12.02
To jest bardzo długi dzień…
Skoro samolot miałam mieć o 6.50 rano, pomyślałam, że nie warto się kłaść. Miałam taką idealistyczną wizję nocy, w ciągu której się pakuję, szykuję, sprzątam mieszkanie, żeby było miło do niego wrócić (i tak zawsze jest, ale…). Plątały mi się po głowie myśli o depilacji, epilacji, eksfoliacji, mani- i pedikiurze, ułożonych włosach i nasmarowanym balsamem ciele.
Nie wiedzieć czemu okazało się to awykonalne.
Do drugiej w nocy spędziłam czas (uroczo) na plotkach z przyjaciółką, a potem usiadłam do komputera, drukować bilety, rezerwacje, zgrywać na pendrajwera –jak mawia mój szwagier- filmy, które chcę zabrać. O trzeciej podjęłam decyzję o zabraniu netbooka, więc zaczęłam przegrywać wszystko w drugą stronę. Jeszcze mały problem z drukarką, ze znalezieniem kilku plików i już widać było, że czas się kurczy i pora zagęszczać ruchy.
Koniec końców wrzuciłam do walizki, co się nawinęło (a nie nawinęła się na ten przykład kłódka do szafki, więc musiałam tu kupić kolejną; zrobiła się tych kłódek już cała kolekcja…..), obcięłam paznokcie na krótko, wzięłam prysznic i z wilgotnymi jeszcze włosami dwadzieścia po piątej wsiadłam do taksówki.
W między czasie nastała sroga zima, i taksówkarz wlókł się tak niemiłosiernie, że pewnie gdybym z rozpędu na śledzia na walizce jechała na Okęcie –o przepraszam, lotnisko im. Fryderyka Chopina ;-) – byłabym szybciej.
Szybciej też byłoby się odprawić przez internet, ale jakoś nie miałam zaufania, że nie wyślę walizki na Madagaskar. No to za karę odstałam prawie godzinę do odprawy (sic!). Ubawiłam się trochę panem w butach EMU (tak, PANEM w butach EMU: idiotyczny widok), który ważył pojedynczo swoje spodnie, żeby zobaczyć ile musi wyjąć z walizki, żeby nie zapłacić za nadbagaż. Później nawarczałam na panią, która z baranim uporem stawała pięć centymetrów za mną: ja się odsuwam, ona do mnie. W końcu powiedziałam, że robię to po to, żeby nie wisiała mi na plecach. Opanowała się. W końcu przyszła moja kolej na odprawę. Chciałam miejsce przy oknie, ale pan mnie wyśmiał. Przy oknie rozeszły się podobno przez internet. Miał mnie posadzić od przejścia, ale kretyn jeden, żeby go wykręciło, posadził mnie na długi lot w samym środku. No nic, czas do samolotu. Bramki dopadłam z włosem rozwianym, ale na czas.
Po drodze potknęłam się o Wojciecha Maternę, do którego po chwili dołączyli państwo Lis, Tomek rozbawiony i skrzący żarcikami, Hania z miną wielce nieszczęśliwą. Chyba nie jest rannym ptaszkiem. Muszę przyznać, że parę stanowią wizualnie bardzo ładną.
Lot do Amsterdamu przespałam, z przerwą na zjedzenie czegoś, na czym było napisane SANDWICH, wywnioskowałam więc, że kanapka, bo po smaku się nie dało. Sprawna przesiadka i po jedenastej leciałam już w stronę USA.
Lot nie był udany. O miejscu już wspominałam, wygodnie nie było, okna w ogóle nie widać z tej odległości, gorąco jak w piekle. Pospałam dwie godziny, obejrzałam dwa filmy. Chciałam spaghetti na obiad, ale oczywiście pan przede mną wziął ostatnie, skazując mnie na kurczakowe tajin. Wino było przynajmniej w rozsądnych ilościach.
Poobserwowałam sobie pasażerów, firma Apple króluje. Ciężko było znaleźć kogoś nie wpatrzonego w iPada, i Poda, iPhone’a lub Mac Booka… Poza tym w czterech językach czytano Jedz, módl się, kochaj. Reszta spała.
Jedenaście godzin to dużo. Wylądowaliśmy na czas, straż graniczna to jak zwykle sami Latynosi i azjaci, co dla mnie za każdym razem jest wyrazem ironii. Sami są tu od pięciu minut, a decydują kto może, a kto nie może wjechać do kraju. Pani o nazwisku Gonzales przepytała mnie ze śmiertelnie poważną miną co tu robię, dlaczego, czy sama, gdzie jadę, czym się zajmuję w Polsce, kiedy ostatnio byłam w Stanach i jak długo, co moim zdaniem było głupie i tendencyjne, bo założę się, że od razu wyświetliło jej się to na monitorze, a ja musiałam bardzo wysilać pamięć. Na koniec konspiracyjnym szeptem zapytała ile mam gotówki, zrobiła mi zdjęcie, zdjęła odciski palców i przystawiła upragnioną pieczątkę w paszporcie.
„San Francisco na lewo” – powiedział pan za odbiorem bagażu. Minęłam szklane drzwi i znalazłam się w innym świecie. Słońce, ciepło, palmy, góry. Żeby się nie rozpuścić, szybko się przebrałam, bez trudu znalazłam kolej BART i w pół godziny byłam w centrum.
No nareszcie! Pojawiło się miasto, które może być konkurencją dla Nowego Jorku. San Francisco jest przepiękne! Architektura, stare tramwaje, ulice które pną się w górę tylko po to, żeby za następnym zakrętem zbiec pionowo w dół. Idąc do hostelu mijałam wszystkie ukochane sklepy: GAP, Apple, Banana Republic, oraz te, o których mogę tylko pomarzyć, jak Luis Vuitton, Dior, Fendi.
Sprawnie zameldowałam się w hostelu, który robi świetne wrażenie i poszłam zwiedzić Union Square. Czyli –umówmy się – sklepy. Na początek Bloomingdales. Jimmy Choo. Najtańsze baleriny - $530. Buty, które podobały by się mojej Mamie (i kiedyś jej takie kupię) – 650. Torebka Marc Jacobs - $300. Dużo fajnych rzeczy, na szczęście nauczyłam się nie nosić ze sobą karty ;-) Poszłam dalej, do Adidasa, sprawdziłam cenę Superstars, bo moje szesnastoletnie (!) zasługują już na emeryturę. Oddałam się nałogowi picia Vitamin Water, za którym przepadam. W końcu kupiłam sobie tunikę na Powell Street, żeby nie czuć się poszkodowaną, i usiadłam w Starbucksie rozplanować resztę dnia. Po przestudiowaniu mapy ustaliłam, że przejdę się do Chinatown.
Dotarłam tam od innej strony, niż sugerował przewodnik, ale obejrzałam wszystko, co powinnam, i nie powiem, żeby wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta dzielnica. Chyba po jakimś czasie dochodzi się do wniosku, że Chinatown w Londynie, Nowym Jorku, Pekinie i wszędzie indziej wygląda tak samo. Zrobiłam sobie zdjęcie pod Bramą Smoka, trochę rozczarowana, że nie zlokalizowałam żadnej fajnej, acz taniej knajpeczki na kolację, i falistymi uliczkami wróciłam do hostelu. Na kolację sushi z delikatesów i pół bajgla. Zasiadłam do pisania we wspólnym pokoju, gdzie mnóstwo ludzi gra w bilard i w Jengę, ale nie taką malutką na stole, tylko budują wieżę aż do sufitu, więc kiedy się im ona rozpada, huk jest taki, że umarłego by obudziło.
Dla niewtajemniczonych: Jenga polega na ułożeniu bloczków z drewna jeden na drugim, po trzy, jedna warstwa wzdłuż, druga wszerz. Gracze wyjmują po jednym bloczku i układają go na górze tak, aby konstrukcja nie runęła. Zawsze oczywiście runie, wcześniej lub później.
W San Francisco jest po ósmej. Nie mam poczucia przestawienia doby, nie odczuwam jet lagu. Ale na moim komputerze wyświetla się polski czas, nieubłaganie przypominając, że w ciągu ostatnich czterdziestu sześciu godzin przespałam cztery, w konfiguracji dwa razy po dwie. Mało. Ziew. Chyba pójdę się położyć.
13.02
Obudziłam się wcześnie, jeszcze było ciemno. Moja Azjatycka współlokatorka już stukała w klawiaturę swojego laptopa. Przemyślałam, czy pęcherz mam tak pełny, jak mi się wydaje, bo dostała mi się –jak zwykle- kwatera na pięterku, ale okazało się, że nie można niektórych spraw odkładać i z westchnieniem po omacku zeszłam na dół po drabince.
Planowałam jeszcze pospać, ale upłynęło kilka minut i nadal miałam otwarte oczy. Zapaliłam lampkę i zaczęłam studiować przewodnik i plan miasta. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że jestem głodna, zgarnęłam więc wszystko i zeszłam do kuchni.
Hostel zapewnia rano kawę i ciasto na naleśniki. Nie takie nasze, tylko te puchate amerykańskie. Próba usmażenia pierwszego skończyła się spektakularną porażką, drugi wyszedł całkiem nieźle. Trochę to trwało, dzięki Bogu, że w lodówce miałam zadołowane pół bajgla, którego nie dojadłam wczoraj… Przypaloną patelnię wstawiłam do zlewu. Polałam naleśniki syropem klonowym, uzupełniłam kubek z kawą i zabrałam się do rozplanowywania dnia.
Pomna na napis „NIE MA TU TWOJEJ MATKI. POZMYWAJ PO SOBIE”, poszłam odszukać w zlewie moją patelnię, ale mył już ją jakiś uczynny człowiek, który w dodatku zaproponował także umycie mojego talerza i kubka. Wróciłam więc na górę na szybki prysznic. Przy okazji wyszło na jaw, że Australijki okupujące dolne prycze wyjeżdżają, i od razu ucieszyłam się na perspektywę pożegnania z drabinką.
Wyszłam na Post Street punktualnie o dziesiątej. Skręciłam w lewo, jak kazała mapa i pięłam się w górę do Japan Town, zwanego również Małą Osaką. Pogoda nader dla mnie łaskawa, słoneczko, ciepło. Zrobiłam kilka zdjęć pod pagodą i poszłam dalej w kierunku Pacific Heights.
Ta mieszkaniowa dzielnica bardzo przypominała mi architektonicznie nowojorski Harlem. Schody pożarowe przyczepione do fasad budynków, piękny design. Powoli apartamentowce ustępowały miejsca domkom jednorodzinnym. W jednym z ogrodów rosło cudne drzewo, na którym dojrzewały żółciutkie cytryny. Pod jednym z domów obszczekał mnie piesek, który spędzał niedzielę na fotelu w wykuszu, i czekał tylko na powód, żeby przenieść się na stojące obok niego biurko i krzyczeć w niebogłosy, merdając przy tym ogonkiem.
Niespodziewanym odkryciem okazał się kościół św. Dominika, którego nie pamiętam z przewodników, a naprawdę jest ładny.
Dalej już tylko małe uliczki. W pewnym momencie odwróciłam się po coś i okazało się, że mam u stóp całe San Francisco. Bajka. Po odpowiednio długiej chwili zachwytu skręciłam w prawo i zaczęłam schodzić w stronę nabrzeża i parku Presidio.
Od pierwszego wejrzenia zachwyca mnie roślinność. Jest taka…. Inna! Zwłaszcza tu, w tych zielonych płucach miasta robiła wielkie wrażenie. Na tyle wielkie, że nie przestraszyła mnie tablica o grasujących kojotach ;-)
Od pewnego czasu rozglądałam się za mostem Golden Gate, który mógł wychynąć z każdego zaułka. W końcu przestałam, i oczywiście wtedy pojawił mi się, najpierw jako jeden samotny, ale nie możliwy do pomylenia z niczym filar. Tchnęło we mnie nową energię, i rzuciłam się w odpowiednim kierunku, dopóki nie pojawił się przede mną w całej okazałości. Osnuty resztkami porannej mgły, królujący nad plażą w zatoce – piękny. Zrobiłam milion zdjęć, przysiadłam na murku i zaczęłam kontemplować watahy psów bawiące się na plaży.
Mieszkańcy najwyraźniej spędzają niedziele nad wodą. O ile dysponują psem, zabierają go na kąpiel w zatoce, rzucanie piłeczki i ogólne wyhasanie. Ci bez psa uprawiają jogging albo jeżdżą na rolkach. Wszyscy –z psami na czele- robią wrażenie bardzo szczęśliwej gromadki.
Uparłam się znaleźć outlet , o którym czytałam w jakiejś ulotce, co zajęło mi trochę czasu. Później okazało się, że moja słabość do ubrań z logiem Calvina Kleina być może uratowała mnie przed zamarznięciem….
Wyszłam ze sklepu i wzdłuż wybrzeża ruszyłam w stronę Fisherman’s Warf. Spacer przypłaciłam bolącymi nogami-bo to wcale nie tak blisko- i spieczonym karkiem. Powoli zaczynało mi burczeć w brzuchu, przyjęłam więc azymut na diner, który miał być fajny i autentyczny, a okazał się plastikową tandetą, zniesmaczona więc postanowiłam szukać szczęścia gdzie indziej.
Na szczęście zaraz obok na wybrzeżu sprzedają wszystko, co pływa w morzu oraz frytki. Najpopularniejszy jest clam chowder, rodzaj kremowej zupy, która za niewielką dopłatą może być podana w chlebie na zakwasie. Dumni z tego chleba są jakby Amerykę odkryli. Zdecydowałam się na kalmary z frytkami, najadłam do syta i ruszyłam dalej w stronę nabrzeża nr 33, skąd o 16.20 miał odpłynąć mój prom do Alcatraz.
Po drodze minęłam Pier 39, wypełniony knajpeczkami i turystami, oraz akwarium, z którego z żalem musiałam zrezygnować ze względu na brak czasu. Może to i dobrze, $17 za wstęp to dość wygórowana cena.
Prom na Skałę odpłynął punktualnie. Już przy wsiadaniu okazało się, że gdyby nie cieplutka, milutka CK bluza zakupiona koło Golden Gate, zamarzłabym ani chybi. Prom mknął w stronę Alcatraz, przybliżając więzienie wyrastające z surowej skały.
The Rock robi wrażenie. Od portu trzeba się wspiąć na górę drogą odpowiadającą podobno pokonaniu 13 pięter. W środku dostaje się słuchawki i głosy autentycznych byłych strażników i więźniów oprowadzają turystę po budynku. Prysznice, cele, izolatki, sale szpitalne – łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądało tu życie. Dodatkowym bonusem jest widok na miasto, który dla więźniów podobno był dodatkową torturą, przypominając im życie, którego nie mogli mieć.
Alcatraz działał przed erą resocjalizacji. Więzień miał prawo do jedzenia, ubrania, dachu nad głową i opieki medycznej. Reszta –łącznie ze spacerniakiem- była przywilejem, na który trzeba było zasłużyć. Nikt nie był SKAZANY do tego miejsca. Trafiali tu więźniowie, którzy podpadli w innych placówkach. Tu mieli się nauczyć posłuszeństwa i dyscypliny.
Zanim prom odbił od brzegu, zapadła noc. Trochę zawiódł mnie widok na San Francisco nocą, znowu prowadzi Nowy Jork, zawsze rozświetlony i imponujący. W ciągu dwudziestominutowej podróży wypiłam kawę i dałam odpocząć mocno już bolącym stopom. Na tyle mocno, że zdecydowałam się wracać do hostelu tramwajem. Zwykle wolę chodzić, ale Street Car F jest atrakcją turystyczną sam w sobie, więc pojechałam, podziwiając po drodze Ferry Building i Civic Center z ratuszem i filharmonią.
Pod domem kupiłam gotowy obiad do mikrofali, który okazał się bardzo zjadliwy jak na $3, i półtoralitrowe wino, ponieważ wszystkie 0,75 były droższe. Nogi mi odpadają. Policzyłam z pomocą google maps, że przeszłam ponad 17 kilometrów. Nic dziwnego, że oczy mi się kleją. Dobrze, że jutro lżejszy dzień.
Na koniec tylko wspomnę, że San Francisco mieści wszystkie kategorie wariatów i dziwaków znane ludzkości. Są performerzy, bezdomni, pijani, pomysłowi i hipisi. Co chwila natykam się na ulicznych grajków, panów robiących zwierzątka z balonów albo z drutu. Mówiących do siebie albo wrzeszczących na przechodniów. Żebrzących o drobne albo stojących z napisem „JEZUS CIĘ KOCHA”. W powietrzu zawsze brzmi muzyka. Ktoś gra, ktoś śpiewa, ktoś tańczy. To chyba część uroku tego miasta.
Nie mam tylko większego szczęścia do knajp. Podobno na każdych 28 mieszkańców przypada tu jedna restauracja, co jest bardzo wysoko powyżej średniej, ale ja nawet w Chinatown natykałam się głównie na chiromantki i fryzjerów, a zjeść atrakcyjnie nigdzie się nie dało.
Dziwne.
14.02 Walentynki
Dzień trzeba zaliczyć do udanych, jeśli przed lunchem wypiło się osiem gatunków dobrego wina…. Nawet, jeśli pogoda pozostawia wiele do życzenia.
Wstałam rano na wycieczkę do Napa Valley, produkującej jedne z bardziej znanych w USA win. Autokar spóźnił się dwadzieścia minut, ale udało mi się nie histeryzować z tego powodu. Kilka formalności i po dziewiątej byliśmy już w drodze do Wine Country.
W planie trzy winiarnie. Pierwsza chyba najładniejsza, ale i najbardziej bez charakteru. Druga, Madonna Estate, najbardziej pouczająca: miła pani ładnie tłumaczyła jak się robi wino, dlaczego czasami butelka osiąga kosmiczne ceny, skąd pochodzi drewno na beczki. Co zaskakujące, mieli bardzo smaczne Chardonnay, mimo, że nie jestem fanką białego wina. Później lunch w Yountville, które moim zdaniem było tak samo autentyczne, jak outlet Factory pod Piasecznem, ale obroniło się klasycznym amerykańskim dinerem z kelnerkami wyglądającymi jak klony Sookie Stackhouse i naprawdę pysznymi, prawdziwymi, wołowymi hamburgerami smażonymi wedle gustu i uznania na życzenie klienta. Na koniec wizyta w znanej chyba wszystkim Sutter Home, gdzie była okazja spróbować nie tylko znanych powszechnie odmian, ale także win, które sprzedają tylko u siebie, oraz robionego przez nich Sherry i Porto, do których podali truskawki i dwa sosy: czekoladowy i karmelowy. Poza tym można było skosztować sosów do sałatek na bazie oliwy. Szczególnie przypadł mi do gustu waniliowo-figowy, ale zdecydowałam, że miejsce w walizce zachowam na ciuchy… Koniec końców z Napa na pamiątkę kupiłam magnesik z napisem „You’re right on time, it’s wine o’clock”.
Kierowca / przewodnik dużo wiedział o historii regionu i produkcji win, i bardzo się irytował, kiedy ni w ząb nie rozumiejący go Latynosi prowadzili zażarte dyskusje, ignorując wykład. Poza tym z ciekawych ludzi była para Afro amerykanów, w wieku koło pięćdziesiątki, tak sztampowych, że gdybym ich opisała, nie uwierzylibyście, że ich nie wymyśliłam. Sposób mówienia, ubrania, reagowania na rzeczywistość – jakby wyskoczyli z jankeskiego sitcomu. Obok nich siedziała biała para, również bardzo sympatyczna. Zwłaszcza ona, wcielenie amerykańskiej urody, blondyneczka, zęby tak białe, że na pewno świecą w ciemności. Kiedy w autokarze zrobiło się gorąco i zdjęli koszulki okazało się, że mogą zawstydzić bohaterów Miami Ink. Praktycznie każdą część ich ciała pokrywały tatuaże: kolorowe, duże, agresywne. Mamusia i Tatuś całe życie mi powtarzają, że tatuują się tylko kryminaliści i prostytutki: szok między buzią aniołka a ciałem miłej pani był więc dla mnie ogromny.
A propos buzi aniołka, to muszę napisać, że ludzie jako ogół są tu bardzo wylewni. Mało kto mija cię na ulicy nie skinąwszy głową, a najczęściej witają się i uśmiechają. Kilka razy spotkał mnie niespodziewany komplement w stylu „Piękne kolczyki!”. Najmilszy i tak był chłopak w ostatniej winnicy, który zażądał mojego dowodu przed podaniem mi wina. 10 lat już za mną ten moment, a on pyta! Ale fajnie! Starszy Murzyn obok mnie na widok całej sytuacji zaczął nagabywać: Mnie też pan zapytaj o dowód! Nooo, dalej, zrób mi pan przyjemność!
W Yountville miało miejsce ciekawe zdarzenie. Kierowca przed odjazdem zapytał, czy wszyscy są, bo mu się liczba zgodzić nie chciała. Powiedziałam nieśmiało, że chyba była jeszcze jedna pani, co podchwyciło kilka osób: Tak, tak. Była. Starsza taka. Miała duży aparat. Przejechaliśmy miasto dwukrotnie i postanowiliśmy dać spokój. I tak wracaliśmy tą samą drogą, była szansa, że kobita zadzwoni do biura z awanturą i jakoś nas umówią. Pojechaliśmy do ostatniej winnicy. Kiedy wychodziłam, kierowca mówi: ta kobieta jest w autobusie, cały czas tam siedziała. –Dlaczego nic nie powiedziała? – pytam. –A co miała powiedzieć? To ja jestem samotną starą babą z aparatem?!
Wracaliśmy przez Sonoma Valley, również znanego producenta win, i Golden Gate Bridge, który z bliska jest tak samo uroczy, jak z daleka. Ponieważ byłam w hostelu dość wcześnie, postanowiłam udać się na zakupy, wyjątkowo niestety nie udane; są takie dni, kiedy nic człowiek sobie dobrać nie może. Szybkim truchtem wróciłam na nowy odcinek House’a: w końcu nie po to jestem w Stanach, żeby oglądać powtórki z opóźnieniem. Co prawda, żeby wygrać dostęp do telewizora musiałam bezpardonowo przerwać pewnej parze oglądanie filmu w połowie, ale uznali chyba, że jakaś wariatka, to nie będą wchodzić w zbędne dyskusje.
Teraz siedzę w pokoju wspólnym, gdzie z okazji Walentynek serwują darmowe desery: ciacha, lody, truskawki (!). Jedna z par mnie wzruszyła: w całym tym rejwachu zorganizowali sobie romantyczną kolację, gotując wykwintne dania podane na hostelowych, obtłuczonych talerzach, pijąc dobre wino z plastykowych szklanek. Za obrus służy im prześcieradło, na stoliku stoi kwiatek…. Urocze! Reszta pije piwo i głośno dyskutuje. W ogóle muszę powiedzieć, że Valentine’s Day chyba huczniej obchodzony jest u nas, niż u nich. Owszem, jest tradycja miłej kolacji i kupienia babie kwiatka, ale oni w ogóle więcej niż my wychodzą. Nie ma atmosfery szaleństwa, amorków i serduszek na każdym rogu. Wszystko przebiega spokojnie.
Martwię się trochę pogodą. Nie zależy mi na upale i słońcu, ale jest kilka miejsc, w których wolałabym, żeby nie padało. Mapa pogodowa póki co nie nastraja optymistycznie.
15.02
Pierwsze koty za płoty. Ale po kolei.
Wstałam rano, i mimo, że wszystkie prognozy krzyczały „deeeeszcz!” suchą nogą obeszłam pozostałą część miasta. Mam poczucie, że San Francisco zwiedziłam porządnie, udzielałam nawet dzisiaj rad (zapytana na ulicy) innym turystom.
Miałam podejść Hyde w górę do Powell i wsiąść w zabytkowy tramwaj. Ponieważ jednak chyba mam ADHD, nie doczekawszy się go w pięć sekund z rozpędu doszłam aż do Lombard, ulicy znanej jako najbardziej kręta ulica świata. Ktoś chyba mocno pijany ją projektował… Ale za to jaki ciekawy punkt miasta powstał!
Stamtąd, oczywiście nadal piechotą, nie bacząc na strome podejścia, poszłam do Coit Tower, a za pieniądze zaoszczędzone na tramwaju wjechałam windą na górę podziwiać panoramę miasta. Pięknie widać most Golden Gate, Alcatraz, dzielnicę finansową. Upewniłam się z tej perspektywy, że nie ma miejsc, do których nie dotarłam i spokojnie zjechałam windą w dół.
Skorzystałam z autobusu zatrzymującego się pod wieżą, potem przesiadłam w tramwaj i dopadłam upatrzonych wcześniej sklepów w okolicy Union Square, na które wczoraj nie starczyło mi czasu. Zwłaszcza cieszyłam się na Macy’s, które jest tak samo ciekawym domem towarowym w Nowym Jorku, Bostonie i San Francisco. W życiu nie wyszłam stamtąd z pustymi rękami. Dzisiaj też: odebrałam swój kupon na 10% zniżki, który przysługuje wszystkim obcokrajowcom, i ruszyłam między wieszaki. Śmieszne jest to, że – do czego nie mogę się przyzwyczaić- w stanach na metkach, w menu i każdym innym miejscu podaje się cenę BEZ podatku, i dopiero przy kasie człowiek się orientuje, ile de facto zapłaci; zniżkowa karta powoduje więc, że cena z metki staje się ceną właściwą, co ułatwia pospieszną matematykę. Tak czy siak, po godzinie ja, Calvin Klein i Donna Karan wyszliśmy z Macy’s i poszliśmy zabrać walizkę z hostelu.
Pojechałam na lotnisko odebrać samochód. Pan w okienku długo mnie namawiał, żebym dopłaciła do lepszego o oczko pojazdu, ale ponieważ uparcie odmawiałam, dał mi go bez dopłaty twierdząc, że mu mnie szkoda. Podejrzewam, że po prostu małe autka mu wyszły i nie miał innej opcji. Ja i mój Chevrolet dwadzieścia po czwartej wyjechaliśmy na wielką drogę.
Skrócę opowieść o tym, ile razy się zgubiłam, jak niedokładną mam mapę i jak kocham mojego iPhone’a, który nawet bez połączenia z internetem wyświetla trasę, o ile zaprogramuje się ją wcześniej. Nie będę pisać, jak dwa razy wjechałam tym samym złym wjazdem na autostradę 880, bo po co. Najważniejsze, że koło ósmej dotarłam do Merced, mokra z wrażenia, lekko przerażona ogromem przedsięwzięcia pod tytułem Road Trip, który to ogrom uderzył mnie dzisiaj na żywo ze zdwojoną siłą. Wrażeń z drogi nie mam jeszcze żadnych, poza tym, że wiało, jakby się cygan powiesił, i dopóki nie zapadł zmrok mogłam podziwiać malownicze góry oraz jechałam bardzo, bardzo długim mostem.
Dojechawszy do Merced zadzwoniłam do Larry’ego i Jen po adres hostelu. Prowadzą go od 22 lat, są inspektorami innych takich placówek, są oczywiście zrzeszeni w Hostelling International, ale ponieważ ich hostel to de facto ich dom z dwoma pokojami czteroosobowymi, nie szastają adresem wszem i wobec po przewodnikach i stronach internetowych.
To taka miła, amerykańska dzielnica z równymi płotkami i przyciętą pod linijkę trawą. Larry długo opowiadał mi o okolicy, uprawach migdałów, moreli i wiśni, o farmach kurzych i hodowlach bydła. A także o Yosemite, do którego jutro się wybieram. Rano podrzucą mnie do autobusu (lepiej i taniej niż samochodem), niestety na 7 rano…. Chciałam jechać tym o 9, ale Larry nie mógłby mnie wtedy do niego dowieźć.
Dom jest przyjemny, czyściutki, ale pełno w nim zasad nie do złamania, typu –o zgrozo- zakaz spożywania alkoholu. No naprawdę, żeby człowiek nie mógł lampki wina przed snem?!.... Trudno. Dwie noce odwyku. Przeżyję.
16.02
Pobudka była o szóstej, bo o siódmej odjeżdżał autobus do Yosemite. Żułam nieprzytomna tosty w kuchni, rozglądając się po domu. Typowy amerykański kicz: koszyczki, wianuszki, kalendarzyki, makatki, łyżeczki w szklanych gablotach. Wczoraj pisałam o trawce i płotkach, i może ktoś odniósł mylne wrażenie, że mieszkam –przepraszam za filmowy odnośnik- na Wisteria Lane. Nic z tych rzeczy. Merced jest siedzibą klasy robotniczej i rolników, domki są parterowe i kryte sidingiem, ze ścianami tak cienkimi, że nic się przed nikim nie ukryje.
Przy śniadaniu towarzyszył mi Benji, pięciomiesięczny cockerspanielopudel, który pokochał mnie od razu, z wzajemnością. Dopiliśmy kawę i Larry zgodnie z obietnicą podrzucił mnie na autobus.
Prowadziła go miła Latynoska. Z jej rozmowy z kolegą siedzącym obok mnie dowiedziałam się, że ma czworo dzieci (a nie była dużo starsza ode mnie), rozstała się z ich ojcem i mieszka z-ulubione słowo mojej mamy- konkubentem, który sam ma potomstwo w wieku lat 20 i 22, więc naturalnie już doczekał się trójki wnucząt. Czy tylko mnie przeraża ten model rodziny?
Wspomniany kolega natomiast był typem mocno użalającym się nad sobą. Bo pracy nie może znaleźć. Bo chciałby się w końcu nauczyć angielskiego, skoro tyle lat tu mieszka, ale jakoś nie umie sobie dobrać szkoły. Bo samotny jest, ale może kiedyś znajdzie tą jedyną, co to go w końcu zrozumie. Bo pół roku miał krwotoki z nosa i miał mieć operację, ale samo przeszło. Matko Boska! Gdyby nie to, że bałam się, że jak się przyznam, że rozumiem po hiszpańsku, to zaczną dyskutować o pogodzie czy innych nudach, to miałabym kilka soczystych komentarzy.
W połowie drogi dosiadła się pani, której od wejścia wszystko nie odpowiadało. Że autobus spóźniony. Że jak ona ma pokazać bilet, skoro ma w rękach co innego. I dlaczego kierowca rusza, skoro ona jeszcze nie usiadła.
-Naprawdę? Musimy to przechodzić codziennie? Pięć lat pani jeździ tym autobusem i ciągle te same tematy – powiedziała Latynoska mistrzyni kierownicy.
- Bo to tylko pani jest niemiła. Wszyscy inni są lepsi. – pada odpowiedź.
-Nie przejmuj się, to normalne – mówi do mnie konspiracyjnym szeptem pani kierowca – To biedna kobieta, alkoholiczka, ciągle z nią są takie hece.
Podróż trwa trzy godziny. W nocy w Merced padało, przy wyjeździe już nie, ale po kilkudziesięciu milach znowu siąpi. W końcu leje. Autobus pnie się coraz wyżej w góry. Deszcz przechodzi w śnieg, trzeba założyć łańcuchy na koła. Wiem już, że dobrze zrobiłam nie biorąc samochodu.
W końcu dojeżdżamy. Śnieg i mgła. Szybka orientacja w terenie i idę na łatwy szlak. W punkcie widokowym co prawda nic nie widać, ale słychać wodospady. Idę więc szlakiem do nich, na słuch. Piękne. Tony wody przewalają się po ogromnych głazach. Dochodzę do drogi i wsiadam w wahadłowy, hybrydowy autobus, który obwozi turystów po dolinie. Robi pętlę, więc zapamiętuję miejsca, w których chciałabym wysiąść. Podziwiam kolor pni drzew: jest nierealnie żywy. I nagle staje się cud: dosłownie na pół godziny unosi się mgła i wychodzi słońce. I nagle widać Yosemite w całej okazałości: z każdej strony wyrastają gigantyczne skały, w tym jedna z dwóch najważniejszych, Half Dome. Widać wszystkie wodospady. Nieopisany zachwyt.
Chwila ta nie trwa wiecznie. Śnieg wraca. Mniej chętnie chodzę po dolinie, raczej zdając się na autobus. Chociaż każdy spacer jest wynagrodzony a to śmieszną wiewiórką skaczącą po drzewach, a to jeleniem wygrzebującym sobie jakieś korzonki z ziemi. Na przystanku spotykam panią, która radzi mi zajrzeć do hotelu Ahwahnee, więc tam właśnie się kieruję. Poza pięknym, rustykalnym wnętrzem znajduję pluszowe kanapy, fotele i ogromny kominek z buzującym ogniem. Niemalże w nim stoją dwie kamienne ławy, i tam zajmuję pozycję, susząc się i grzejąc.
Po kilkunastu minutach postanawiam zrobić ostatnią pętlę po dolinie, dla przyzwoitości jeszcze przechodzę szlak do Mirror Lake, w którym dzisiaj oczywiście nic się nie odbija, bo jest mgła, a malowniczych skał wokół nie widać, bo sypie. Ale podchodzę do wycieczki krajoznawczo i energicznie przebieram nóżkami. Na koniec jestem już tak zmoknięta (mimo pożyczonego od Larry’ego płaszcza przeciwdeszczowego, którym po namyśle okrywałam plecak, kaptur tylko zarzucając sobie na głowę), że bez żalu wsiadam w autobus do Merced. Liczę na suszenie i grzanie się przez trzy godziny. Nici. Ogrzewanie nie działa i cała paczka pasażerów trzęsie się jak baranie ogony.
Kiedy wreszcie Larry odbiera mnie z dworca i dopadam hostelu, jestem tak głodna, że koń z kopytami to na przystawkę by poszedł. Gospodarze łaskawie godzą się, żebym napiła się wina do kolacji, pewnie widząc wymowne spojrzenie w kierunku Rosé, które oni konsumują. Gotuję pastę z sosem Alfredo, a kiedy ją pałaszuję, Jan opowiada mi o swoich doświadczeniach z hostellingiem. Rozmawiamy też o ulubionych naszych miastach w US, o Włoszech, o kempingach. Bardzo miło.
Później szybki prysznic, bo rano nie wolno, pakowanie runda pierwsza, i już leżę w łóżku. Oby pogoda jutro dopisała. Długa droga, potencjalnie przepiękna. Amen.
17.02
Już przed ósmą byłam w samochodzie. Nie oparłam się pokusie pojechania przez Gilroy, miejsca masowej sprzedaży moich ulubionych marek po konkurencyjnych cenach, pierwsza część trasy wiodła więc drogą 99, płaską i szeroką. Jak włączyłam tempomat, tak 50 mil nie dotknęłam gazu ani hamulca. Ale widok był ładny. Na przestrzeń. Na drodze 152 zrobił się jeszcze ładniejszy, zwłaszcza koło Rezerwatu San Luis, kiedy doszły wzgórza i jeziora.
Planowałam do sklepów tylko zajrzeć na chwilę, wyszły prawie trzy godziny. Z lekkim opóźnieniem wyruszyłam w stronę Monterey, gdzie planowałam lunch. Deszcz to nasilał się, to ustawał. W Monterey nawet grzmiało. Znalazłam fuksem fajną włoską knajpkę, gdzie za $6 zjadłam zupę krem z czegoś tam, spaghetti z grilowanym łososiem i ciepłą ciabbatę. Do tej pory nie jestem głodna.
Ponieważ wczorajsza zamieć odbija mi się czkawką w postaci pioruńskiego kataru, wpadłam do apteki po leki i chusteczki, i z duszą na ramieniu –bo pada- wyruszyłam w stronę malowniczej autostrady 1. Dochodziła trzecia.
Moje obawy okazały się bezpodstawne. Siąpi czy nie, Jedynka robi piorunujące wrażenie. Ocean i gołe skały po prawej, imponujące lasy po lewej. Droga wije się najpierw na klifie, w górę, w dół, znów w górę, potem nad samym brzegiem Pacyfiku. Człowiek chce się zatrzymać w każdej zatoczcie i zrobić zdjęcie. Czasami po prostu wychodziłam z samochodu, stawałam nad klifem i słuchałam oceanu. W Big Sur zdecydowałam się zatankować, chociaż cena za galon była chyba z dolara wyższa, niż w miastach – efekt braku konkurencji. Pojechałam dalej, przez Lucię i Cayucos, w Ragged Point złapałam kawę na wynos bo poczułam się już zmęczona. Zapadał zmrok. Skały w wodzie i wielkie fale wyglądały jeszcze bardziej dramatycznie.
Akurat kiedy zmęczyło mnie już zachwycanie się co pięć minut i kręcenie kierownicą w zastraszającym tempie, autostrada zmieniła się w szeroką wstęgę, którą dojechałam prosto do San Luis Obispo. Znalazłam hostel, włączyłam pranie, napisałam bloga. Dużo więcej chyba już nie zrobię przez ten cholerny katar. Ewentualnie jeszcze się wykąpię. I to chyba na tyle….
18.02
Katar większość nocy nie dał mi spać. Zmordowana w końcu po siódmej dałam spokój. Wykąpałam się, zeszłam na dół na kawę, poprzyglądałam się innym gościom. Najciekawszy był brodaty staruszek, były harlejowiec, który w hostelu mieszka chyba na stałe. Miał mocny południowy akcent i starał się wszystkim umilać życie. Poza tym była Niemka w podróży dookoła świata, trwającej już czwarty miesiąc. Przeniosła się właśnie z Afryki do Ameryki, i nie była zachwycona pogodą.
Ubawiła mnie też para, która koniecznie chciała wiedzieć czym naleśniki na zakwasie różnią się od normalnych. Wyjaśniono im. Mnie, Polce, przyzwyczajonej do takich kulinariów, nie wydało się to dziwne, ale oni jak się dowiedzieli, że mikstura ma trzy lata, coś się do niej dodaje, coś odejmuje, to myślałam, że wyjdą bez śniadania.
Spakowałam rzeczy i byłam w samochodzie po dziewiątej. Deszcz lekko kropił, ale zaraz mu uciekłam. Pierwsza część trasy, do Bakersfield, była bardzo malownicza. Tylko ja i droga. I góry, słońce, zieleń. Po drodze dużo pasących się krów i ujmujące mnie nieustannie kolorowe skrzynki pocztowe, ustawione przy drodze, czekające na listonosza. Robiło się coraz cieplej i coraz słoneczniej. W Bakersfield było już 20 stopni, ale wiał mocny, ciepły wiatr. Zatrzymałam się w WalMart’cie po….
No właśnie. Jadąc tutaj poprosiłam ojca, żeby pożyczył mi stary statyw do aparatu, z myślą o autoportretach na pustkowiu. Przyniósł nowy, szpanerski. –Nie chcę tego – mówię – Daj ten stary, lekko połamany, bo jeszcze ci ten popsuję, a pewnie drogi, i będzie afera. –Nie będzie afery – powiedział tata. No to teraz zobaczymy. Statyw wyjełam z walizki w częściach.
No więc zatrzymałam się w WalMart i kupiłam za $14 najprostszy statyw, jaki mieli. Chciałam też kupić sobie coś na przeziębienie i tu zdarzyło się coś oburzającego. Okazało się, że jeśli nie mam amerykańskiego dowodu, nie sprzedadzą mi leków. Wściekła wyszłam ciskając obelgi pod nosem. Kupiłam kawę w Starbucksie (tutaj odkryłam Starbucksy drive-thru, kawa bez wysiadania z auta, mmmniam!) i pojechałam w dalszą drogę do Barstow.
Po drodze typowe kalifornijskie widoczki. Im bliżej pustyni Mojave, tym mniej roślinności, pojawiły się takie śmieszne yukko-kaktusy, podejrzewam, że to te słynne Joshua Trees, sprawdzę, jak dorwę się do netu. Mijałam kwitnące drzewa (pomarańcze? wiśnie?) oraz takie, na których już były owoce (pomarańcze? morele?). Były miejsca tak odludne, że ustawiałam aparat i siadałam na środku drogi zrobić sobie zdjęcie.
Ostatnie czterdzieści mil było męczące. Nie znajdowałam miejsca, w którym chciałabym zatrzymać się na odpoczynek. Droga była prosta, więc włączyłam tempomat i samochód sam się prowadził. Katar dawał się mocno we znaki. Paczka stu chusteczek kupiona wczoraj świeciła pustkami. W końcu dojechałam do celu.
Barstow leży na słynnej autostradzie 66. Jest w sumie miasteczkiem bez uroku, skupiskiem restauracji, sklepów i moteli. Z niezrozumiałych powodów od razu bardzo mi się spodobało. Szukałam polecanego Motelu6, ale nie mogąc go znaleźć zdecydowałam się na California Inn. Pokój dla mnie stanowi ucieleśnienie luksusu. Biurko. Podwójne łóżko tylko dla mnie. Własna łazienka. Telewizor. Ach!
Uświadomiłam sobie, że od śniadania chrupałam tylko chipsy i nagle poczułam głód. Zwlekłam się z miękkiego legowiska i wsiadłam w samochód. Okazało się, że jestem o dwie minuty drogi od mojego wielkiego marzenia.
Kojarzycie typowy, amerykański diner? Taki jak z pierwszych scen Pulp Fiction albo filmów Lyncha? Otóż nie wyobrażacie sobie, jak ciężko taki znaleźć. Ma mieć kelnerki znające stałych klientów po imieniu, typowe menu, i fotele połączone plecami. I koniecznie dominującym kolorem ma być czerwień. I tutaj właśnie taki jest! Zjadłam przepysznego kurczaka BBQ, nacieszyłam oczy, uzdrowiona na ciele i duchu wróciłam do pokoju.
Motel6 oczywiście znalazł się jak tylko zameldowałam się w California Inn. $9 tańszy.
[wstawić ulubione przekleństwo, powtórzyć trzy razy]
Wzięłam bardzo długi prysznic, taki, który można wziąć tylko wtedy, gdy pod drzwiami nie ustawia się zniecierpliwiona kolejka. Użyłam wszystkich kosmetyków, które mam ze sobą. W piżamie z lampką wina włączyłam komputer i telewizor. Nadają powtórkę Sex and the City. Mogę to oglądać w kółko. Drugim okiem patrzę w ekran laptopa i piszę bloga. Dopiero po dziewiątej, a ja już usypiam. Nie wiem, czy to zmęczenie drogą czy jednak wina róźnicy czasu.
W telewizji mówią, że uciekłam przed jakimś mega sztormem szalejącym na wybrzeżu. Do poniedziałku ma się skończyć. Dobrze. W LA będę dopiero we wtorek.
19.02
Obudziłam się przed budzikiem. Od razu zauważyłam słońce wbijające się przez zasłonięte kotary. Pełna entuzjazmu wyskoczyłam z łóżka, prosto w stertę zużytych chusteczek z zeszłej nocy. Czuję się dobrze, tylko cieknie mi z nosa bezustannie… Szybki prysznic i śniadanko. Co motel, to nie hostel. Jajeczka na twardo, bajgle, tosty, muffiny, Philadelphia. Nie miałam czasu się roztkliwiać nad urodą posiłku, bo droga woła. Chwila w internecie, pobieżny rzut oka na google.maps.com i już byłam w moim Chevrolecie.
Przejechałam za dnia jeszcze raz Barstow, zrobiłam kilka zdjęć i zatankowałam się do pełna, bo nigdy nie wiadomo. Potem po krótkiej jeździe I-40 zjechałam na słynną Route 66.
Przygotowując się do podróży w domu bałam się tej trasy. Przerażało mnie, że jest tak odludna. Teraz nie został nawet cień tego strachu. Opustoszałe motele, bezkresna pustynia, gdzieniegdzie przeplatana kultowymi miejscami jak Baghdad Café czy Roy’s Motel, a wszystko skąpane w słońcu. Dosłownie co chwila musiałam się zatrzymać i zrobić zdjęcie. Przez to podróż trwała bardzo długo… Dopiero po drugiej dojechałam do Needles. Szukałam miejsca na lekki lunch, kierując się tym, czy mój iPhone wykrywa w nim WiFi ;-) Stanęło na Juicy’s River Café i paluszkach z mozarelli. Zasiedziałam się trochę i nagle mój telefon pokazywał 16:30. Niemożliwe. Aż tyle? Zebrałam się i wyszłam do samochodu. Strzeliłam parę fotek i znów spojrzałam na godzinę. 15:30. Coś mi się pomieszało.
Trochę pogubiona, wyjechałam w końcu na drogę do Kingman, oczywiście dalej przez 66, żeby nie ominąć Oatman. Po drodze minęłam się z burzą, dosłownie pięć minut byłyśmy w jednym miejscu, potem już nie padało. Wjazd do miasteczka trochę mnie rozczarował. To ma być ten zagubiony cud Dzikiego Zachodu? Kilka rozwalonych chałup i śmieci przy drodze?
Rozczarowanie nie trwało długo. Pamiętacie kreskówkę Lucky Luke? Oatman w centrum (o ile mogę sobie pozwolić na to szumne słowo) dokładnie tak wygląda. Jakby zatrzymał się czas. Zaparkowałam samochód i zaczęłam spacer ulicą, uważając, żeby nie wdepnąć w ośle odchody.
Osły są nieodłączną częścią tego miasta. Chodzą sobie ot tak, po ulicy, jak święte krowy w Indiach. Kiedy wyjeżdżając zobaczyłam pana głaskającego osła przez okno samochodu i zatrzymałam się zrobić zdjęcie, zwierzę spojrzało na mnie, odwróciło się i podeszło, wciskając ciekawie łeb do samochodu. –Masz coś dobrego? – zapytał wielkimi oczami. Nie miałam. Nie poświęcił mi więc za dużo czasu i majestatycznym krokiem odszedł na drugą stronę ulicy.
Burza chyba zdecydowała się zawrócić. Nie padało, ale grzmiało wściekle, i kolor nieba nad skałami przybrał intensywny odcień.
Ruszyłam dalej, obok kopalni złota. Nie jest to droga dla ludzi z lękiem wysokości, ani słabymi nerwami. Nieźle nakręciłam się kierownicą. Mijane po drodze skały stanowią mglistą zapowiedź Wielkiego Kanionu. Po kilkunastu milach robi się prosto i płasko. Widoczność na boki jest tak duża, że widziałam błyski burzy, jeden za drugim, i chmury, z których musiał padać deszcz, ale nie słyszałam nic i nawet kropla wody na mnie nie spadła.
Kiedy zaczął zapadać zmrok i spojrzałam przed siebie, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Wokół kaktusy, sukulenty – pustynia, po prostu, a przede mną ośnieżone szczyty. Nagle zaczęłam wierzyć w prognozy pogody, które mówią, że w Grand Canyon Village szaleje śnieżna burza, i które kazały mi zmienić trasę podróży. Widok tym nie mniej niezapomniany. W ogóle dzisiejsza trasa tak różniła się krajobrazem, pogodą, klimatem, roślinnością i formacjami skalnymi, że ciężko uwierzyć, że to wszystko jeden dzień.
Po drodze znowu przystanki na zdjęcia. Minął mnie jakiś samochód, po kilkuset metrach zawrócił, ale widząc, że ruszam, jeszcze raz odkręcił się o 180st i zniknął za horyzontem. Pewnie chciał sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy. To samo zrobił dzisiaj Highway Patrol koło Amboy. Miło. Człowiek wie, że nie będzie pchał samochodu sto mil jakby co. Tfu tfu tfu.
Dojechałam do Kingman. Znalazłam Motel6, chociaż chyba nie ten, co planowałam, ale to już wszystko jedno…. ;-) Burza krąży nad głową. Dobrze, niech pada w nocy, byle tylko te dni były tak ładne, jak dzisiejszy. Meldując się w recepcji odkryłam, że Arizona rzeczywiście ma czas o godzinę przesunięty w stosunku do Kalifornii i Nevady. Czyli iPhone się nie myli…
20.02
Ile wrażeń! A to jeden dzień i jeszcze trwa.
Ciężko się wstawało, bo łóżko wygodne, a sny straszne mnie postawiły na nogi o trzeciej nad ranem. Tak rzeczywiste, że ucieszyłam się widząc na telefonie smsa od Mamy, że wszystko ok. W samą porę…
Wymeldowałam się z motelu, który trochę był rozczarowujący: nie miał lodówki, suszarki ani mikrofalówki, a kran w umywalce nie działał. Poszłam na śniadanie do restauracji obok, najdroższe zresztą jakie kiedykolwiek jadłam, za to pochłonęłam o kilka pasków bekonu za dużo (idealnie wypieczony, chrupiący, mmm…) i mnóstwo truskawek.
Kiedy wyszłam z restauracji, okazało się, że mój samochód jest pokryty śniegiem! Właściwie może drobnym gradem? Małe, lodowe kuleczki przykrywały szyby. Odgarnęłam je chusteczką i ruszyłam w stronę Vegas. Nagła śnieżyca upewniła mnie w przekonaniu, że zaniechanie wycieczki do Wielkiego Kanionu na własną rękę było mądrą decyzją. Dosłownie 6 mil za Kingman zaczęła się wiosna. W oddali widać było białe góry, ale obok mnie kaktusy i pustynia. Niewiarygodne.
Droga dłużyła się trochę, bo prosta i niczym już mnie nie zaskakująca. Po drodze jeden punkt widokowy z zapierającymi dech w piersiach szczytami. Zrobiłam kilka zdjęć, bacznie obserwowana przez Indian sprzedających tam kolczyki i wisiorki. Dalej w drogę, do Tamy Hoovera. Obeszłam ją szybko, ale tak mi spieszno było do Vegas, że nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. Poza jednym widokiem, uwiecznionym na zdjęciu: kilka palm na tle gołej skały. I most cudny.
Jadąc dalej wypatrywałam celu podróży. Pierwszą zauważyłam Stratosphere Tower. Podniecona do granic wjechałam na Strip od strony północnej (dlaczego? Chyba przegapiłam pierwszy zjazd…) Szybko znalazłam mój hotel, Sahara, zameldowałam się, obejrzałam pokój. Przeszłam przez kasyno, które jest na dole i zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Poczułam się jak w filmie. Nierealnie.
W ogóle Las Vegas jest nierealne. Zastanawiam się od kilku godzin jak je ocenić. Jeśli jest jakaś granica kiczu, Vegas zostawiło ją daleko za sobą. Jest do bólu sztuczne, plastikowe, a jednocześnie na swój sposób niesamowicie żywe. W ciągu swoich pierwszych kilku godzin widziałam Elvisa (oczywiście…), wytatuowanego kolesia, który jakby nigdy nic przechadzał się ulicą z papugą na ramieniu, kaznodziei, lumpów, bogaczy w limuzynach… Czas płynie inaczej. Zegary są nieobecne, neony są wszędzie.
Na Las Vegas Boulevard jest wieczny korek. Nie przeszkadza mi to. Mogę na każdych światłach obfotografować znane hotele: New York New York, Bellagio, Ceasar’s Palace, MGM Grand… Toczę się powoli prawym pasem, licząc, że dotrę do słynnego znaku „WELCOME TO FABULOUS LAS VEGAS, NEVADA”. Jest. Oczywiście tłum ludzi, a do parkowania osiem miejsc. Czekam cierpliwie. Warto. Zdjęcia wychodzą słodko. Zawracam i jadę bulwarem w drugą stronę.
Po drodze sprawdzam oferty wycieczek do Kanionu. Wszędzie dość drogo… W końcu znajduję miejsce, gdzie za rozsądną cenę kupuję wypad na jutro. To oznacza pobudkę o 5 rano. Trudno. Jak się chce zwiedzać…
Wracam do hotelu. Przesuwam rezerwację samochodu o jeden dzień, żeby się nie spieszyć do LA. Może jutro zostanę w Vegas, może pojadę do Barstow i zanocuję tam. Zobaczymy „na żywo”. Ważne, że ten dodatkowy dzień powinien pozwolić mi dowieźć rzeczy do hostelu samochodem i objechać części Los Angeles trudniej dostępne autobusem.
Ale póki co jestem w Vegas. Jest ósma. Wykąpałam się i zaraz ruszam w miasto. Na kolację, i po kolejne zdjęcia. Po co jeszcze? Zacytuję motto tego miasta. What happens in Vegas, stays in Vegas J
21.02
Dopiero kiedy wczoraj wieczorem wyszłam na miasto, pojęłam skalę przedsięwzięcia, jakim niewątpliwie jest Las Vegas.
Postanowiłam wyjechać na południowy kraniec The Strip i wracając spacerkiem obejrzeć co jest do obejrzenia. Zdecydowałam się na –dość drogą- kolejkę jednotorową (monorail). Kupiłam pojedynczy bilet. Wsiadłam do pustego pociągu. Okazało się, że nie jedzie ona wzdłuż bulwary, przynajmniej na początku, tylko na jego tyłach. Sterowana jest automatycznie, nie ma kierowcy, kursuje co kilka minut.
Wysiadłam na tyłach hotelu Paris Paris, bo tak mi z topografii wyszło, że będzie najlepiej. Musiałam przejść od stacji przez hotel.
Hotel to nie jest może dobre słowo… Budynek z sufitem pomalowanym paryskim błękitem, z obłoczkami, małe knajpeczki, uliczne latarnie. Miasto pod dachem. Łatwo zapomnieć, że jest się w środku. Przed wejściem imponujących rozmiarów wieża Eiffla. A po drugiej stronie ulicy – hotel Luxor, w kształcie potężnej, czarnej piramidy. Dalej słynne Bellagio z tańczącymi co kilkanaście minut w rytm muzyki fontannami, wybijającymi się z jeziora zainspirowanego Lago di Como na wysokość 240 stóp. Magiczne. Potem znany z filmów Ceasar’s Palace (moja ulubiona scena z Kac Vegas: „Czy to prawdziwy pałac Cezara? Czy Cezar naprawdę tu mieszkał?”). Mirage i jego wulkan. Bitwa piratów i fajerwerki przed Treasure Island. Po drodze Venetian, w którym w środku można popływać podobno prawdziwą gondolą. Grają tam mojego ukochanego Upiora w Operze. Nie miałam szans zmieścić go w programie, tylko serce mi się rwało, bo puszczali dyskretnie fragmenty muzyki na ulicy…. I na koniec Stratosphere Tower z obrotową restauracją na szczycie i możliwością skoków na bungee.
Kicz? Na pewno. Nawet trawa jest sztuczna, bo prawdziwa sama nie rośnie, a nawożenie i nawadnianie jest za drogie. Szczyt wszystkiego to kaplica ślubów typu drive-thru. Jak McDonald’s. Nie trzeba wysiadać z samochodu. Las Vegas trochę świeci odbitym blaskiem, bo wszystko, co robi wrażenie, to kopia czegoś: wieży Eiffla, piramidy, Statuy Wolności… Ale rzeczone wrażenie niechybnie jest.
Na północ od bulwaru robi się mniej ciekawie. Podejrzane motele, małe uliczki, zatrzęsienie lombardów, które przypominają boleśnie ile osób traci tu wszystkie pieniądze. Ciemna strona miasta, chciałoby się rzec.
Wróciłam do hotelu przed północą.
W łazience czekał na mnie karaluch wielkości małego palca.
Przyjrzałam mu się uważnie i już zabierałam się do utylizacji, kiedy pomyślałam, że w zasadzie to nie mój obowiązek i zadzwoniłam do recepcji. Przysłali starszego, niskiego meksykanina (tak jakby ktoś kiedyś widział wysokiego meksykanina… ), który bał się robaka bardziej niż ja ale dzielnie przyjął swoje obowiązki na klatę. Spytałam go, czy mam się spodziewać kolejnych gości. Powiedział, że w wieży Aleksandria, w której przypadł mi pokój, to się zdarza. Pryskali, cudowali, ale od czasu do czasu skądś kilka wychodzi.
-Zej ken flaj, ju noł.- dodał. Nie, że umieją latać nie wiedziałam. Odeszła mi ochota na zostanie w tym pokoju. Zadzwoniłam do recepcji, bez gadania zgodzili się zamienić mi pokój. Przeniosłam się do wieży Tangiers, z widokiem na Stratosphere przez mocno przykurzone okna, poplamioną wykładziną i wątpliwą łazienką, która kazała mi się cieszyć, że już się wykąpałam w poprzedniej, przed incydentem z karaluchem.
Cztery godziny snu spędziłam na wszelki wypadek przy zapalonym świetle.
Najgorzej zainwestowane pieniądze to ten hotel. Każdy motel czy hostel byłby lepszy, i tańszy. Żyjesz, uczysz się.
Zerwałam się po piątej, żeby załapać się na wycieczkę do Kanionu. Oczywiście początek to całe te szopki ze zwożeniem turystów do biura, pakowaniem do odpowiednich autokarów, śniadanie (ciasteczko i kawa). Potem w trasę. Pierwszy przystanek to znane mi już Kingman (McDonald’s). Drugi, tama Hoovera, ale z trochę innej perspektywy, z góry mostu, więc jakaś nowość była. Potem National Geographic Visitor Center już przy Kanionie i lunch (Pizza Hut). Namówiono mnie na film o Kanionie w IMAXie i szczerze mówiąc można było sobie darować, na kolana mnie nie rzucił. A potem już Południowa Krawędź Wielkiego Kanionu.
Czego by nie napisać, jakich zdjęć by nie zrobić, nie da się ogarnąć słowem ogromu, potęgi i wrażenia jakie robi Kanion. Po wczorajszej śnieżycy, dzisiaj było pełne słońce i świetna widoczność, drzewa i skały przyprószone śniegiem, bajkowy krajobraz. Stada przechadzających się saren. Łoś niestety nam się nie trafił. Pierwszy przystanek przy Angel Lodge, drugi Mather Point. Spacery krawędzią kanionu, dziesiątki zdjęć, gra słońca na kolorowych skałach.
Śmieszna historia. Ustawiałam jak zwykle aparat na samowyzwalacz, żeby zrobić sobie zdjęcie za tablicą wjazdową z nazwą parku. Od naciśnięcia guzika do przybrania pozy mam 10 sekund. Droga była dosyć daleka. I –jak się okazało- śliska. Na pierwszym zdjęciu mnie nie ma. Z gracją poleciałam prosto na tyłek, wyciągnąwszy się jak długa na lodzie. Podobno wyglądało to przekomicznie. Kilkanaście osób zgłosiło się na ochotnika, żeby zrobić mi zdjęcie, cobym nie musiała powtarzać manewru. Upadłam bardzo profesjonalnie, nie zrobiłam sobie absolutnie nic!
Wyjeżdżając widzieliśmy pociąg, którym można przyjechać z Williams do Kanionu, i muły, na których można zejść w jego głąb, z tym, że taka wycieczka podobno wymaga rezerwacji z ponad półrocznym wyprzedzeniem. Potem droga powrotna, z obiadem w Kingman (McDonald’s). Jak lubię fastfoody, tak dzisiaj mam dosyć. Obiadu już nie dałam rady tam zjeść, jutro chyba normalnie jakieś owoce czy warzywa będę konsumować…
Cała trasa to prawie 600 mil. Pani przewodnik / kierowca bardzo miła i dużo ciekawych rzeczy mówiła. Najsmutniejsze dla mnie tylko, że oni się biedni tak muszą o te napiwki dopominać. Tutaj napiwki daje się dosłownie KAŻDEMU, a turyści są nieprzyzwyczajeni i trzeba od nich kulturalnie kasę wyciągnąć. Dla urozmaicenia czasu puszczono nam kino familijne Secondhand Lions, jak ktoś nie widział, gorąco polecam, zwłaszcza dla dzieci, ale ja tez się popłakałam….
Dotarliśmy do Las Vegas grubo po 21. Nie miałam siły jechać dwie i pół godziny do Barstow, zaczęłam więc rozmyślać nad jakimś motelem. A potem mnie olśniło. Motele, hotele, w dupach się poprzewracało. Przecież tu jest hostel! Prawda, w nie najfajniejszej części miasta, ale jadę samochodem przecież, parking zamykany jest, internet darmowy jest, a nocleg kosztuje $15. Czego tu nie lubić? Jeśli w wystroju wnętrz jest różnica między Saharą a tym miejscem, to na korzyść tego ostatniego. Karaluchów nie stwierdzono.
Przed przyjazdem tutaj oczywiście wstąpiłam do kasyna. Przegrałam $2 na automatach, wygrałam 7 w ruletkę, więc postanowiłam jeszcze dolara przepuścić na automatach. Wyszłam wygrana, tak jak zawsze kazała mi Babunia, którą jak opowiadała Dziadziuś siłą wyciągał z wyścigów konnych póki miała zwycięską passę.
Ja się na hazardzistę zresztą nie nadaję. Tak się ucieszyłam z tych czterech dolarów, że na myśl o ich stracie ogarniał mnie smutek i odchodziła ochota do gry. To chyba nie najgorsza cecha. Ech, wieczna realistka!
22.02
Spokojny dzień.
Noc niestety nie. Kiedy przyszłam do hostelu, trzy dziewczyny już spały. Starałam się być cicho, ale musiałam się rozpakować. Przebudziły się i nie były przesadnie wylewne. Mimo, że okazało się, że byłyśmy razem na wycieczce w Kanionie. No nic. Jak się mieszka w hostelu, różnie bywa.
Usnęłam po drugiej, a przed czwartą obudziły mnie panienki, które wyraźnie miały poranny samolot, i w przeciwieństwie do mnie dwie godziny wcześniej nie przykładały się zbytnio do szanowania faktu, że śpię. Ze czterdzieści minut kąpały się, rzucały po pokoju, wymieniały rzeczami… W końcu poszły w cholerę.
Nie zadzwonił budzik. Miałam małe starcie z iPhone’m wieczorem. W Arizonie przestawił się na lokalny czas, i nie chciał zrozumieć, że jesteśmy z powrotem w Nevadzie. W końcu wyłączyłam mu automatyczne wykrywanie strefy czasowej, a on się obraził i rano nie zadzwonił. Miałam wyjechać o ósmej, obudziłam się o dziewiątej.
Otworzyłam pierwsze oko. To, jaki burdel zostawiły po sobie panienki nie daje się nawet opisać. Patyczki do uszu, butelki, kubki, paragony – na całej podłodze. Prosięta. Na szczęście postanowiły chyba kupić sobie drogie butki na raciczki, bo zostawiły wielką, parcianą torbę, którą natychmiast przygarnęłam, żeby łatwiej było mi się spakować.
Wykąpałam się powolutku i zeszłam na naleśnikowe śniadanie (skoro plan i tak już wziął w łeb, nie było sensu się stresować od rana). Potem odpisałam w recepcji na maile i przejrzałam Facebooka. Pan w recepcji (bardzo w moim typie, a moją Mamę przyprawiłby o zawał serca) pięknym, głębokim głosem nucił bluesowe piosenki, to i siedziało mi się dobrze. Ale nic nie trwa wiecznie, zebrałam się w końcu i już prawie wyruszałam w stronę autostrady….
….kiedy przypomniało mi się, że o tej porze są już otwarte sklepy i mogę zajrzeć do outletu jednej z moich ulubionych firm robiących bieliznę, którą koniecznie muszę kupić. Najpierw trafiłam nie do tego outletu, ale skoro już byłam na miejscu, to go obeszłam. Dojechałam do drugiego, zaczęło się wybieranie, przymierzanie, w końcu zgłodniałam. Zjadłam w Chińczyku najlepszą rzecz, jaką ktokolwiek kiedykolwiek zrobił z (podobno) kurczakiem: orange chicken, w słodkiej, chrupiącej panierce. Mmmmmmniam! Koniec końców zrobiło się skandalicznie późno, zatankowałam jeszcze rumaka, na autostradzie byłam 14.20! Wyjazd z Las Vegas o ósmej rano! A świstak siedzi i zawija w te papierki….
Droga była płaska i nudna. Ustawiłam tempomat na 70 mil na godzinę i rozglądałam się wokół po pustyni Mojave. Niczego nowego nie było, poza jednym fajnym fragmentem, gdzie nacieszyłam oczy dziesiątkami Joshua Trees, które tak naprawdę nie są drzewami, tylko odmianą yukki. Zauważyłam (już wcześniej, ale dzisiaj było apogeum) jak dużo samochodów nie ma tablic rejestracyjnych. Dziwne. W Barstow złapałam Latte Venti w Starbucksie.
Do Los Angeles dojechałam koło piątej, do Hollywood przebijałam się do siódmej. Zupełnie jak nasza Puławska. Znalazłam Banana Bungalow, zameldowałam się na dwie noce, bo później mają komplet, ale może coś się uda. I zaczęłam wypakowywać bagażnik, bo jutro oddaję samochód.
Boże jedyny, skąd tyle tych rzeczy!
Coraz bardziej przerażona wyciągałam kolejne torby. Sweterki, torebki, bluzeczki, bluzy, spodnie jedne i drugie…. Trzeba będzie kupić jeszcze jedną walizkę.
Samo miejsce jest bardzo żywe, pełne ludzi, gra muzyka, w pokoju jest jeszcze pięć dziewczyn, każda z toną ciuchów, więc łatwo sobie wyobrazić, jaki mamy porządek. Ale nic to, damy radę.
Część poszła w tak zwane miasto, została jedna Angielka, z którą wybieramy się socjalizować w hostelowej dyskotece. Ale nie za długo, bo jutro do szesnastej chcę jeszcze skorzystać z samochodu i objechać co się da.
23.02
Ale dzień!
Aha, ale jeszcze nie napisałam nic o wczorajszym wieczorze. No otóż hostel całkiem za darmo rozdawał piwo, oraz zaprosił lokalnych komików, którzy robili stand-up. Dla niezorientowanych: to taki one man show, facet, mikrofon, i ma być śmiesznie. Pierwszy gość był rewelacyjny, potem już równia pochyła niestety. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Dzisiaj w pokoju ruch zaczął się koło siódmej, więc wstałam, wzięłam prysznic, zrobiłam oko i włos i poszłam na śniadanie. Żadnych naleśników, hurra! Tosty z masłem z orzeszków ziemnych, pycha. Podszedł do mnie chłopak pracujący w hostelu udzielić mi mniej lub bardziej cennych rad. Stanowił dokładne przeciwieństwo chłopaka z Las Vegas: blondynek-cherubinek, słodziutki, nie w moim typie, Mama byłaby zachwycona. Przed wpół do dziewiątej ja i mój Chevy wyruszyliśmy na ostatnią wspólną wędrówkę.
Pojechałam najpierw na Mulholland Drive, pogapić się na Hollywood z góry. Rzeczywiście piękny widok, chociaż unosiła się jeszcze poranna mgła i zdjęcia nie oddają rzeczywistości. Potem krętymi dróżkami zjeżdżałam przez Hollywood Hills, jadąc 15 mil na godzinę i powodując pianę na ustach panów w sportowych kabrioletach, którzy nijak na tej wąskiej wstążce nie mogli mnie ominąć. Kiedy osiągali stan przedzawałowy, zjeżdżałam uprzejmie w jakąś zatoczkę i dawałam się wyprzedzić.
Dojechałam w końcu do Beverly Hills, przejechałam Rodeo Drive. Zachwyt w najczystszej postaci. Palmy, równa trawka, eleganckie sklepy, high life na najwyższych obrotach, a wszystko skąpane w słońcu.
Dalej droga zaprowadziła mnie do Santa Monica, i wybrzeżem aż do Malibu. Lokalnych plaż chyba nie trzeba zachwalać. Szerokie, piaszczyste, piękne, otoczone wysokimi palmami. Poleniłam się trochę na molo w Malibu, poobserwowałam surferów i psy bawiące się na plaży i zawróciłam w kierunku Venice Beach. Nie miałam drobnych na parkometr, więc weszłam do sklepu muzycznego rozmienić, ale nie chcieli mi pomóc, za to jakiś starzejący się rockman opróżnił kieszenie i uzbierał dla mnie 75 centów. Chciałam mu dać dolara w papierku, ale nie przyjął, więc podziękowałam, uśmiechnęłam się jak najładniej i wyszłam.
Venice to jest perełeczka. Plaża oczywiście super, ale nie o to chodzi. Wzdłuż wybrzeża ciągną się kolorowe budynki mieszczące knajpeczki, salony tatuażu, sklepy dla surferów, sklepy z medyczną marihuaną (!), pamiątki, płyty, obrazy, zdjęcia…. Cokolwiek można sobie wymarzyć. Taki asortyment oczywiście ściąga wszelkie możliwe grupy ludzi. WSZELKIE. Dlatego nie zaleca się wycieczek do Venice po zmroku ;-) Ale w dzień można poobserwować półnagiego Murzyna ze sztucznymi wężami wykrzykującego coś ze stołka, na którym stoi; bezdomnych śpiących pod palmami; nastoletnich uciekinierów, którzy szukają celu w życiu; skaterów szalejących na deskorolkach na specjalnie przygotowanych torach; miejscowych uprawiających jogging; artystów z Jamajki, którzy próbują sprzedać swoje dzieła; no i oczywiście turystów.
Kiedy już napatrzyłam się na ludzi, zdjęłam buty i poszłam w stronę oceanu. Jakie to cudowne poczuć pod stopami ciepły piasek. Zwłaszcza w lutym… Otaczały mnie mewy, jakaś Chinka (Koreanka, Japonka, Tajka – nie wiem, nie odróżniam i już się chyba nie nauczę) ćwiczyła jogę, w oddali siedzieli ratownicy jak żywcem wyrwani ze słonecznego patrolu. Aż szkoda było odjeżdżać.
W ramach lunchu złapałam kawałek pizzy z pepperoni i kiełbasą, czyli moim zdaniem z dwoma rodzajami kiełbasy, a ponieważ czas jeszcze mnie nie gonił pokręciłam się trochę samochodem wokół mariny i okolicznych dzielnic. Zastanawiałam się dlaczego niektórzy mają tyle szczęścia, żeby się urodzić w takiej bombowej części świata, a ja jestem skazana na wieczną zimę i deszczowe lato nad Bałtykiem. Nie ma sprawiedliwości.
W końcu trzeba było odprowadzić Chevy’ego. Dojechaliśmy na lotnisko godzinę przed czasem, oddałam go całego i zdrowego panu w wypożyczalni, który w zamian dał mi kwitek, na którym stoi napisane, że samochód cały i zdrowy, a razem zrobiliśmy 1365 mil. To prawie 2197 kilometrów, proszę państwa. Nie najgorzej jak na pierwszy road trip.
Z wrodzonego skąpstwa nie wsiadłam w shuttle z lotniska, tylko ambitnie wróciłam do Hollywood komunikacją miejską, jako, że przebicie na bilecie było dziesięciokrotne. Podróż trwała ponad dwie godziny, ale nie spieszyło mi się, a i nadgoniłam trochę zaległości w lekturze. Miałam szczery zamiar odpocząć po przyjściu do hostelu.
Ale zaraz mi się przypomniało, że na jutro i pojutrze nie mam noclegu, bo tutaj mają komplet. Ponieważ łącze internetowe jest niezabezpieczone i nie chciałam w związku z tym wbijać numeru karty kredytowej, postanowiłam podjechać do drugiego hostelu i zarezerwować pokój osobiście. Jak zwykle nie chciało mi się czekać na autobus, i poszłam piechotą. Minęłam przecznicę, w którą miałam skręcić, bo zaczytałam się w gwiazdach na bulwarze (tak, to tutaj, na ulicy, gdzie mieszkam!) i nagle znalazłam się już tak blisko Kodak Theater, że szkoda było nie podejść. Oczywiście do środka już nie wpuszczają, bo w niedzielę wielki dzień, Oskary, i przed wejściem budują już scenę i czerwony dywan, po którym –a właściwie po folii okrywającej który- przeszłam. Obejrzałam, co się dało i poczułam podekscytowanie na myśl, że ta noc już tak blisko, i poczucie winy, że jeszcze dwa albo trzy oskarowe filmy czekają na dysku. No nieprzygotowana jestem skandalicznie!
W końcu dotarłam do hostelu, cudem się udało coś zarezerwować, co prawda będę zmieniać pokój dwa razy, ale na ulicy spać nie będę, to najważniejsze. Zlokalizowałam też sklep z tanimi walizkami, muszę jedną dokupić, nie ma wyjścia. Wróciłam oczywiście piechotą, więc zamiast popołudnia lenia wyszedł spacer sześć kilometrów. Ale ja już tak mam.
Słyszę, że za ścianą już rozkręca się impreza. Muszę jeszcze zdecydować, czy mam ochotę na jakiś obiad, bo w sumie zjadłam dwa tosty, porcję pizzy i bajgla przez cały dzień, ale strasznie nie chce mi się organizować żadnego żarcia. Może po prostu dopiję winko i zabiorę się za te filmy. Może pójdę na to karaoke, co to dzisiaj ma być w hostelu.
Zobaczymy.
24.02
Wstałam rano i stawiłam czoła smutnej konieczności przeniesienia rzeczy do drugiego hostelu. Spakowałam wszystko w walizkę, plecak, torebkę i wielką parcianą torbę i właśnie rozważałam jak to wszystko dociągnąć do autobusu, kiedy podsłuchałam w recepcji parę Australijczyków, dopytujących się gdzie tu w pobliżu są jakieś hostele. Od słowa do słowa, zaproponowałam, żebyśmy wspólnie wzięli taksówkę, co wyniosło nas po $3, łącznie z pięćdziesięcioprocentowym napiwkiem dla taksówkarza, który nieźle się namęczył pakując cały nasz majdan do bagażnika, na oko dwa razy zbyt małego jak na tyle dobytku.
Lubię ten hostel. Mają takie same fajne łóżka jak w San Francisco, z lampkami dla każdego (moja co prawda nie działa, ale nie będę robić z tego zagadnienia…), półeczką, kawałkiem ścianki zapewniającej minimum prywatności, dwoma kontaktami. Kontakty są także w środku w zamykanych na kłódkę szafkach, co jest bardzo praktyczne, i aż dziwne, że szerzej nie praktykowane.
Rozpakowałam się i ruszyłam w miasto. Najpierw kilka zdjęć ekipy budującej oprawę oskarową. Zdjęcia gwiazd na Bulwarze. Porównanie moich dłoni do odciśniętych rąk Johnny’ego Deppa. Kilka fotek przy Chinese Theatre. A potem w metro i do centrum.
Niestety, jak chodzi o tak zwany downtown, nie ma w nim zbyt wiele atrakcji. Ładny ratusz, który zresztą grał w Supermanie siedzibę The Daily Planet. Ciekawa sala koncertowa Walta Disneya. Ale mnie od razu czujny nos zawiódł do Grand Central Market. I to jest jedno z najbardziej urokliwych miejsc w tym mieście. W wielkiej hali sprzedają świeże owoce, mięso, egzotyczne przyprawy, oraz dania wszelkich możliwych kuchni. Kupiłam świeże, piękne truskawki, zrobione na miejscu sushi, smażony ryż z warzywami i kurczaka w pomarańczy. Oparłam się pokusie pochłonięcia owoców od razu, bo Mamusia od dziecka mnie straszy durem brzusznym, ale sushi zniknęło w trzy minuty, a ciepłe danie tylko skubnęłam, po czym doszłam do wniosku, że jestem już pełna i postanowiłam je odgrzać na kolację.
Wsiadłam w autobus, który przewiózł mnie najpierw przez bardzo rozczarowujące Chinatown (właściwie nic z tego, czego się spodziewałam, po prostu dzielnica zamieszkana przez Azjatów i trochę napisów w robaczkach), a potem w okolice Griffith Park. Próbowałam się dostać jak najbliżej, bo słyszałam, że miejsce robi wrażenie, a z jakichś przyczyn główny jego punkt, obserwatorium, dostępny jest autobusem tylko w weekendy. Takie przeszkody mi nie straszne. Najpierw co prawda wysiadłam w złym miejscu, ale za to obejrzałam mnóstwo dzieci jeżdżących na kucykach i kilka ciekawych fontann. Potem podjechałam od lepszej strony i zaczęłam pieszą wędrówkę do obserwatorium.
Jeśli stoi napisane w przewodniku, że park ma powierzchnię pięć razy większą od nowojorskiego Central Parku, to powinno mi to dać do myślenia, że może nie być to spacer, tylko wyprawa. Niestety, nie dało. Szłam wzdłuż ulicy, którą jeżdżą samochody, pnącej się serpentyną wokół kolejnych wzgórz i przecinającej jedno z nich tunelem. Półtorej godziny, albo lepiej. Ale na początku człowiek nie wie, potem szkoda mu już zrobionych kilometrów.
Widok na górze wart takiego poświęcenia. Całe – CAŁE – LA u stóp, widok na napis Hollywood, i to wszystko skąpane w czerwieni zachodzącego słońca. Przy obserwatorium stoi popiersie Jamesa Deana, bo budynek grał rolę w Buntowniku bez powodu. W środku różne wystawy i instalacje, mnie najbardziej podobało się wahadło, które podwieszone u sufitu na magnesie, pozbawione jest zewnętrznych bodźców i porusza się zawsze w tym samym kierunku. Ale ponieważ Ziemia kręci się wokół własnej osi, wydaje się, że wahadło zmienia tor, po drodze co siedem minut strącając jeden z ustawionych na podłodze klocków. Jest tam także planetarium, ale ponieważ uświadomiłam sobie, że wejść pod górę to jedno, a trzeba jeszcze wrócić, dałam spokój. Zapytałam jednego ze strażników parku którędy najszybciej na dół. Skierował mnie na ubitą ścieżkę. W międzyczasie miasto rozbłysło milionem świateł i wiedziałam, że do zmroku mam jakieś dwadzieścia minut. Chciałam dojść do ulicy zanim zniknie ostatni promień słońca, bo przebywanie w lesie, samej, po ciemku, to żadna przyjemność. Adrenalina i stromy spadek dodały mi skrzydeł, drogę pokonałam błyskawicznie. Może też dlatego, że szelesty w krzakach przypominały, że takie parki są dzikie i mają lokatorów w postaci mniej lub bardziej dzikiej zwierzyny.
No ale nie ma co się nad tym rozwodzić. Dotarłam do Los Feliz, dzielnicy, gdzie chyba rzeczywiście mieszkają ludzie szczęśliwi, a na pewno bogaci. Piękne wille ocienione ogromnymi drzewami miały już zapalone w środku światła, widać było więc piękne wnętrza w kolonialnym stylu, chłopaka grającego na fortepianie i słuchającego go z pluszowego fotela starszego mężczyznę. Co chwila mijał mnie ktoś z psem. Niektóre rezydencje miały rozmiar przeciętnej wielkości hotelu.
Z głową pełną wrażeń i w szoku tlenowym wsiadłam do autobusu, który dowiózł mnie prosto do Hollywood. Weszłam do hostelu na trochę tylko, odpocząć, odłożyć rzeczy. Już nie wyszłam. Zeszłam tylko do kuchni odgrzać kolację, potem wspięłam się na górę do telewizyjnego, gdzie akurat oglądali Sherlocka Holmesa, a ponieważ mam słabość do Roberta Downey’a Jr., kupiłam piwo, usiadłam na jednym z foteli i dołączyłam do widowni. Prawdą jest, że drzemałam przez pół filmu, ale ja po prostu tak już mam. Zrobiła się prawie północ. Zanim dotarłam do pokoju popatrzyłam chwilę przed hostelem na dziewczynę wykonującą akrobacje płonącą z dwóch stron pochodnią. Pościeliłam łóżko i z westchnieniem rozkoszy wyciągnęłam się na nim. Przedostatnia noc przede mną, a na jutro wielkie plany.
25.02
Piosenka It never rains in southern California wydaje się dzisiaj jednym wielkim dowcipem… Leje. Po prostu leje. Miejscowi mówią, że tak fatalnej pogody nie było tu nigdy, odkąd pamiętają, o żadnej porze roku.
Ale prawdziwy podróżnik zawsze tak zorganizuje sobie czas, żeby pogoda nie krzyżowała planów, prawda?
Jak LA to Hollywood, jak Hollywood to filmy, a jak filmy to studia filmowe. Najpopularniejsze tutaj jest Universal, ale zalatuje mi to z daleka rodzinnym dniem w wesołym miasteczku, a filmami tylko lekko pachnie… Po dokładnej analizie rynku zdecydowałam się na Warner Bros VIP Tour i był to strzał w dziesiątkę.
Okazało się, że wszystkie urocze nowojorskie uliczki, knajpeczki z Chicago pełne uroku i stacje metra z Sacramento znajdują się właśnie tu, w LA. Ogrom przestrzeni, jaką zajmuje studio jest nie do opisania. Nauczyłam się, że są cztery rodzaje planu: fasada (do zdjęć tylko z zewnątrz), skorupa (do zdjęć z zewnątrz, ale ze środka mogą wychodzić ludzie), plan praktyczny (z zewnątrz i w środku) i studio dźwiękowe (wnętrza). Warner ma całe ulice pełne kamienic z gipsu i dykty, jak najmniej charakterystycznych, które w razie potrzeby zamienia się a bary, apteki, szkoły i szpitale. Mają nawet własną dżunglę, gdzie dokręcano sceny do Jurassic Park, gdzie stoi bar Merlotte’s i przyczepa Sama (fani Prawdziwej krwi wiedzą, o czym mówię…). Z czynnych planów pozwolono nam obejrzeć biura CBI z Mentalisty, razem ze słynną kanapą, na której rozmyśla Simon Baker. A z planów już zamkniętych –co wzruszyło mnie prawie do łez – Central Perk z Przyjaciół, w każdym szczególe takie, jak w serialu. Oprócz tego ściana, gdzie Spiderman całował Kirsten Dunst, zaułek, którym uciekał Tom Cruise w Raporcie mniejszości, dywan, który wyściełał podłogę „kasyna” w Ocean’s 11… Poza tym hangar pełen pojazdów filmowych, w tym superancki Batmobil z Jedynego Słusznego Batmana, i muzeum filmu, gdzie podziwiałam kostiumy gwiazd, a na drugim piętrze Tiara Przydziału umieściła mnie w Griffindorze.
Jednym słowem, dla mojej filmowej duszy – balsam!
Ponieważ o ile pogoda przedstawiała jakąkolwiek tendencję, była to tendencja zniżkowa, udałam się do świata magii numer 2: na zakupy. Dwie pieczenie przy jednym ogniu stanowiło przeurocze centrum handlowe The Grove, z fontannami udającymi te pod Bellagio (w zmniejszonej skali, rzecz jasna), i Farmers Market, rozwinięcie wczorajszego Grand Central.
Muszę tu wtrącić, że mimo deszczu ludzie uśmiechnięci są szeroko, i chyba dlatego tak kocham Stany. Bezinteresowne pozdrowienia, zagadywanie, to wszystko tutaj jest na porządku dziennym. Tutaj w Kaliforni, bo już na przykład w Nowym Jorku obozwiązuje zasada Ja-Nie-Widzę-Ciebie-Ty-Nie-Widzisz-Mnie. A im mniejsze miasteczko, tym częściej kelnerki zwracają się do Ciebie per sweetie albo honey, i właściwie nie mija się nikogo na ulicy nie mówiąc choćby kurtuazyjnego dzień dobry.
W The Grove odbyłam bardzo nieowocną i rozczarowującą wizytę w iSpocie, a potem jak najbardziej udane dwie: Victoria’s Secret i Abercrombie&Fitch. Na Farmers Market kupiłam dawno poszukiwaną przyprawę Old Bay, która –jak twierdzi moje guru Nigella- jest niezbędna do odpowiedniego przygotowania kalmarów. Na koniec w lokalnym supermarkecie zaopatrzyłam się w kolację: sałatka ze świeżego szpinaku z truskawkami w sosie balsamicznym z dodatkiem malin, sushi california rolls, butelka lokalnego wina i ser na przegryzkę. W końcu to zielona noc, można sobie podogadzać…
Niestety kiedy wracałam do hostelu okazało się, że sklep z tanimi walizkami jest już zamknięty, co nieco komplikuje mi jutrzejszy poranek, ale tak naprawdę na jutro większych planów już nie mam. Jeśli pogoda pozwoli, podjadę pod znak Hollywood, ale w końcu już go sto razy widziałam i nie ma palącej potrzeby. Spróbuję kupić jakieś prezenty dla najbliższych, chociaż naprawdę ciężko tu o nietandetną pamiątkę. Od kilku dni szukam, rezultaty mierne. I może spacer po Sunset Strip. I tyle. A potem już długi lot i wieczna zima………..
26.02
Wstałam rano, zapakowałam co się dało do dużej walichy, resztę w torbę parcianą, ważne i cenne rzeczy w plecak, i z tym plecakiem ruszyłam na podbój znaku Hollywood. Długo czekałam na autobus Dash, za to bilet był śmiesznie tani. Dojechałam do uroczej dzielnicy, lubianej przez gwiazdy, i spacerkiem ruszyłam pod górę.
De facto jest to ten sam Griffith Park, w którym już byłam, tylko z drugiej strony. Wędrówka była krótka, ale męcząca, bo wyszło słońce i okazało się, że w płaszczu się nie da. Rozebrałam się, przepakowałam, i w dwadzieścia minut byłam przy punkcie widokowym, gdzie mogłam do woli napstrykać sobie zdjęć.
Zejście było łatwiejsze. Zastanawiałam się nad kawą w Village Café, byłam bardziej na nie, mimo, że w hostelu dzisiaj popsuł się ekspres i musiałam wypić herbatę (fuuuu….), ale przez okno zobaczyłam, że w środku siedzi niejaki Julian McMahon (gwiazda serialu Bez Skazy), i nie mogłam odpuścić sobie przyjemności ukradkowego pogapienia się. Podtatusiał trochę, lekko posiwiał i wyraźnie dzisiaj się nie golił, ale było na co ślepe oko wytrzeszczyć. Był z córeczką i chyba żoną, chociaż tą ostatnią zasłaniały mi plecy ławy, na której siedziała. Trudno, w końcu nie na nią miałam patrzeć.
Z żalem wyszłam po kwadransie i pojechałam w stronę Sunset Strip. Pospacerowałam trochę, zjadłam lody i już była pora wracać do hostelu. Szybko kupiłam walizkę, z którą nadal nie wierzę, że wpuszczą mnie do samolotu, bo moim zdaniem strasznie wielka, ale wymiary się zgadzają…Zapakowałam wszystko jak leci, chłopak, który wyjmował moją walichę z przechowalni mało się nie zarwał pod jej ciężarem i zapytał, czy przewożę trupa.
Shuttle przyjechał na czas, korki były względne i na lotnisku byłam z dużym zapasem czasu. Na drżących nogach poszłam zważyć walizki. Trafiłam idealnie z wagą, bagaż rejestrowany 22 kg na 23 możliwe, podręczny 11.5 na 12. Yay, me! Zrobiłam trochę zakupów w wolnocłowym, zjadłam ostatniego hamburgera (z bekonem i pieczarkami, pycha!), kupiłam kawę i obiecany przyjaciółce kubek w Starbucksie (już miałam tego nie robić, bo z miejscem krucho, ale przypomniało mi się, że miała urodziny, to niech ma…), podłączyłam laptopa do prądu, żeby jak najwięcej go nałapać na podróż i przepakowałam podręczny. Dalej się boję, że jest za duży i nie puszczą mnie przez bramkę do samolotu. Dziesięć minut do wejścia na pokład. Kto jeszcze nie trzyma kciuków, niech zacznie!
27.02
Udało się! Uff. Nie wiem jak udało mi się przybrać 22 kilogramy bagażu, ale najważniejsze, że pozwolili nam podróżować razem.
Lot był bardzo miły, bo głównie spałam. Trochę za ciepło było w samolocie, ale za to francuska kuchnia się bardzo sprawdziła, podali wołowinę mieloną zapiekaną pod puszystym, kremowym puree z serem. Niebo w gębie mało. I szampan w ramach aperitifu też był.
Na dobranoc obejrzałam Toy Story 3 i płakałam jak dziecko. Ja już nic nie mogę obejrzeć, żeby się nie wzruszyć. Naprawdę chyba czas poszukać jakiejś terapii.
Szybko odświeżyłam się w łazience, przeszłam sto kilometrów do drugiej bramki (mają tu ciekawe urządzenie, którego jeszcze nigdzie nie widziałam: skanuje się kartę pokładową, a to to mówi, do której bramki się kierować i gdzie ona jest; praktyczne wielce) i już niedługo będę lecieć do Warszawy.
Już tęsknię za Stanami. Od jutra rozglądam się za następnym biletem. Nie znam fajniejszego kraju. Już kilka wizyt za mną, a jeszcze tyle mi zostało: Alaska, Chicago, Floryda, Hawaje, Seattle z wycieczką do kanadyjskiego Vancouver… Nie wspominając już, że do Nowego Jorku mogę wracać zawsze. Teraz zresztą pokochałam też Kalifornię. Oby rozłąka nie trwała za długo!