Siedzę w Pokoju Ogórkowym w hostelu w Edynburgu i myśle sobie, że życie pieknie jeśli nie jest, to chociaż bywa...
Podróż zaczęła się wczoraj w południe, samochodem do Łodzi. Trzy godziny po wykopach i rozjazdach, ale przynajmniej bez korków. Port lotniczy Łódź o standardzie średniego dworca PKP wyłania się w końcu z mgły. W środku żenada- jeden bar, żadnej restauracji, kiosk, koniec. Oddając sprawiedliwość temu koszmarnemu miejscu muszę jednak powiedzieć, że ciabatty z mozarellą mieli zacne, a i kawa kawą smakowała.
Podróżuję tylko z podręcznym bagażem, przysługuje mi 10 kg, ale nikt normalny - to znaczy żadna linia- nie waży bagaży podręcznych! Nie przejmuję się jakoś strasznie, że mam 14.3 kg.
Otóż nie znałam jeszcze Ryanaira.
Przy wejściu do odprawy siedzi su.... khm...per sympatyczna pani, której jedynym -podkreślam JEDYNYM- zajęciem jest ważenie i mierzenie toreb. Zawraca mnie.
Na pierwszy ogień idą kalosze, balsam, mydło. Na szczęście nie muszę wyrzucać, Tato jeszcze nie pojechał i zabierze to do domu. W drugim rzucie zakładam na siebie wszystkie bluzki, swetry i spodnie. Patrzę krytycznie na zawartość walizki, więcej nie mogę oddać. Wracam do bramki. 11,5 kg. Oczywiście przymknięcie oka nie wchodzi w grę. Z niechęcią oddaję bezdomnemu paczkę z jedzeniem, którą wiozę dla B. 10.2, mówi waga. Pani unosi jedną brew, ale widzi z mojej miny, że nie jestem w nastroju do żartów. Łaskawie mnie przepuszcza.
Ale oczywiście to nie koniec.
Samolot jest opóźniony, Polacy genetycznie nauczeni stania w kolejce stoją grzecznie przez godzinę pod zamkniętą bramką. Jakiś bachor wydziera się w niebogłosy ( na prawdę, czy nie można tego separować od ludzi? Zrobić osobną salę dla matek z dziećmi albo coś?) Ja spokojnie zdejmuję kilka warstw, układam rzeczy w walizce. Rozmawiam przez telefon, czytam Fejsbuka. Swoim zwyczajem wchodzę na pokład ostatnia. Tuż przed bramką pani nr 2 każe mi przymierzyć walizkę do tego stojaka, co to ma napisane "jak wejdzie to leci, nie wejdzie nie leci". Wiem, że wejdzie, ale pechowo spakowana jest tak, że na górze wystaje kosmetyczka, a boki są puste. Mówię do pani:
- No przecież widać, że wchodzi, tylko musiałabym tą kosmetyczkę przepakować...
- To proszę przepakować- mówi spokojnie pani.
Z pianą na ustach wsiadam do pełnego samolotu. Znajduję miejsce obok wyjścia awaryjnego, usypiam, ale budzi mnie jakiś cholerny niemowlak walący piąstkami w oparcie mojego fotela. Posyłam rodzicom znaczące spojrzenie, opanowują bachora, ale przeprosin nie usłyszałam.... Nie śpię już, wypijam butelkę proseco na skołatane nerwy i czytam książkę. Ze zdumieniem obserwuję sprzedaż zdrapek, loterii, kart telefonicznych na pokładzie. Ryanair to jednak dziwna linia. Wolę Wizza, cieszę się, że z Wizzem wracam...
Przylatujemy do Edynburga ze sporym opóźnieniem. Powoli robię się głodna. Bateria telefonu na wyczerpaniu. Wypadam pierwsza z sali przylotów i od razu wskakuję do autobusu do miasta. Zanim zdążę wykręcić numer, telefon dzwoni. Gdzie jesteś? Dlaczego się nie odzywasz? Ech. Rodzice...
Hostel znajduję bez problemu, zachwycam się architekturą okolicznych budynków. Melduję się, a potem dopadam gniazdka, podłączam telefon, dzwonię do B. Umawiamy się za pół godziny, idziemy "na miasto".
Miasto w naszym wykonaniu to trzy puby. Pierwszy to mały i uroczy Capitains, drugi to Library w budynku związku studentów Teviot (czy to nie cudowne- pyta B.- że w samym środku miasta jest uniwersytecki budynek, którego jedynym celem jest stworzenie miejsca, w którym można pić?) wypełniony studentami na rauszu (niekoniecznie brzydkimi, muszę przyznać....). Nigdy bym tam sama nie weszła, bo wymagają legitymacji studenckiej. W środku są trzy puby. Ostatni punkt programu to Doctors. Zmęczona już piwem zamawiam wino. B. pyta barmana, czy ktos już to zamawiał. Prztyczek w nos, bo kiedyś jak zamówiłam wino w warszawskim Indeksie, to nikt nie pamiętał, ile powinno kosztować, i tak ten dowcip ciągnie się za nami.
Prowadzimy głębokie rozmowy.
B.: ja nie rozumiem, jak laski mogą stać pod klubem w kolejce, na mrozie w samych bluzeczkach czy tam sukieneczkach.
Ja: jak jesteśmy w szpilkach, to jest nam tak niewygodnie, że nie czujemy już zimna.
B.: to jak wam niewygdnie to po co nosicie?
Ja: bo wy lubicie
(pauza)
B.: to miło z waszej strony...
Chwilę później śmialiśmy się zresztą jeszcze z innego incydentu, który jako dama przemilczę, ale jako bloggerka wspomnę, że zaistniał ;-)
Do domu wracam koło pierwszej, i postanawiam nie nastawiać budzika, w końcu, cholera, jestem na wakacjach!!!
Budzę się po dziewiątej, i powoli przechodzę przez poranek. Wolna kawa, wolne śniadanko, prysznic i wspomniany pokój Ogórkowy, gdzie na podłodze leżą poduchy, z głośników sączą się dźwięki dżungli, a kontakty pozwalają naładować telefon. Zaczynam pisać bloga, po 11 wychodzę na miasto.
Chcę zwiedzać. Naprawdę. Wchodzę na Princes Street, określoną przez B.mianem Krupówek i naprawdę, serio, chcę zwiedzać. Ale. HMV. Boots. Primark. Next. Ech, no, sklepy pożarły mnie doszczętnie.
O pierwszej przypadkiem jestem w parku pod zamkiem, i załapuję się na salwę z armaty, jak B. potem mi wyjaśnił wyznaczającą upływ czasu w mieście, słyszalną na morzu i mającą wielowiekową tradycję. Między sklepem a sklepem zachwycam się małymi uliczkami i spójnością w architekturze miasta.
Nie wiadomo skąd jest 14.09. Biegnę pod górę, bo za 20 min jesteśmy umówieni na lunch. Towarzyszy nam Matt, Amerykanin, który studiuje z B. Chłopcy zabierają mnie do pakistańskiej dzielnicy i Matt w oparciu o moje preferencje dotyczące ostrości i smaku pomaga mi wybrać danie w restauracji. Dostaję wielki chlebek naam i kurczaka w kremowym sosie, smakującego curry i kokosem. Pycha.
Po lunchu każde z nas idzie w swoją stronę, ja w dół do Meadows, parku, czy też połaci trawy, na której studenci grają w rugby (futbol?), podtatusiali urzędnicy uprawiają jogging, a panie w kaloszach Huntera rzucają piłki swoim owczarkom.
Dużym kołem wracam do hostelu, poprawiam nadwątloną urodę i o 17 znów wychodzę. B. zabiera mnie na imprezę do znajomych.
Żeby nie było nudno, ścigamy się biegiem z autobusem, dostajemy fory na światłach, ale przystanku nie widać. Zdyszani dopadamy celu i jedziemy. Jeszcze tylko małe zakupy w monopolowym (cider: spróbowałam, nie zwala mnie z nóg, temat uważam za zamknięty) i jesteśmy na miejscu.
Sabrina i Andrew mieszkają tuż przy Ocean Terminal, z balkonu można podziwiać królewski jacht Britannia. Na wieczór zaplanowana jest gra Zabójcy- każdy ma swoje polaroidowe zdjęcie na piersi, a zadaniem innych jest mu to zdjęcie odebrać. Ten, kto zbierze wszystkie- czyli zabije wszystkich innych- wygrywa. Bawimy się w centum handlowym. Udaje mi się zabić Matta, ale zaraz potem przegrywam z Randi. Szybko wracam do mieszkania, ale nie sama, więc nie jest mi przykro. Gra kończy się tym, że ochrona wyrzuca ostatnią trójkę z budynku, a dramatyczna dogrywka ma miejsce na oczach przegranych. W końcu wszystko jest jasne, Fabian dzierży laury, a wszyscy zajmują się zawartością swoich szklanek.
Reszta wieczoru upływa na miłych rozmowach i wymianie poglądów w międzynarodowym towarzystwie. Ostatnim autobusem wracamy z B. do centrum.
Następny dzień to zaplanowana na 11 wycieczka samochodem Sabriny. Idąc do B. natykam się na targ pod zsmkiem- dziczyzna, wyroby lokalne, organiczny cyder. Nad jednym ze stoisk wiszą dwa nieżywe bażanty. W całości. Udaje mi się nie wrzasnąć. Zaraz obok żywe- a raczej umierające na lodzie- krewetki i kraby. Jakoś smutno. Nie kupuję w końcu upatrzonego dressingu, idę dalej.
Okazuje się, że impreza bez mojego i B. udziału miała się świetnie i trwała do piątej rano. Sabrina i Andrew przyjeżdżają z dwugodzinnym (!) opóźnieniem. Już widać, że plan wycieczki weźmie w łeb. Postanawiam trzymać się filozofii zen i z uśmiechem podziwiam okolicę. Mijamy imponujący Forth Bridge, zatrzymujemy się niedaleko plaży na zdjęcia. Wieje tak mocno, że statyw zostaje zdmuchnięty przez wiatr. Połowa z nas ma w związku z tym boskie miny na zdjęciu, które aparat wykonał już w locie. Druga połowa ekipy miny ma profesjonalnie niewzruszone.
Dojeżdżamy do St Andrews, uniwersyteckiego miasta ostatnio znanego z romansu Williama i Kate. Zwiedzamy ruiny katedry, bardzo malowniczo położone nad samym brzegiem. Idziemy na spacer falochronem wcinającym się głęboko w morze.
Andrew jest golfistą, jedziemy więc na najsłynniejsze, najstarsze pole, na którym rozgrywane są mistrzostwa kraju. Kiedy próbujemy wyjść na plażę, dosłownie wywiewa nas z samochodu. Nad brzegiem, na wysokości kostek, unosi się na wietrze kurtyna z piasku. Sypie nam w oczy, uciekamy na coś ciepłego do klubu.
Tutaj już nie czując przenikliwego wiatru możemy podziwiać pagórki obleczone idealnie zieloną trawą, rysy miasta w oddali i fale na morzu. Przy wyjeździe z miasta Andrew i Sabrina robią sobie zdjęcia na jakimś szalenie istotnym z punktu widzenia golfa mostku, mnie i B. nie daje się już namówić na opuszczenie samochodu.
Wracamy okrężną drogą przez Dundee, robimy kilka kółek po mieście, obiad w fast foodzie i po 19 jesteśmy znowu w Edynburgu.
Ja wracam do hostelu, reszta zostaje oglądać mecz, który jak się później okaże ma być nadawany następnego dnia. Przed powrotem kupuję w monopolowym obok nas Chianti przecenione na £2, i jestem mile zaskoczona tym, jakie jest dobre.
Jest tak dobre, że usypiam szybciutko... ;-)
Rano po szóstej budzą mnie Koreanki (Chinki?) z mojego pokoju. Zanim się ubiorą, wyjdą, robią tyle zamieszania, że i ja postanawiam wstać. Jem śniadanie i czując absolutny niedosyt po wczorajszej wycieczce zaczynam przeglądać foldery.
W trakcie okazuje się, że dziewczyna w dreadach i z kolczykami wszędzie, bardzo sympatyczna, z którą już wcześniej rozmawiałam po angielsku o wypożyczaniu rowerów, jest Polką.
-Nie powinno się teraz mówić "Polką"- śmieje się- tylko obywatelką świata mówiącą po polsku.
Podpytuję ją o najlepsze opcje wycieczkowe, przy okazji udaje mi się (a właściwie jej się) zrobić jakiś szacher macher, żebym nie musiała zmieniać pokoju na ostatnią noc. Przedłużałam wczoraj pobyt i powiedziano mi, że moje łóżko ma przejąć jakaś obca baba i nie da się tego odkręcić. Okazuje się, zależy kogo poprosić.
Bez przeprowadzki po ósmej trzydzieści wypadam na ulicę. Zdziwiłam się jak długo jest tu rano ciemno. O siódmej kompletna noc. Od 16.00 to samo. Podobno w lecie natomiast słońce ledwo zachodzi, a już wstaje.
Opcja numer 1 wycieczki to start o 9.00 z przystanku na drugim końcu Princes Street. Jestem na miejscu kwadrans przed czasem, nie widzę żywej duszy, biuro informacji turystycznej, w którym można kupić bilety czynne od 10. Dzwonię do firmy, pytam, czy wycieczka dzisiaj się odbędzie. Niestety, nie. Przechodzę do opcji numer 2.
Nie przechodzę, przebiegam galopem. Mam czas do 9.15, a start jest kawałek dalej, w dodatku pod górę. Ale kiedy docieram na miejsce wszystko wygląda bardziej zachęcająco- są minibusy, turyści, przewodnicy, ruch w interesie. Kupuję bilet bez problemu i dołączam do dziewięcio osobowej już grupy.
Zawsze śmieję się, że poznam słowiańską gębę, ale ja sama rzadko jestem kojarzona z Polską na pierwszy rzut oka. Tym razem zagaduje mnie jakaś baba, Rosjanka, która mówi po polsku i przypomina moją panią do sprzątania. Chyba szuka towarzystwa na podróż, z trudem udaje mi się z tego wywinąć. Lekko obrażona znajduje sobie inną koleżankę a ja mogę w spokoju spędzić ten dzień.
Mamy na pokładzie Maltańczyka, Holendrów, Libiczyka, no i naszego przewodnika Szkota, Michaela, mówiącego z cudnym i rozczulającym lokalnym akcentem.
Zaraz po odjeździe mijamy bar ze striptisem (który już wcześniej pokazał mi B.) o nazwie Burk and Hare's. Okazuje się, że te nazwiska należą do dwójki ludzi, którzy zapisali się niesławną czcionką w historii miasta. Lata temu, szkoła medyczna, najlepsza ponoć na świecie, cierpiała na brak zwłok do badań i eksperymentów. Zapoczątkowało to plagę kradzieży nieboszczyków po pogrzebie, a do dzisiaj można zobaczyć, że co bogatsi ludzie mają nagrobek dosłownie przyspawany do ziemi żelazem. W każdym razie- wracając do bohaterów tej historii- jeden z nich prowadził hotel i gość mu zszedł na jakąś zakaźną chorobę. Zadzwonił po drugiego i uradzili, że najlepiej pozbyć się ciała sprzedając je na uniwerek, hotel nie straci reputacji, a przy okazji jeszcze trochę grosza zarobić można.
Plan powiódł się doskonale, co zainspirowało ich do kolejnych transakcji, a że goście hotelowi nie chcieli, cholera, schodzić z tego świata sami z siebie, panowie Burk i Hare wydatnie im w tym pomagali. Pomogli tak dwunastu osobom.
Kres procederu nadszedł ze śmiercią prostytutki, rozpoznanej natychmiast przez studentów jak i profesorów. Obaj panowie zostali aresztowani, z czego jeden wykręcił się sianem, ochoczo opowiadając o wszystkim policji, drugiego zaś skazano i dokonano egzekucji, a z jego skóry zrobiono oprawę do księgi, w której ponoć do dziś absolwenci wpisują przysięgę, iż w handel zwłokami wciągnąć się nie dadzą.
Że też Hollywood nie kupiło jeszcze tej opowieści! W rolach głównych widzę Buscemi'ego i Pitta....
Kupił natomiast przemysł filmowy historię o niejakim Williamie Wallace, szerzej znanym jako Braveheart. Ale kupił po swojemu. Szkotom nie podoba się idealizowanie tej postaci, akcent Gibsona w filmie uważają za oburzający, nie rozumieją dlaczego Bitwa Mostu Sterling w filmie odbywa się bez mostu, a kiedy obok Wallace Monument zamówiono dodatkowy pomnik Wallace'a, a rzeźbiarz wykonał wierny portret Mela Gibsona, dochodziło do tylu aktów wandalizmu, że wladze nie mogąc nadążyć z renowacją otoczyły statuę kratami, co dało efekt komiczny, ponieważ miała ona napis WOLNOŚĆ, a stała w klatce... Koniec końców pomnik usunięto, ponoć kupił go Donald Trump, a jedyne posągi to te na szczycie tej wielkiej wieży.
Zresztą podobno dla Szkotów prawdziwy Braveheart to Robert the Bruce, no i może trochę też Rob Roy, który często określany jest mianem szkockiego Robin Hooda. Historycy upierają się jednak, że o ile wiadomo, że kradł bydło bogatym, nikt nie dowiódł, żeby jakikolwiek biedak na tym zyskał.
Przy tych historiach dojechaliśmy do Stirling, gdzie cała wycieczka rzuciła się do zamku, ja natomiast odwróciłam się na pięcie i poszłam zwiedzić miasto. Te piękne brukowane uliczki, widok na góry, kamienne domy, Szkoci w kiltach. Zajrzałam do gotyckiego kościoła Świętego Krzyża, zachwyciłam drewanianymi łukami w sklepieniu (wielokrotnie przebudowywany obiekt, sięgający niepamiętnych czasów). Organista z zapałem wyżywał się na swoim instrumencie, co dało dramatyczny efekt, jak w lochach Upiora z Opery.
W małym sklepiku kupiłam wodę i z radością odkryłam, że mają tu wynalezioną przeze mnie w Stanach przekąskę: 8 krakersików, 8 kawałeczków sera i 8 kawałeczków szynki konserwowej, zapakowane w pudełeczko z przegródkami. Rewelacyjne na szybkie zabicie głodu.
Stirling jest ciche, spokojne. Zwłaszcza w niedzielę w zimie. Dużym kołem wróciłam do zamku, wdrapałam się na flanki, zrobiłam zdjęcia. Ruszyliśmy dalej.
Krajobraz szkockiej wsi jest niesamowity. W oddali góry z ośnieżonym czubem, bliżej malownicze wzgórza, pasą się tysiące owiec, zieleń trawy jest wręcz nierealna i kontrastuje z nieprzebraną czernią gęstych, wysokich lasów, gdzie za jedyną ściółkę służy brunatny mech. Kiedy patrzy się do tego ciemnego, martwego lasu, człowiek czuje się jakby trafił na strony Harry'ego Pottera i wygląda gigantycznych pająków i jednorożców. Obok drogi wiją się wartkie strumienie. Od czasu do czasu mija się krowę, ale nie taką standardowo łaciatą, tylko brązową i kudłatą. Od czasu do czasu jakiś dom lub domiszcze. Ruiny zamku. Nie ma płotów, w Szkocji ziemia dostępna jest dla wszystkich (dlatego Madonna tu nie wytrzymała). Dodatkowym szczęściem jest, że wszystko to dzisiaj skąpane było w słońcu.
Nieplanowany przystanek robimy w zamku Doune, znanym miłośnikom Monty Pythona. Podobno fanatycy przyjeżdżają tu hurtowo z połówkami kokosa, i biegają w kółko udając konie. Kto nie widział filmu, a natknie się na nich, pewnie ma niezłą zagwostkę...
Na lunch zatrzymujemy się w miejscowości Aberfoyle, leżącej już w parku narodowym Trossachs. Tradycyjnie porzucam grupę i znajduję małą knajpkę wypełnioną miejscowymi. Zjadam talerz gorącej zupy kalafiorowo-brokułowej i bułkę. Kiedy wracam do autokaru zacxyna padać (z czego?!?! Na niebie ani chmurki...). Pod punktem zbornym pasą się dwa kuce szetlandzkie. Martwimy się trochę deszczem, bo kolejny punkt programu to podziwianie Loch Lomond, jednego z największych i najpiękniejszych jezior w regionie.
Norweskie powiedzenie "jeśli nie podoba ci się pogoda, poczekaj 10 minut" w Szkocji zostało skrócone. Do pięciu minut. I rzeczywiście, kiedy parkujemy na brzegu jeziora, deszcz nie zakłóca naszych planów. Wspinamy się na wzgórze podziwiać Lomond z lotu ptaka, potem schodzimy na dół i z drewnianych pomostów podziwiamy wody, wyspy, łodzie, kaczki, szuwary i aportujące patyczki psy. Przejeżdżamy na kamienistą plażę, słońce jest już nisko, fale szumią, a ja mam ochotę zrobić to, co trzydzieści lat temu, kiedy pierwszy raz pokazano mi Mazury: wejśc w ubraniu do wody.
Powstrzymuję się jakoś i wracam do busa. Przy dźwiękach szkockiej muzyki jedziemy do ostatniego punktu podróży: małej destylarni whisky. Oglądamy budynek, wodospad, z którego wody kiedyś służyły do produkcji trunku, beczki. W sklepie można kupić butelkę w cenie od £30 do około £100, albo beczkę whisky w cenie 4 000 (tak, tysięcy), co podobno bardzo ekonomicznie wychodzi około 20 funtów za litr. I za darmo robią tabliczkę do przybicia na tejże beczce, o treści dowolnej, np. "Sto lat, kochana teściowo".
Z jednej strony szkoda już wracać, z drugiej wrażeń było tyle, że usypiam w trakcie jazdy. Umawiam się z B., który dziesiąty raz zmienia swoje plany na wieczór. Kupuję jakiś obiad do mikrofali, sałatkę i dużego breezera. Po obiedzie przeprowadzamy krytyczną analizę Psów i Fightclubu, śmiejemy się ze stand-upów, gadamy. Robi się późno, więc żegnam się i wracam do hostelu.
xxx
Plan jest taki, żeby wstać wcześnie, ale długie pisanie bloga zmęczyło mnie tak, że ledwo się zwlekam koło 10. Zanim się wybiorę na miasto mija prawie dwie godziny, bo spakować się trzeba, włosy umyć... Na szczęście udaje mi się pożyczyć suszarkę z recepcji i nie muszę biegać z mokrą głową.
W pierwszych krokach idę do pomnika Scotta, szkockiego pisarza, którego statuę obudowano gigantyczną wieżą, na którą można się wspiąć pokonując 287 stopni. Schody są kręte i tak wąskie, że na górze dwóch postawnych panów prawie utknęło. Ale po dotarciu na każdy kolejny poziom, na każdą galerię, człowiekowi przed oczami ścielą się takie widoki, że nie czuje ani klaustrofobii, ani zmęczenia. Chociaż na schodach kilka ataków paniki mam, kiedy wiatr hula w maleńkich okienkach.
Obfotografowawszy panoramę sprawnie schodzę na poziom parteru i raźnym krokiem zmierzam na wschód, do Calton Hill. To park na wzgórzu, na którym jest obserwatorium, Pomnik Narodowy, który przypominałby Panteon gdyby inwestorom po dwunastej kolumnie nie skończyły się pieniądze, no i najważniejsze: jest kula.
Pamiętacie armatę na zamku, która strzela o 13, żeby marynarze na morzu wiedzieli, która godzina? Otóż na Calton Hill jest kula, która idealnie w tym samym momencie spada z hukiem z czubka wieży. B. twierdzi - a ja mu wierzę, żeby nie było potem...- że te dwa "zegary" są ze sobą fizycznie połączone. Przez pół miasta. Nieźle.
Z góry widać piękny pałac Holyrood i ruiny nie mniej imponującego opactwa na końcu Królewskiej Mili, drogi łączącej pałac z zamkiem. Gdzieś tam niedaleko jest szkocki Parlament. Dogłębne zwiedzanie zostawiam sobie na następną wizytę, bo już wiem, że to nie jest mój ostatni pobyt w Edynburgu, a wszystkiego na raz nie zdążę.
Nie mogę odpuścić za to Elephant House, kawiarni, w której J K Rowling napisała Harry'ego Pottera. Widzę, dlaczego to miejsce może inspirować. Wielkie okna wychodzą na stary cmentarz (jakby to nie zabrzmiało, cmentarze mają przepiękne, z zieloną trawą i nagrobkami w jednym stylu), widać panoramę miasta, a w środku- adekwatnie do nazwy- słonie w rzeźbach, na zdjęciach i obrazach. Mały szyld przypomina, że jest to "Dom Harry'ego Pottera", a na korkowej tablicy wiszą wycinki z gazet i książek poświęcone tejże kawiarni.
Po wypiciu kawy z maltizersowym ciastkiem idę szukać pomnika Greyfriars Bobby, wiernego psa, który po śmierci pana poszedł za konduktem i zamieszkał na cmentarzu, gdzie dożył swoich dni. Mijam go dwa albo trzy razy, zanim go zauważam. W trakcie poszukiwań natykam się na kościół zamknięty do renowacji, ale zachęcający tabliczką, żeby dzwonić i poczekać. Naciskam dzwonek i po ładnych kilku minutach otwiera mi staruszek pachnący naftaliną i ledwo trzymający się na nogach. Widać, że tak jest dumny z funkcji opiekuna tego kościoła, że nie mam sumienia powiedzieć mu, że ja tylko szukam pomnika psa, i pozwalam się oprowadzić i pokazać naprawdę zresztą imponującą akustykę. Dopiero później proszę o nakierowanie mnie na cel moich poszukiwań. Po drodze, pod samym kościołem, jest grób innego całkiem psa, 16-to letniego wiernego przyjaciela, którego pamięć właściciel chciał uczcić. Rozumiem.
Pod pomnikiem Bobby'ego udało mi się zryczeć jak bóbr, bo o ile ludzie zwykle mało mnie wzruszają, to zwierzaki strasznie.
Schodzę uliczką w dół i uśmiecham się na widok szyldu pubu Frankenstein. Przypomina mi to, że pobyt w Szkocji dobiega końca, a ja nie skosztowałam miejscowych specjałów. I jak na zamówienie wyrasta przede mna pub Burke, a w nim promocja: zestaw haggies pie i whiskey w promocyjnej cenie. Haggies to rodzaj- z braku lepszego słowa- kaszanki, podrobów owczych gotowanych z owsem, tradycyjnie podawanych w opakowaniu z żołądka, ale ponieważ mówimy o pie, to nadzienie włożono po prostu we francuskie ciasto. I tak mam pietra, zaczynam więc od whiskey dla animuszu. Trochę pomaga. Najbardziej boję się dużych kawałków niewiadomo czego, ale wszystko jest drobniutko zmielone, i je się to bez kłopotu, chociaż nie sądzę, żebym zamówiła to danie ponownie.
Po wyjściu z Burke szukam drogi na skróty i znajduję ją, w postaci małych podwórek, przesmyków i schodów, o których nawet nie wszyscy miejscowi wiedzą. Przecząc mapie, dochodzę do Galerii Narodowej w ciągu kilku chwil.
Sam budynek jest ładny, ze szkarłatnymi tapetami w ośmiokątnych salach. Dużo obrazów z polowań i dla mnie trochę kiczowatych landszaftów, ale udaje mi się odkryć coś ciekawego: czasowa wystawa prac Turnera, które porywają mnie swoim klimatem, mrokiem, kreską. Postanawiam się dokształcić z jego twórczości po powrocie.
Dłużej stoję też przy dwóch rzeźbach: Trzech Gracjach i Dwóch Mnichach w Żałobie. Znajduję jednego Van Gogha, ale mój artysta tym razem mnie zawodzi: Kwitnący sad ma za mało -jak dla mnie- ponurej, zagadkowej atmosfery . Dużo mocniej przemawiają do mnie nagie skały z obrazu nieznanego mi W H Patona.
Po wyjściu ostatnie zakupy, zamówienia od znajomych, ale też jakieś drobiazgi dla mnie. Czas się kurczy, wpadam do hostelu oczywiście za późno, B. już czeka u siebie, a ja jeszcze chce strzelić kilka fotek. Ostatnie pożegnanie z Caledonian Hostel i z walizką, trochę na około, bo mam jeszcze coś do załatwienia, wychodzę.
Do załatwienia jest oczywiście kubek ze Starbucksa, którego zażyczyła sobie moja przyjaciółka. Oni dobrze wykombinowali, żeby w każdym mieście sprzedawać kubek z jego panoramą, na pohybel mnie... ;-) Moje zaskoczenie nie zna granic kiedy odbijam się od zamkniętych drzwi.
JAKI IDIOTA ZAMYKA KAWIARNIE O 18.30?!
Dobra, Starbucksów jak psów, pójdę gdzie indziej. Zostawiam walizkę u B. i ruszamy na polowanie. W ogóle to mamy plan pójść do biblioteki, żebym ja mogła sobie kupić na pamiątkę uniwersytecki kubek. Niedaleko jest sklep uniwersytecki, gdzie miałam kupić koszulkę mojej przyjaciółce (nie tej od kubka, mam kilka przyjaciółek), ale B. mi uświadamia, że to też już zamknięte, więc od razu się kulę na myśl jaka czeka mnie reprymenda za niezrealizowane zamówienie... No, ale czas leci, biegniemy od Starbucksa do Starbucksa, i wszędzie całujemy klamkę. Dopiero na końcu miasta, kiedy B. ma już taką minę, jakby rozważał uduszenie mnie, udaje się. Uff.
Idziemy zatem do biblioteki po kubek dla nas. Dla nas, bo B. też postanowił sobie taki sprawić. Na szczęście pani za ladą jest Polką i ma anielską cierpliwość.
Co za sadysta robi kubek w jednym kolorze, obwódkę z logo uniwersytetu w drugim, pokrywkę w trzecim, a zatyczkę w czwartym i każe kobiecie dobrać i połączyć te elementy?!?! Dodam dla ułatwienia, że kolory nie pokrywają się, tzn. Pokrywki są czerwone, różowe i czarne, a zatyczki niebieskie, bordowe i białe. Zgroza.
Zanim mój kubek napełnił się kawą dodawaną do niego gratis (kolory wybrane to czerń, bordo, brudny róż), B. zdążył zmęczyć się staniem, usiąść i wypić pół swojej herbaty. Przy drugiej połowie stoczyliśmy bój światopoglądowy o dane personalne w sieci i brak zdjęć na fejsbuku pod tytułem "Czy to już paranoja, czy jeszcze zdrowy rozsądek?" ;-)
Wracamy po walizkę, myję zęby, przepakowuję się i z trudem zamykam walizkę tylko po to, żeby odkryć, że na łóżku została duża reklamówka z rzeczami. B. się śmieję, ja klnę i zaczynam zabawę od nowa.
W końcu udaje nam się wyjść, dwadzieścia minut po czasie. B. robi wszystko, żeby wywołać we mnie wurzuty sumienia (znowu schody? ja chyba dalej jestem chory... jak ja wstanę jutro?... którędy ja będę wracał?), mimo, że mówiłam, że sama trafię, a walizka ma kółka. Nie. Odprowadzi. W duchu jestem mu wdzięczna, bo nie lubię sama po nocy chodzić po mieście. Kółka kółkami, ale ta walizka jest średnio wyważona, obija się o krawężniki, wpada na pięty, robi salta podcinając nogi prowadzącej ją osobie. Przez te kopniaki i bruki chyba jednak dokładniej się w niej ciężar rozkłada, bo o ile jak wychodziliśmy nie chciała stać o własnych siłach, o tyle jak doszliśmy na dworzec to owszem.
W kolejce do autobusu spieramy się, czy trzeba posiadać telewizor.
Żegnamy się, wsiadam do autobusu, patrzę tęsknym okiem na Edynburg, ale po chwili daję się porwać magii kina na moim iPadzie. Po kilku godzinach przychodzi sen, niewygodny, bo jaki ma być w tych warunkach, zwłaszcza, że ogrzewanie chyba nie działa. Ale to nic. Zanim wzejdzie słońce, ja i moja walizka będziemy stukać pukać w chodniki Londynu.