poniedziałek, 23 czerwca 2014

Szetlandy 2

Szetlandy
22.06 - Levenwick

Noc na promie była okropna.

Zjedliśmy kolację, B. fish& chips, a ja pół porcji kurczaka Tikka Masala, popiliśmy piwem i próbowaliśmy się rozłożyć na naszych fotelach lotniczych. Nie było wygodnie, za to było pioruńsko zimno. Między fotelami szeroka przegroda, więc nie było nawet jak grzać się od siebie. Światła na suficie świeciły nam prosto w oczy, a rozbawiony tłum hałasował w barze obok. Budziliśmy się co chwila, mnie się wydawało, że ta noc się nie skończy. Łzy cisnęły mi się do oczu.

Ponieważ wszystko się kończy, nawet najdłuższa żmija jak mawia Jonek, to i noc ustąpiła miejsca świtowi. I to jakiemu! Morze zalało się słońcem, które rozgrzało od razu nasze zziębnięte ciała i wszystko znowu zaczęło mieć radosne kolory.

Na horyzoncie majaczy już port w Lerwick, w końcu dobijamy do przystani. Chcemy jechać na Unst. Tak, jest autobus, tak tak, codziennie. A, w niedzielę? No w niedzielę to akurat nie. A gdzie można dojechać w niedzielę, pytamy pana w hotelu po drugiej stronie drogi. Szuka w internecie, ale mówi, że nic z tej strony z rozkładem nie rozumie (!) i proponuje, żebyśmy poszli na dworzec i tam popytali.

Idziemy. Pod górę, objuczeni do nieprzytomności, przez całkiem wymarłe miasto. Ale pachnie morzem, przestrzenią i mewy drą się w niebogłosy, więc mało narzekamy. Na dworcu sytuacja jest następująca: drzwi zamknięte są na klucz ORAZ na kratę z kłódką, wisi znak, że toalety nieczynne do odwołania, na tablicy wyświetlają się odjeżdżające dziś autobusy (pierwszy za godzinę), a na ławeczce siedzi pani z dużym plecakiem.

Pani okazała się być Niemką po czterdziestce, jadącą z Orkney do znajomej gdzieś na południu wyspy. Chyba nie była z tych, co się bardzo przejmują, bo opatrzyła swój plecak kartką: PROSZĘ NIE RUSZAĆ, WRÓCĘ NA AUTOBUS O 15.00 i poszła zwiedzać miasto.

Nam zabrakło tak ułańskiej fantazji, więc ja zostaję z bagażami, a B. idzie szukać kawy. Wraca po kwadransie, ponieważ absolutnie wszystko jest zamknięte. Chyba rzeczywiście, bo Niemka wraca tuż za nim i jedzie razem z nami pierwszym autobusem.

Zdecydowaliśmy się odwrócić kolejność zwiedzania i zacząć od najdalej na południe wysuniętego campingu, w Levenwick. Autobus dowiózł nas pod sklep we wsi, a stamtąd - oczywiście pod górę- pięliśmy się piechotą.

Ale warto było! Widok na morze dech w piersiach zapiera, wokół pastwiska pełne owiec. Wybieramy najbardziej od wiatru osłonięte miejsce na maleńkim polu, być może za blisko kolejnego namiotu, bo kiedy wracają jego właściciele, wyrażają swoje niezadowolenie z powodu naszego bliskiego sąsiedztwa. Gdyby byli milsi, pewnie bym się przesunęła, ale ponieważ zdecydowali się być opryskliwi - będą żyć z nami pod nosem.

Rozkładamy namiot, robimy wytworny posiłek (kluski instant z torebki plus puszka kremu z kurczaka plus druga z ciecierzycą) i kładziemy się na chwilkę na maleńką drzemkę.

Trzy godziny mijają jak z bicza strzelił i B. w końcu zaczyna gwałtownie domagać się zwiedzania.

No to idziemy. W dół drogą do białej plaży, łukiem przez owcze pastwisko na cmentarz, na którym wszystkie nagrobki mają napis od wschodu, drogą która kończy się niczym, i kolejną, która doprowadza nas do campingu. Wygląda na to, że każde trzy domy stanowią odrębną miejscowość, do której prowadzi osobna droga, zawsze kończąca się owcami. Niby wszystko blisko, niby w zasięgu wzroku, ale po tych dwóch godzinach wracamy zmęczeni jak psy.

Po drodze wizyta w wiejskim sklepie. Pan za ladą, sześćdziesiąt kilo nadwagi, sapie jak parowóz, ale wita nas uprzejmym hello. Asortyment to trochę chemii, jakieś gazety, od Bóg raczy wiedzieć jak dawna stojące jajka, chleb, słodycze, napoje, ale piw niestety żadnych. W rogu dwie duże zamrażarki, obok sprzedawcy chłodnia, a w niej zamiast wędlin i serów połamane okulary, stare paragony i dziwne przedmioty nieznanego pochodzenia i zastosowania. Zapach w sklepie sugeruje, że coś tu zdechło, a teraz leży w kącie i gnije.

Najbliższe Tesco jest 17 mil stąd, więc wybrzydzać nie ma jak. Bierzemy chleb, wodę i jakieś smakołyki i z ulgą wychodzimy na zewnątrz. Na oknie wisi ogłoszenie o zumbie. Na Szetlandach! Co ciekawe, to B. zauważył, nie ja.

Na campingu szykujemy ciepłą kolację, i grzejemy się herbatą, bo mimo słońca i naprawdę ciepłych dni, jeszcze nie przywykliśmy do outdoorowych warunków. Siedzimy w małym pomieszczeniu, które jest biblioteką (B. już wypatrzył jakąś książke bez której żyć nie może, a że nie mamy co zostawić na wymianę, to pewnie po prostu ją wykupi), pralnią, dobrze wyposażoną kuchnią, salą video, świetlicą i centrum informacji lokalnej w jednym. Słowem, każdy musi tu przyjść.

I tak poznajemy starszego pana, który po Szetlandach przejechał 80 mil na rowerze, motocyklistę, który razem ze znajomymi przyjechał spod Edynburga, a wreszcie jednego z ochotników prowadzących camping, któremu płacimy za pobyt.

Ten "gang" motocyklowy jest bardzo imponujący. Jest ich około sześciu osób, przyjechali na wielkich, hałaśliwych, błyszczących maszynach, od stóp do głów ubrani w skórę, wyglądają wypisz wymaluj jak z amerykańskich filmów. Są bliżej 50-ki niż jakiegokolwiek innego wieku. Rozłożyli namioty i na wysokim maszcie zatknęli flagę z herbem szkocji. Kiedy się już przezwycięży strach przed pierwszym kontaktem, są bardzo mili i pomocni, oraz sypią z rękawa śmiesznymi historiami.

Pomoc przydała się o tyle, że mamy dziurawy materac.  Mieszaną metodą moją (podlać wodą, zobaczyć skąd idą bąbelki) i B. (obmacać i słuchać, gdzie syczy) zlokalizowaliśmy dziurę i próbowaliśmy ją zakleić szeroką taśmą pożyczoną właśnie od motocyklistów. Niestety taśma nie chce się kleić do gumy i obawiam się, że czeka nas noc na glebie, a jutro trzeba albo kupić dobrą łatkę, albo po prostu materac.

Leciutko kropi deszcz (nareszcie!), jest 22:40, a na zewnątrz wciąż jasno. Ja się upieram, żeby posiedzieć i zobaczyć, czy w ogóle zrobi się ciemno, ale SĄ TACY, którzy koniecznie chcą już iść spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz