Przed wyjazdem....
Mówi się, że pary najlepiej
sprawdzają się w podróży. Ja uważam, że aż tak daleko nie trzeba się fatygować,
wystarczy wspólne pakowanie.
Zwłaszcza, jeśli trzeba do
jednego plecaka schować dwa śpiwory, namiot i ubrania na tydzień dla dwóch
osób.
Udało się, nadal jesteśmy
razem, ale przy tym śpiworze trochę było warczenia, zakończonego dopiero
zakupem próżniowego worka, który ułatwił zadanie i sprowadził pokój oraz
rozejm.
Mieszkanie wygląda jak po
wizycie germańskiego najeźdźcy, ale pękający w szwach plecak stoi dumnie oparty
o kanapę. Ja mam nerwówkę, zastanawiam się, czego zapomniałam. B. jest oazą
spokoju. Ostatnie szlify, dopijamy odpowiednio wino i piwo, idziemy spać. Jutro
Szkocja!!!!
PS: Okiem drugiej strony -
nie było ŻADNEJ kłótni o śpiwór, a worek próżniowy jest wyłącznie moją
fanaberią.
28.08-Wylot
Na lotnisko jechaliśmy
autobusem 148, w towarzystwie pana, który, wypiwszy sobie pokaźnie, chyba po
prostu jeździł w kółko. Zapach roztaczał nienajświeższy, a na każdym zakręcie
albo nasz plecak przechylał się w jego kierunku, albo on w kierunku plecaka, i
B. nieźle się nagimnastykował, żeby nie doszło do zderzenia tych dwóch
bezwładnych ciał.
Na lotnisku swoje trzeba
było odstać w kolejce, na końcu której pani oceniła nasz bagaż jako
nadwymiarowy, i mówi:
-Trzeba isc na koniec
terminala, po prawej stronie, tam jest takie pomieszczenie, proszę nacisnąć
dzwonek, i wtedy taki pan wyjdzie i zabierze plecak.
Tak się też stało. Pan co
prawda wyszedł dopiero jak B. stracił cierpliwość i zaczął dzwonić tak raczej
nękająco, ale plecak prześwietlił, ostemplował i zabrał.
Zrobiło nam sie smutno, bo
niewymiarowym bagażem też był mały piesek w typie Jacka Russella, który
pogodnie machał ogonkiem i nie wiedział co go czeka w klatce oznaczonej JFK....
Przy kontroli
bezpieczeństwa B. zaopiekował się staruszką, która wiedziała tyle, że leci do
Holandii (miasta już nie znała), wyglądała na bardzo zagubioną, może to
pierwsza jej podróż. Pewnie leci do córki lub syna, ubrała się najodświętniej jak
umiała, garsonka, spodnie, mocno już zdarte sandały.... Bardzo się wszystkim
martwiła i była bezradna jak dziecko.
W samolocie zaszaleliśmy
kulinarnie, za jedzenie warte 10 złotych zapłaciliśmy 10 euro, ale teraz już
może wytrzymamy do lunchu. Chcę jak najszybciej wyjechać z lotniska.
xxxx
Na lotnisku wita nas
billboard z napisem "This is home" i tak się właśnie czujemy.
Idziemy do wypożyczalni i
odbieramy nasz samochód. Niebieski Peugocik 107. Tam, gdzie instynktownie
próbuję wsiąść nie ma kierownicy....
Dziwnie się czuję, szukam
głównie skrzyni biegów, najczęściej gdzieś przy drzwiach. Pierwsze mile są dość
niepewne, zwłaszcza, że bez mapy próbujemy znaleźć Tesco, ale B., moja oaza
spokoju, mówi, że jak pojeździmy troche po okolicy to się oswoję z ruchem
lewostronnym i będzie dobrze.
Po kilku kółkach
rzeczywiście nabieram pewności siebie, a i Tesco się znajduje. Ku wielkiemu
rozczarowaniu B. nie mają kanapek z jajkiem i boczkiem, ale kupujemy trochę
jedzenia i materac, żeby nie spać na ziemii.
Sklep robi wrażenie raczej
biednego, B. porównuje asortyment i wystrój do naszej Pragi. Kiedy pytam go
gdzie mogą być męskie dezodoranty, zdziwiony mówi:
-A widziałaś tutejszą
klientelę? Jakie dezodoranty?!?!
Udaje nam się jednak jakiś
znaleźć. Kupujemy jeszcze półtoralitrowy szampon za czterdzieści pensów, który
ma też służyć za mydło, w równie śmiesznych cenach gorące kubki, kawy instant,
rogaliki na śniadanie.... Walczę o odżywkę i balsam ("po co to
komu?"), i w tym ferworze dopiero później orientuję się, że niechcący
kupiłam dwa szampony....
Jedziemy. Bez mapy, na
czuja, już mamy nadzieję, że trasa skrzyżuje się z upragnioną A82...
-Skrzyżowanie to przecięcie
się dróg w jednym poziomie- mówi B., świeżo upieczony kierowca, kiedy mijamy
drogę jadąc wiaduktem ponad nią.
Najgorszy problem z tym, że
ściąga mnie w lewo. Mijamy rowerzystę, mnie się wydaje, że daleko, ale B.
głośno wciąga powietrze, a rowerzysta zaczyna mi wygrażać. Ignoruję go, jadę
dalej.
Pierwszy raz w życiu, za to
z dużą konsekwencją, mylę stronę prawą z lewą. Czy to dlatego, że jadę po innym
pasie? Kiedy zdarza się to kolejny raz ustalamy, że będziemy mówić
"tam" i pokazywać ręką.
Powoli co raz mniej mamy
koncepcji w którą stronę jechać. Droga jest pusta, więc zatrzymujemy się obok
znaku, kontemplujemy kompletnie nic nam nie mówiące nazwy miejscowości.
Dogania nas rowerzysta i
puka w szybkę. Otwieram.
-Wyprzedzałaś kiedykolwiek
rowerzystę?- pyta.
Postanawiam pójść w kreację
"biedna, głupia, ale miła".
-Przepraszam Cię, pierwszy
dzień jeżdżę po tej stronie, nie mam wyczucia odległości jeszcze.... Dobrze ,że
nic Ci się nie stało.
Chłopak daje się
udobruchać, narzeka, że codziennie ktoś próbuje go rozjechać i że on już ma
trochę dość. W sumie zrozumiałe. Pytam go o drogę do Fort William, upewnia się,
że wiemy, że to daleko i wysyła nas w odpowiednim kierunku. Jedziemy.
Po drodze tylko raz po
skręcie w lewo udaje mi się ustawić na nie tym pasie, ale B. od razu mi
przypomina, że w tym kraju nikt nie jeździ po tej stronie. W ogóle pilnuje
mnie, żebym nie jechała poboczem i bardzo pomaga przyzwyczaić się do
lewostronnego ruchu.
Widoki są takie, że można
by zatrzymywać się na zdjęcia co zakręt. Długo jedziemy wzdłuż Loch Lomond, nad
samym brzegiem jeziora usianego malutkimi wysepkami. Po lewej paprocie, głazy i
las. Nad nami majestatyczne góry. Czuje się przestrzeń, taką nie-europejską
wręcz, taką, którą kocham w USA, taki bezkres, bezludzie, ogrom. Co chwila a to
punkt widokowy, a to maleńki kościółek z przylegającym cmentarzem. Zjeżdżamy na
kawę w okolicach kurortu narciarskiego Glen Coe. Bajka. Droga wije się pod
górę, ma szerokość jednego pasa i oznaczone miejsca do mijania się co kilkaset
metrów. Na miejscu kawa z przelewowego ekspresu, a dzbanek mleka stoi na ladzie
dla tych, którzy kawę wolą białą. Siadamy przed szklaną ścianą, vis a vis
wygaszonego w lecie kominka, na dużej skórzanej kanapie. W tle dawne przeboje,
wystrój wnętrza drewniany, ze stołem do bilarda, nartami wiszącymi na suficie.
Czuję się bardzo szczęśliwa, mogłabym tu zostać. Nie wiem dlaczego myślę o
twinpeaksowskim barze RR, przecież nie sprzedają tu placka z wiśniami.....
Nie można tak siedzieć w
nieskończoność. Nacieszywszy oczy widokiem gór i bezkresem wyżyny wracamy do
samochodu. Niedługo Fort William. Rozstawiamy namiot u stóp góry Ben Nevis,
pożyczamy pompkę do materaca (elektryczną! nowa pozycja na mojej liście
zakupów), reorganizujemy bagaże i wracamy do miasta na kolację.
Parkuję na upatrzonym po
drodze miejscu i schodzimy na główną ulicę, którą B. bardzo trafnie nazywa
krupówkami. Upstrzona jest restauracjami take-away i eleganckimi, romantycznymi
bistro, które serwują jedzenie w cenie wyższej niż chcemy zapłacić. Na końcu
deptaku wreszcie natykamy się na bar serwujący zestawy złożone z burgera,
frytek, krążków cebulowych i piwa w cenie sześciu funtów, i napychamy się jak
małe prosiaczki nie bacząc na późną porę.
Bardzo zadowoleni wracamy
spacerkiem, po drodze znajdując kolejny uroczy kościół z cmentarzem, boimy się
tylko jak to będzie w nocy, bo chłód czujemy konkretny.
Niepotrzebnie. Noc jest
ciepła, przynajmniej w namiocie, mimo, że pada czasami nawet mocno i rano
ubrania wepchnięte między materac a ściankę namiotu trzeba wrzucić do suszarki
bębnowej. A iPhone włożony do bocznej kieszeni w namiocie mówi "Good
night, and good luck"... :(
29.08 - Ben Nevis
Budzi nas beczenie owiec.
Dosyć sprawnie załatwiamy temat pryszniców i śniadania i jedziemy kupić bilet
na pociąg parowy, który chwali się, że jedzie najpiękniejszą trasą świata.
Udaje mi się przeforsować
taką ekstrawagancję tylko dlatego, że B. do samego końca sądzi, że cena, jaką
mu podaję za podróż dotyczy OBU biletów.
Na poranny kurs pociągiem
Jacobite miejsc już nie dostajemy. Kupujemy kawę i wracamy opłacić drugą noc na
campingu, bo skoro pojedziemy na wycieczkę po południu, zostaniemy w Fort
William do jutra.
Czas oczekiwania na pociąg
wykorzystujemy na wycieczkę do wodospadu Steall.
Sam dojazd do początku
szlaku to jest czysta przyjemność. Droga jest coraz węższa, kręta, pnie się to
szaleńczo w górę, to biegiem w dół. Obok pasą się stada owiec i krów- tych
miejscowych, rudych, z długą sierścią. Owce zresztą często wychodzą nam pod
koła, więc trzeba jechać ostrożnie.
Droga kończy się
parkingiem, a szlak zaczyna znakiem uprzejmie informującym, że na tej trasie
można się zabić i tak, już kiedyś to się zdarzyło.
Nieco ubawieni ruszamy
typową, górską trasą. Nie jest trudna, ale szybko upijamy się górskim
powietrzem. Mijamy dużo ludzi, to popularna okolica.
Większość ludzi jest z
psami, które wesoło skaczą po kamieniach i kąpią się w górskich strumykach. Na
campignu też co drugi namiot ma czworonożnego lokatora. Wszystkie grzeczne,
dobrze wychowane, posłuszne. Dla nas - zdeklarowanych psiarzy - raj na ziemii.
Zastanawiamy się, czy nasza sunia dobrze by się tu bawiła.
Trasa kończy się polaną, i
wodospadem. Odpoczywamy na kamieniu ciesząc oczy widokiem.
W drodze powrotnej oglądamy
coś, co tylko z braku lepszego słowa można nazwać mostem. Jedna stalowa lina
jako podparcie dla stóp, dwie na górze do trzymania się. Patrzę z podziwem na
pana, który przechodzi na drugą stronę. Mnie samej brakuje odwagi nawet na
wejście na początek "mostu" do zdjęcia.
Pięć minut przed
zaplanowanym czasem jesteśmy z powrotem na parkingu. Przed odjazdem pociągu
udaje nam się - nie bez kłopotów- kupić butlę z gazem i palnik, ale czasu nie
starcza już na żaden lunch, więc trochę głodni wsiadamy do zabytkowego wagonu.
Pociąg znany jest jako
"pociąg Harry'ego Pottera", ponieważ po pierwsze przypomina do
złudzenia Hogwart's Express (operator tej linii dostarczył pociąg filmowcom),
po drugie mija po drodze miejsce ostatecznego spoczynku Dumbledora, słynny
wiadukt i wiele innych miejsc znanych z sagi. Widoki są piękne, nie wiadomo, w
którą stronę patrzeć, robić zdjęcia czy nie robić i po prostu siedzieć z
rozdziawioną buzią.
Vis a vis nas siedzi
starsza para. Sympatyczni. Prosimy ich, żeby zrobili nam wspólne zdjęcie. Chcę
się zrewanżować i proponuję im to samo. Są zaskoczeni, ona - zmieszana, on-
mina bezcenna. To chyba ich pierwsze wspólne zdjęcie w ciągu tych wakacji. Ale
ośmieliliśmy ich na tyle, że w drodze powrotnej robią sobie selfie
telefonem.
Mijamy najbardziej
wysuniętą na zachód stację kolejową na brytyjskim lądzie, dojeżdżamy do
Mallaig. Mamy tu dwie godziny, a miasteczko dosyć nudne. Urocze, ale obchodzimy
je w kółko łącznie z portem trzy razy, a tu dopiero godzina minęła. Dzielimy
się porcją klasycznego fish and chips, kupujemy jakieś słodycze.
W drodze powrotnej mam
ambicję sfotografować to, co mi się najbardziej podobało. Lipa. A to pan z
naprzeciwka wstaje po kurtkę, kiedy za oknem mijamy coś ciekawego, a to B. o
coś pyta i ziuuu- opuszczony, samotny, biały kościół już za nami. Taka karma.
Po 20.00 wita nas Fort
William. Kupujemy piwo i wracamy na camping. Ma miejsce historyczny moment:
pierwsze gotowanie kolacji na palniku. Trwa to wieki, na początku nie możemy
opanować ognia, ale koniec końców jest i ciepła kolacja i satysfakcja z
osiągnięcia kolejnego poziomu biegłości campingowej.
W nocy nie pada. (B.
właśnie zajrzał mi przez ramię i mówi "eeee, trochę padało....")
Do pogody mamy szczęście.
Kiedy wychodzimy na spacer, przestaje padać i nawet czasem wychodzi słońce. A
tak, to trochę mży, co pięć minut nowe warunki zresztą, ciężko nadążyć.
iPhone ożył na chwilę
wczoraj, i umarł drugi raz. Mamy dwa telefony, żaden nie działa. Innymi słowy:
wakacje :)
30.08- Droga na Skye
Po wyjeździe z Fort William
jedziemy do Plockton, podziwiać palmy (tak, palmy) po drodze na Isle of Skye.
Zatrzymujemy sie na kawę i
kanapki w miejscu, które twierdzi, że udostępnia WiFi, ale prędkość łącza jest
tak frustrująca, że mało nie wyjdę przez dach. Błażej oczywiście natychmiast
zauważa ułożone w rogu w stosik książki za funta, i wychodzimy bogatsi o Acceptable
losses Irvinga Shaw.
Lokal prowadzą śmieszne
starsze panie, z których jedna nas ostrzega, że zaraz przyjedzie straż pożarna,
ale spokojnie, nic się nie pali, a druga nie umie dodać cen za dwie kawy i dwie
kanapki, i gdyby nie moja stanowcza interwencja, oszukałaby nas na dwa funty.
Zjeżdżamy w wąską, wijącą
się drogę do Plockton (innych dróg już dziś nie będzie), fotografujemy palmy,
spacerujemy po nabrzeżu. Jest dość pochmurno i wietrznie, więc mam wrażenie, że
coś z uroku tego miejsca nam umyka, ale i tak jest ładnie. B. dostrzega na
drugim brzegu zamek, więc pytam o niego
panią w sklepie z pamiątkami. Opowiada mi, że to XIX- wieczna prywatna
posiadłość, z której spadkobiercy próbują zrobić hotel, ale jak tylko
wyremontują jedną część, zaczyna walić się druga.
Z Plockton to już tylko
rzut kamieniem do mostu w Kyle of Lochalsh, którym wjedziemy na Skye. Widać go
z daleka, wysoko wygięty łuk ponad wodą. Jesteśmy. Zgodnie z sugestią
przewodnika skręcamy w Broadford w lewo do Elgol. Pogoda oficjalnie pod psem.
Leje, wieje, trzeci bieg wycieraczek.
Za oknami jeziora, góry,
niezmierzone wrzosowiska, owce, wodospady wypływające z hukiem ze skały.
Dojeżdżamy do Elgol, i droga po prostu się kończy.
-Znaleźliśmy koniec świata
- mówię.
Ponieważ trzeba wrócić tą
samą drogą, postanawiamy chwilę odpocząć czytając książkę w samochodzie zaparkowanym
z widokiem na spienioną wodę rozbijającą się o surowe skały i mewy zawieszone
nisko w powietrzu.
I nagle obraz się zmienia.
Tak nagle, jak tylko w tym klimacie się zdarza, i wychodzi słońce, które
oświetla zapierający dech w piersiach widok na wzgórza Cuillin. Po prostu nagle
rozstępuje się mgła, tak jakby podniosła się kurtyna żeby ukazać oczom widzów
kulminacyjny element niewidoczny dotąd dla ich oczu.
B. już wcześniej
zastanawiał się ile czasu zajęło Szkotom zorientowanie się, że Ben Nevis jest,
i że jest taki wysoki. Mgła rzadko pozwala zobaczyć jego wierzchołek.
Wracamy do Broadford w
słońcu i widok wygląda zupełnie inaczej. Jest złagodzony i światłem, i tęczami
szeroko malującymi się między zboczami.
Ponieważ nie jest późno,
decydujemy się na spacer w Kylerhea, gdzie po pozostawieniu samochodu na
parkingu można pójść szlakiem wzdłuż którego da się obserwować życie w morzu:
delfiny, foki, wydry, a często nawet wieloryba. Na końcu trasy jest chata, w
której lornetki umożliwiają bliższe przyjrzenie się faunie. Wydr jest
zatrzęsienie, nurkują wystawiając pulchne pupy. Na skałach siedzi ptak, którego
porównujemy ze zdjęciami i wychodzi nam, że kormoran. Ale głowy byśmy nie
dali.....
B. zaczyna zgłaszać
zdecydowane protesty w kwestii nagłego wstrzymania posiłków, więc wyjmuję
maszynkę do gotowania i robię obiad z puszek i zupek instant. Wyganiają nas tuż
po posiłku muszki, które są tu plagą, i powrót deszczu.
Ta muszka, the midge,
to małe, czarne, gryzące cholerstwo, od którego nie można się opędzić. Chyba
bliska kuzynka naszych meszek.
W zapadającym zmroku
wracamy do głównej drogi, robimy zakupy w supermarkecie i jedziemy na północ, w
stronę Portree. Zatrzymujemy się na campingu w Sligachan. Deszcz leje. Nic nie
jest oświetlone. Grunt twardy, nie można wbić śledzi. Wicher szarpie namiotem.
Wrzucamy do środka torbę z rzeczami do kąpieli, śpiwór i materac, którego
decydujemy się nie dmuchać, bo swojej pompki nie mamy, a nie kręci się nikt, od
kogo można by pożyczyć. Nic to nie daje, namiot nadal chce odlatywać. Siedzimy
więc w nim na zmianę, w końcu obydwoje, z butelką mixera na Smirnoffie, a
namiot nad nami łopocze jak oszalały.
Nie jest ciepło, wiatr
hula, B. wynajduje jakieś nieszczelności w namiocie i co tylko usnę budzi mnie,
zapytać czy widzę, czy słyszę, czy czuję... Proponuję mu w końcu, żebyśmy
schowali się z głowami do śpiwora, i pięć minut jest spokój, ale B. wychyla się
i mówi:
-No to po zawodach.
Patrzę i ja.
Tuż przed drugą w nocy
namiot zawalił nam się na łeb.
Deszcz leje, próbujemy
chwilę naprawiać maszty, ale szybko dociera do nas, że nie ma sensu i
rozpoczynamy błyskawiczną ewakuację. Rzeczy do samochodu, namiot zwijamy i
chowamy pod nim, bo wichura i ulewa uniemożliwiają zapakowanie go do pokrowca.
Przemoczeni zamykamy drzwiczki auta i włączamy grzanie. Ciepło!!!! Na
rozłożonych siedzeniach nie jest bardzo niewygodnie, za to bezpiecznie i sucho.
Usypiamy.
Rano okazuje się, że jest
tu bardzo ładnie....
31.08 - Wzdłuż i wszerz
Tak właśnie przejechaliśmy
wyspę Skye. Od Sligachan do Portree. Z Portree do Dunvegan, później do
Glenbrittle, znów przez Portree i do Uig. Sieć dróg na wyspie to dwie, trzy
główne szosy i odchodzące od nich ślepe jednopasmówki z miejscami do wymijania
się, oznaczone znakami "uwaga, owce". Taka droga kończy się zwykle jakąś
miejscowością (i morzem), i trzeba wrócić tą samą trasą do drogi głównej.
Portree jest uroczą dziurą
z fajnym portem. Zaczynamy od kawy w Café Arriba, rzeczywiście na pięterku.
Musimy skorzystać z wifi, podładować urządzenia (niestety, musimy za to zapłacić
- nieładnie), a ja muszę trochę wyschnąć, bo kiedy robiłam na campingu
śniadanie, deszcz zmoczył mi dżinsy z tyłu i pupę. Mały spacer w pełnym słońcu,
podziwiamy kolorowe restauracje z rybami i owocami morza, patrzymy na psy i
dzieci biegające po kamienistej plaży, i bezczelne mewy patrolujące okolicę z
dachów zaparkowanych samochodów. Portree jako jedno z nielicznych miejsc na
wyspie ma bankomat i supermarket.
W Dunvegan podziwia się
zamek, za niemałe pieniądze, bo samo wejście do ogrodów już wymaga zakupu
biletu. Chwilę muszę B. przekonywać, ale w końcu zgadza się ze mną i
spacerujemy wśród momentami obłędnego zapachu kwiatów po ogrodach, szklarniach
i leśnych zakamarkach. Sam zamek nie jest przesadnie urodziwy, z zewnątrz
większe wrażenie zrobił na mnie mijany dwa dni temu Eilean Donan Castle.
Za zamkiem na północ wije
się droga, która oczywiście kończy się niczym, czyli parkingiem, z którego
milowy spacer przez najpierw pastwisko, a później wybrzeże prowadzi do
Koralowej Plaży. Oślepiająco biały w słońcu pas nabrzeża dochodzi do
krystalicznie czystego i- jak przekonałam się robiąc to, co robię od dziecka na
widok wody: wchodząc do niej- lodowato zimnego morza. Chyba nad tym cudem
natury (to wysuszone koralowce nadają tej plaży nazwę i barwę) jest mikroklimat,
bo świeci słońce mimo, że w jedną i drugą stronę trasę od parkingu idziemy przy
akompaniamencie wiatru i mżawki.
Już jesteśmy zmęczeni, ale
udaje mi się przeforsować spacer do Fairy Pools, Wodospadów Wróżek, położonych
w rozległej dolinie Glenbrittle. Czujemy się maleńcy wobec i samej doliny i
wzgórz Cuillin, do których z każdym krokiem się zbliżamy. Trasa nie jest
trudna, ale błotnisto-kamienista i wymaga przechodzenia przez strumienie po
chybotliwych głazach, co niekoniecznie należy do przebojów mojej listy
wakacyjnych atrakcji. Prawie udaje mi się wykąpać, razem z aparatem, ciągnąc B.
za sobą.... Prawie!
Strumień, wzdłuż którego
idziemy, wydaje się nie kończyć nigdy, i nie wiemy, czy obejrzeliśmy wszystkie
wodospady na jego trasie, ale wystarczającą ich liczbę, żeby się zachwycić. I
żeby z podziwem popatrzeć na dwóch śmiałków kąpiących się w górskim strumieniu
pod kaskadami rozbryzgującej się wody.
Uig to kolejny mały koniec
świata, droga kończy się campingiem, na którym jest napisane.
- Jeśli nikogo nie ma, rozstaw się i wróć zapłacić
później.
- Jeśli rozstawisz się, a nie zapłacisz, wezwiemy
policję: kradzież to kradzież.
Dysonans. I co tu począć?!
Wygrywa chęć rozstawienia
namiotu za dnia. Ziemia jest miękka, śledzie wchodzą jak w masło. Miejsce pod
wysokimi trawami osłania od szalejącego wiatru. Tylko materac trzeba nadmuchać,
że tak powiem, ręcznie, bo nikt nie ma pompki, z której moglibyśmy skorzystać.
B. gotuje obiad z puszek, wypijamy na spółkę piwo i resztę Smirnoffa, i chwilę
po dziesiątej układamy się do snu.
Słychać wycie wiatru, ale
namiot nie łopocze jak poprzednio, więc jak tylko dociera do mnie, że nie grozi
mi powtórka z rozrywki pt. "Ewakuacja w deszczu z zawalonego namiotu, po
ciemku" - zasypiam.
Prześpię jedenaście godzin.
1.09- Na Hebrydy Zewnętrzne
Przespałabym i dwanaście,
ale B., który obudził się dużo wcześniej i zdążył już skończyć książkę mówi:
-Wstań, nudzę się, jeść mi
się chce.
To wstaję. Obydwoje
narzekamy na ból głowy, pogoda jest raczej pieska, prom na Harris mamy dopiero
o 14.00. Myjemy się, zwijamy, wyławiamy z plecaka ostatnie czyste rzeczy. Za
śniadanie wystarcza nam porcja jogurtu i jedziemy do portu.
Port w Uig - centrum życia.
Tu jest kawiarnia, stacja benzynowa, tu kupujemy bilety na prom. Czas zabijamy
dzieląc się zestawem śniadaniowym i pijąc kawę w ciepłym, suchym lokalu.
Czytamy. Jest spokojnie, wakacyjnie, nie nerwowo. Ja rozważam kupno książki
kucharskiej z przepisami opartymi na whisky, B. - serii powieści o przygodach
owcy na wyspie Skye.
Pierwszy raz wjeżdżam jako
kierowca na prom. B. siada z książką, ja piszę bloga, ładuje baterie od aparatu
i pada, podejmuję kolejną próbę reanimacji telefonu.
Próbę kompletnie nieudaną.
Wyjeżdżamy z promu w
strugach deszczu, oczywiście bez mapy i po omacku, trzy razy zawracamy, zanim
odkryjemy, że za pierwszym razem wybraliśmy słusznie.
Przez księżycowy krajobraz
- płasko, skały, i tylko te owce takie swojskie- jedziemy do Luskentyre,
obejrzeć te rzekomo piękne plaże.
No są, i rzeczywiście
zapierają dech w piersi. Nawet przez kapiącą z nieba wodę i rozszalały wiatr
widać niesamowity lazur wody. Same plaże są szerokie, piaszczyste, ale
oczywiście puste, nie licząc kilku śmiałków z zachwyconymi, mokrymi i
nieziemsko umorusanymi psami.
Szum fal, białe grzywy,
nagie skały. Tylko po co ta ulewa, cholera?
Jedziemy przez wyspę
Harris, i czasami mgła jest tak gęsta, że ledwo czubek nosa widać, a czasem
rozjaśnia się w dwie minuty. Za szybą równiny, jeziorka, góry, wszystko jeszcze
bardziej surowe niż na Skye.
Wymyślamy co moglibyśmy tu
robić, gdybyśmy chcieli się przeprowadzić.
Sklep ze sprzętem
rolniczym? Hodowla owiec? Pensjonacik? Camping? Pisanie książek? Kawiarenka? Co
chwila coś nowego przychodzi nam do głowy.
B. słusznie zauważa, że na
Hebrydach ludzie żyją dość bogato, domy są nowe i raczej dostatnie, przed
każdym kilka samochodów. Zastanawiamy się jaki typ mieszkańca je zamieszkuje.
Prawie niezauważalnie
mijamy granicę wyspy, i mkniemy już po Lewis szukając zjazdu w lewo, na
Carloway.
Niestety, bezskutecznie.
Wjeżdżamy do Stornoway niespodziewanie, i nie ma już sensu dzisiaj zawracać.
Albo mamy wyjątkowe
szczęście i przypadkiem odkrywamy najlepszą chińsko-malezyjską knajpę
take-away na tej wyspie, albo jesteśmy bardzo spragnieni gorącego posiłku
nie pochodzącego w całości z puszki, bo ryż z krewetkami (ja, oczywiście),
chrupiącego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym (B.) i sajgonki (obydwoje) połykamy
w trzy minuty.
Kręcimy się jeszcze po
mieście, bo -jak blog, to blog- zaszła nagła potrzeba zakupu... hmmm, jakby tu
ładnie.... kobiecych produktów higienicznych. Zamknięte jest wszystko.
WSZYSTKO. W przewodniku o tym pisano, ale B. powiedział dwa dni temu:
-E, na pewno przesadzają,
coś musi być otwarte w niedzielę.
-Już widzę, jak Ci to
wypominam na blogu - odpowiedziałam od razu.
Amen.
Jedziemy na camping, ja
lekko zrezygnowana, ale planuję jeszcze dopytać w recepcji o otwartą aptekę.
Zaraz przy zjeździe są
bungalowy z łóżkami do wynajęcia. Na widok
a) łóżka
b) telewizora
c) kuchni
od razu mamy ochotę
porzucić namiot, ale cena jest o funta (!) wyższa, niż górny pułap, który sobie
założyliśmy, i ponad dwukrotnie wyższa niż za nocleg w namiocie. Rezygnujemy.
Nauczeni bolesnym
doświadczeniem dopóty szukamy miejsca na namiot, dopóki nie znajdzie się takie
osłonięte od wiatru. Camping jest naprawdę fajny. Można pod dachem podłączyć
ładowanie, w zamkniętej chatce postawić palnik, pierwszy raz od tygodnia
umyliśmy naczynia płynem, bo jest. I WiFi jest. I widok na owce i światła
miasta w oddali. Czego chcieć więcej?
A i pani z recepcji pomogła
mi w drażliwej kwestii, jak kobieta kobiecie, dzieląc się własnym zapasem...
Jakimś cudem udaje nam się
zaprogramować organizm na wczesną pobudkę. W nocy nalało mi się wody do butów,
nie wiem jak, stały w namiocie. Zresztą to nieważne, nic już nie jest suche,
nawet ze zwiniętego rulonu namiotu kapie woda.
B. dzisiaj na pogodę nie
narzeka, a ja dla odmiany trochę. W planach mamy kółko po największych
atrakcjach Lewis, do odprawy promu cztery godziny.
Na pierwszy ogień Callanish
Standing Stones, ponad 5000 lat temu ustawione kamienne kręgi. Nie wiadomo kto,
po co i za czyją namową, i ewidentnie to jest to, co B. tak bardzo się podoba.
Chodzi też o coś z serialem Ancient Aliens, z tego co rozumiem....
W centrum dla odwiedzających
kupujemy jeszcze jedną książkę, początek mrocznej trylogii o zbrodni
popełnionej tu na wyspie. Fikcja literacka, ale przez to osadzenie w realiach
Isle of Lewis (podobno bardziej sprzed 30 lat, niż obecnie) dla nas bardzo
ciekawa. Ja poszerzam kolekcję lodówkowych magnesów o - jakżeby inaczej - owcę.
Kręgi są trzy, z czego
imponujący ten pierwszy, a trzeci już w ogóle przez turystów zapomniany, bo
idzie się do niego przez pastwisko pieczołowicie obsrane przez krowy, które
ewidentnie niewiele sobie robią z tysięcy lat historii.
Widoki są piękne, a pewnie
gdyby nie mżawka byłoby jeszcze lepiej. Podobno wzgórza wokół układają się w
kształt leżącej na boku kobiety. Wzgórza widzimy, kształtu dostrzec nam się nie
udaje.
Jedziemy do Carloway i
zwiedzamy ruiny tamtejszego broch: budowli o funkcji obronnej, ale chyba
nie tylko, tylko nikt nie wie na pewno jakiej jeszcze. Wygląda jak okrągła
wieża, podobno kiedyś miało dach, ale z czego? Można tylko zgadywać. Naukowcy
spierają się i dyskutują jak wyglądał broch w środku, a ruiny tym czasem
majestatycznie stobie stoją, porastają mchem i patrzą na obłędną panoramę z
wysokiego wzgórza.
Kawałek dalej jest
Blackhouse Village, zespół chat krytych strzechą. W jednej zrobiono muzeum
pokazujące życie mieszkańców, w drugiej hostel, w trzeciej - kawiarnię.
Najciekawsze, że ostatnia rodzina wyprowadziła się stąd dopiero w latach 70. XX
wieku. B. słusznie zauważa, że tu, w tak prostych warunkach, ktoś pewnie
usłyszał przez radio o pierwszym locie na księżyc.
W muzeum wszystko wygląda
tak, jakby gospodarze mieli zaraz wrócić. Włóczka i druty odłożone niedbale,
kilka książek w różnych miejscach (od każdej B. trzeba odciągać, najchętniej
usiadłby i zaczął czytać, nawet tą biblię w gaelic), krosno. W kominku
wesoło buzuje ogień i kucam, żeby rozgrzać zmoknięte ręce. Droga przed domem
prowadzi nad skalisty brzeg, o który rozbijają się oszalałe fale.
Wracamy tak, aby zatoczyć
pełny krąg i zjawić się z powrotem w Stornoway przed 13.00. Zdejmuję
przemoczone adidasy i zakładam japonki, grzeję w samochodzie do
nieprzytomności, żeby chociaż trochę wilgoci wyparowało. Po drodze dawka
emocji, bo oznaczeń żadnych, gwarancji, że jedziemy w dobrą stronę brak, a prom
raczej nie poczeka.....
Okazuje się oczywiście, że
droga jest słuszna, a i ja już nabrałam wprawy w pędzeniu szkockimi dróżkami,
więc dojeżdżamy do Stornoway na czas, z zapasem na tyle dużym, żebym chciała
pójść jeszcze do sklepu (jesteśmy nieludzko głodni), a na tyle małym, żeby
obsesyjnie punktualny B. ten pomysł oprotestował. Po umiarkowanej awanturze i
dwóch strzelonych fochach jedziemy prosto na prom, ale kiedy już czekamy
ustawieni w kolejce, B. biegnie do Tesco. Kiedy wraca z łupami na jednym wdechu
zjadamy pudełko mini donutów z polewą truskawkową i posypką oraz sześć paczek
chipsów. Małych, bo małych, ale jednak po trzy...
Prom płynie dzisiaj
spokojniej niż wczoraj, fale są na oko mniejsze, drogę za to mamy dłuższą o
godzinę. Na drugim brzegu czeka Ullapool i restauracje z owocami morza.
2-4.09 - Szkocja dla mięczaków
Ullapool
trochę mnie rozczarowało. Tych knajpek nie było tak znowu za dużo, najciekawsze
w menu okazało się znowu fish and chips
(trzeba przyznać – bardzo dobre i porcja wcale nie skąpa). Co do samego
miasteczka: ileż można patrzeć na urocze rybackie wioski, hm?
Ale
dopiero kiedy zatankowaliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę do Edynburga,
poczuliśmy różnicę między Szkocją na dużej wyspie a Hebrydami. Te drogi jakieś
takie szerokie, proste, te góry jakieś mało surowe, ta roślinność jakaś pod
linijkę….
-
Szkocja dla mięczaków. – wymamrotał B. pod nosem, już ewidentnie stęskniony za
dramatyczną scenerią Lewis.
Po
makabrycznie nudnej drodze bez zakrętów (i jak się okazało: przed 160 mil bez
ŻADNEJ stacji benzynowej ani kawiarni przy samej szosie) dojechaliśmy późnym
wieczorem do Edynburga.
Znane
zakątki, dawno niewidziane ulice, wciąż ten sam majestatyczny zamek, i te same
puby z tą samą obsługą, jak szybciutko udało nam się ustalić. Uśmiechy
rozkwitły nam na twarzach.
Ponieważ
w Edynburgu parkowanie jest bardzo drogie, rano o 9 postanowiliśmy wywieźć
samochód na dzień daleko od centrum, do Portobello z piękną plażą, którą ja
chciałam oglądać już rok temu, ale B. wtedy stawiał czynny opór… Tym razem się
udało, i nie rozczarowałam się. Skąpana w pełnym słońcu lśniła białym piaskiem,
promenada ciągnąca się daleko jak wzrok sięga zachęcała do spacerów, a
rozbrykane, szczęśliwe psy rozczulały do łez.
Spojrzałam
w jedno z okien budynku stojącego przy plaży. Najwyższe piętro, narożne
mieszkanie. Ścisnęłam rękę B. i popatrzył za moim wzrokiem. Wiem, że zrozumiał,
i że też mógłby tam zamieszkać.
Reszta
pobytu to sentymentalne wizyty w ukochanych knajpach, pubach, spacery po
ulicach Edynburga, i nieodzowny batonik Mars smażony w tempurze.
Rano
w środę szybkie pożegnanie z Matem, który gościł nas u siebie w mieszkaniu
ostatnie dwie noce, i finałowych 60 mil do Glasgow. Smutno oddawać samochód.
Smutno wsiadać do samolotu. Jedyne, co podtrzymuje nas na duchu to fakt, że
mamy już zaplanowane dwie kolejne trasy po Szkocji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz