Rano z trudem wstaję na śniadanie. Szybkie pakowanie, prysznic i długa kawa. W jadalni zainstalowano projektor od czasu mojej ostatniej wizyty. Nie można tak cały dzień siedzieć, ech, w drogę; nadal korzystając z własnych nóg, a nie transportu miejskiego ruszam w stronę Notting Hill.
Tyle lat tu przyjeżdżam, tyle miejsc widziałam. Notting Hill oglądam po raz pierwszy. Urocze kolorowe domki, fantazyjne butiki, offowe ciuchy i dziwni ludzie. Szukam winyla z muzyką Machela Montano, bezskutecznie,ale poznaję kilku świetnych facetów prowadzących sklepy z płytami. Kupuję sobie do kolekcji magnesik na lodówkę. Zaskoczona deszczem chowam się na długą kawę w Starbucksie.
Kiedy się przejaśnia idę na drugą stronę Hyde Parku (który zeszłam już przy okazji tej wizyty wzdłuż i wszerz), tak samo jak w Central w NYC zachwycając się, ile zieleni można schować w wielkim mieście. Robię zdjęcia, śmieję się sama do siebie.
Oczywiście ten mój pozytywny vibe przyciąga natychmiast jakiegoś spóźnionego kochanka. Facet na oko bliżej 50ki, więc się jakieś 10 lat spóźnił z tym podrywem, bo od lat nie gustuję w starszych ;-) Tekst ma banalny: czy ja nie wiem co jest w tym Diana Memorial, do którego prosto się idzie? Nie wiem? A nie szkodzi. A gdzie ja idę? A po prostu? A czy on może zapytać skąd ja jestem? No z Polski, niemożliwe, on mówi po polsku (nawet nieźle, muszę przyznać, ale nie pytam, bo brzmi to jak długa historia, której nie mam siły słuchać). Ale jest pół Włochem, pół Hiszpanem (nie wydać się z hiszpańskim, bo się go nie pozbędę). I on ma takich znajomych, i żona tego znajomego.... że co? że ja przepraszam, ale już idę? a w którym kierunku? a, w przeciwnym, no to szkoda. Rozczarowany odchodzi.
A ja przez tą ucieczkę znajduję Royal Albert Hall, potem idę dalej do Muzeum Alberta i Wiktorii, którego ludzkie oko ani umysł nie ogarnie w jeden dzień. Decyduję się na rzeźbę europejską, Rafaela i historię sukien.
Ten Rafael to ciekawa sprawa. Do kaplicy sykstyńskiej potrzebne były gobeliny, no i żeby one powstały, to trzeba było zrobić swojego rodzaju szkice, po angielsku cartoons, które wyglądają niemal jak obrazy, ale przez użyte materiały są mniej trwałe i bardziej blakną. I te szkice właśnie można sobie obejrzeć w Londynie, tematyka sakralna, cuda, nawrócenie, uleczanie chorych.
Podczas mojego ukulturalniania się dostaję na telefon zaproszenie od Annie na kawę. Kolejny spacer przez Hyde i zaraz jestem przy Marble Arch. W Marksie i Spencerze kupuję nader oryginalny zestaw lunchowy: małe sushi, kanapkę z serem i cebulą i pieczoną pierś kurczaka. Sushi pycha, kanapka w 3/4 do kosza, a na pierś odchodzi mi ochota. Świetny wybór.
Kawa w Starbucksie za to jak zwykle cudna. Annie przychodzi z koleżanką Szkotką, dyskutujemy o tatuażach, a potem dziewczyny towarzyszą mi w upokarzających zakupach, na które wysłała mnie moja BFF.
Zażyczyła sobie mianowicie - w celach służbowych - flag, transparentów i parasolek z brytyjską flagą.
Tyle lat w Londynie nie zhańbiłam się stawiając choćby czubek palca w sklepie z pamiątkami, a tu wychodzę obładowana jak jakaś za przeproszeniem turystka. Wstyd.
Żegnam dziewczyny, biegnę do hostelu, Andriej już jest w pracy, więc chwilę gadamy. Sprawdzam maila, biorę plecak i decyduję się jednak pojechać autobusem na Victoria. Nie dlatego, że bym nie doszła, tylko po ciemku przez park to tak nie po zdroworozsądkowemu chyba...
Jestem na czas, autobus odchodzi jak w zegarku. W styczniu zmarzłam w nocy na tej trasie, więc teraz jestem mądrzejsza. Mam podusię pompowaną z campingu i kocyk. Przez długą część trasy dwa siedzenia dla siebie. Oglądam na dobranoc kiczowaty film Street Dance, nawet jak na moje standardy nie do przyjęcia obiektywnie. I usypiam. Budzi mnie dopiero edynburski deszcz.
podróże świat campingi wakacje - wszystko, co w życiu najlepsze!
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
czwartek, 16 sierpnia 2012
13-15.08
Na campingu, oglądając jednym okiem zamknięcie olimpiady i zastanawiając się jak to jest, że Spice Girls od kilkunastu lat wyglądają identycznie, zamawiam ostatnie mezzo litro, i dość skutecznie chyba mnie ono morzy, bo budze się w namiocie koło 3 w nocy, w ubraniu, wejście otwarte... Za to jakoś w ogóle nie jest mi zimno. Przebieram się w pidżamę, ustawiam budzik, zapadam znowu w sen.
Nie najsłabszy chyba, bo kiedy budzik wyje już kilkanaście minut, budzą mnie Holendrzy z przyczepy obok, którzy w międzyczasie razem z mieszkającymi w domku Anglikami uradzili, że niemożliwe, żebym ja spała przy tym huku. Porwali mnie? Umarłam? Ktoś mnie związał i trzyma mi nóż na gardle? Tłumaczą się później, że się martwili, bo ja taka sama, a to nigdy nie wiadomo. Miłe bardzo, że ktoś się interesuje.
Zjadam typowo włoskie śniadanie w barze, kawa plus rogalik, i ponieważ nie umiem sobie odmówić tej przyjemności wskakuję do basenu popływać pół godzinki.
Później już tylko prysznic, sprawne pakowanie i zwijanie namiotu, i chwilę po 11 wychodzę w stronę dworca.
Nie jest to tak daleko, jak mi się wydawało, po 20 minutach jestem na miejscu i po konsultacji z bardzo miłym, starszym kasjerem kupuję bilet na 12:21 do Milano Centrale, i stamtąd też pociągiem mam dotrzeć na Malpensę. Planowany przyjazd 15:17, trochę na styk, bo mój samolot odlatuje 16.30, ale chyba nie mam innej opcji.
Na koniec kasjer pokazuje mi trzy palce.
- Tre? - pytam niepewnie.
Kiwa głową i pyta czego trzy. Ponieważ nie wiem, wzdycha i pokazuje na ekran komputera.
- Aaa, binario 3! - mówię uszczęśliwiona, że w końcu zrozumiałam, że chodzi mu o peron.
- Ech, myślałem, że my dwoje rozumiemy się bez słów...- mówi z udawanym smutkiem i puszcza do mnie oko.
Czas pozostały do odjazdu spędzam na piciu frizzante, później punktualnie wsiadam do pociągu i próbuję czytać, a nie spać, ale przerasta to moje siły. Za mną siedzi rodzinka grająca w Milionerów na smartphonie, co zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie ta cholerna muzyczka, która leci na loopie. Jestem o krok od podejścia do nich i wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale dojeżdżamy na miejsce. Zmieniam pociąg i uświadamiam sobie, że jedzie on na Terminal 1, a ja potrzebuję na 2, oczywiście na pewno bez problemu można się między nimi poruszać, ale jeszcze skraca mi się czas, jaki mam na punktualne dotarcie do samolotu. Powoli rośnie mi adrenalina.
Na Malpensie wszystko idzie jednak gładko. Wysiadam obok schodów, które wiozą mnie na przystanek, autobus zaraz podjeżdża, zmieniam terminal, nadaję bagaż i już wiem, że teraz tak łatwo beze mnie nie odlecą. Udaje mi się nawet jeszcze kupić wino w prezencie dla Rodziny z Anglii, zjeść kanapkę, skorzystać z toalety i podłączyć się do wifi lotniskowego.
Lekko opóźniony samolot startuje, a lądujemy już o czasie.
South Terminal na Gatwick to jest jakiś gigantyczny labirynt schodów, przejść i korytarzy. Wieki idę do pasa transportowego po odbiór plecaka, ale za to pierwszy raz w życiu mój bagaż pojawia się już jako drugi.
Przy wyjściu czekają na mnie Marya i Gordon. Idziemy do samochodu, co też nie jest ani blisko, ani łatwo trafić... Jedziemy do Shripney. Dostaję ten sam pokój co kilkanaście lat temu, z wielkim łożem z baldachimem i kominkiem, o którym moja kuzynka Abby opowiadała mi poprzednio historie mrożące krew w żyłach.
Bo w Manorze są duchy, i wszyscy śmiertelnie poważnie w nie wierzą.
Jeden to duch lady Katherine, bezprawnie wyrzuconej z tego domu, a drugi - chłopca powieszonego na poddaszu. Fundamenty wiekiem sięgają szóstego stulecia, większość domu powstała w XII/XIII, tak więc atmosfera sprzyja takim niestworzonym opowieściom.
Ale mnie zawsze bardzo się tu podobało: kiedy żył jeszcze Borys, brat mojej Babuni a ojciec Marii, siadywaliśmy w salonie. Teraz popijamy wino w ogromnej kuchni, a ciotka przygotowuje kolację. Tempo picia mają zacne, nawet ja ledwo dotrzymuję kroku, a kiedy po trzeciej chyba butelce Marya się powoli poddaje, my z Gordonem pijemy jeszcze walijską whiskey. Niestety, nie znalazłam się, po trzech łykach zażądałam coli, bo jednak perfumy na czysto to nie dla mnie....
Kolejny dzień przynosi piękną pogodę, i o ile Gordon wychodzi do pracy zanim jeszcze zdążę otworzyć oko, to my z Maryą spędzamy głównie czas nad basenem ( tak, jest piękny basen, otoczony tropikalnymi roślinami, które Borys przywoził ze swojej ukochanej Afryki). Kolejno przyjeżdżają moje kuzynki, z dziećmi, i tak do wieczora, kiedy to Rodzina zabiera mnie na wspólną kolację do meksykańskiej Belle Isle w Chichester gdzie poznaję już wszystkich.
Wszystkich czyli: Maryę i Gordona. Najstarszą córkę Tanyę, jej męża Grahama i dwie córki, Amber i Eve ( ta druga jest samą słodyczą, przytula się i uśmiecha do tego stopnia, że nawet moje średnio czułe na dziewczynki w różowych sukienkach serce mięknie jak masło w trzydziestostopniowym upale). Drugą córkę Katyę, jej męża Matta i ich córki: Marię i Lucię. Oraz najmłodszą Abigail, z mężem Keithem i synkiem - jedyny rodzynek w tym pokoleniu - Lucasem. Naprawdę wszyscy są uroczy, a dzieci wyjątkowo nieupierdliwe, nawet sześciomiesięczna Lucia siedzi grzecznie w wózeczku i nie przeszkadza dorosłym w rozmowie, do tego stopnia, że zapomina się, że w ogóle tam jest.
Rozmawiamy o Polsce, o rodzinie, uzupełniamy drzewo genealogiczne, żartujemy i śmiejemy się. Jest super.
Następnego dnia pora już ruszać dalej, Londyn mnie woła. Obiecujemy sobie być w kontakcie, co powinno nam się udać, bo naprawdę się dogadujemy. Marya zawozi mnie na dworzec, wpadam prosto na spóźniony pociąg i przed 12:30 jestem na Victoria Station w Londynie.
Nie wiem dlaczego zamiast pójść do metra decyduję się na spacer. Jest pochmurno, ale ciepło, więc przemierzanie Hyde Parku sprawia mi dużą frajdę. Zapominam o plecaku i w ogóle mi nie ciąży. W moim ulubionym hostelu jestem tuż przed 14:00, więc od razu mogę się zameldować. Podładowuję telefon i dalej piechotą, konsekwentnie, idę do Marble Arch, na polowanie w Primarku. To jest sklep ze śmiesznie tanimi ubraniami, ale trzeba się naszukać, kolejki do przymierzalni są wręcz niedorzeczne, a do kasy niewiele krótsze. Natomiast poświęcone temu dwie godzinki owocują dwiema sztukami bielizny, jedną ekstrawagancką, a drugą sportową, koszulką z koronki, paskiem, T-shirtem i turbanem do suszenia włosów, łącznie na sumę £20.
Zmęczona i szczęśliwa rzucam się na sofę w Starbucksie i pijąc kawę podziwiam towarzystwo. Część na randkach, część w pracy, wszyscy prawie stukają w laptopa lub komórkę. Jakiś Hindus śpi i chrapie. Japonka rozmawia przez Skype'a. Pełen komplet, żadnych wolnych miejsc i nikt się nie spieszy...
Nawet latte w rozmiarze venti kiedyś się kończy, więc idę dalej wzdłuż Oxford Street, skręcam w prawo w Regents, uśmiecham do gigantycznego sklepu z zabawkami, który w dzieciństwie był celem moich regularnych pielgrzymek, i kieruję się na Piccadilly Circus. Amorek nadal stoi, i jak zwykle obsiada go tłum turystów.
Zaczynam się rozglądać za biletami na jakiś musical, bo co to za pobyt w Londynie bez wizyty w teatrze. Udaje mi się kupić dobre miejsca na Ducha, a wpadam do teatru cztery minuty przed spektaklem.
O ile muzyka nie miała w sobie nic porywającego, a aktorzy byli lekko drewniani, to scenografia zwala z nóg i efekty specjalne też mieli boskie. Najlepsza rola to Ana Mae, medium o afroamerykańskich korzeniach, które pomaga głównemu bohaterowi po śmierci kontaktować się z narzeczoną.
Zresztą film z Goldberg, Moore i świętej pamięci Swayze'im wszyscy widzieli, to co ja się będę rozpisywać o fabule.
W antrakcie dostaję wiadomość od Annie, która od kilku lat mieszka w Lądku, że są ze znajomymi w barze, zapraszają na drinka.
Zaletą posiadania znajomych w znacznie młodszej grupie demograficznej jest możliwość potańczenia w modnym gejowskim barze w Soho. Sama nie wpadłabym na to, żeby się tam wybrać, a miejsce naprawdę jest urocze. Zamawiam rum z colą, rozglądam się po sali. Towarzystwo jest bardzo mieszane, i oczywiście nie w 100% homoseksualne. Rozmawiam z Annie, podziwiam dwa nowe tatuaże, które przybyły jej od stycznia, zakochuję się w tym na żebrach: " Live Love Laugh". Boski!
Robi się prawie północ, więc żegnam się i - po krótkim wahaniu na widok znaku UNDERGROUND- decyduję się na powrót per pedes. Na Oxford Street jest jeszcze otwarty McDonald's, a ponieważ zapomniałam dzisiaj zjeść, nie mogę sobie odmówić zdrowej kolacji w postaci Big Maca.... W o dziwo otwartym Sainsbury's próbuję kupić piwo, ale przypominają mi brutalnie, że w tym mieście nie sprzedaje się alkoholu po 23.00. Czy tylko mnie się to kojarzy z konsumpcją od 13 i zestawem obowiązkowym kawa + WZka?
Zwykle od Marble Arch idę obok Hyde Parku, ale ponieważ jest późno, uznaję, że bezpieczniej będzie skręcić w ruchliwą Edgare Road. Okazuje się, że to libańska dzielnica, więc wszędzie pachnie shishą, a sklepy sprzedają orientalne produkty.
Tuż przed hostelem natykam się na otwarty sklep i próbuję namówić pracującego w nim Araba, żeby sprzedał mi piwo. Boi się, pokazuje na kamery monitoringu, ale widzę, że chce mi pomóc. Umawiamy się, że wrócę za pięć minut, kiedy już będzie zamykał. Kamera zostaje wyłączona, część świateł też, więc twardo stoję na progu i nie wchodzę do środka, żeby mu jakieś głupoty do głowy nie przyszły. Przepłacam za to piwo co najmniej 100%, ale dostaję je - w największej konspiracji, owinięte w czarną plastykową torbę. Razem z pakunkiem propozycja wspólnego wypicia zawartości, ale wymawiam się innymi planami i wracam do hostelu.
Spotykam Andrieja, który pracuje na nocnej zmianie. Poznaje mnie od razu, zaczynamy rozmawiać. Bardzo poukładany chłopak, chociaż młodziutki, koło 26-27 lat. Jest Rumunem, tęskni za Transylwanią, brakuje mu natury i przestrzeni. Po czterech latach w Londynie marzy tylko, żeby wreszcie mieć wystarczająco oszczędności, żeby założyć farmę u siebie w kraju. Pracuje na noce, bo lepiej płacą, i w zimie przed 5-6 dni w tygodniu nie widzi w ogóle słońca.
- Jak dajesz radę?- pytam
- W wolny dzień idę do parku i cały dzień ładuję baterie patrząc w niebo. - śmieje się.
Dobrze nam się rozmawia: o policji i milicji, o postkomunizmie w naszej części świata, o opiece zdrowotnej, o wychowywaniu dzieci w Europie wschodniej i zachodniej, o Rumunii, o Polsce, o podróżach i marzeniach. Zanim się obejrzałam - jest czwarta. Umawiamy się na dokończenie rozmowy następnego wieczora, żegnam się i idę do pokoju.
Nie najsłabszy chyba, bo kiedy budzik wyje już kilkanaście minut, budzą mnie Holendrzy z przyczepy obok, którzy w międzyczasie razem z mieszkającymi w domku Anglikami uradzili, że niemożliwe, żebym ja spała przy tym huku. Porwali mnie? Umarłam? Ktoś mnie związał i trzyma mi nóż na gardle? Tłumaczą się później, że się martwili, bo ja taka sama, a to nigdy nie wiadomo. Miłe bardzo, że ktoś się interesuje.
Zjadam typowo włoskie śniadanie w barze, kawa plus rogalik, i ponieważ nie umiem sobie odmówić tej przyjemności wskakuję do basenu popływać pół godzinki.
Później już tylko prysznic, sprawne pakowanie i zwijanie namiotu, i chwilę po 11 wychodzę w stronę dworca.
Nie jest to tak daleko, jak mi się wydawało, po 20 minutach jestem na miejscu i po konsultacji z bardzo miłym, starszym kasjerem kupuję bilet na 12:21 do Milano Centrale, i stamtąd też pociągiem mam dotrzeć na Malpensę. Planowany przyjazd 15:17, trochę na styk, bo mój samolot odlatuje 16.30, ale chyba nie mam innej opcji.
Na koniec kasjer pokazuje mi trzy palce.
- Tre? - pytam niepewnie.
Kiwa głową i pyta czego trzy. Ponieważ nie wiem, wzdycha i pokazuje na ekran komputera.
- Aaa, binario 3! - mówię uszczęśliwiona, że w końcu zrozumiałam, że chodzi mu o peron.
- Ech, myślałem, że my dwoje rozumiemy się bez słów...- mówi z udawanym smutkiem i puszcza do mnie oko.
Czas pozostały do odjazdu spędzam na piciu frizzante, później punktualnie wsiadam do pociągu i próbuję czytać, a nie spać, ale przerasta to moje siły. Za mną siedzi rodzinka grająca w Milionerów na smartphonie, co zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie ta cholerna muzyczka, która leci na loopie. Jestem o krok od podejścia do nich i wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale dojeżdżamy na miejsce. Zmieniam pociąg i uświadamiam sobie, że jedzie on na Terminal 1, a ja potrzebuję na 2, oczywiście na pewno bez problemu można się między nimi poruszać, ale jeszcze skraca mi się czas, jaki mam na punktualne dotarcie do samolotu. Powoli rośnie mi adrenalina.
Na Malpensie wszystko idzie jednak gładko. Wysiadam obok schodów, które wiozą mnie na przystanek, autobus zaraz podjeżdża, zmieniam terminal, nadaję bagaż i już wiem, że teraz tak łatwo beze mnie nie odlecą. Udaje mi się nawet jeszcze kupić wino w prezencie dla Rodziny z Anglii, zjeść kanapkę, skorzystać z toalety i podłączyć się do wifi lotniskowego.
Lekko opóźniony samolot startuje, a lądujemy już o czasie.
South Terminal na Gatwick to jest jakiś gigantyczny labirynt schodów, przejść i korytarzy. Wieki idę do pasa transportowego po odbiór plecaka, ale za to pierwszy raz w życiu mój bagaż pojawia się już jako drugi.
Przy wyjściu czekają na mnie Marya i Gordon. Idziemy do samochodu, co też nie jest ani blisko, ani łatwo trafić... Jedziemy do Shripney. Dostaję ten sam pokój co kilkanaście lat temu, z wielkim łożem z baldachimem i kominkiem, o którym moja kuzynka Abby opowiadała mi poprzednio historie mrożące krew w żyłach.
Bo w Manorze są duchy, i wszyscy śmiertelnie poważnie w nie wierzą.
Jeden to duch lady Katherine, bezprawnie wyrzuconej z tego domu, a drugi - chłopca powieszonego na poddaszu. Fundamenty wiekiem sięgają szóstego stulecia, większość domu powstała w XII/XIII, tak więc atmosfera sprzyja takim niestworzonym opowieściom.
Ale mnie zawsze bardzo się tu podobało: kiedy żył jeszcze Borys, brat mojej Babuni a ojciec Marii, siadywaliśmy w salonie. Teraz popijamy wino w ogromnej kuchni, a ciotka przygotowuje kolację. Tempo picia mają zacne, nawet ja ledwo dotrzymuję kroku, a kiedy po trzeciej chyba butelce Marya się powoli poddaje, my z Gordonem pijemy jeszcze walijską whiskey. Niestety, nie znalazłam się, po trzech łykach zażądałam coli, bo jednak perfumy na czysto to nie dla mnie....
Kolejny dzień przynosi piękną pogodę, i o ile Gordon wychodzi do pracy zanim jeszcze zdążę otworzyć oko, to my z Maryą spędzamy głównie czas nad basenem ( tak, jest piękny basen, otoczony tropikalnymi roślinami, które Borys przywoził ze swojej ukochanej Afryki). Kolejno przyjeżdżają moje kuzynki, z dziećmi, i tak do wieczora, kiedy to Rodzina zabiera mnie na wspólną kolację do meksykańskiej Belle Isle w Chichester gdzie poznaję już wszystkich.
Wszystkich czyli: Maryę i Gordona. Najstarszą córkę Tanyę, jej męża Grahama i dwie córki, Amber i Eve ( ta druga jest samą słodyczą, przytula się i uśmiecha do tego stopnia, że nawet moje średnio czułe na dziewczynki w różowych sukienkach serce mięknie jak masło w trzydziestostopniowym upale). Drugą córkę Katyę, jej męża Matta i ich córki: Marię i Lucię. Oraz najmłodszą Abigail, z mężem Keithem i synkiem - jedyny rodzynek w tym pokoleniu - Lucasem. Naprawdę wszyscy są uroczy, a dzieci wyjątkowo nieupierdliwe, nawet sześciomiesięczna Lucia siedzi grzecznie w wózeczku i nie przeszkadza dorosłym w rozmowie, do tego stopnia, że zapomina się, że w ogóle tam jest.
Rozmawiamy o Polsce, o rodzinie, uzupełniamy drzewo genealogiczne, żartujemy i śmiejemy się. Jest super.
Następnego dnia pora już ruszać dalej, Londyn mnie woła. Obiecujemy sobie być w kontakcie, co powinno nam się udać, bo naprawdę się dogadujemy. Marya zawozi mnie na dworzec, wpadam prosto na spóźniony pociąg i przed 12:30 jestem na Victoria Station w Londynie.
Nie wiem dlaczego zamiast pójść do metra decyduję się na spacer. Jest pochmurno, ale ciepło, więc przemierzanie Hyde Parku sprawia mi dużą frajdę. Zapominam o plecaku i w ogóle mi nie ciąży. W moim ulubionym hostelu jestem tuż przed 14:00, więc od razu mogę się zameldować. Podładowuję telefon i dalej piechotą, konsekwentnie, idę do Marble Arch, na polowanie w Primarku. To jest sklep ze śmiesznie tanimi ubraniami, ale trzeba się naszukać, kolejki do przymierzalni są wręcz niedorzeczne, a do kasy niewiele krótsze. Natomiast poświęcone temu dwie godzinki owocują dwiema sztukami bielizny, jedną ekstrawagancką, a drugą sportową, koszulką z koronki, paskiem, T-shirtem i turbanem do suszenia włosów, łącznie na sumę £20.
Zmęczona i szczęśliwa rzucam się na sofę w Starbucksie i pijąc kawę podziwiam towarzystwo. Część na randkach, część w pracy, wszyscy prawie stukają w laptopa lub komórkę. Jakiś Hindus śpi i chrapie. Japonka rozmawia przez Skype'a. Pełen komplet, żadnych wolnych miejsc i nikt się nie spieszy...
Nawet latte w rozmiarze venti kiedyś się kończy, więc idę dalej wzdłuż Oxford Street, skręcam w prawo w Regents, uśmiecham do gigantycznego sklepu z zabawkami, który w dzieciństwie był celem moich regularnych pielgrzymek, i kieruję się na Piccadilly Circus. Amorek nadal stoi, i jak zwykle obsiada go tłum turystów.
Zaczynam się rozglądać za biletami na jakiś musical, bo co to za pobyt w Londynie bez wizyty w teatrze. Udaje mi się kupić dobre miejsca na Ducha, a wpadam do teatru cztery minuty przed spektaklem.
O ile muzyka nie miała w sobie nic porywającego, a aktorzy byli lekko drewniani, to scenografia zwala z nóg i efekty specjalne też mieli boskie. Najlepsza rola to Ana Mae, medium o afroamerykańskich korzeniach, które pomaga głównemu bohaterowi po śmierci kontaktować się z narzeczoną.
Zresztą film z Goldberg, Moore i świętej pamięci Swayze'im wszyscy widzieli, to co ja się będę rozpisywać o fabule.
W antrakcie dostaję wiadomość od Annie, która od kilku lat mieszka w Lądku, że są ze znajomymi w barze, zapraszają na drinka.
Zaletą posiadania znajomych w znacznie młodszej grupie demograficznej jest możliwość potańczenia w modnym gejowskim barze w Soho. Sama nie wpadłabym na to, żeby się tam wybrać, a miejsce naprawdę jest urocze. Zamawiam rum z colą, rozglądam się po sali. Towarzystwo jest bardzo mieszane, i oczywiście nie w 100% homoseksualne. Rozmawiam z Annie, podziwiam dwa nowe tatuaże, które przybyły jej od stycznia, zakochuję się w tym na żebrach: " Live Love Laugh". Boski!
Robi się prawie północ, więc żegnam się i - po krótkim wahaniu na widok znaku UNDERGROUND- decyduję się na powrót per pedes. Na Oxford Street jest jeszcze otwarty McDonald's, a ponieważ zapomniałam dzisiaj zjeść, nie mogę sobie odmówić zdrowej kolacji w postaci Big Maca.... W o dziwo otwartym Sainsbury's próbuję kupić piwo, ale przypominają mi brutalnie, że w tym mieście nie sprzedaje się alkoholu po 23.00. Czy tylko mnie się to kojarzy z konsumpcją od 13 i zestawem obowiązkowym kawa + WZka?
Zwykle od Marble Arch idę obok Hyde Parku, ale ponieważ jest późno, uznaję, że bezpieczniej będzie skręcić w ruchliwą Edgare Road. Okazuje się, że to libańska dzielnica, więc wszędzie pachnie shishą, a sklepy sprzedają orientalne produkty.
Tuż przed hostelem natykam się na otwarty sklep i próbuję namówić pracującego w nim Araba, żeby sprzedał mi piwo. Boi się, pokazuje na kamery monitoringu, ale widzę, że chce mi pomóc. Umawiamy się, że wrócę za pięć minut, kiedy już będzie zamykał. Kamera zostaje wyłączona, część świateł też, więc twardo stoję na progu i nie wchodzę do środka, żeby mu jakieś głupoty do głowy nie przyszły. Przepłacam za to piwo co najmniej 100%, ale dostaję je - w największej konspiracji, owinięte w czarną plastykową torbę. Razem z pakunkiem propozycja wspólnego wypicia zawartości, ale wymawiam się innymi planami i wracam do hostelu.
Spotykam Andrieja, który pracuje na nocnej zmianie. Poznaje mnie od razu, zaczynamy rozmawiać. Bardzo poukładany chłopak, chociaż młodziutki, koło 26-27 lat. Jest Rumunem, tęskni za Transylwanią, brakuje mu natury i przestrzeni. Po czterech latach w Londynie marzy tylko, żeby wreszcie mieć wystarczająco oszczędności, żeby założyć farmę u siebie w kraju. Pracuje na noce, bo lepiej płacą, i w zimie przed 5-6 dni w tygodniu nie widzi w ogóle słońca.
- Jak dajesz radę?- pytam
- W wolny dzień idę do parku i cały dzień ładuję baterie patrząc w niebo. - śmieje się.
Dobrze nam się rozmawia: o policji i milicji, o postkomunizmie w naszej części świata, o opiece zdrowotnej, o wychowywaniu dzieci w Europie wschodniej i zachodniej, o Rumunii, o Polsce, o podróżach i marzeniach. Zanim się obejrzałam - jest czwarta. Umawiamy się na dokończenie rozmowy następnego wieczora, żegnam się i idę do pokoju.
Jakaś flądra zajęła moje dolne łóżko. Pnąc się na cholerną górę życzę jej z całego serca, żeby jej sprężyny weszły w bok.
niedziela, 12 sierpnia 2012
12.08
Przypomniało mi się, dlaczego nieznoszę włoskich niedziel. Proszę mi przed następną podróżą uświadomić, żebym przyjechała w poniedziałek i uciekła do soboty.
Wszystko jest zamknięte albo nieczynne. Autobusy niby chodzą, ale właściwie to udają. Wypożyczyć to można ewentualnie leżak na plaży, ale nie skuter czy samochód.
Okej, ja też się obudziłam z trochę niedzielnym podejściem do życia - długie śniadanie, chwila w internecie na ploteczkach z przyjaciółką... Zanim wyszłam na tak zwane miasto, było dobrze po 11. Bez specjalnej agendy podreptałam w kierunku centrum, ustaliłam skąd i o której odpływają łodzie i odjeżdżają autobusy. Postudiowałam mapę okolicy, nad kulką dobrych lodów zresztą, i skonfrontowałam ją z rozkładami jazdy. I ślepy by zobaczył, że cudów w kwestii liczby odwiedzonych dziś miejsc się nie zdziała.
Zdecydowałam się statkiem o 13.50 popłynąć do Bardolino, i nie była to zła decyzja. Zarówno jezioro, góry, jak i mijane po drodze miasteczka bardzo przypadły mi do gustu. Wiem, że się powtarzam, ale uwielbiam być na wodzie- ten wiatr, zapach, poczucie przestrzeni... Na Gardzie na całego odchodzi uprawianie sportów: od motorówek, które można wypożyczyć w każdym porcie (i zarzekają się, że nic nie trzeba umieć, każdy poprowadzi...), przez skutery, banany, żaglówki i czego tam jeszcze dusza zapragnie.
Po niecałej godzinie wysiadłam w Bardolino. Znowu: bez żadnego konkretnego planu obeszłam uliczki, zwiedziłam jedyne dwa kościoły, jeden z XII czy XIII w, drugi z XIX, wybudowany kiedy pierwszy okazał się niewystarczający. W duchu pochwaliłam się za przezorne zabranie narzutki na ramiona, bo inaczej mogłabym obejrzeć je tylko z zewnątrz. Zwłaszcza podobał mi się ten nowszy, w którym pachniało kadzidłem, panował uroczy chłód, a kotary, którymi zasłonięte były wejściowe drzwi, łopotały na wietrze.
Nie wiem, co mi strzeliło do blond łba, ale na widok pociągu, takiego na kółkach, co jeździ po mieście z turystami, zwłaszcza tymi w wieku przedszkolnym, poczułam, że ja muszę, no po prostu MUSZĘ. Cena nie była wysoka, więc postanowiłam sobie pofolgować, nadal nie rozumiejąc skąd ten... khm... POCIĄG do mainstreamowych atrakcji...
Zyskałam tyle, że upewniłam się, że na nogach byłam już wszędzie i nic innego to miasteczko do zaoferowania mi nie ma.
Później zrobiłam kilka rund, najpierw w poszukiwaniu idealnej knajpy, którą prawie znalazłam, ale mieli popsuty terminal, więc się zniechęciłam i kiedy wyszłam w poszukiwaniu bankomatu, to już nie wróciłam. Ten bankomat zresztą, osobna kwestia, nie dość, że chyba jeden na całą wieś, to jeszcze tak schowany, że trzy razy co najmniej go minęłam zanim wpadł mi w oko. Wróciłam do rozglądania się za restauracją, w porcie dopytałam, skąd mam powrotny autobus, w końcu postanowiłam bez obiadu pójść na przystanek, trochę rozczarowana menu, a trochę zmuszona przez fakt, że i tak większość restauracji o 17 zamknięta jest na głucho. No oczywiście, kto by jadł o tej porze...
Niedaleko przystanku trafiłam na miły bar i pocieszyłam się dwoma kieliszkami rosato, zabijając czas do odjazdu pisaniem bloga.
Dwadzieścia minut przed godziną zgodną z rozkładem wyszłam, zahaczając po drodze o tytoniowy, żeby kupić bilety. Na widok pana za ladą przypomniał mi się cały włoski, bardzo się starałam nie zrobić z siebie lingwistycznej idiotki, i chyba mówiłam składnie, bo na koniec zostałam obdarzona pięknym uśmiechem, wcale nie pobłażliwym... Aż się prosi zacytować powiedzonko mojej przyjaciółki Anety, tylko nie wiem, czy się zdecydować na "wizualnie wyjątkowo udany egzemplarz" czy na "co ja poradzę, że nie uważam, żeby on był brzydki" ;-) Ech, tak czy siak, wiadomo, o czym mówię.
Kiedy dotarłam na przystanek, obok godziny odjazdu wyświetlało się +16, później +21, a 43 minuty po czasie wyglądało, że ten autobus w ogóle nie przyjedzie i trzeba czekać na kolejny, do którego zresztą niewiele już zostało.
Może bym się wściekała, ale po pierwsze, muzyka w iPhonie do tego służy, żeby się nie nudzić, a po drugie tłumek był fascynujący na przystanku, a jak powszechnie wiadomo kocham gapić się na ludzi i wyciągać niczym nie uzasadnione wnioski ;-) Pani z maleńkim dzieckiem na ręku, trzymanym tak od niechcenia, że czekałam aż jej wypadnie. Para z lodówką turystyczną, z której ku zazdrości reszty co kilka minut wyjmowali rozmaite zimne napoje. Włoszka oburzona spóźnionym autobusem, która robiła komuś awanturę przez telefon, taką prawdziwą włoską, z krzykiem i szeroką gestykujacją. Nastoletni chłopak obcięty na czeskiego piłkarza, który znużony wyczekiwaniem poprosił matkę o papierosa - najpierw myślałam, że coś źle zrozumiałam- i zamiast dostać w łeb, dostał, czego chciał. Ja rozumiem, że tutaj palą wszyscy, ale to była dla mnie jakaś przesada...
Autobus pojawia się spóźniony jedyne 70 minut, czy też 7, jeśli założymy, że to już ten następny. Oczywiście wypełniony jest po brzegi. O miejscu siedzącym nie ma mowy, kiedy ktoś chce wyjść muszę się pochylać i wciskać w rząd siedzień, a wtedy Włoch podróżujący z synkiem bez krępacji zagląda mi w dekolt. Całą energię koncentruję na tym, żeby go w dziób nie strzelić.
Trwa to długo, bo jest piekielny korek, ale dzięki temu na malowniczej trasie oglądam zachodzące nad Gardą słońce. Mijamy tandetne na oko parki rozrywki, Movieland i Gardaland, obok nich restauracje w amerykańskim stylu, all-you-can-eat BBQ i średniowieczne cośtam, jak w filmie z Carrey'em, tylko nie pamiętam którym. Cable guy? Chyba tak. Wtedy jak musiał brać udział w turnieju rycerskim.
W końcu dojeżdżam do Peschiery, ale autobus zatrzymuje się przy stacji, co nie jest przesadnie blisko. Pytam Włoszki obok, czy jedziemy do centrum. Nie wie. Ryzykuję, następny przystanek jest bliżej, ale to jeszcze nie to. Ryzykuję dalej.
Kasyno wygrywa. Wysiadam dobrze za Peschierą, na jakimś wygwizdowie. Ponieważ marudzenie nie leży w mojej naturze, wzruszam ramionami, podkręcam muzykę i idę. Na rondzie skręcam tam, gdzie mi się wydaje, że powinnam, ale zmylona znakiem McDonald'sa - że restauracja w Peschierze to trzeba zawrócić- zawracam. I oczywiście idę nie tą drogą, więc zabiera mi to prawie godzinę, ale humor mi dopisuje.
Porzucam w namiocie aparat i wracam do centrum na kolację, myśląc po drodze, że chyba większość dnia dziś szłam.
Po drodze zaczyna padać deszcz, tak rzadki i ciepły, że zastanawiam się, czy mi się nie wydaje.
Siadam w knajpeczce nad samym jeziorem, zamawiam lasagne, tiramisu i wino. Zawsze zapominam, że pasta to tu przystawka, i porcja nie jest duża, za to deser jest znacznie większy, więc jestem najedzona. Kończę wino i kolejny rozdział Hunger Games, tom II. Kelnerka namawia mnie na limoncello, a kiedy powoli je sączę, nad jeziorem rozbłyska feria fajerwerków. Una notte perfetta.
sobota, 11 sierpnia 2012
11.08
W nocy kilka razy się budzę: a to źle się ułożyłam, a to za zimno bez śpiwora, może jednak trzeba było wziąć, bo ten kocyk trochę mały i trochę cienki... Zakładam bluzę i skarpetki. Usypiam. Budzę się w temperaturze sauny fińskiej. Niemożliwe, 10.00! Przespałam ponad dziesięć godzin. Rozbieram się, otwieram namiot, żeby wpuścić powietrze. Czuję, że jestem zapuchnięta od gorąca. Idę pod prysznic, i do sklepiku po śniadanie. Kupuję paczkę prosciutto crudo, kulkę mozarelli a na deser cornetto z czekoladą. W ramach kawy - mrożone latte. Najadam się i siadam przed namiotem na torebce foliowej, odpisując na maile i sprawdzając powiadomienia na fejsbuku. Za chwilę przychodzi sąsiadka z krzesłem pytając, czy chciałabym pożyczyć odrobinę luksusu. Jestem jej bardzo wdzięczna, chwilę rozmawiamy. Przyjechali z mężem z Holandii, siedzą już trzeci tydzien, ale we wtorek wracają, bo wnuki chcą zabrać pod przyczepę gdzieś blisko domu. Zorganizowani są świetnie, mają nawet antenę SATELITARNĄ i wok do gotowania na gazie, w którym wczoraj robili jakieś przysmaki.
Po jakimś czasie decyduję się wyjść na plażę, z książką. Trochę się kąpię, trochę słucham muzyki, trochę mi się oko zamyka. Dno z tej strony jest lepsze, mięciutkie, chociaż to muł a nie piaseczek, i nie każdy by lubił na tym stawać, ale dla mnie lepsze to od wczorajszych kamulców. Po dwóch godzinach wracam w okolice namiotu. Dowiaduję się w recepcji o autobusy do Sirmione, i stwierdzając, że mam trochę czasu spożywam lunczyk w postaci kawałka sera brie i lepszej części butelki bianco della casa. O 15:00 otwierają basen po sieście, więc idę popływać, z niesmakiem przyjmując obowiązkowy czepek od ratownika i starając się nie myśleć, czy on jest nowy, czy używany. Czepek, nie ratownik, bo ratownik dużo używany nie jest chyba, zważywszy, że pewnie przed chwilą obchodził dwudzieste urodziny, i gdyby nie był taki strasznie chłopięco drobny, to nie powiem, nie powiem....
Po kąpieli kładę się na leżaku, ale zamiast czytać usypiam, nie wiem jak i nie wiem kiedy, a budzi mnie dopiero swąd płonącej skóry.... Pamiętam, że smarowałam twarz, dekolt i ramiona, ale czy nogi? Hm. Ból łydek mówi, że nie. Idę pod prysznic i szykuję się na wycieczkę; skóra pali jak szalona.
Przystanek znajduję bez problemu, trochę spóźniony autobus przyjeżdża i wzdłuż brzegu Gardy wiezie mnie na półwysep długim językiem wcinający się w wodę. Na jakimś etapie po obu stronach ulicy, za jednym rzędem budynków widać wodę. Magia.
Kiedy wysiadam, postanawiam od razu kupić powrotny bilet korzystając z pobliskiego punktu sprzedaży. Pytam o ostatni autobus, który wedle mojej wiedzy odjeżdża 21:33. A pan mówi, że nie, że skąd, że 19:28. Pokazuję mu bilet, na którym przyjechałam, pytając, czy o tej linii mówimy. Upiera się, że tak, i wyśmiewa, że kupiłam bilet w autobusie przepłacając srogo.... Dziękuję grzecznie za informacje i idę do pobliskiego biura turystycznego sprawdzić, kto ma rację. Niestety, on. W siną dal odpływa wizja kolacji w Sirmione, mam czas tylko obejść miasto.
Tak dużo do chodzenia znowu nie ma, wchodzi się przez bramę obok XIII w twierdzy, dalej uroczymi małymi uliczkami spacerując podziwia się niewiarygodne girlandy amarantowych kwiatów, czasem obrastające całe ściany budynków. Postanawiam zjeść lody, bo być we Włoszech i tego nie zrobić, to granda. Spośród wielu lodziarni wybieram tę, w której grają Tchechereretche, bo skoro muzyczny gust mają taki dobry, to i lody może niezłe.... ;-) Z rożkiem o smaku owoców leśnych, zachęcona znakiem via panoramica, schodzę do jeziora wzdłuż parku Mari Callas, zataczam koło i wracam do centrum. Chcę dokupić kawałek chleba i pomidory, żeby załatwić kwestię jutrzejszego śniadania resztką Brie. Jak na zamówienie pojawia się sklepik. Po zakupach wsiadam w autobus, słucham trójki Polaków dyskutujących w drodze o podróżowaniu (nic mądrego zresztą nie mówią, a jak dochodzą do sprawdzania się z angielskich słówek, to lektorski włos mi się jeży na głowie na dźwięk tej wymowy....) i oczywiście przejeżdżam swój przystanek. Smutna minka, machanie rzęsami, i pan kierowca poza trasą wysadza mnie na rondzie, bo tłumaczę, że z centrum to ja mam straaaaaasznie daleko.
Nie jestem bardzo głodna, a łydki mnie dobijają, ale wpadam na fajną knajpeczkę Lo Scarabeo, i postanawiam zjeść prawdziwą włoską pizzę (tym razem z mozzarellą i rukolą) oraz wypić wieczorne mezzo litro di bianco. Jedzenie jest genialne, wino też, piszę bloga, a w międzyczasie znowu z głośników lecą zumbowe piosenki: najpierw Oceana, potem nieśmiertelna Ballada Boa. Uśmiecham się mimo woli do własnych wspomnień. Płacę za kolację i powoli wracam na camping.
piątek, 10 sierpnia 2012
Lombardia 1
Wyprawą samą w sobie jest dojazd do Modlina. Skoro samolot odlatuje o szóstej, a ja zumbę skończyłam na Tarchominie o 22.30, to nie widzę powodu się kłaść. Pakuję się i sprzątam dom, nocnym o 2:35 jadę na Centralny, stamtąd pociągiem (trzeba oddać, że nowym, czystym i niedrogim - 12 zl) do Modlina, a ostatni odcinek do terminalu pokonuję wahadłowym autobusem, opłaconym w cenie pociągu.
Samo lotnisko już aż tak się nie broni, godzinę spędzam w kolejce do oddania bagażu i kontroli dokumentów, a ostatnie pół godziny już dosłownie dogorywam, bo sen mnie morzy, a sklepy i knajpy są, tyle, że w planach. Moja energia spada wprost proporcjonalnie do blasku wschodzącego słońca.
Orio al serio zorganizowane jest bosko. Dwie minuty zajęła mi adaptacja do włoskiego zgiełku, a potem bez problemu kupiłam bilet do miasta za dwa euro. W autobusie przepakowałam się, zamieniłam adidasy na klapki, schowałam dżinsową kurtkę i zlikwidowałam bagaż podręczny.
Wysiadłam obok stacji pociągu, obok informacji turystycznej i jak się okazało obok przechowalni bagażu. Wszystko blisko, wszystko dobrze, a w dodatku na tym samym bilecie mogłam po zasięgnięciu języka w kwestii miejsc do zobaczenia podjechać na starówkę tak zwaną, do Alta Città. Zabytkowa część Bergamo leży bowiem malowniczo na wzgórzu.
Wysiadłam na ostatnim przystanku linii 1A i zrobiłam to, co zawsze w nowym mieście: poszłam się zgubić. Sposób jest prosty: nie patrzy się na mapę, tylko na każdym skrzyżowaniu wybiera się najładniejszą uliczkę i właśnie w nią się skręca. A miejscowe zaułki naprawdę urzekają. Te patia, te kwiaty, te kamienne mury, brukowane jezdnie, bramy, podcienia... I te cudowne sklepy, z wędlinami, z tradycyjnymi ciastami, z ręcznie robionymi kolczykami. Ach! I jest ta atmosfera, stali klienci z czworonożnymi przyjaciółmi plotkujący z właścicielem, stali bywalcy w barach, zamawiający to, co zwykle, siedemdzisięciolatek na skuterze, który jeszcze próbuje podrywać mnie puszczając oczka.... Niebo. Przy okazji znalazłam kwintesencję Italii: knajpeczkę ze stolikami wokół fontanny, gdzie za trzy euro dostałam cappuchino, rogalika z budyniem i sok pomarańczowy. Południowe śniadanie. Nad kawą zaczęłam studiować mapę. Bergamo jest malutkie, to znaczy ta część historyczna, więc długiej listy zwiedzania nie stworzyłam. Główny plac mijałam już po drodze, do bazyliki Santa Maria Maggiore weszłam tylnymi drzwiami, których podobnie jak frontowych strzegą marmurowe lwy, ale białe a nie różowe. W środku barok, czyli jak dla mnie wszystkiego za dużo, ale na arrasy spojrzałam łaskawym okiem, bo w stylu bardzo przypominały gobeliny z mojego rodzinnego domu, więc dotknęły sentymentalnej nuty. I o ile wszystko w tym kościele było pięknie opisane, to jedyna rzeźba, która przykuła mój wzrok pozostawiona była bez komentarza. Obstawiam, że ukazywała Chrystusa, siedzącego na piętach, ale w modlitewnej pozie, z lekko pochyloną głową, nagiego, z kawałkiem sukna przerzuconym w poprzek ud. Czarny kamień. Bardzo liryczna i bardzo piękna, nienachalnie sakralna, ludzka i wzruszająca.
Zaraz obok jest katedra. Zanim weszłam do środka, zrobiłam ze schodów zdjęcie wolnostojącej chrzcielnicy, rozumianej jako budynek, nie zaś naczynie, której różowy marmur lśnił w południowym słońcu. W katedrze zaciekawił mnie restaurowany obraz przedstawiający przejście Żydów przez Morze Czerwone, nie tyle samo płótno, co cudowne fiolki i buteleczki z masą fascynujących, kolorowych preparatów, które panowie konserwatorzy ze sobą przywieźli.... Poza tym nic niezwykłego.
Minęłam wieżę-symbol miasta w surowym średniowiecznym kształcie, podobną do tych w San Giminiano, dobrowolnie rezygnując z przyjemności pokonania iluśtam set schodów za trzy euro. Wróciłam spacerem do okolic przystanku, zachwycając się błyszczącą, czerwoną Vespą zaparkowaną obok uroczej knajpeczki, i postanowiłam wjechać kolejką linową w okolice zamku - najwyższego punktu w mieście. Nie zawiodłam się, widok zapierał dech w piersiach. Jak weselny tort, Bergamo ma kilka poziomów, ja ze szczytowego mogłam podziwiać leżącą niżej starówkę, ale i dolne, nowoczesne miasto, a z drugiej strony wzgórza, do których poprzyklejały się luksusowe wille. Chwila dla fotoreportera, i ten sam wagonik zawiózł mnie w dół, a potem drugi aż w okolice stacji.
Zrobiło się wczesne popołudnie, więc usiadłam w małej restauracyjce koło stacji na lunch i pierwszą połóweczkę włoskiego wina. Boska carbonara. Najedzona i rozleniwiona, i troszeczkę na rauszu, zabrałam plecak z depozytu i poszłam na stację, żeby zdecydować gdzie dalej. Pamiętałam, że campingi w dużej liczbie wyskakiwały w internetowych wyszukiwarkach koło Peschery del Garda, więc zapytałam o bilet właśnie tam. Czas rozsądny, cena sensowna, kupiłam. Zapamiętałam, który pociąg, ale zapomniałam gdzie się mam przesiąść. Co i tak nie szkodzi, bo od razu usnęłam, mimo, że wrzuciłam na uszy zumbową muzykę, żeby utrzymać adrenalinę na wyższym poziomie. Lipa. Sen mocniejszy, ale za to śniło mi się, że tańczę.... ;-) Na szczęście konduktor miał wyczucie czasu, i obudził mnie do kontroli biletowej tuż przed właściwą stacją. W drugim pociągu usnęłam jeszcze szybciej, i jeszcze mocniej. Dlaczego obudziłam się akurat wtedy, kiedy pociąg wjeżdżał na stację Peschera del Garda pewnie nigdy się nie dowiem.
Zarzuciłam dobytek na ramiona i wolniutko poszłam na nos w stronę jeziora. Ja wyczuwam wodę, ciągnie mnie do tego żywiołu, racza moja natura silna jest, że hej... Mijałam znaki na campingi, na jakimś etapie trzeba było zdecydować, czy iść w stronę tych w prawo, czy w lewo, w końcu skręciłam w prawo, bo pokrywało się to z kierunkowskazami na plażę.
Pierwszy rzut oka na Gardę zniewala. Ośnieżone góry topiące się w lazurowej wodzie. Tak, jak sobie wyobrażałam przez te lata, kiedy planowałam tu przyjechać. Niestety wrażenie słabło z każdym krokiem. Liczba plażowiczów i tandetnych barów, oraz tłum w wodzie, przekraczały ludzką zdolność pojmowania. Campingi co krok, głośne, pełne i nijakie, a ceny w okolicach 40 do 100 (!) euro. Dodam, że nie przyjechałam camperem z szóstką dzieci, chodzi o miejsce o wymiarach 2.5x1 m dla mojego namiotu i dla mnie. Oburzona szłam tak dobre półtorej godziny, wolniutko, bo słońce mocno przygrzewało, a plecak sam się nie chciał nieść. Wbrew moim przewidywaniom na końcu drogi nie było autobusu, który zawiózłby mnie z powrotem do centrum, więc stanęłam przed koniecznością pokonania tej samej trasy drugi raz. Pomyślałam wtedy, że to dobrze być samemu, bo człowiek sam sobie sterem i okrętem, a ktoś drugi mógłby zacząć fochy strzelać, że sytuacja jest jaka jest, spać gdzie nie ma, a bagaż to coraz cięższy się robi... Bo tak było. Na znak protestu w połowie na plaży zrzuciłam plecak, oraz ubranie, wygrzebałam kostium i zanurzyłam się w szumiącej Gardzie. Woda jest woda, odświeża, chłodzi i koi. Nawet jeśli zarówno wybrzeże jak i dno są usiane kamieniami, bez klapek nie staniesz, a księżniczka na ziarnku grochu już ma oczywiście kilka nowych siniaków.
Tym nie mniej w znacznie lepszym nastroju po tej półgodzinnej przerwie ruszyłam eksplorować drugi brzeg. Nie wiem, czy on rzeczywiście ładniejszy, czy humor mi wrócił, ale zakochałam się znowu. Lepsza perspektywa na góry, ludzi mniej, rybak na kukurydzę próbuje zwabić kolację, promenada obsadzona pięknymi drzewami. Na początku droga wiedzie przez urokliwe centrum, jest nawet informacja, chociaż pani wyjątkowo jest niezadowolona z klientki, która nie dość, że coś w ogóle chce, to uparcie twierdzi, że mówi wyłącznie po włosku, i w tym języku należy się do niej zwracać, z tym, że cierpliwie i powoli. W końcu ustalam gdzie jest camping, o którym czytałam w necie i idę. Śliczny jest. Blisko ładna, choć kamienista plaża. Pytam o cenę, pani w recepcji mówi, że 20 euro za miejsce plus 10 za osobę. Niepomalowanymi dzisiaj, ale jednak dość długimi rzęsami trzepoczę do właściciela, dorzucam smutną minkę i wcale nie symulowany ból nóg i ramion, i cena spada o 1/3. Deal. Rozbijam namiot w kilka minut, mimo pogiętych masztów i śledzi. Oczywiście ziemia jak skała więc od sąsiadów pożyczam młotek. Jak zwykle na campingu wszyscy są mili, pomocni i uśmiechnięci. Kiedy mój domek już stoi, wypełnia mnie takie szczęście, że nie chcę od niego odejść nawet na kolację. Kupuję w campingowym sklepie paczkę prosciuto crudo, chipsy i wino, siadam przed domem, otwieram butelkę (tak, wreszcie kupiłam wielofunkcyjny scyzoryk) i zabieram się do bloga. W iPadzie z zaskoczeniem znajduję zumbową składankę, którą jak myślałam mam tylko w iPhonie, chwilowo odzyskującym w recepcji siły życiowe. Włączam więc i piszę. Tak zastaje mnie zmierzch.
To jest jeden z tych durnych momentów, kiedy nie liczą się wszystkie problemy, wątpliwości, smutki i tęsknoty. Jestem szczęśliwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)