niedziela, 8 września 2013

Szkocja 28.08-4.09.2013

Przed wyjazdem....

Mówi się, że pary najlepiej sprawdzają się w podróży. Ja uważam, że aż tak daleko nie trzeba się fatygować, wystarczy wspólne pakowanie.

Zwłaszcza, jeśli trzeba do jednego plecaka schować dwa śpiwory, namiot i ubrania na tydzień dla dwóch osób.

Udało się, nadal jesteśmy razem, ale przy tym śpiworze trochę było warczenia, zakończonego dopiero zakupem próżniowego worka, który ułatwił zadanie i sprowadził pokój oraz rozejm.

Mieszkanie wygląda jak po wizycie germańskiego najeźdźcy, ale pękający w szwach plecak stoi dumnie oparty o kanapę. Ja mam nerwówkę, zastanawiam się, czego zapomniałam. B. jest oazą spokoju. Ostatnie szlify, dopijamy odpowiednio wino i piwo, idziemy spać. Jutro Szkocja!!!!

PS: Okiem drugiej strony - nie było ŻADNEJ kłótni o śpiwór, a worek próżniowy jest wyłącznie moją fanaberią.

28.08-Wylot

Na lotnisko jechaliśmy autobusem 148, w towarzystwie pana, który, wypiwszy sobie pokaźnie, chyba po prostu jeździł w kółko. Zapach roztaczał nienajświeższy, a na każdym zakręcie albo nasz plecak przechylał się w jego kierunku, albo on w kierunku plecaka, i B. nieźle się nagimnastykował, żeby nie doszło do zderzenia tych dwóch bezwładnych ciał.

Na lotnisku swoje trzeba było odstać w kolejce, na końcu której pani oceniła nasz bagaż jako nadwymiarowy, i mówi:
-Trzeba isc na koniec terminala, po prawej stronie, tam jest takie pomieszczenie, proszę nacisnąć dzwonek, i wtedy taki pan wyjdzie i zabierze plecak.
Tak się też stało. Pan co prawda wyszedł dopiero jak B. stracił cierpliwość i zaczął dzwonić tak raczej nękająco, ale plecak prześwietlił, ostemplował i zabrał.
Zrobiło nam sie smutno, bo niewymiarowym bagażem też był mały piesek w typie Jacka Russella, który pogodnie machał ogonkiem i nie wiedział co go czeka w klatce oznaczonej JFK....
Przy kontroli bezpieczeństwa B. zaopiekował się staruszką, która wiedziała tyle, że leci do Holandii (miasta już nie znała), wyglądała na bardzo zagubioną, może to pierwsza jej podróż. Pewnie leci do córki lub syna, ubrała się najodświętniej jak umiała, garsonka, spodnie, mocno już zdarte sandały.... Bardzo się wszystkim martwiła i była bezradna jak dziecko.
W samolocie zaszaleliśmy kulinarnie, za jedzenie warte 10 złotych zapłaciliśmy 10 euro, ale teraz już może wytrzymamy do lunchu. Chcę jak najszybciej wyjechać z lotniska.

xxxx

Na lotnisku wita nas billboard z napisem "This is home" i tak się właśnie czujemy.
Idziemy do wypożyczalni i odbieramy nasz samochód. Niebieski Peugocik 107. Tam, gdzie instynktownie próbuję wsiąść nie ma kierownicy....
Dziwnie się czuję, szukam głównie skrzyni biegów, najczęściej gdzieś przy drzwiach. Pierwsze mile są dość niepewne, zwłaszcza, że bez mapy próbujemy znaleźć Tesco, ale B., moja oaza spokoju, mówi, że jak pojeździmy troche po okolicy to się oswoję z ruchem lewostronnym i będzie dobrze.
Po kilku kółkach rzeczywiście nabieram pewności siebie, a i Tesco się znajduje. Ku wielkiemu rozczarowaniu B. nie mają kanapek z jajkiem i boczkiem, ale kupujemy trochę jedzenia i materac, żeby nie spać na ziemii.
Sklep robi wrażenie raczej biednego, B. porównuje asortyment i wystrój do naszej Pragi. Kiedy pytam go gdzie mogą być męskie dezodoranty, zdziwiony mówi:
-A widziałaś tutejszą klientelę? Jakie dezodoranty?!?!
Udaje nam się jednak jakiś znaleźć. Kupujemy jeszcze półtoralitrowy szampon za czterdzieści pensów, który ma też służyć za mydło, w równie śmiesznych cenach gorące kubki, kawy instant, rogaliki na śniadanie.... Walczę o odżywkę i balsam ("po co to komu?"), i w tym ferworze dopiero później orientuję się, że niechcący kupiłam dwa szampony....
Jedziemy. Bez mapy, na czuja, już mamy nadzieję, że trasa skrzyżuje się z upragnioną A82...
-Skrzyżowanie to przecięcie się dróg w jednym poziomie- mówi B., świeżo upieczony kierowca, kiedy mijamy drogę jadąc wiaduktem ponad nią.
Najgorszy problem z tym, że ściąga mnie w lewo. Mijamy rowerzystę, mnie się wydaje, że daleko, ale B. głośno wciąga powietrze, a rowerzysta zaczyna mi wygrażać. Ignoruję go, jadę dalej.
Pierwszy raz w życiu, za to z dużą konsekwencją, mylę stronę prawą z lewą. Czy to dlatego, że jadę po innym pasie? Kiedy zdarza się to kolejny raz ustalamy, że będziemy mówić "tam" i pokazywać ręką.
Powoli co raz mniej mamy koncepcji w którą stronę jechać. Droga jest pusta, więc zatrzymujemy się obok znaku, kontemplujemy kompletnie nic nam nie mówiące nazwy miejscowości.
Dogania nas rowerzysta i puka w szybkę. Otwieram.
-Wyprzedzałaś kiedykolwiek rowerzystę?- pyta.
Postanawiam pójść w kreację "biedna, głupia, ale miła".
-Przepraszam Cię, pierwszy dzień jeżdżę po tej stronie, nie mam wyczucia odległości jeszcze.... Dobrze ,że nic Ci się nie stało.
Chłopak daje się udobruchać, narzeka, że codziennie ktoś próbuje go rozjechać i że on już ma trochę dość. W sumie zrozumiałe. Pytam go o drogę do Fort William, upewnia się, że wiemy, że to daleko i wysyła nas w odpowiednim kierunku. Jedziemy.
Po drodze tylko raz po skręcie w lewo udaje mi się ustawić na nie tym pasie, ale B. od razu mi przypomina, że w tym kraju nikt nie jeździ po tej stronie. W ogóle pilnuje mnie, żebym nie jechała poboczem i bardzo pomaga przyzwyczaić się do lewostronnego ruchu.
Widoki są takie, że można by zatrzymywać się na zdjęcia co zakręt. Długo jedziemy wzdłuż Loch Lomond, nad samym brzegiem jeziora usianego malutkimi wysepkami. Po lewej paprocie, głazy i las. Nad nami majestatyczne góry. Czuje się przestrzeń, taką nie-europejską wręcz, taką, którą kocham w USA, taki bezkres, bezludzie, ogrom. Co chwila a to punkt widokowy, a to maleńki kościółek z przylegającym cmentarzem. Zjeżdżamy na kawę w okolicach kurortu narciarskiego Glen Coe. Bajka. Droga wije się pod górę, ma szerokość jednego pasa i oznaczone miejsca do mijania się co kilkaset metrów. Na miejscu kawa z przelewowego ekspresu, a dzbanek mleka stoi na ladzie dla tych, którzy kawę wolą białą. Siadamy przed szklaną ścianą, vis a vis wygaszonego w lecie kominka, na dużej skórzanej kanapie. W tle dawne przeboje, wystrój wnętrza drewniany, ze stołem do bilarda, nartami wiszącymi na suficie. Czuję się bardzo szczęśliwa, mogłabym tu zostać. Nie wiem dlaczego myślę o twinpeaksowskim barze RR, przecież nie sprzedają tu placka z wiśniami.....
Nie można tak siedzieć w nieskończoność. Nacieszywszy oczy widokiem gór i bezkresem wyżyny wracamy do samochodu. Niedługo Fort William. Rozstawiamy namiot u stóp góry Ben Nevis, pożyczamy pompkę do materaca (elektryczną! nowa pozycja na mojej liście zakupów), reorganizujemy bagaże i wracamy do miasta na kolację.
Parkuję na upatrzonym po drodze miejscu i schodzimy na główną ulicę, którą B. bardzo trafnie nazywa krupówkami. Upstrzona jest restauracjami take-away i eleganckimi, romantycznymi bistro, które serwują jedzenie w cenie wyższej niż chcemy zapłacić. Na końcu deptaku wreszcie natykamy się na bar serwujący zestawy złożone z burgera, frytek, krążków cebulowych i piwa w cenie sześciu funtów, i napychamy się jak małe prosiaczki nie bacząc na późną porę.
Bardzo zadowoleni wracamy spacerkiem, po drodze znajdując kolejny uroczy kościół z cmentarzem, boimy się tylko jak to będzie w nocy, bo chłód czujemy konkretny.
Niepotrzebnie. Noc jest ciepła, przynajmniej w namiocie, mimo, że pada czasami nawet mocno i rano ubrania wepchnięte między materac a ściankę namiotu trzeba wrzucić do suszarki bębnowej. A iPhone włożony do bocznej kieszeni w namiocie mówi "Good night, and good luck"... :(

29.08 - Ben Nevis

Budzi nas beczenie owiec. Dosyć sprawnie załatwiamy temat pryszniców i śniadania i jedziemy kupić bilet na pociąg parowy, który chwali się, że jedzie najpiękniejszą trasą świata.
Udaje mi się przeforsować taką ekstrawagancję tylko dlatego, że B. do samego końca sądzi, że cena, jaką mu podaję za podróż dotyczy OBU biletów.
Na poranny kurs pociągiem Jacobite miejsc już nie dostajemy. Kupujemy kawę i wracamy opłacić drugą noc na campingu, bo skoro pojedziemy na wycieczkę po południu, zostaniemy w Fort William do jutra.
Czas oczekiwania na pociąg wykorzystujemy na wycieczkę do wodospadu Steall.
Sam dojazd do początku szlaku to jest czysta przyjemność. Droga jest coraz węższa, kręta, pnie się to szaleńczo w górę, to biegiem w dół. Obok pasą się stada owiec i krów- tych miejscowych, rudych, z długą sierścią. Owce zresztą często wychodzą nam pod koła, więc trzeba jechać ostrożnie.
Droga kończy się parkingiem, a szlak zaczyna znakiem uprzejmie informującym, że na tej trasie można się zabić i tak, już kiedyś to się zdarzyło.
Nieco ubawieni ruszamy typową, górską trasą. Nie jest trudna, ale szybko upijamy się górskim powietrzem. Mijamy dużo ludzi, to popularna okolica.
Większość ludzi jest z psami, które wesoło skaczą po kamieniach i kąpią się w górskich strumykach. Na campignu też co drugi namiot ma czworonożnego lokatora. Wszystkie grzeczne, dobrze wychowane, posłuszne. Dla nas - zdeklarowanych psiarzy - raj na ziemii. Zastanawiamy się, czy nasza sunia dobrze by się tu bawiła.
Trasa kończy się polaną, i wodospadem. Odpoczywamy na kamieniu ciesząc oczy widokiem.
W drodze powrotnej oglądamy coś, co tylko z braku lepszego słowa można nazwać mostem. Jedna stalowa lina jako podparcie dla stóp, dwie na górze do trzymania się. Patrzę z podziwem na pana, który przechodzi na drugą stronę. Mnie samej brakuje odwagi nawet na wejście na początek "mostu" do zdjęcia.
Pięć minut przed zaplanowanym czasem jesteśmy z powrotem na parkingu. Przed odjazdem pociągu udaje nam się - nie bez kłopotów- kupić butlę z gazem i palnik, ale czasu nie starcza już na żaden lunch, więc trochę głodni wsiadamy do zabytkowego wagonu.
Pociąg znany jest jako "pociąg Harry'ego Pottera", ponieważ po pierwsze przypomina do złudzenia Hogwart's Express (operator tej linii dostarczył pociąg filmowcom), po drugie mija po drodze miejsce ostatecznego spoczynku Dumbledora, słynny wiadukt i wiele innych miejsc znanych z sagi. Widoki są piękne, nie wiadomo, w którą stronę patrzeć, robić zdjęcia czy nie robić i po prostu siedzieć z rozdziawioną buzią.
Vis a vis nas siedzi starsza para. Sympatyczni. Prosimy ich, żeby zrobili nam wspólne zdjęcie. Chcę się zrewanżować i proponuję im to samo. Są zaskoczeni, ona - zmieszana, on- mina bezcenna. To chyba ich pierwsze wspólne zdjęcie w ciągu tych wakacji. Ale ośmieliliśmy ich na tyle, że w drodze powrotnej robią sobie selfie telefonem.
Mijamy najbardziej wysuniętą na zachód stację kolejową na brytyjskim lądzie, dojeżdżamy do Mallaig. Mamy tu dwie godziny, a miasteczko dosyć nudne. Urocze, ale obchodzimy je w kółko łącznie z portem trzy razy, a tu dopiero godzina minęła. Dzielimy się porcją klasycznego fish and chips, kupujemy jakieś słodycze.
W drodze powrotnej mam ambicję sfotografować to, co mi się najbardziej podobało. Lipa. A to pan z naprzeciwka wstaje po kurtkę, kiedy za oknem mijamy coś ciekawego, a to B. o coś pyta i ziuuu- opuszczony, samotny, biały kościół już za nami. Taka karma.
Po 20.00 wita nas Fort William. Kupujemy piwo i wracamy na camping. Ma miejsce historyczny moment: pierwsze gotowanie kolacji na palniku. Trwa to wieki, na początku nie możemy opanować ognia, ale koniec końców jest i ciepła kolacja i satysfakcja z osiągnięcia kolejnego poziomu biegłości campingowej.
W nocy nie pada. (B. właśnie zajrzał mi przez ramię i mówi "eeee, trochę padało....")
Do pogody mamy szczęście. Kiedy wychodzimy na spacer, przestaje padać i nawet czasem wychodzi słońce. A tak, to trochę mży, co pięć minut nowe warunki zresztą, ciężko nadążyć.
iPhone ożył na chwilę wczoraj, i umarł drugi raz. Mamy dwa telefony, żaden nie działa. Innymi słowy: wakacje :)

30.08- Droga na Skye

Po wyjeździe z Fort William jedziemy do Plockton, podziwiać palmy (tak, palmy) po drodze na Isle of Skye.
Zatrzymujemy sie na kawę i kanapki w miejscu, które twierdzi, że udostępnia WiFi, ale prędkość łącza jest tak frustrująca, że mało nie wyjdę przez dach. Błażej oczywiście natychmiast zauważa ułożone w rogu w stosik książki za funta, i wychodzimy bogatsi o Acceptable losses Irvinga Shaw.
Lokal prowadzą śmieszne starsze panie, z których jedna nas ostrzega, że zaraz przyjedzie straż pożarna, ale spokojnie, nic się nie pali, a druga nie umie dodać cen za dwie kawy i dwie kanapki, i gdyby nie moja stanowcza interwencja, oszukałaby nas na dwa funty.
Zjeżdżamy w wąską, wijącą się drogę do Plockton (innych dróg już dziś nie będzie), fotografujemy palmy, spacerujemy po nabrzeżu. Jest dość pochmurno i wietrznie, więc mam wrażenie, że coś z uroku tego miejsca nam umyka, ale i tak jest ładnie. B. dostrzega na drugim  brzegu zamek, więc pytam o niego panią w sklepie z pamiątkami. Opowiada mi, że to XIX- wieczna prywatna posiadłość, z której spadkobiercy próbują zrobić hotel, ale jak tylko wyremontują jedną część, zaczyna walić się druga.
Z Plockton to już tylko rzut kamieniem do mostu w Kyle of Lochalsh, którym wjedziemy na Skye. Widać go z daleka, wysoko wygięty łuk ponad wodą. Jesteśmy. Zgodnie z sugestią przewodnika skręcamy w Broadford w lewo do Elgol. Pogoda oficjalnie pod psem. Leje, wieje, trzeci bieg wycieraczek.
Za oknami jeziora, góry, niezmierzone wrzosowiska, owce, wodospady wypływające z hukiem ze skały. Dojeżdżamy do Elgol, i droga po prostu się kończy.
-Znaleźliśmy koniec świata - mówię.
Ponieważ trzeba wrócić tą samą drogą, postanawiamy chwilę odpocząć czytając książkę w samochodzie zaparkowanym z widokiem na spienioną wodę rozbijającą się o surowe skały i mewy zawieszone nisko w powietrzu.
I nagle obraz się zmienia. Tak nagle, jak tylko w tym klimacie się zdarza, i wychodzi słońce, które oświetla zapierający dech w piersiach widok na wzgórza Cuillin. Po prostu nagle rozstępuje się mgła, tak jakby podniosła się kurtyna żeby ukazać oczom widzów kulminacyjny element niewidoczny dotąd dla ich oczu.
B. już wcześniej zastanawiał się ile czasu zajęło Szkotom zorientowanie się, że Ben Nevis jest, i że jest taki wysoki. Mgła rzadko pozwala zobaczyć jego wierzchołek.
Wracamy do Broadford w słońcu i widok wygląda zupełnie inaczej. Jest złagodzony i światłem, i tęczami szeroko malującymi się między zboczami.
Ponieważ nie jest późno, decydujemy się na spacer w Kylerhea, gdzie po pozostawieniu samochodu na parkingu można pójść szlakiem wzdłuż którego da się obserwować życie w morzu: delfiny, foki, wydry, a często nawet wieloryba. Na końcu trasy jest chata, w której lornetki umożliwiają bliższe przyjrzenie się faunie. Wydr jest zatrzęsienie, nurkują wystawiając pulchne pupy. Na skałach siedzi ptak, którego porównujemy ze zdjęciami i wychodzi nam, że kormoran. Ale głowy byśmy nie dali.....
B. zaczyna zgłaszać zdecydowane protesty w kwestii nagłego wstrzymania posiłków, więc wyjmuję maszynkę do gotowania i robię obiad z puszek i zupek instant. Wyganiają nas tuż po posiłku muszki, które są tu plagą, i powrót deszczu.
Ta muszka, the midge, to małe, czarne, gryzące cholerstwo, od którego nie można się opędzić. Chyba bliska kuzynka naszych meszek.
W zapadającym zmroku wracamy do głównej drogi, robimy zakupy w supermarkecie i jedziemy na północ, w stronę Portree. Zatrzymujemy się na campingu w Sligachan. Deszcz leje. Nic nie jest oświetlone. Grunt twardy, nie można wbić śledzi. Wicher szarpie namiotem. Wrzucamy do środka torbę z rzeczami do kąpieli, śpiwór i materac, którego decydujemy się nie dmuchać, bo swojej pompki nie mamy, a nie kręci się nikt, od kogo można by pożyczyć. Nic to nie daje, namiot nadal chce odlatywać. Siedzimy więc w nim na zmianę, w końcu obydwoje, z butelką mixera na Smirnoffie, a namiot nad nami łopocze jak oszalały.
Nie jest ciepło, wiatr hula, B. wynajduje jakieś nieszczelności w namiocie i co tylko usnę budzi mnie, zapytać czy widzę, czy słyszę, czy czuję... Proponuję mu w końcu, żebyśmy schowali się z głowami do śpiwora, i pięć minut jest spokój, ale B. wychyla się i mówi:
-No to po zawodach.
Patrzę i ja.
Tuż przed drugą w nocy namiot zawalił nam się na łeb.
Deszcz leje, próbujemy chwilę naprawiać maszty, ale szybko dociera do nas, że nie ma sensu i rozpoczynamy błyskawiczną ewakuację. Rzeczy do samochodu, namiot zwijamy i chowamy pod nim, bo wichura i ulewa uniemożliwiają zapakowanie go do pokrowca. Przemoczeni zamykamy drzwiczki auta i włączamy grzanie. Ciepło!!!! Na rozłożonych siedzeniach nie jest bardzo niewygodnie, za to bezpiecznie i sucho. Usypiamy.
Rano okazuje się, że jest tu bardzo ładnie....

31.08 - Wzdłuż i wszerz

Tak właśnie przejechaliśmy wyspę Skye. Od Sligachan do Portree. Z Portree do Dunvegan, później do Glenbrittle, znów przez Portree i do Uig. Sieć dróg na wyspie to dwie, trzy główne szosy i odchodzące od nich ślepe jednopasmówki z miejscami do wymijania się, oznaczone znakami "uwaga, owce". Taka droga kończy się zwykle jakąś miejscowością (i morzem), i trzeba wrócić tą samą trasą do drogi głównej.
Portree jest uroczą dziurą z fajnym portem. Zaczynamy od kawy w Café Arriba, rzeczywiście na pięterku. Musimy skorzystać z wifi, podładować urządzenia (niestety, musimy za to zapłacić - nieładnie), a ja muszę trochę wyschnąć, bo kiedy robiłam na campingu śniadanie, deszcz zmoczył mi dżinsy z tyłu i pupę. Mały spacer w pełnym słońcu, podziwiamy kolorowe restauracje z rybami i owocami morza, patrzymy na psy i dzieci biegające po kamienistej plaży, i bezczelne mewy patrolujące okolicę z dachów zaparkowanych samochodów. Portree jako jedno z nielicznych miejsc na wyspie ma bankomat i supermarket.
W Dunvegan podziwia się zamek, za niemałe pieniądze, bo samo wejście do ogrodów już wymaga zakupu biletu. Chwilę muszę B. przekonywać, ale w końcu zgadza się ze mną i spacerujemy wśród momentami obłędnego zapachu kwiatów po ogrodach, szklarniach i leśnych zakamarkach. Sam zamek nie jest przesadnie urodziwy, z zewnątrz większe wrażenie zrobił na mnie mijany dwa dni temu Eilean Donan Castle.
Za zamkiem na północ wije się droga, która oczywiście kończy się niczym, czyli parkingiem, z którego milowy spacer przez najpierw pastwisko, a później wybrzeże prowadzi do Koralowej Plaży. Oślepiająco biały w słońcu pas nabrzeża dochodzi do krystalicznie czystego i- jak przekonałam się robiąc to, co robię od dziecka na widok wody: wchodząc do niej- lodowato zimnego morza. Chyba nad tym cudem natury (to wysuszone koralowce nadają tej plaży nazwę i barwę) jest mikroklimat, bo świeci słońce mimo, że w jedną i drugą stronę trasę od parkingu idziemy przy akompaniamencie wiatru i mżawki.
Już jesteśmy zmęczeni, ale udaje mi się przeforsować spacer do Fairy Pools, Wodospadów Wróżek, położonych w rozległej dolinie Glenbrittle. Czujemy się maleńcy wobec i samej doliny i wzgórz Cuillin, do których z każdym krokiem się zbliżamy. Trasa nie jest trudna, ale błotnisto-kamienista i wymaga przechodzenia przez strumienie po chybotliwych głazach, co niekoniecznie należy do przebojów mojej listy wakacyjnych atrakcji. Prawie udaje mi się wykąpać, razem z aparatem, ciągnąc B. za sobą.... Prawie!
Strumień, wzdłuż którego idziemy, wydaje się nie kończyć nigdy, i nie wiemy, czy obejrzeliśmy wszystkie wodospady na jego trasie, ale wystarczającą ich liczbę, żeby się zachwycić. I żeby z podziwem popatrzeć na dwóch śmiałków kąpiących się w górskim strumieniu pod kaskadami rozbryzgującej się wody.
Uig to kolejny mały koniec świata, droga kończy się campingiem, na którym jest napisane.
  1. Jeśli nikogo nie ma, rozstaw się i wróć zapłacić później.
  2. Jeśli rozstawisz się, a nie zapłacisz, wezwiemy policję: kradzież to kradzież.
Dysonans. I co tu począć?!
Wygrywa chęć rozstawienia namiotu za dnia. Ziemia jest miękka, śledzie wchodzą jak w masło. Miejsce pod wysokimi trawami osłania od szalejącego wiatru. Tylko materac trzeba nadmuchać, że tak powiem, ręcznie, bo nikt nie ma pompki, z której moglibyśmy skorzystać. B. gotuje obiad z puszek, wypijamy na spółkę piwo i resztę Smirnoffa, i chwilę po dziesiątej układamy się do snu.
Słychać wycie wiatru, ale namiot nie łopocze jak poprzednio, więc jak tylko dociera do mnie, że nie grozi mi powtórka z rozrywki pt. "Ewakuacja w deszczu z zawalonego namiotu, po ciemku" - zasypiam.
Prześpię jedenaście godzin.

1.09- Na Hebrydy Zewnętrzne

Przespałabym i dwanaście, ale B., który obudził się dużo wcześniej i zdążył już skończyć książkę mówi:
-Wstań, nudzę się, jeść mi się chce.
To wstaję. Obydwoje narzekamy na ból głowy, pogoda jest raczej pieska, prom na Harris mamy dopiero o 14.00. Myjemy się, zwijamy, wyławiamy z plecaka ostatnie czyste rzeczy. Za śniadanie wystarcza nam porcja jogurtu i jedziemy do portu.
Port w Uig - centrum życia. Tu jest kawiarnia, stacja benzynowa, tu kupujemy bilety na prom. Czas zabijamy dzieląc się zestawem śniadaniowym i pijąc kawę w ciepłym, suchym lokalu. Czytamy. Jest spokojnie, wakacyjnie, nie nerwowo. Ja rozważam kupno książki kucharskiej z przepisami opartymi na whisky, B. - serii powieści o przygodach owcy na wyspie Skye.
Pierwszy raz wjeżdżam jako kierowca na prom. B. siada z książką, ja piszę bloga, ładuje baterie od aparatu i pada, podejmuję kolejną próbę reanimacji telefonu.
Próbę kompletnie nieudaną.
Wyjeżdżamy z promu w strugach deszczu, oczywiście bez mapy i po omacku, trzy razy zawracamy, zanim odkryjemy, że za pierwszym razem wybraliśmy słusznie.
Przez księżycowy krajobraz - płasko, skały, i tylko te owce takie swojskie- jedziemy do Luskentyre, obejrzeć te rzekomo piękne plaże.
No są, i rzeczywiście zapierają dech w piersi. Nawet przez kapiącą z nieba wodę i rozszalały wiatr widać niesamowity lazur wody. Same plaże są szerokie, piaszczyste, ale oczywiście puste, nie licząc kilku śmiałków z zachwyconymi, mokrymi i nieziemsko umorusanymi psami.
Szum fal, białe grzywy, nagie skały. Tylko po co ta ulewa, cholera?
Jedziemy przez wyspę Harris, i czasami mgła jest tak gęsta, że ledwo czubek nosa widać, a czasem rozjaśnia się w dwie minuty. Za szybą równiny, jeziorka, góry, wszystko jeszcze bardziej surowe niż na Skye.
Wymyślamy co moglibyśmy tu robić, gdybyśmy chcieli się przeprowadzić.
Sklep ze sprzętem rolniczym? Hodowla owiec? Pensjonacik? Camping? Pisanie książek? Kawiarenka? Co chwila coś nowego przychodzi nam do głowy.
B. słusznie zauważa, że na Hebrydach ludzie żyją dość bogato, domy są nowe i raczej dostatnie, przed każdym kilka samochodów. Zastanawiamy się jaki typ mieszkańca je zamieszkuje.
Prawie niezauważalnie mijamy granicę wyspy, i mkniemy już po Lewis szukając zjazdu w lewo, na Carloway.
Niestety, bezskutecznie. Wjeżdżamy do Stornoway niespodziewanie, i nie ma już sensu dzisiaj zawracać.
Albo mamy wyjątkowe szczęście i przypadkiem odkrywamy najlepszą chińsko-malezyjską knajpę take-away na tej wyspie, albo jesteśmy bardzo spragnieni gorącego posiłku nie pochodzącego w całości z puszki, bo ryż z krewetkami (ja, oczywiście), chrupiącego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym (B.) i sajgonki (obydwoje) połykamy w trzy minuty.
Kręcimy się jeszcze po mieście, bo -jak blog, to blog- zaszła nagła potrzeba zakupu... hmmm, jakby tu ładnie.... kobiecych produktów higienicznych. Zamknięte jest wszystko. WSZYSTKO. W przewodniku o tym pisano, ale B. powiedział dwa dni temu:
-E, na pewno przesadzają, coś musi być otwarte w niedzielę.
-Już widzę, jak Ci to wypominam na blogu - odpowiedziałam od razu.
Amen.
Jedziemy na camping, ja lekko zrezygnowana, ale planuję jeszcze dopytać w recepcji o otwartą aptekę.
Zaraz przy zjeździe są bungalowy z łóżkami do wynajęcia. Na widok
a) łóżka
b) telewizora
c) kuchni
od razu mamy ochotę porzucić namiot, ale cena jest o funta (!) wyższa, niż górny pułap, który sobie założyliśmy, i ponad dwukrotnie wyższa niż za nocleg w namiocie. Rezygnujemy.
Nauczeni bolesnym doświadczeniem dopóty szukamy miejsca na namiot, dopóki nie znajdzie się takie osłonięte od wiatru. Camping jest naprawdę fajny. Można pod dachem podłączyć ładowanie, w zamkniętej chatce postawić palnik, pierwszy raz od tygodnia umyliśmy naczynia płynem, bo jest. I WiFi jest. I widok na owce i światła miasta w oddali. Czego chcieć więcej?
A i pani z recepcji pomogła mi w drażliwej kwestii, jak kobieta kobiecie, dzieląc się własnym zapasem...

 2.09 - W księżycowym krajobrazie

Jakimś cudem udaje nam się zaprogramować organizm na wczesną pobudkę. W nocy nalało mi się wody do butów, nie wiem jak, stały w namiocie. Zresztą to nieważne, nic już nie jest suche, nawet ze zwiniętego rulonu namiotu kapie woda.
B. dzisiaj na pogodę nie narzeka, a ja dla odmiany trochę. W planach mamy kółko po największych atrakcjach Lewis, do odprawy promu cztery godziny.
Na pierwszy ogień Callanish Standing Stones, ponad 5000 lat temu ustawione kamienne kręgi. Nie wiadomo kto, po co i za czyją namową, i ewidentnie to jest to, co B. tak bardzo się podoba. Chodzi też o coś z serialem Ancient Aliens, z tego co rozumiem....
W centrum dla odwiedzających kupujemy jeszcze jedną książkę, początek mrocznej trylogii o zbrodni popełnionej tu na wyspie. Fikcja literacka, ale przez to osadzenie w realiach Isle of Lewis (podobno bardziej sprzed 30 lat, niż obecnie) dla nas bardzo ciekawa. Ja poszerzam kolekcję lodówkowych magnesów o - jakżeby inaczej - owcę.
Kręgi są trzy, z czego imponujący ten pierwszy, a trzeci już w ogóle przez turystów zapomniany, bo idzie się do niego przez pastwisko pieczołowicie obsrane przez krowy, które ewidentnie niewiele sobie robią z tysięcy lat historii.
Widoki są piękne, a pewnie gdyby nie mżawka byłoby jeszcze lepiej. Podobno wzgórza wokół układają się w kształt leżącej na boku kobiety. Wzgórza widzimy, kształtu dostrzec nam się nie udaje.
Jedziemy do Carloway i zwiedzamy ruiny tamtejszego broch: budowli o funkcji obronnej, ale chyba nie tylko, tylko nikt nie wie na pewno jakiej jeszcze. Wygląda jak okrągła wieża, podobno kiedyś miało dach, ale z czego? Można tylko zgadywać. Naukowcy spierają się i dyskutują jak wyglądał broch w środku, a ruiny tym czasem majestatycznie stobie stoją, porastają mchem i patrzą na obłędną panoramę z wysokiego wzgórza.
Kawałek dalej jest Blackhouse Village, zespół chat krytych strzechą. W jednej zrobiono muzeum pokazujące życie mieszkańców, w drugiej hostel, w trzeciej - kawiarnię. Najciekawsze, że ostatnia rodzina wyprowadziła się stąd dopiero w latach 70. XX wieku. B. słusznie zauważa, że tu, w tak prostych warunkach, ktoś pewnie usłyszał przez radio o pierwszym locie na księżyc.
W muzeum wszystko wygląda tak, jakby gospodarze mieli zaraz wrócić. Włóczka i druty odłożone niedbale, kilka książek w różnych miejscach (od każdej B. trzeba odciągać, najchętniej usiadłby i zaczął czytać, nawet tą biblię w gaelic), krosno. W kominku wesoło buzuje ogień i kucam, żeby rozgrzać zmoknięte ręce. Droga przed domem prowadzi nad skalisty brzeg, o który rozbijają się oszalałe fale.
Wracamy tak, aby zatoczyć pełny krąg i zjawić się z powrotem w Stornoway przed 13.00. Zdejmuję przemoczone adidasy i zakładam japonki, grzeję w samochodzie do nieprzytomności, żeby chociaż trochę wilgoci wyparowało. Po drodze dawka emocji, bo oznaczeń żadnych, gwarancji, że jedziemy w dobrą stronę brak, a prom raczej nie poczeka.....
Okazuje się oczywiście, że droga jest słuszna, a i ja już nabrałam wprawy w pędzeniu szkockimi dróżkami, więc dojeżdżamy do Stornoway na czas, z zapasem na tyle dużym, żebym chciała pójść jeszcze do sklepu (jesteśmy nieludzko głodni), a na tyle małym, żeby obsesyjnie punktualny B. ten pomysł oprotestował. Po umiarkowanej awanturze i dwóch strzelonych fochach jedziemy prosto na prom, ale kiedy już czekamy ustawieni w kolejce, B. biegnie do Tesco. Kiedy wraca z łupami na jednym wdechu zjadamy pudełko mini donutów z polewą truskawkową i posypką oraz sześć paczek chipsów. Małych, bo małych, ale jednak po trzy...
Prom płynie dzisiaj spokojniej niż wczoraj, fale są na oko mniejsze, drogę za to mamy dłuższą o godzinę. Na drugim brzegu czeka Ullapool i restauracje z owocami morza.

2-4.09 - Szkocja dla mięczaków

Ullapool trochę mnie rozczarowało. Tych knajpek nie było tak znowu za dużo, najciekawsze w menu okazało się znowu fish and chips (trzeba przyznać – bardzo dobre i porcja wcale nie skąpa). Co do samego miasteczka: ileż można patrzeć na urocze rybackie wioski, hm?
Ale dopiero kiedy zatankowaliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę do Edynburga, poczuliśmy różnicę między Szkocją na dużej wyspie a Hebrydami. Te drogi jakieś takie szerokie, proste, te góry jakieś mało surowe, ta roślinność jakaś pod linijkę….
- Szkocja dla mięczaków. – wymamrotał B. pod nosem, już ewidentnie stęskniony za dramatyczną scenerią Lewis.
Po makabrycznie nudnej drodze bez zakrętów (i jak się okazało: przed 160 mil bez ŻADNEJ stacji benzynowej ani kawiarni przy samej szosie) dojechaliśmy późnym wieczorem do Edynburga.
Znane zakątki, dawno niewidziane ulice, wciąż ten sam majestatyczny zamek, i te same puby z tą samą obsługą, jak szybciutko udało nam się ustalić. Uśmiechy rozkwitły nam na twarzach.
Ponieważ w Edynburgu parkowanie jest bardzo drogie, rano o 9 postanowiliśmy wywieźć samochód na dzień daleko od centrum, do Portobello z piękną plażą, którą ja chciałam oglądać już rok temu, ale B. wtedy stawiał czynny opór… Tym razem się udało, i nie rozczarowałam się. Skąpana w pełnym słońcu lśniła białym piaskiem, promenada ciągnąca się daleko jak wzrok sięga zachęcała do spacerów, a rozbrykane, szczęśliwe psy rozczulały do łez.
Spojrzałam w jedno z okien budynku stojącego przy plaży. Najwyższe piętro, narożne mieszkanie. Ścisnęłam rękę B. i popatrzył za moim wzrokiem. Wiem, że zrozumiał, i że też mógłby tam zamieszkać.
Reszta pobytu to sentymentalne wizyty w ukochanych knajpach, pubach, spacery po ulicach Edynburga, i nieodzowny batonik Mars smażony w tempurze.

Rano w środę szybkie pożegnanie z Matem, który gościł nas u siebie w mieszkaniu ostatnie dwie noce, i finałowych 60 mil do Glasgow. Smutno oddawać samochód. Smutno wsiadać do samolotu. Jedyne, co podtrzymuje nas na duchu to fakt, że mamy już zaplanowane dwie kolejne trasy po Szkocji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz