakątka pełnego wąziutkich uliczek i sklepów z estońskim designem. Jak to w sklepach z lokalnymi projektantami, hipsteriada, fajne pomysły, wegańskie kosmetyki i niebotyczne ceny. Super spódnicy za ponad 200 euro nawet nie mierzyłam, ale naturalny dezodorant w kremie poszedł ze mną do domu, i oczywiście natychmiast mnie uczulił... Spacerkiem przeszliśmy w stronę Starówki, zatrzymując się na jedzenie w Beer Garden, z jednej strony wiedzeni przeświadczeniem, że w Sylwestra ciężko będzie o kolację, bo wszystkie knajpy idą w zorganizowaną rozrywkę, z drugiej uwiedzeni zdjęciem wielkiego talerza przystawek dla dwojga (krążki cebulowe, czosnkowy pumpernikiel, kiełbaski, kalmary, skrzydełka, paluszki z mozarelli, kulki panierowanego sera, frytki, sosy…). Tak wielkiego, że lwią część B. dojadał na kolację.


Zaraz obok skusił nas kolejny sklep. B. wybrał sobie skórzaną bransoletkę, a ja taką z napisem motywacyjnym, od którego jemu na pewno gnije wątroba.




Ale ja mam swoją mantrę na 2020.


Próbowaliśmy po raz trzeci wejść do katedry,


TYM RAZEM BYŁ TAM JAKIŚ CHOLERNY, NOWOROCZNY KONCERT.


Wcale się nie zezłościłam i w dobrym humorze wróciłam do pokoju na drzemkę i bloga.


Nie dało się nie zauważyć, że kultura fajerwerkowa jest tu troszkę wyżej, niż u nas. Podczas gdy w Warszawie ludzie płaczą od tygodnia, bo nie mogą wyjść z psem na spacer, tu pierwsza, kilkuminutowa seria wystrzałów padła w Sylwestra około dziewiętnastej.


Później dość długo była cisza, jeśli nie liczyć odgłosów imprezy w naszym hotelu. Kiedy wychodziliśmy koło 21.00 na miasto, natknęliśmy się na półnagich i całkiem pijanych Rosjan na korytarzu, którzy ewidentnie świętowanie zaczęli wcześniej niż my. Nie byli agresywni, raczej rozochoceni. B. objął mnie i wyminęliśmy się w wąskim przejściu. Poszliśmy spacerkiem na rynek, gdzie większość straganów świątecznych była otwarta i zapraszała na grzańca czy przekąskę. Pokręciliśmy się po placu, i wyruszyliśmy na poszukiwanie kolacji.


Myślałam, że będzie trudniej, że więcej miejsc postawi na zamknięte imprezy z fixed menu, ale naprawdę sporo restauracji było dostępnych. Teoretycznie, bo ze stolikami to już różnie. W końcu w Steakhouse Hopner dosłownie przygarnęła nas para estończyków, którzy weszli równo z nami, i tylko przypadek sprawił, że oni dostali ostatni stolik. Dopóki nie zwolnił się kolejny, siedzieliśmy razem w tej trudnej społecznie sytuacji, nie bardzo wiedząc jak się zachować. My rozmawialiśmy po polsku, oni po estońsku, czasem wymienialiśmy zbłąkany uśmiech. Ale chyba wszyscy poczuliśmy ulgę, kiedy życząc im wszystkiego najlepszego, odsiedliśmy się „do siebie”.


Kolacja przeciągnęła się prawie do północy, a na samo powitanie 2020 wyszliśmy na rynek, gdzie lekko pijany tłumek przed sceną harmonijnie współgrał z lekko pijanym tłumkiem na scenie, śpiewając piosenki w narodowych językach wszystkich obecnych. Kiedy wybiła godzina zero, poza wybuchem radości odpalono kilka fajerwerków, ale więcej było zimnych ogni trzymanych w rękach. Wracaliśmy pod tymi kolorowymi parasolami.




Ostatnia noc była dla mnie dość krótka, bo wciągnęła mnie czytana aktualnie książka, ale rano już nie spieszyliśmy się nigdzie. Wiemy na pewno, że do Tallina wrócimy, więc czegokolwiek nie zdołamy zrobić teraz, nadrobimy latem, może już najbliższym. Zwiedzamy spokojnie. Poszliśmy do Kociej Studni, która nazwę zawdzięcza, cóż, temu, że topiono w niej koty. Później na plac Wolności, z kościołem św. Jana i cudowną panoramą na wszystko to, co zachwyca w Tallinie: harmonijne połączenia. Wszędzie nowe budowane jest z poszanowaniem starego, nie w opozycji, nie naśladowczo, ale tak, żeby wpasowało się w starą tkankę nie kłując w oczy. 



Wdrapaliśmy się do górnego miasta, poszliśmy jeszcze raz do katedry i tak, znowu nie udało nam się wejść do środka, bo najwyraźniej jak jest msza, to absolutnie nie wolno, a jak msza się skończy, to kościół jest zamykany. Szkoda słów.


Na koniec poczuliśmy noworoczny, relaksujący klimat w naszej ukochanej F-Hoone; ja zostałam wierna zupie kokosowej, a B. wypróbował tym razem pierożki z baraniną, i też je sobie bardzo chwalił.



Z dużym zapasem czasu odebraliśmy bagaże z hotelu i pojechaliśmy tramwajem na lotnisko. Był czas poczytać, popisać, zadumać się nad tym jak cudowny jest Tallin, a jak niewiele osób z naszego otoczenia decyduje się na taką wycieczkę. Od dziś jesteśmy gorącymi ambasadorami tego miasta. Przyjeżdżajcie koniecznie!