czwartek, 26 czerwca 2014

Szetlandy 4

25.06 - Scalloway

Wczoraj poszliśmy spać bardzo wcześnie ze względu na mój światły pomysł, żeby wstać na wschód słońca. B. stawiał czynny opór, ale tak długo prosiłam i przekonywałam, że zgodził się nastawić budzik na 3.00, dał się wyciągnąć ze śpiwora, doprowadzić do ciepłej świetlicy, i nawet wypił podsuniętą mu pod nos gorącą herbatę. Chwilę później pogrążył się w głębokim śnie z czołem na stole, a ja czytałam Małe kobietki, co chwila na próżno wypatrując słońca za gęstymi chmurami.

B. obudził się w pół do piątej i zapytał, czy moglibyśmy się już przestać wygłupiać, a ja niechętnie przyznałam mu rację i wróciliśmy spać.

Rano wstawało nam się bardzo długo, ale program na dziś nie był napięty, więc zdążyliśmy śpiewająco. Zresztą w środę tutaj wszystko wygląda inaczej. Sklepy pracują w innych godzinach, autobusy jeżdżą według osobnego rozkładu i rejsy odbywają się o innej porze. W południe prawie wszystko jest zamknięte, tak, jakby wyspa chciała złapać oddech w połowie pracowitego tygodnia.

Przystanek w Levenwick jest koło sklepu i kiedy czekamy na autobus pojawia się pierwsza atrakcja: podjeżdża starszy pan samochodem na trzech kołach. B. mówi, że takie cudo techniki chyba nazywa się Reliant Robin i jest bardzo podekscytowany. Robimy zdjęcia. Kierowca widząc nasze poruszenie, cofa się ze sklepu, opowiada o samochodzie, a przy okazji o sobie i swoim życiu marynarza, przeprasza za pogodę i dziwi się, że my aż z Polski.

Chwilę później kiedy robi już zakupy, podjeżdża pani listonosz i widząc zaparkowany pojazd po prostu otwiera drzwi i wrzuca mu pocztę na siedzenie pasażera. Ot, mała, zgrana społeczność.

Pierwszym naszym przystankiem dziś jest Lerwick, w którym czeka nas kilka wizyt w sklepach. W turystycznym na widok cen materacy uznajemy, że nasz jednak tak bardzo nie spuszcza. W drogerii tłumaczę B. co to jest suchy szampon, a on słucha uważnie i na koniec oświadcza stanowczo, że nic takiego nie istnieje. Jeszcze wypożyczalnia samochodów, gdzie orientujemy się w naszych opcjach, i już można jechać do Scalloway.

Malownicza rybacka osada leży dosłownie za wzgórzem od obecnej stolicy, a kiedyś sama pełniła tę funkcję. Mieszkańcy żyją z połowu i przetwórstwa ryb, głównie łososi. Nad wszechobecną zatoką stoją skandynawskie domki w kolorach czerwieni i błękitu. Zgodnie uznaliśmy, że jeśli zamieszkać na Szetlandach, to tutaj. Na pewno nie na całe życie, ale zwolnić na rok czy dwa, w długie zimowe wieczory grać w szachy, a za dnia wypatrywać promów na morzu. Proste życie we dwoje. Bardzo kuszące.

Turysta do Scalloway przyjeżdża odwiedzić dwie rzeczy: zamek i muzeum, położone zresztą dogodnie obok siebie. Kiedy chodzimy po ruinach zamku, do którego B. od początku podszedł dość sceptycznie ("kto buduje zamek nie na wzgórzu?"), wyobrażam sobie ciepły ogień w wielkich kominkach, długie suto zastawione stoły i myśliwskie psy czekające w kącie na kość. Tak mnie ponosi atmosfera, że namawiam B. na krótki taniec w sali balowej, a później do końca wyczerpuję jego pokłady cierpliwości organizując długą i żmudną sesję zdjęciową.

Po tych torturach idziemy do nowo otwartego (2012 r.) muzeum. Najbardziej interesuje nas temat - też podchwycony we wspomnianym już wcześniej serialu BBC- tak zwanego Shetland Bus, łodzi rybackich, które od 1940 r z narażeniem życia załogi przewoziły broń i ludzi między portami tutaj a okupowaną przez nazistów Norwegią. Z uwagą oglądamy wystawę, a później idziemy nabrzeżem zobaczyć symboliczny mały pomnik poświęcony tym, którzy oddali życie w tej akcji. Mnie najbardziej wzruszyło to, że społeczność tutaj zaangażowana w pełni w morską kontrabandę potrafiła całą sprawę utrzymać w tajemnicy nawet przed sąsiadami z Lerwick. Jeden niedyskretny i całość przedsięwzięcia wziełaby w łeb.

Wsiadamy do autobusu i pierwszą uliczką, którą widzimy jest Lovers Lane - żal, że nie udało nam się zrobić tam zdjęcia! Po drodze zaczynają się wątpliwości - czy na karcie kredytowej mamy wystarczająco środków, żeby mogli zablokować depozyt przy wypożyczeniu samochodu? Na wszelki wypadek idziemy zapytać.
- Nie, nie blokujemy depozytu. W razie czego: będziemy was ścigać aż nie dostaniemy kasy.

Ubawieni siadamy na kawę, bo na oknie ładnej knajpki stoi napisane, że serwują WiFi, a my na tej wsi odcięci jesteśmy od wiadomości, zarówno prywatnych (ja), jak i politycznych (B.). Nie cieszymy się długo, bo zaraz przychodzi kelnerka i bezceremonialnie nas wyrzuca mówiąc, że o piątej ma autobus.

No tak. To jeszcze jedno kuriozum tej wyspy. Wszystko, absolutnie wszystko w mieście (ok, poza Tesco) zamyka się o 17.00. Zaraz później o 17.05 lub 17.10 kilka autobusów rozjeżdża się we wszystkie strony. Od tej pory miasto jest nieczynne. Później w stronę naszego campingu - a więc i lotniska - jest tylko jeden jedyny autobus o 21.05, i koniec.

Wysiadamy w naszej wsi przed szóstą i schodzimy jeszcze na plażę, zjeść kanapki, na które wcześniej nie było czasu. Później powrót, książki, kolacja przy akompaniamencie pralki, bo już pora odświeżyć zapasy czystych ubrań. Wina łyk, B. kolejne lokalne piwo i oczy same zaczynają kleić się do snu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz