PROLOG
Uwielbiam moment, kiedy krajobraz za oknem zmienia się z warszawskiego w niebiański, domki robią się coraz mniejsze, a słońce -lub księżyc, zależnie od pory- jest coraz bliżej.
Kolor nieba teraz zachwyca: róż i karmin prześwitują spod stalowoszarych smug chmur. Biorę to za dobrą wróżbę. Prognozy są różne, a moim jedynym marzeniem jest żeby nie padało non stop...
Póki co wszystko zgodnie z planem, kilkuminutowe opóźnienie tylko, jako że jeden rodak pozostał niespodziewanie w kraju, i trzeba było wypakować jego bagaż z luku. Zrobiła mu się ta zmiana planów z powodu ilości wypitego alkoholu: obsługa go nie wpuściła do samolotu argumentując, że teraz owszem, jest miły i grzeczny, ale oni nie będą sprawdzać czy mu tak zostanie w przestworzach. Prosił, przymilał się, ale na nic: został na ziemi.
Naprawdę nie wiem, czego się spodziewać po Norwegii. Tak mało wiem o tym kraju. Chyba dlatego zdecydowałam się na tę podróż. Czuję straszny głód nowości, południe Europy- choć cudne- uszami mi się wylewa, chcę nowej mentalności, innej architektury, nieznanych smaków i niezidentyfikowanego zapachu w powietrzu. I przestrzeni, po całym tym koszmarnym roku poproszę o przestrzeń i wolność!!!
Rozdział 1
Jak na gorąco, to na gorąco. Jest pierwsza. Leżę na pryczy, oczywiście górnej. I piszę.
Lotnisko w Torp jest malutkie, ale nawet na tak skromnej przestrzeni rodacy zdołali się popisać. Co robi Polak, któremu stłukła się butelka wódki kupiona w wolnocłowym? Otóż pije tę wódkę duszkiem z reklamówki, cedząc zębami szkło. No masakra, panowie i panie.
Na lotnisku za to szalenie podobała mi się koncepcja sklepu wolnocłowego po wylądowaniu: i tak człowiek czeka na bagaż, to można jeszcze coś dokupić...
Bagaż doleciał razem ze mną, co za każdym razem napawa mnie ogromnym szczęściem, bo wiem, jak to jest, kiedy taka prawidłowość nie zachodzi.
Transfer autobusem do miasta poszedł gładko, choć trwał tyle, co lot :-) O 23.15 wysiadłam koło Sentralstasjon.
Mama mi nie pozwala używać określenia "dupy nie urywa", więc ograniczę się do tego, że Oslo nie zrobiło dobrego pierwszego wrażenia. Bez względu na to jak okrutnie to zabrzmi, zaczynam rozumieć- nie popierać, ale rozumieć- co się stało na wyspie Utoya. W Egipcie jest więcej białych na ulicach. Podobno byłam w Centrum, a wyglądało to jak przedmieścia Brukseli: arab, mulat, trzech hindusów, oooo, biały idzie! I do tego śmieci, brud i obsikane metro.
Nie mogę natomiast powiedzieć, żebym nie czuła się bezpiecznie. Pod tym względem jest ok.
Chciałam iść piechotą, ale nie mogłam się dogadać z nawigacją, więc kiedy natknęłam się na 7 Eleven do butelki wody postanowiłam dokupić bilet na metro. Te dwie rzeczy to wydatek -drobnostka- 51 koron...
Dojechałam do stacji Tøyen i z niejakim wysiłkiem znalazłam hostel. Okazało się, że znana sieć Best Western, chyba nie wychodząc na swoje wynajmowaniem pokoi hotelowych, przerobiła kilka z nich na sale sypialne. Tym sposobem mają z jednego pomieszczenia 1800 koron, bo rzeczywiście tu potrzeba sześciu chłopa, żeby na jeden pokój zarobić... Naciągają dodatkowo na pościeli, za którą każą płacić, nawet, jeśli ma się własną. To mi się nie podobało.
Sam budynek stanowi dziwny labirynt korytarzy i pokoi: z recepcji tylnymi drzwiami, przez zaułek, za szklaną szybą w lewo, środkowe drzwi, schodami na górę, drzwiami na zewnątrz, wzdłuż budynku, ostatnie drzwi po lewej, klucz, schodkami w dół i już jest mój pokój. Franz Kafka staje przed oczami jak żywy.
Szybki prysznic, skok na piętrowe łóżko, budzik na 9.00. Jutro się przepakuję, zjem i uciekam stąd. Może Oslo za dnia zrobi lepsze wrażenie.
Rozdział 2

Wstałam wcześnie, przed budzikiem. Zaimponowałam rodzinie gwatemalczyków z mojego pokoju dwukrotnie: najpierw moim hiszpańskim, którego się nie spodziewali, potem śniadankiem z dwóch torebek: owsianka Nesvity i cappuccino, przygotowane w mojej wypasionej nowej menażce ;-) Przepakowałam plecak żeby nie mieć w ręku żadnej torby i ruszyłam do drugiego hostelu.
Pogoda średnio. Leje, sucho, kropi, sucho, leje, leje... I tak na zmianę.
Szłam niecałe pół godziny, z mapą w ręku znalazłam hostel bez problemu. Moja bajka. WiFi za free, mnóstwo młodych ludzi z laptopami przy recepcji, muzyka. Zostawiłam bagaż w przechowalni, odmeldowałam się na fejsie i ruszyłam w miasto.
Jak niedziela, to do kościoła :-) Trafiłam na mszę w katedrze, obłożonej nadal kwiatami w hołdzie pamięci ofiar Breivika. Pierwsze zaskoczenie: kobieta ksiądz. Okazuje się, że tu tak można i jakoś wszyscy z tym żyją, bez względu na to, jakie rzymski papież ma uwagi. W samym obrządku kilka różnic. Nie rozumiałam nic poza okazyjnym Jesuskristus, ale po latach wychowania rozróżniam części mszy, i u nich ewidentnie nie ma dwukrotnie powtórzonego padnij powstań. Znak pokoju za to jest, ale wzięli mnie z zaskoczenia, bo nie rozumiałam, do czego zmierza... Podobało mi się, chociaż trąciło pogańskim obrządkiem, że księdzówa odprawiała mszę przodem do ołtarza, nie do wiernych. Jakoś logiczniej. Tylko kazanie z mównicy było w stronę ludzi. Komunia po ludzku, do ręki, nikt nikomu palców do buzi nie wtykał, ale obok stał drugi gościu z kielichem, i tę komunię jeszcze się w winie maczało. W ogóle do obsługi sporo osób, dziewczyna od zbierania na tacę (taca w formie aksamitnego woreczka z drewnianymi rączkami), pan do rozdawania śpiewników. I chór, dobierany chyba po dobrych chęciach a nie talencie wokalnym.
Sama katedra ładna, bogato zdobiona, na ołtarzu ukrzyżowanie i ostatnia wieczerza w 3D, czyli ani to obraz, ani płaskorzeźba, ładne. Malowany sufit, ale nie robi wrażenia jak Kaplica Sykstyńska. Witraż podobno wyśmienity, ale mnie jakoś nie ujął.
Kiedy mi się znudziło poszłam wzdłuż Karl Johans gate w kierunku południowym, a że deszcz nie ustępował, weszłam do Galerii Narodowej obejrzeć Krzyk Muncha na żywo. Boski. Jako jedyny za szkłem, pewnie dlatego, że już im ze dwa razy go ukradli... Podobał mi się też autoportret artysty i portret jego siostry. Wisi tych obrazów kilka w sali, i wyraźnie widać dwa style Muncha, dwie różne kreski. Muszę się doczytać skąd ta rozbieżność, nie słyszałam dotąd, żeby miał dwa okresy twórcze.
Jak w każdym szanującym się muzeum, znalazłam też Picassa, Moneta i Maneta, oraz autoportret Van Gogha. Malarze lokalni to głównie krajobrazy, które można podzielić na cztery grupy: fiordy zimą, fiordy latem, morze po burzy i morze w trakcie tejże. Utkwiło mi nazwisko Dahl, nie wiem czy dlatego, że podobne do Dalí i łatwo spamiętać, czy mi się tak któryś fiord w jego interpretacji spodobał.
Dalej, przechodząc obok parlamentu i ratusza, doszłam nad wodę. I tu było najładniej. Mewy, fontanny, statki i żaglówki, promenada, małe mostki i urocze zakątki. Noblowskie Centrum Pokoju. Chodziłam jakąś godzinę, w końcu zmęczona usiadłam na ławce w ogrodzie ratusza i pogrążyłam się w lekturze przewodnika. Przetarło się niebo, chciałam odpocząć.
Nogawki mam szerokie, siedziałam nieruchomo, komar czy żuczek nie miałby problemu wspiąć się po mojej nodze, więc kiedy poczułam jakiś ruch koło kolana po prostu machnęłam nogą. Wyszło. Nie komar. Nie żuczek.
MYSZ!!!!
Ci, którzy mnie znają, domyślają się reszty. Wstrząsnęło mną do szpiku kości. Zerwałam się na równe nogi. Mysz, oburzona, spojrzała na mnie jeszcze z wyrzutem zanim zniknęła w trawie. Walczyłam ze sobą, żeby się nie rozebrać do naga na środku miasta. Wytrzepałam każdą część garderoby, żeby się upewnić, że nie ma tego więcej. Oczywiście nie wchodziło w grę zostanie tam. Jeszcze kilometr mną rzucało od środka i machałam nogą co pięć metrów. Brr. Brr. Brrrrrrrrrrr!!!
Wróciłam przez Dworzec Centralny, gdzie zrobiłam małe zakupy w supermarkecie (okazało się potem, że może szkoda, bo nieszczególny mieli wybór i tak czy siak musiałam dokupić kilka rzeczy w tureckim sklepie). W pokoju z ulgą zdjęłam buty i ugotowałam obiad. Poczytałam przewodnik, obejrzałam kawałek serialu, wypiłam szklaneczkę Pink Martini. Dobra, dwie. I pół ;-)
Zeszłam na dół do lobby i piszę. Przerwał mi tylko smutny incydent za oknem, kieszonkowiec okradł wchodzącą do hostelu osobę. Kilku chłopaków rzuciło się na pomoc, ale go nie dorwali. Że też takie rzeczy muszą wszędzie się dziać...
Dopiero dziewiąta, a ja już usypiam. Szok tlenowy czy coś.
A propos szoku jeszcze: widziałam dzisiaj rodzinę na spacerze, dwoje dzieci i dwóch tatusiów. Tutaj od 2004 geje mają takie same prawa, więc nie jest to rzadkością, ale dla mnie nowość, oswajam się z widokiem. A Tatusiowie ładni byli, strata dla nas kobiet, ale cóż...
Rozdział 3
W poniedziałek obudził mnie albo deszcz, albo ból głowy. Wstałam, zjadłam śniadanie i ze względu na aurę poddałam się i kupiłam 24-godzinny pass na transport miejski. Najpierw tylko siąpiło, a że było ciepło miałam wrażenie, że idę pod wodną kurtyną, taką jak strażacy włączają w upały na placu Zamkowym. Niestety, im dalej tym gorzej. Krople coraz większe. Fortecę Akershus zwiedziłam w regularnej ulewie. A miejsce to miłe i z klimatem, kamienne mury, armaty na blankach i dużo zieleni. Widok z góry na port i na miasto.
Stamtąd ruszyłam pod gmach opery, bardzo nowoczesny, biały, o nieregularnych geometrycznych kształtach. Dużo szkła i metalu, w środku ściany o różnej fakturze, jedna jakby była z diamentów, inna z niewielkich, ciosanych kawałków z drzewa. Jako, że deszcz dał spokój na chwilę, udało mi się nawet wyjąć i rozstawić statyw i mam pamiątkowe zdjęcie.
Na 1:30 chciałam być na zmianie warty pod Pałacem Królewskim. Byłam z wyprzedzeniem, obeszłam więc cały nieimponujący budynek i zdziwiłam się, że królewscy strażnicy nie stoją nieruchomo udając rzeźby z soli ( jak w Anglii), ale rozglądają się, pozują do zdjęć z turystami i rozmawiają z przechodniami. Jeden nawet podrywał dziewczynę zwiedzającą ze szkolną grupą.
Sama zmiana warty sympatyczna, trzy oddziały żołnierzy w czapkach z pióropuszami, prezentowanie broni, strzelanie z obcasa, przemarsz w tę i we w tę. Tłumów nie było, można było podejść blisko, na tyle blisko, że uważny obserwator widział jak dowódcy dają sobie sekretne znaki celem zsynchronizowania różnych czynności.

Z pałacu wróciłam do hostelu, zmoknięta i głodna, zastanawiając się poważnie czy nie rzucić wszystkiego w cholerę i nie kupić biletu na zaraz do miejsca, gdzie jest sucho. Ale po lunchu mi się humor poprawił i chwilę po trzeciej jechałam tramwajem nr 12 do parku Vigelanda podziwiać rzeźby.
Rzeźby w tym kraju to jest temat na poematy całe. Norwedzy je kochają. W parkach i ogrodach a nawet na ulicach stoją jak nie lwy, to byki, albo pan w kapeluszu, albo bawiące się dzieci, przed teatrem śpiewająca diva a koło portu modlący się o pokój mnich.
Park Vigelanda to ostateczne ucieleśnienie tej obsesji. Większość rzeźb znajduje się na moście, łącznie ze słynnym Wściekłym Chłopcem. Najbardziej ubawiła mnie jedna: mężczyzna żonglujący czterema czy pięcioma noworodkami: nie wiadomo, czy się z nimi bawi, czy próbuje je z siebie zrzucić. Wzruszające były postaci ojców z dziećmi na rękach oraz pary tulących się do siebie staruszków.

I nagle stał się cud. Przestało padać i tylko najgorszy pesymista nie zgodziłby się, że wyszło słońce. Raj dla fotografa, statyw w ruch, kwiaty, klomby, fontanny, rzeźby i autoportrety. W tym momencie polubiłam Oslo.
Kiedy nacieszyłam się parkiem i wyżyłam artystycznie, pojechałam do portu i popłynęłam na półwysep Bygdøy, siedzibę muzeów, których nie planowałam odwiedzać, ale także miejsce, gdzie zamożni ludzie budują domy. Wysiadłam na pierwszym przystanku obok mariny i spacerkiem przeszłam wzgórza wokół zatoki, zachwycając się jeśli skromną to i tak uroczą architekturą domów. Koło muzeum Fram (do którego zajrzałam przez szklane drzwi, żeby rzucić okiem na słynny statek do podbojów polarnych) złapałam prom do centrum a potem słynną już 12-tką wróciłam do hostelu. Po drodze kupiłam coś na skromną kolację, najtańszy był kawior, którego cały słoiczek pochłonęłam na chrupkiej macy.
Obserwowałam moje współlokatorki, Azjatkę, która jak robot zjadała swoje winogrona, dokładnie trzy sekundy na przeżucie i następne, a potem po kąpieli siedziała na łóżku i dwie godziny z okładem po prostu czekała, aż jej wyschną włosy; dwie Szwedki, które nie mogły się zdecydować co założyć na imprezę i wyszły dopiero w piątym zestawie ubrań; i sympatyczną Amerykankę z Ohio, która wyszła na jogging a potem przez długi czas żuła jabłko siedząc na plecaku.
Dopiłam Martini (oczywiście żeby nie targać butelki) i wcześnie położyłam się spać, bo dzisiaj pobudka o 5:30. Bałam się, że zaśpię, więc budziłam się o 3.00 i 4.00 i sprawdzałam zegarek. Wstałam bez problemu, z trudem wepchnęłam rzeczy do plecaka, zjadłam śniadanie i byłam na dworcu z kilkuminutowym zapasem czasu. Okazało się niepotrzebnym. Pociąg zamiast o 6:31, odjechał o 7:24, wprawiając w panikę grupki turystów robiących Norway in a Nutshell.
Jest to rodzaj wycieczki objazdowej, którą można zrobić w jeden dzień, a można w tydzień. Kupuje się zestaw biletów i jedzie ustaloną trasą. Można zostawać na noc po drodze gdzie się chce, albo pełnym kołem wrócić do Oslo. Tak czy siak, bilety są na konkretne pociągi, kolejki i promy, i jeśli się na któryś nie zdąży, plan się sypie jak domek z kart.
A na przesiadkę w Myrdal we Flåmsbana dali im 15 minut...
Oczywiście moim zdaniem zaczekają na nich, bo grupa liczy sobie kilkanaście osób, ale element stresu zawsze pozostaje.
Teraz skoncentruję się na widokach za oknem, bo podobno jadę właśnie najbardziej widowiskową koleją świata, więc szkoda byłoby to przegapić patrząc w ekran iPada... Póki co góry coraz wyższe, jeziora coraz większe a strumienie coraz bardziej wartkie. I jest wreszcie PRZESTRZEŃ, po którą tu przyjechałam!
xxx
Oczywiście połowę trasy Oslo-Myrdal przespałam. Ja nie wiem, jak ludzie mogą się oprzeć pokusie spania w pociągu.
Stacja w Myrdal leży na wysokości ponad 800 m. Czuć górskie powietrze i górski chłód. Cała grupa z Norway in a Nutshell rzuciła się do pociągu do Flåm, ale ja postanowiłam poczekać godzinę na następny, porobić zdjęcia, rozejrzeć się.

W końcu jednak trzeba było wsiadać we Flåmsbana, pociąg wewnątrz luksusowo wybity aksamitem, znany z tego, że na swojej dwudziestokilometrowej trasie pokonuje różnicę wysokości z wspomnianych juz ponad 800 do 0 metrów, czyli do wybrzeża fiordu. Widoki zapierają dech w piersiach, i dolina, i mijane wodospady, w tym ten największy w okolicy, Kjosfossen. Kolejka zatrzymuje się przy nim na kilka minut i można wysiąść robić zdjęcia. Nagle znikąd zaczyna płynąć piękna muzyka i robi to wielkie wrażenie. Dopóki nie zauważy się, że muzyce towarzyszy wyginająca się uczennica szkoły baletowej, udająca Huldrę, mityczną piękność wabiącą wędrowców w góry. To jak na mój gust o krok za daleko.
W pociągu poznałam dwie walencjanki, matkę z córką, które jak na rasowe hiszpanki przystało nie mówią słowa w żadnym języku poza własnym. I tak się właśnie ta znajomość zaczęła, bo nie były w stanie kupić sobie biletu. Potem z wdzięczności chciały rozmawiać ze mną całą drogę, a matka przedstawiła mnie całej hispanojęzycznej klienteli pociągu, jako kuriozum podając, że jestem Polką, a gadam po ludzku.
Wśród pasażerów była też przeurocza para, domniemywam, że ojciec z synem. Między sobą korzystali z hiszpańskiego i szybko podsłuchałam, że są z Panamy. Z turystami ze Stanów rozmawiali płynną angielszczyzną, młodszy bez cienia akcentu. Ojciec był panem lat około siedemdziesięciu, z gatunku tych, co chyba tylko w Panamie nie wyginęli, w marynarce, z laseczką, z chusteczką pod szyją, kurtuazyjny wobec kobiet, dowcipny i elokwentny. Na palcu miał sygnet, taki sam, jaki zdobił rękę jego syna. Syn koło czterdziestki, może z małym okładem, przewodnik w tej ich wspólnej wyprawie, cierpliwie słuchał ojca, ale właściwie nie odzywał się niepytany. Wysoki, szpakowaty, z pięknymi dłońmi i twarzą dobrego człowieka. Dobrego, bardzo przystojnego człowieka. Zresztą od razu jak usłyszałam jego hiszpański, zakochałam się na zabój. Czyli na resztę naszej niespełna godzinnej podróży.

Bo potem to ja już miałam ważniejsze sprawy na głowie. Słońce, które pięknie świeciło od kilku godzin postanowiło, że już mu się nie chce, a ja musiałam zdążyć przed deszczem rozstawić namiot. Do campingu było blisko, widok z niego jest na góry i dwa wodospady, w ogóle całe Flåm to pięć na krzyż budynków wokół przystani. Jest też supermarket, do którego poszłam tylko po to chyba, żeby się upewnić, że nie sprzedają tam rzeczy jadalnych.
W życiu nie widziałam kraju, gdzie nic na oko nie nadaje się do konsumpcji. Mięso sprzedają wyłącznie przyprawione i nie wygląda za świeżo. Raz skusiłam się na serek wiejski mimo zawrotnej ceny, ale okazał się ohydny. Bułki kajzerki w cenie 4 zł sztuka są twarde już jak się je kupuje. Są też sałatki. Ja lubię majonez, naprawdę. Ale jak kupuję sałatkę warzywną to niekoniecznie chcę, żeby stanowił 70% jej składu! Po wstępnej eliminacji uznałam za jadalne w Norwegii: płatki Kellogg's i mleko, pasty w tubie ze wszystkiego rybnego (łososia, krewetek, kawioru), kawior, chrupkie pieczywo podobne do macy i niektóre dżemy. To oraz przywiezione z Polski gorące kubki stanowi moje wyżywienie.
Zahaczyłam też o informację turystyczną, żeby zapytać co tu można robić, jak się jest trzy dni. Między innymi pani poleciła mi wycieczkę do wodospadu Brekkefossen, twierdząc, że jest to nietrudna trasa, tylko trochę pod górkę.
-Nie, nie martw się, jest łatwo. Ale masz dobre buty?
-Mam.
-Nie, nie martw się, jest łatwo.
Ja bym się bała nawet spojrzeć na trasę, którą ta pani uważa za trudną.

Wyruszyłam po śniadaniu, żeby zdążyć póki słońce. Po niecałych dwóch kilometrach trasa skręcała w góry i zaczynała się piąć. Nie zrażona błotem szłam. Było coraz bardziej mokro i wąsko. Po pół godzinie upaprana byłam błotem po kolana. Szerokość trasy: 40 cm. Nachylenie: nie wiem, chyba z sześćdziesiąt stopni miejscami. Powoli w głowie zaczęło mi świtać, że wejść to wejść, ale nocować tam przecież nie będę... Kiedy już byłam bliska odwrotu natknęłam się na parę Azjatów schodzących z góry i postanowiłam, że gorsza nie będę. Zresztą odpoczęłam trochę siedząc na kamieniu i patrząc w dół, gdzie otworzył mi się widok na całe Flåm i fiord.
Po kwadransie od spotkania z Azjatami doszłam do polanki z pięknym widokiem na wodospad, ale szlak wiódł wyżej, więc ja też zaczęłam się wspinać. Po stu, może dwustu metrach nie mogłam się już doszukać znaczników na drzewach, więc postanowiłam zejść na polanę, porobić zdjęcia i wracać. I kiedy byłam w trakcie rozstawiania statywu, znikąd pojawiła się dziewczyna, która pozdrowiła mnie, przeszła pewnym krokiem przez polanę i zniknęła na ścieżce, której nie widziałam. A więc to tam się idzie do wodospadu!
Poszłam jej śladem kilka minut później. Co dziwne, mimo, że wyjść trzeba tą samą ścieżką, nie spotkałam jej. Huldra jakaś?...
Droga zrobiła się naprawdę wymagająca. Bez łapania się drzew nie było mowy, żeby iść. Nagle mi się przypomniało, że zapomniałam kupić ubezpieczenie na podróż. Może, jakby co, wezmą w szpitalu nerkę w rozliczeniu?... ;-)
Warto było się męczyć, widok na wodospad wspaniały. Ciężko było ustawić statyw, bo właściwie nie było płaskiej powierzchni, ale ponieważ ja zawsze muszę sobie poradzić, tak też było tym razem. Od sesji fotograficznych oderwały mnie dopiero pierwsze nieśmiałe krople deszczu i postanowiłam się zbierać, zanim rozpada się na dobre.

Droga w dół szła szybciej i była mniej wymagająca kondycyjnie, ale wymagała mocnych mięśni i nie ukrywam, że kilka razy wieszałam się na drzewach, żeby sobie pomóc. Humor poprawił mi mijany skośnooki, który piął się na szczyt z gigantycznym plecakiem i gitarą. Za cholerę nie wiem, po co mu tam ten instrument, no ale może gdzieś z drugiej strony jest inna trasa, o której ja nie wiem i on po prostu szedł dokądś. Tym nie mniej widok stanowił komiczny.
Zanim rozpadało się na dobre doszłam do drogi. Mimo, że cała wyprawa trwała tylko około trzech i pół godziny, wykończyła mnie tak, że postanowiłam, że na dzisiaj basta. Spędziłam popołudnie oglądając filmy i czytając książkę, i dopiero przed szóstą nie wytrzymałam i poszłam na spacer na plażę nad fiordem. Potem obeszłam sklep z pamiątkami (mam już odporność 100% na ten chłam, hurra!) i jeszcze raz supermarket, w którym nadal nic nie ma do jedzenia, za to był przystojny Norweg robiący zakupy, więc zawsze coś. Potem trafiłam do hallu dworcowego, gdzie mogę sobie komfortowo ładować pada i telefon siedząc przy stole i pisząc bloga. I jeszcze w dodatku jest tu względnie ciepło.
Bo powiedzmy sobie szczerze, jak słońce się schowa, to upału nie ma. W nocy koło 10 stopni. Taka temperatura w namiocie zmusiła mnie do założenia skarpet, bielizny termalnej i pidżamy, a w ciągu nocy na to bluzy i jeszcze swetra, a głowę finalnie owinęłam sobie prześcieradłem, żałując, że nie mam wełnianej czapki. Dzisiaj od razu założę na siebie milion warstw. Nie dam się. A jakby ktoś się zastanawiał co mi kupić na imieniny, to wspomnę, że zbieram na prawdziwy śpiwór, taki co to się zabiera w Andy i można w nim spać nawet, gdy temperatury są na minusie. Póki co, muszę spać w tym co mam. Ale dam radę. Dzisiaj w górach naprawdę poczułam, że żyję i że to są udane wakacje.
xxx
Znalazłam patent na noclegi w namiocie. Śpię we wszystkim. Literalnie: bielizna termiczna, skarpety, bluzka z długim rękawem, bluza zapinana pod szyję, bluza z kapturem naciągniętym na głowę, sweter, szalik i do śpiwora, przykryć się narzutą i prześcieradłem. I już prawie nie czuć zimna :-)
Wczoraj rano było piękne słońce, więc postanowiłam nie bacząc na koszty wybrać się na spływ kajakiem po Aurlandsfjord. Poczłapałam na przystań, ale poza panem od kajaków, Asbjørnem, nie było nikogo. Powiedział, że mogę poczekać i jeśli zbierze się co najmniej cztery osoby- popłyniemy. A jak nie, to na popołudnie ma rezerwacje, więc rejs na pewno się odbędzie, to może wtedy. Wyraziłam swoje wątpliwości co do pogody po lunchu, ale powiedział, że to nie ma znaczenia. Mhm, akurat.

Rozmawialiśmy pół godziny, o kajakach, o pierwszym śniegu, który już widać na szczytach gór, o najlepszej porze na wizytę tutaj. Asbjørn mówi, że to właśnie teraz, kiedy liście zaczynają zmieniać kolory, nie ma aż tylu turystów, a słońce jeszcze grzeje.
W końcu stało się jasne, że nikogo nie będzie, umówiliśmy się więc wstępnie na rejs o 15, chociaż zastrzegłam się, że jak będzie lało to nie płynę.
Dla zabicia pięciu godzin postanowiłam pójść na mały spacer do starego centrum Flåm, gdzie znajduje się piękny kościółek z XVII wieku. Idzie się drogą, głównie płaską, po drodze urocze domki, widok na góry, setki owiec dzwoniących dzwoneczkami na szyi. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek i z jednego z budynków wybiegła chmara dzieciaków na przerwę. Pomyślałam sobie, że mają tu takie prawdziwe dzieciństwo, gdzie między lekcjami biega się na boisku, skacze na skakance i chodzi po drzewach, a nie żre chipsy i wymienia się grami na PSP. Wyglądały na naprawdę szczęśliwe.
Słońce świeciło bez opamiętania, więc i kościół - mały, drewniany, z malunkami na ścianach w środku- wyglądał niesamowicie urokliwie. Stoi na małym cmentarzu pełnym kolorowych kwiatów. Przed powrotem odpoczęłam na ławeczce przy płocie i dałam się nastraszyć baranowi, który ni stąd ni zowąd rozbeczał mi się tuż za plecami.
Wróciłam okrężną drogą przez wzgórze, na którym jest farma ekologiczna, i zeszłam stromą ulicą wprost do portu. Cały spacer to jakieś 10 kilometrów, ale nie miałam czasu na więcej, jeśli chciałam zdążyć na rejs.
Cieszyłam się, że będziemy mieć taką piękną pogodę. Wstąpiłam na kemping na gorący kubek i szykowałam się do drogi.
Punkt druga lunął deszcz.
Po długim i burzliwym monologu wewnętrznym postanowiłam jednak płynąć. Asbjørn ucieszył się na mój widok, chyba nie wierzył, że deszcz mnie nie zniechęci. Tym razem było nas kilka osób. Dan i Beth, Amerykanie z Virginii zajmujący się na co dzień sprzedażą ubezpieczeń. Colin, moim zdaniem gej, młody i bardzo sympatyczny, który od razu oświadczył, że jest niezdarą i na pewno wywróci kajak. Margaret, studentka chemii nieorganicznej, typ chłopczycy, żeby nie powiedzieć, że pozbawiona jakichkolwiek elementów kobiecości. Sonia i Borja, małżeństwo z Walencji z ograniczonymi zdolnościami komunikacji po angielsku. No i ja.
Dostaliśmy wodoodporne kurtki, tak zwane spódniczki, żeby woda nie nalewała się do kajaka, wodoszczelne ochraniacze na aparaty i kapoki. Podpisaliśmy oświadczenie, że wiemy, że na kajakach można się utopić, przeszliśmy szkolenie jak się ewakuować kiedy kajak zacznie pływać dnem do góry, ustawiliśmy sobie podpórki pod stopy w odpowiedniej pozycji i już byliśmy gotowi ruszać.
Asbjørn powiedział do mnie i do Margaret, że jedna z nas płynie z nim, a jedna z napewno-wywrócę-kajak Colinem, więc jednym zgrabnym ruchem wrzuciłam swoje rzeczy do kajaka przewodnika.
Po sprawnym wodowaniu byliśmy już na fiordzie. Chyba trochę padało, potem przestawało. Nieważne. Niesamowite przeżycie. Po obu stronach skały, kompletna flauta, siedzi się dosłownie na powierzchni wody. Od czasu do czasu skacze jakaś ryba. Ze względu na Asbjørna mogłam momentami udawać, że wiosłuję i po prostu cieszyć się widokami.
Rozmawialiśmy sporo po drodze. Asbjørn zajmuje się w ciągu roku obozami dla dzieciaków. Zabierają ich w góry i uczą przetrwania, zachowania, pracy zespołowej. Wyjeżdża teraz do Anglii robić magisterkę z dziedziny organizacji takich właśnie imprez. Pisze bloga pod hasłem outdoor life, ale niestety po norwesku. Ma ojca Szkota, matka jest z Norwegii. Mieszka dziesięć godzin na północ stąd, ale jeszcze nie tam, gdzie jest pół roku dnia, a pół roku nocy (to jakiej wielkości jest, cholera, ta Norwegia?! Chyba, że dziesięć godzin piechotą). Właściciel firmy kajakowej zadzwonił do niego w czerwcu zapytać, czy nie przyjechałby na kilka dni na zastępstwo. Spakował się na tych kilka dni i przyjechał. Dalej tu siedzi.
Dopłynęliśmy do zatoczki. Super jest kajakiem wbijać się w plażę, trzeba się maksymalnie rozpędzić i zzzzzziu! jesteś na lądzie. Stamtąd piętnastominutowy spacer do kolejnego wodospadu. Pytałam rano, czy łatwy. Oni chyba mają kłopot z definicją tego pojęcia. Znowu stromo i wąsko. Na ostatnim kawałku musiałam już mieć przerażenie w oczach, bo Asbjørn wziął mnie za rękę i dosłownie doprowadził pod wodospad. Cudny zresztą, rozpryskujący mgiełkę chłodnej wody na nasze spocone od intensywnego podchodzenia twarze.
Po odpowiedniej dawce zdjęć zeszliśmy do kajaków (znowu ze dwa razy potrzebowałam męskiej ręki, ale tym razem nie tylko ja...) i popłynęliśmy dalej. Za zakrętem fiordu, tuż przed miejscowością Aurland, zawróciliśmy. Asbjørn ewidentnie miał dużo energii bo nie opuścił statecznika, pływał slalomem między skałami, wyprzedzał wszystkich i kołysał kajakiem, a przy trudniejszych manewrach dawał mi do zrozumienia, że jak tylko nie będę przeszkadzać, to już wystarczy... Ja to się jednak umiem ustawić! Margaret holowała Colina, który nie mógł zapamiętać, w którą stronę trzyma się wiosło.
Podpłynęliśmy do skałki, na której pasą się kozy. Nauczone, że od tych na kajakach można dostać jabłko albo chociaż skórki z pomarańczy, od razu do nas przybiegły. Meczały i dawały się głaskać po nosie. Ulubienica Asbjørna wsiadła nawet na nasz kajak! Delektowała się owocami i tupała radośnie, a ja się zastanawiałam, jak szczelnie zamknęłam torebkę z aparatem.
I kiedy już miało nie być więcej wydarzeń, wyszło słońce i pojawiły się dwie (!) tęcze. Jedna blada i niewyraźna, druga szeroka, mocna i kolorowa. Zamarliśmy na wodzie. Nagie skały, potem zielone góry, na szczytach śnieg, krystaliczna woda bez jednej fali czy nawet zmarszczki, cztery kajaki, osiem osób, błękit nieba i tęcza. I kompletna, niczym nie zmącona cisza. Tak zwany doskonały moment, który pamięta się latami i wspomina do końca życia. A zdjęcie, które wtedy zrobiłam na pewno skończy jako tapeta w moim komputerze.
Wróciliśmy szczęśliwi, umyliśmy kajaki, wymieniliśmy się adresami mailowymi, żeby poprzesyłać sobie zdjęcia i rozeszliśmy się każde w swoją stronę.
Wtedy poczułam, że nie do końca jestem sucha. Większość wieczoru spędziłam więc w łazience, która ma tę zaletę, że jest bardzo ciepła, i jest w niej krzesło, na którym można poczytać.
Zanim jednak tam trafiłam, postanowiwszy, że nic o konsystencji zupki w proszku nie przejdzie mi przez gardło, zajrzałam najpierw do lokalnej restauracji i browaru, ale ponieważ piwo kosztowało 30 złotych (małe), nie pytałam nawet o cenę dań. Zrezygnowana poszłam do supermarketu i wzięłam z półki jedno z gotowych dań. Wszystko po norwesku. Podeszłam do kasjera:
-Czy w tym jest ryba?
- Nie.
Pierwsza dobra odpowiedź.
- Czy to się po prostu odgrzewa w mikrofalówce?
-Tak.
Kupiłam. Upewniłam się jeszcze na kempingu u właścicielki co do metody podgrzania. W pudełku były trzy torebki: jedna z klopsikami w sosie, druga z ziemniaczkami a trzecia z czymś, co finalnie okazało się być pureé z zielonego groszku. W każdej torebce robi się dziurkę, wkłada do mikrofali, podgrzewa parę minut, i voilà!
Albo byłam bardzo, bardzo głodna, albo to było całkiem niezłe.
No i potem ta łazienka, a kiedy już względnie przeschłam poszłam do namiotu po ładowarkę, bo telefon mi padł, i już tam zostałam, ponieważ padłam ja.
Jako, że bluza z kapturem była mokra, owinęłam głowę szalikiem i usnęłam.
Obudziłam się po szóstej. Podładowałam telefon, który mnie nastraszył, bo dość długo nie chciał się włączyć, sprawdziłam maila na szybko, zjadłam śniadanie. Wykąpałam się, poświęcając na ciepłą wodę 10 koron, ale zimną nie dałabym rady. Zresztą trzeba się myć szybko, bo kiedy kończy się czas rozlega się cichutkie pyknięcie i z kranu zaczyna lecieć absolutnie lodowata woda. Prawie zdążyłam, tylko twarz spłukałam tą zimną, co dobrze jej zrobi, bo budzę się tu codziennie z zapuchniętymi oczyma. Za długo śpię. Nie piję kawy.
Kiedy włosy mi podeschły zwinęłam mokry niestety namiot (nie wiem, czy aż taka rosa była, czy padało jak się kąpałam) i poszłam do portu kupić bilet na prom do Gundvagen. Rozpusta, ale tym sposobem zobaczę trochę więcej fiordu, i wypłynę na drugi, sąsiedni Nærøyfjord, odnogę, a właściwie część słynnego Sognefjord.
W informacji turystycznej natknęłam się na Asbjørna, który wydrukował mi mapę dojścia do hostelu w Bergen, żebym się wieczorem nie zgubiła, sprawdził pogodę i zapisał jakie miejsca warto odwiedzić. Bardzo to wszystko sympatycznie z jego strony.
Do promu miałam ponad dwie godziny, więc usiadłam pisać bloga i podładować komórkę, a tu proszę, patrzę na zegarek i tylko dwadzieścia minut mi zostało. O, i widzę przez okno, że słońce wyszło. No to idę do portu.
Rozdział 4
Bosko było. Prom płynie dwie godziny, pogoda bardziej niż dopisała, w najwęższym miejscu fiord ma zaledwie 250 m szerokości, wije się między górami, co kilkaset metrów są wodospady, woda lazurowa, małe wioski odbijają się w wodzie. Trochę ten opis chaotyczny, ale mam w głowie tyle obrazów, że nie mogę poukładać słów w jakąś sensowną całość. Zdjęć mam milion albo dwa miliony.

Dodałam też kolejną pozycję do listy rzeczy jadalnych. Svele to podobno tradycyjny norweski naleśnik, serwowany na zimno, posmarowany maślano-śmietankową masą. Pycha! Trafił mi się na promie.
Małe sprostowanie: wczoraj kajakami nie dopłynęliśmy tak blisko Aurland jak mi się wydawało. Woda przekłamuje odległości. W ramach zadość uczynienia ciekawostka: maleńkie Aurland produkuje tyle energii, że wystarczyłoby dla połowy Oslo. Jak? Woda. Wodospady. Turbin nie widać, bo schowane są wewnątrz gór. Nie muszę dodawać, że to najbogatsza dziura w okolicy?
A propos dziur, dopłynęłam dziś do Gudvangen i zamiast jak normalny człowiek od razu wsiąść w autobus do Flåm, to sobie wymyśliłam, że pozwiedzam nie wiem co i wsiądę w następny, który według wywieszki przy promie miał być po trzech kwadransach. Oczywiście rzeczona wywieszka nie miała nic wspólnego z rzeczywistością i w efekcie lekko zdesperowana czekałam na autobus dwie godziny.

Już byłam o krok od jechania stopem, bo 20 km przez tunel nie będę szła, kiedy na przystanku pojawili się ludzie, dając mi nową nadzieję, że jednak jakiś transport się pojawi. Ostatnie pół godziny rozmawiałam z parą z USA, i nie mogę dojść czy to było małżeństwo czy to jednak nie możliwe. Ona wyglądała na starszą, ale nie na tyle, żeby być jego matką, ale nie o wiek mi chodzi. On przystojny, wysoki, szpakowaty, naprawdę niezłe ciacho. Ona: koszmar. Niezgrabna, zaniedbana, źle ubrana i na dodatek z frotką na lichym kucyku. Bardzo mili oboje, ale pasują do siebie jak kwiatek do kożucha. Z czego to nie ona jest tym kwiatkiem, niestety ;-)
Było nie było, zgadało się, że on mieszkał kiedyś kilka miesięcy w Warszawie, a teraz też jadą do Polski, więc poudzielałam im dobrych rad i zaraz znikąd pojawił się autobus. Droga powrotna nie obfitowała w emocje, ponieważ w całości przebiegała tunelem, z jedną kilkunastosekundową przerwą. Za to oczywiście nie zdążyłam na przedostatnią Flåmsbanę i teraz na przesiadkę w Myrdal mam 7 minut. Jak się coś obsunie, to będę w tak zwanej czarnej dupie, bo późniejszych pociągów do Bergen brak.
xxx
No i się obsunęło, ale się udało i tak. Pociąg z Flåm wyruszył z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale zrobili wersję skróconą, bez dłuższych postojów, bez opowiadania po drodze legend i historii. Mam nadzieję, że wszyscy jechali tą trasą po raz drugi, bo nie umywało się to do mojego pierwszego przejazdu.
Za to na pociąg do Bergen zdążyłam. I spodobał mi się szalenie, ponieważ oferował darmowe WiFi, więc dwie godziny minęły w oka mgnieniu.
W Bergen już od samej stacji było ślicznie, nie mówiąc o jeziorku, ale patrzyłam po zmroku, więc może z zachwytami poczekam do jutra. Hostel znalazłam, mimo rozbieżności opinii mojej, Asbjørna i iPhone'a w kwestii trasy. Ma wszystko to, co lubię: duży pokój wspólny, zamykane szafki, internet za darmo, świetnie wyposażoną kuchnię i DARMOWE prysznice. Jedyny hardcore to sala sypialna: sama tak chciałam, ale zobaczyć na własne oczy pokój z 34 łóżkami- bezcenne :-) Wygląda trochę jak sala gimnastyczna w szkole zamieniona na sypialnię. A ja myślałam, że dwunastka w Harlemie to było coś...
Rozdział 5
Z rozpędu wczoraj nie napisałam, że przy wchodzeniu do hostelu miałam małą przygodę. Ponieważ pani z recepcji uznała, że będę późno, przysłała mi mailem wytyczne jak wejść. Kody do pierwszych drzwi, drugich, do sejfu. W sejfie miała być koperta z moim nazwiskiem i klucz. Wchodzę, wszystko idzie gładko, sejf się otwiera... Pusty! Przysięgam, serce mi stanęło. Okazało się, że recepcjonistka jeszcze nie wyszła i wszystko czekało na mnie na górze. Uff.
Ponieważ nasza sala sypialna jest na parterze i nie ma okien, spałam jak zabita. O zgrozo, obudziłam się dopiero przed dziesiątą! Wykąpałam się (za darmo, za to woda ledwo letnia, a ja kocham te moje niezdrowe, gorące, długie poranne prysznice!) i wyszłam do supermarketu po pieczywo. Mieli nawet całkiem zjadliwe bułki, oczywiście bez porównania do polskiego pieczywa, więc zrobiłam sobie prawdziwe kanapki, z pastą kawiorową i z dżemem. I do tego w kuchni znalazłam darmową kawę!
Z kawą to jest osobna historia. Ja zwykle wypijam koło pięciu, sześciu kaw dziennie, porządnych, z ekspresu ciśnieniowego. Rozpuszczalną się brzydzę. Kiedy wyjeżdżam na wakacje, staram się ograniczyć do jednej kawy dziennie, nawet często przelewowej. Natomiast tutaj kawy nie piję. Dlaczego? Nie ma tu Starbucks'a ani innej znanej mi sieci, co do jakości której mogę być pewna. Widzę, że w wielu kawiarniach podają kawę z automatu, która jest tak samo pyszna jak za przeproszeniem u mnie w pracy. A skoro już mam zapłacić za kawę 30 złotych, to niech mi ona, do cholery, chociaż smakuje! I tak mija dzień po dniu, głód kofeinowy rośnie, a dzisiaj wchodzę do kuchni i patrzę: kawa! Przez jedną piękną chwilę myślałam, że normalna i zrobię sobie plujkę, ale jak się okazało, że rozpuszczalna, to i tak postanowiłam spróbować. Zrobiłam roztwór nasycony z wody i tego proszku o aromacie podobnym do kawy, i jakoś dało się wypić.
Podobno Norwegowie piją najwięcej kawy na świecie. To znaczy, że gdzieś ta dobra kawa musi być. Dziś albo jutro poszukam dobrej kawiarni.
Rozdział 6
Dzień zaliczam do udanych, acz leniwych.
W pierwszej kolejności wjechałam kolejką na górę, żeby podziwiać panoramę miasta. Było ładnie, ale chyba się robię zblazowana, bo aż tak mnie to nie poruszyło. Zrobiłam sobie zdjęcie na placu zabaw z trollem i trochę ze skąpstwa, a trochę z potrzeby ruchu postanowiłam wrócić na dół piechotą.

I to mi się dopiero podobało. Droga śliczna, przez las, a że jest sobota- pełna miejscowych. Spacerują, wyprowadzają psy na zasłużone wybieganie po tygodniu siedzenia w małym mieszkaniu, biegają. Zwłaszcza ci ostatni mi imponują, bo ja w dół szłam godzinę, a niektórzy biegli w przeciwnym kierunku. Parę ładnych mil stromo w górę. Nieźle. Co prawda jedna dziewczyna na górze stała trzymając się ławki, i wyglądało, że lada chwila będzie zrzucać płuca, ale i tak chapeau bas!
Leśna ścieżka doprowadziła mnie do brukowanych uliczek i tradycyjnych drewnianych domów. Zajrzałam do jednej kawiarni, ale odstraszył mnie tłum, jak się poniewczasie okazało, niesłusznie, bo jest to miejsce, które od lat wygrywa w konkursie na najlepszą kawę w Norwegii. Jutro oczywiście będzie zamknięte, bo jak powszechnie wiadomo w tym kraju w niedzielę Ziemia przestaje się kręcić.

Ponieważ czułam się podziębiona i wyładował mi się aparat, wróciłam na chwilę do hostelu i zapadłam się w książkę, także na drugą turę zwiedzania wyszłam dopiero koło czwartej.
Jako, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, w ten weekend w Bergen odbywa się festiwal lokalnych produktów żywnościowych. Licząc na darmową wyżerkę oczywiście tam poszłam, i kilkukrotnie złamałam zasadę, żeby nie jeść czegoś, czego nie potrafię nazwać. Próbowałam łososia na sto sposobów, ekologicznych miodów, organicznych chlebów, pasztetu z pstrąga o wdzięcznej nazwie Cold Cat, kiełbasy z renifera, jogurtów w różnych smakach, serków na mini kanapeczkach, sera koziego, łącznie z tym słynnym ciemnobrązowym (przygotowuje się go gotując kilkanaście godzin, co doprowadza do skarmelizowania zawartego w mleku cukru i nadaje mu ten specyficzny kolor) oraz kilku rodzajów salami.
Rozochocona wróciłam przez targ rybny, gdzie na stoisku z kawiorem pracowała dziewczyna z Polski, więc dopchnęłam jeszcze jego sześć próbek do i tak pełnego już żołądka.
Targ rybny to raj dla miłośników owoców morza. Są homary, langusty, raki, szaszłyki z ryb i krewetek, można coś zjeść na miejscu. Ale mój strusi żołądek pokazał żółtą kartkę, więc postanowiłam nie przeginać.
Przespacerowałam się jeszcze na drugi koniec miasta popodziwiać architekturę i zrobić rekonesans w kwestii kolacji. Wszyscy zachwalali Pingvinen, ale po przeczytaniu menu nic nie wpadło mi w oko, za to w Zupperii po przeciwnej stronie mieli tanią lasagne, więc zachowałam to w pamięci jako opcję i wróciłam polenić się przy filmach (w końcu jestem na wakacjach).
Koło dziewiątej zaczęłam zastanawiać się co z tym obiadem. W odwodzie mam pod nosem czynny do 22 supermarket Bonnpris, na pewno mają jakieś gotowce. Nie wiedziałam, czy chce mi się jeść, czy chce mi się gotować albo chociaż podgrzewać. Chodził mi po głowie nasz tekst z Berlina: "Chodźmy na kebsa i miejmy to z głowy" ;-) W końcu wyszłam do supermarketu, ale doszłam do Zupperii, po drodze jednakże konstatując, że nie po to nie pojechałam do Włoch, żeby jeść lasagne. Dołożyłam więc do rachunku 28 koron i zdecydowałam się na królewskie krewetki smażone w sezamie z ryżem i sałatą oraz słodko-ostrym sosem. Były pyszne. Co prawda miałam ochotę na coś z renifera, ale była tylko Rudolfsuppe i po prostu nie miałam serca...
Krewetki, kawior i łosoś są tu w knajpach w podobnej cenie jak w Polsce, z tą wszakże różnicą, że cała reszta jest droższa, a nie jak u nas- tańsza. Tym samym jest to najlepszy moment, żeby się tych pyszności najeść. Zamówiłam do tego kieliszek białego, rozczarowującego w smaku wina.
Nieusatysfakcjonowana tym małym kieliszkiem, postanowiłam wpaść jeszcze gdzieś na drugi (jak rozpusta, to rozpusta), jako jedyne kryterium przyjmując, że barman musi być przystojny. Ponieważ pogoda skończyła się koło 20.00, to im mocniej padało, tym lepiej barmani prezentowali się na skali. Stanęło w końcu na Dubliner Pub i winie czerwonym równie słabym jak białe, oraz znoszeniu niewyszukanych podrywów podpitych Norwegów. Posiedziałam z pół godziny i wróciłam do domu.
Kto nigdy nie mieszkał w hostelu nie zrozumie, jaki to luksus trafić łazienkę zupełnie pustą. Można powolutku i bez skrępowania dokonać wszelkich czynności higieniczno-upiększających, a i woda, jak się okazało, o tej mało popularnej porze jest gorąca. W ogóle to już rano ubawiło mnie, że między prysznicami owszem są przepierzenia, ale co drugie stanowisko. Także przy pełnym obłożeniu łazienki integracja jest bardzo daleko posunięta...
Wykąpana i pachnąca przyszłam do pokoju telewizyjnego. Spojrzałam w kalendarz i doliczyłam się, że w Stavanger będę miała nie trzy, a dwie noce, trzeba więc będzie zagęszczać ruchy. W dodatku pociąg mam o 6 rano, więc ta ostatnia noc to chyba jednak nie w namiocie, bo żeby się zwinąć, musiałabym chyba wstać o czwartej. Nie wiem, czy w ogóle nie olać tematu i nie pojechać na noc pociągiem, co może wyjść taniej niż nocleg w mieście, wtedy będę jeszcze miała pół dnia w Oslo. Ale już nie zanudzam. Samo wyjdzie w praniu.
Póki co miałam czytać, a piszę bloga. Ot, uzależnienie.
Rozdział 7
Niedziela w Bergen upłynęła pod znakiem deszczu. Kiedy się przejaśniało, wyskakiwałam na spacer. Hostel był w samym centrum, więc wychodzenie i powroty nie stanowiły problemu.
Poszwędałam się po Bryggen podziwiając drewniane domki i sfotografowałam głowę łosia. Przechodząc przez stoiska targów spożywczych, zastanawiałam się, czy nie kupić kawałka tego ich sera, ale doszłam do wniosku, że może to być specyfik z gatunku tych co to pyszne na wakacjach, a nie nadają się do przełknięcia w domu. Jak mielonka i Mazury.
Udało mi się wypić kawę w -o dziwo, otwartej- mistrzowskiej kawiarence. Rzeczywiście przepyszna! Podziwiałam jak barmanka sprawnym ruchem dłoni nalewa mleko w taki sposób, że tworzy wzorek na powierzchni filiżanki. Muszę poćwiczyć jak wrócę do domu.
Spacerem przeszłam obok kościoła z XII w (zamkniętego) i katedry (ku mojemu zdumieniu również zamkniętej, choć ze środka dobiegały głosy muzyków ćwiczących przed wieczornym koncertem). Stamtąd powędrowałam nad jeziorko, gdzie dogonił mnie deszcz. Schowałam się więc pod drzewem i obserwowałam ptaki (tak, ja, tak, ptaki, tak, z bliska). Na płotku przy trawniku w równych odstępach siedziały gołębie. Na trawie bez wyraźnego porządku ułożyły się kaczki. A nad tym wszystkim krążyły mewy. Stan rzeczy burzyli tylko przypadkowi przechodnie, rzucający od czasu do czasu kawałek chleba na chodnik. Wtedy zaczynało się piekło, walka o pokarm. Uśmiałam się patrząc jak dzielna kaczka z całych sił machając skrzydłami próbuje uciec z kromką pieczywa. Musiała jednak skapitulować przed stadem rozwrzeszczanych mew, które próbowały otoczyć ją w powietrzu.
Schowałam się jeszcze na chwilę w ukwieconej altance nad brzegiem, a kiedy deszcz ustał, poszłam na lunch na targ rybny. Ciasta z ryb nie smakowały mi już tak, jak poprzedniego dnia, a krewetki i kalmary też mnie nie zachwyciły. Wcale też nie wyszło tak tanio, więc w sumie trzeba było sobie odpuścić.
W Bonnpris kupiłam żółty ser do kanapek, i chciałam dokupić w piekarni bułeczki, ale cena 18 koron za sztukę przekonała mnie szybciutko do pogardliwie miniętego wcześniej 7Eleven. Tam za dwie korony więcej można kupić trzy kajzerki, jak się okazało później równie smaczne, co większość jedzenia w tym kraju...
Popołudniowy deszcz przeczekałam we wspólnej sali, czytając, surfując w sieci i oglądając filmy. Byłoby jeszcze milej, gdyby grupa Hiszpanów trzeci dzień z rzędu nie kłóciła się tam o wyższość Barçy nad Realem, albo na odwrót. Wiedziałam, że nie mogę się przyznać, że ich rozumiem, bo się nie odczepią, ale kilka razy parsknęłam śmiechem. Co prawda udawałam, że to szalenie zabawny fragment książki mnie tak nastraja, ale jeden z chłopaków zaczął coś podejrzewać i bacznie mnie obserwował.
Przepakowałam plecak po raz setny i w miarę wcześnie poszłam spać, bo dzisiaj o 7:30 czekał na mnie statek do Stavanger. Nie mogę uwierzyć, że to mój ostatni norweski przystanek. Bergen leży na granicy mórz Norweskiego i Północnego, my popłynęliśmy na południe tym drugim. Nie był to prom, raczej duża pasażerska motorówka. Przy wejściu na pokład steward podetknął mi pod nos jakieś urządzenie przypominające na oko alkomat. Kazał się przedstawić i powiedzieć dokąd płynę. Rozumiem, że to taka morska wersja czarnej skrzynki, na wypadek gdyby miały nas pochłonąć otchłanie.
Statek płynął szybko i momentami bardzo skakał na falach, co dla mnie stanowiło dodatkową atrakcję. Za oknem małe, skalne, porośnięte drzewami wysepki. Sprawdziłam maila, przejrzałam Facebooka, a potem zaczęłam czytać Starego człowieka i morze. Kiedy Santiago walczył z merlinem drugi dzień- usnęłam.
Obudziłam się w Stavanger, które nie wyróżnia się niczym szczególnym poza urokliwymi brukowanymi uliczkami i przepiękną katedrą. Niestety, deszcz padał, co niwelowało przyjemność zwiedzania. Poza tym uznałam, że 60 koron za przechowanie plecaka dwie godziny to delikatnie mówiąc lekka przesada, i w końcu zwiedzałam z całym ekwipunkiem.
Pani w informacji nie zyskała sobie mojej przychylności, ponieważ jak dowiedziała się, że jadę na Preikestolen, a nie wiedziała, że będę nocować w górach w schronisku (większość ludzi traktuje tę wycieczkę jako jednodniowy wypad), to nie raczyła nawet zasugerować, że może trochę za późno na taką trasę. Okazało się też, że nocne autobusy jeżdżą tylko w weekendy, co pogrzebało moje szanse nocowania jutro na kempingu i zdążenia na pociąg do Oslo na 6:03 rano. Przeliczywszy ceny lokum w centrum albo taksówki z biwaku, zdecydowałam, że najtaniej wychodzi wyrzucić ten bilet i pojechać poprzednim pociągiem, na noc. Niestety nie był już w tak dobrej cenie, ale i tak dostałam go jeszcze w promocji, za jedną trzecią ceny regularnej. Poprzedni oddałam pani w kasie NSB, żeby zrobiła komuś miły prezent.
Ze względu na pogodę zwiedzanie starówki zostawiłam na jutrzejszy wieczór, tak samo jak zakup koralika o kształcie Wikinga do mojej Pandôry. Poszłam z powrotem do portu i popłynęłam do Tau, skąd autobusem dojechałam do Preikestolen.
Od razu jak zeszłam z pokładu zrobiło mi się lepiej. Mocną stroną Norwegii nie są miasta, tylko natura. Kiedy autobus wspinał się w góry (o tej porze, w tym kierunku, byłam jedyną pasażerką), ja uśmiechałam się od ucha do ucha.
Schronisko jest z pewnością najpiękniejszym, w jakim zdarzyło mi się mieszkać. Złożone z kilku małych domków w wiejskim stylu, z niskimi sufitami i drewnianymi meblami, przytulną kuchnią z dużym stołem, otoczone górami stoi nad brzegiem uroczego jeziora.
Pokój dzielę z dwiema Hiszpankami.
Pogoda jest pod psem i wieje, jakby się góral powiesił, ale wierzę, że na jutrzejszą wspinaczkę chociaż trochę się przetrze. Dzisiaj też, nie bacząc na aurę, zrobię kółeczko po okolicy. Ale potem wcześnie spać, bo jutro ważny, ciężki i pełen wyzwań dzień.
Po południu poznałam moje współlokatorki, dwie Hiszpanki, i wieczór spędziłyśmy razem. Amaia i Izaskun są z Baskonii, z Vitorii, przyjechały na wakacje. Upichciłyśmy kolację (ich gorący kubek kurczakowy plus mój serowy plus znaleziona puszka tuńczyka - wyszło cudownie!) i gadałyśmy do Bóg wie której.
Potem do kuchni dołączyła grupka trzech Belgów, średnia wieku 20 lat, Izaskun zaświeciły się oczy, chłopcy rzeczywiście ładni. Jak już my się odezwałyśmy pierwsze, to odważyli się zapytać skąd my trzy się znamy, bo rozmawiamy po hiszpańsku, a ja podobno nie wyglądam... ;-)
Około północy poszłyśmy spać. Nastawiłam budzik na ósmą, żeby mieć dużo czasu na wejście na Preikestolen.
Preikestolen, czyli Pulpit Rock, czyli ambona, to ponad 600-metrowy klif spadający pionowo do Lysefjordu. Na górze jest charakterystyczna w kształcie półka skalna, z której można podziwiać widoki. Trasa ze schroniska ma nieco ponad 3.5 km, ale idzie się dwie godziny. Po drodze mija się łąki, lasy, wodospady, piękne jezioro, w którym przy sprzyjającej aurze można się kąpać, a prawie całą trasę upiększają zapierające dech w piersiach widoki.
Budzik zadzwonił, zerwałam się z łóżka, spojrzałam za okno i wróciłam spać.
Koło dziewiątej postanowiłam jednak nie przegapić śniadania, spakowałam się i ubrałam, i poszłam na górę do restauracji hotelowej. Cały budynek kojarzył mi się z The Great Northern (kto pamięta Twin Peaks?), te drewniane ściany, położenie na wzgórzu, widok na jezioro. Śniadanie też im się udało, szwedzki stół z wędlinami i serami, jajka, płatki, soki, kawa... Najadłam się pierwszy raz od tygodnia.
Deszcz dalej padał, ale jakby lżej, więc postanowiłam dać trasie szansę i kwadrans po dziesiątej ruszyłam pod górę. Najpierw było bardzo stromo, potem mniej, ale kamieniście, potem trzeba było przejść nad potokiem, ale taka byłam z siebie dumna, że sobie świetnie radzę. Z powodu kilkunastogodzinnego deszczu rzeki wezbrały i zalało mostki, idąc za przykładem pana przede mną zdjęłam więc buty żeby pokonać głęboką kałużę. Szybko przeszłam pierwsze półtora kilometra i wydawało mi się, że już mam najgorsze za sobą.
Nic bardziej mylnego.
Im wyżej, tym mocniej wiało i padało. Deszcz zamienił trasę w rwące potoki i wodospady, trzeba było iść bokiem. Poza tym trasa to chyba nie najlepsze określenie, bo to nie jest ścieżka, tylko usypane głazy, po których trzeba się wspinać. Raz nie dałabym rady, spotkany po drodze Latynos musiał podać mi rękę. Robiło się coraz mniej wesoło, ale szłam.
Na początku trzeciego kilometra robi się płasko, pod stopami lita skała, ale wiatr wiał taki, że ledwo można było ustać na nogach. Podeszła do mnie dziewczyna, która też szła sama, a ponieważ miała rodzime rysy twarzy postanowiłam zapytać skąd jest i nie pomyliłam się. Polka. Dalej poszłyśmy razem.
I dzięki Bogu, bo już zaraz był strumień, którego nie dało się pokonać w pojedynkę. Dalej było ciężej i ciężej, Karolinie przemokły buty, a jeden nawet wessał jej się w błoto i spadł z nogi. Ostatni odcinek to kilka przejść po półkach skalnych, z brzuchem opartym o górę i nadzieją, że nie zwieje cię na dół.
I w końcu jesteśmy, ambona. Widoczność: zero. Trochę rozczarowujące oczywiście, ale i tak miałam poczucie wygranej: z pogodą, ze sobą. I podeszłam do brzegu, czego pewnie bym nie zrobiła widząc jak daleko jest w dół... Było to też trochę ekscytujące, patrzeć w tę nieprzeniknioną mgłę...

Chciałam czekać czy się nie przetrze, ale Karolina wybiła mi to z głowy, jako, że właśnie zaczynał się grad. Obiecałam sobie w duchu wrócić w lepszą pogodę (i to już wiosną, mam nadzieję) i zaczęłyśmy schodzić.
Zacinało tak, że byłyśmy kompletnie mokre. Karolinie zalało też doszczętnie aparat. Na jakimś etapie nalało mi się wody w buty, co było niejakim ułatwieniem, bo nie musiałam już omijać strumieni, mogłam iść przez ich środek. Karola kilka razy upadła i zbiła sobie pośladek. Wiało niemiłosiernie. Wypatrywałyśmy czerwonych T znaczących trasę. Głaz po głazie walczyłyśmy o życie: żeby się nie poślizgnąć, nie potknąć. Z dużych kamieni zjeżdżałyśmy na tyłku, trzymałyśmy się drzew, kawałki trasy pokonywałyśmy w kucki. Trzy godziny w górę, trzy w dół. Bez odpoczynku, bo gdzie tu się schronić? Śmiem twierdzić, że tylko w Norwegii taka trasa jest uznana za turystyczno-spacerową. W Polsce na przykład jest autostrada do Morskiego Oka...

Kiedy chwilę po 16 doszłyśmy do schroniska, nie wierzyłyśmy we własne szczęście.
Karolina nie miała nic na zmianę, kupiła więc polarową bluzę, o pięć rozmiarów za dużą. Po kolei wykąpałyśmy się, ja założyłam suche ubrania, ona nowy polar i reklamówki na stopy, żeby nie marznąć od przemokniętych butów. Poszłyśmy do kuchni, napiłyśmy się kawy i poznałyśmy Thomasa, bardzo sympatycznego Norwega. Czas upłynął szybko i trzeba było biec na ostatni autobus.
Karolina nie mogła wytrzymać w mokrych spodniach i chciała kupić jakieś legginsy w supermarkecie w Stavanger. Kiedy jechałyśmy na prom do Tau jako jedyne pasażerki, rozmawiałyśmy z kierowcą, który okazał się być miłośnikiem Polski: jeździ tam na wakacje co najmniej trzy razy w roku. Kiedy usłyszał o naszych problemach z suchą odzieżą, zrobił coś niesamowitego: skręcił z trasy, podjechał na parking Remy 1000, powiedział Karoli, żeby spokojnie kupiła co tam chce, on poczeka, bo to i tak ostatni kurs. Nie wierząc we własne szczęście, poleciała i po jakimś czasie wróciła z legginsami.
Najzabawniejsze, że z autobusami skorelowane są promy, więc czekali na nas w porcie... Podziękowałyśmy kierowcy, pobiegłyśmy na pokład i za trzy kwadranse byłyśmy w Stavanger.
Deszcz znowu się rozszalał, więc usiadłyśmy w kawiarnianym ogródku na lampkę wina i długą rozmowę o podróżach, życiu, domu, związkach i rodzinie. Zauważyłyśmy, że w Norwegii właściwie nie ma kobiet w pubach, tylko grupki mężczyzn. Po zmroku, kiedy przestało padać, poszłyśmy na spacer na starówkę, pełną uroczych białych domków. Zaglądałyśmy przez okna i widziałyśmy kilka razy bardzo tradycyjne, drewniane umeblowanie. W innych już królowała współczesność i Ikea. Ulice z pięknymi latarniami ustrojone były kwiatami.
Do stacji doszłyśmy z godzinnym wyprzedzeniem (okazało się, że ja, Karolina, Amaia i Izaskun wszystkie jedziemy tym samym pociągiem, tym samym wagonem, o dwa-trzy miejsca od siebie... niewiarygodny zbieg okoliczności!), akurat takim, żeby zjeść hotdoga lub kanapkę. Pociąg podstawiono punktualnie, NSB na nocnych trasach rozdaje zestaw: kocyk, zatyczki do uszu, pompowana poduszka i maseczka na oczy. Użyłam wszystkiego poza zatyczkami, a że w nocy było zimno, wyciągnęłam śpiwór z plecaka i w końcu usnęłam, nie w najwygodniejszej pozycji jednak i co chwila się budziłam i przekładałam z boku na bok.
7:20 powitała mnie znana stacja Oslo Sentralstasjon.
Wyszukałam w internecie miejsce odpowiadające moim obecnym potrzebom: kawiarnia, gdzie dają śniadanie i mają darmowy internet oraz mechaniczne suszarki do ubrań, bo wszystko z wczorajszej wyprawy mokre gnije w plecaku. Café Laundromat. Niedaleko uniwersytetu, bardzo ładna część miasta. Miało być trzy kilometry, ale chyba chodziłam w kółko, bo szłam prawie godzinę. Wrzuciłam mokre ciuchy na suszenie, umyłam zęby w łazience i nałożyłam makijaż, spakowałam od nowa plecak. Tylko buty nadal mokre, bo do suszary ich przecież nie wrzucę...Zamówiłam kawę i dwa naleśniki z syropem klonowym na śniadanie, podłączyłam komórkę do kontaktu i rozsiadłam się w fotelu obok półek z książkami. Cudne miejsce.

Zaraz ruszam z powrotem do centrum, porzucę bagaż w jakimś hotelu i poszwędam się po mieście. Dzisiaj jak na złość pogoda prześliczna. A koło czwartej wsiadam w pociąg do Sztokholmu.
xxx
Bez problemu, choć z lekkim wahaniem, miła dziewczyna z hotelu obok stacji zgodziła się, żebym zostawiła plecak. Na prawdę chciałam już się od niego uwolnić, zwłaszcza po wizycie w sklepie jubilerskim, gdzie kupowałam małego Wikinga na moją bransoletkę Pandory, na pamiątkę. W sklepie pełnym szklanych witryn zdjąć i założyć tego kolosa, a nic nie potłuc- akrobacja.
Uwolniona od ciężaru poszłam spacerem przez znane i nieznane uliczki, szukając miejsca na dobrą kawę. Nie znalazłam. Poszwędałam się po sklepach, licząc w duchu, że Cubus i Kappahl w Polsce będą miały tę samą kolekcję, bo kilka fajnych ciuszków upatrzyłam. Na koniec za ostatnie korony kupiłam dwa cheeseburgery w Burger Kingu i jedząc surfowałam po sieci. Czas minął szybko, odebrałam plecak, znalazłam swój peron i wkrótce w rytm miarowego stukotu jechałam na wschód.
Kolej szwedzka od norweskiej różni się tym, że nie ma WiFi, za to ma kontakty, naładowałam więc co się dało i zmęczona usnęłam.
Przebudziłam się w samą porę, aby usłyszeć jak konduktor mówi, że właśnie wyjechaliśmy z Norwegii.