czwartek, 28 lipca 2022

Czarnogóra- dzień 1

Dzień 1

Czarnogóra skradła mi serce już wtedy, kiedy pierwsze szczyty Gór Dynarskich wyłoniły się spod kół lądującego samolotu. To, co uderza w pierwszej chwili, kiedy wysiada się na lotnisku w Podgoricy, to niesamowity upał i brak miasta wokół. Nie da się dojechać do niego inaczej, jak tylko taksówką, ale na szczęście jest to cenowo rozsądna opcja.



Czarnogórcy jeżdżą jak wariaci. Napawa nas lękiem myśl o prowadzeniu tu samochodu. Co chwila kraksa jest o włos. Jadą za szybko, wpychają się na rondach, wyjeżdżają z nikąd włączając się do ruchu.

Nasz B&B jest położony w sercu miasta. Wchodzi się przez klatkę schodową przypominającą nasze komunistyczne bloki, ale w środku jest czysto i schludnie, choć o luksusach nie ma mowy. Od wejścia pachnie cynamonem i cukrem, nie wiemy skąd, być może z sąsiedniej kawiarni.

Całe miasto zresztą spowite jest słodkawym zapachem, którego nie umiemy zidentyfikować. Cynamon też się w nim pojawia, ale jest to chyba jakaś roślina, jakiś kwiat, coś, czego nie umiemy wskazać palcem ani znaleźć w Googlu. W połączeniu z upałem sprawia, że Czarnogóra jawi się jako miejsce dużo bardziej egzotyczne, niż się spodziewałam.



Po rzuceniu bagażu w pokoju w pierwszych krokach kierujemy się na starówkę. Idąc przez park dochodzimy do rzeki Moračy, gdzie w krystalicznie czystej wodzie kąpią się mieszkańcy. Jakże żałuję, że nie mam kostiumu!… Podziwiamy stary most na Ribnicy, a potem wspinamy się po kamiennych schodach do pozostałości tureckiej twierdzy, a stamtąd już na azymut, wynaczany odcinającym się od błękitnego nieba minaretem, szukamy starego miasta.


Zaskoczony będzie ten, kto na hasło „starówka” zobaczy w głowie Pragę czy Warszawę. Stara Varoš to wąskie uliczki z niskimi domkami, obok których czasem suszy się pranie, a czasem biegają kury. Gdzie wjazd zdobią tyczki z rozpiętym drutem, po którym pnie się wino, tworząc naturalny dach dający schronienie od słońca. Gdyby pokazać Wam zdjęcie i powiedzieć „Sycylia”, uwierzylibyście bez wahania. 



Mijamy drugi minaret i pod wieżą zegarową z XVIII w. siadamy na lunch. Stoliki stoją na zewnątrz, ukryte w cieniu drzew. Jedzenie jest proste, świeże i pełne smaku. Od czasu do czasu pojawiają się bezdomne zwierzęta, które sprawdzają, czy coś nie spadło na chodnik (psy) lub co można dojeść z talerza po wychodzącym kliencie zanim przegoni je kelner (koty).



Powrót na krótki odpoczynek do hotelu zmienia się w trzygodzinną siestę.



Dopiero koło 20 wychodzimy na spacer na wzgórze Gorica, które dało nazwę miastu. Wygodna, asfaltowa ścieżka pnie się serpentynami wokół wzniesienia. Mijamy stadion, na którym rozgrywa się mecz i pniemy w górę, poprzez drzewa podziwiając most Milenijny i mając całe miasto u stóp. Nad górami zachodzi słońce, kończąc nasz pierwszy bałkański dzień.