poniedziałek, 20 sierpnia 2012

16.08

Rano z trudem wstaję na śniadanie. Szybkie pakowanie, prysznic i długa kawa. W jadalni zainstalowano projektor od czasu mojej ostatniej wizyty. Nie można tak cały dzień siedzieć, ech, w drogę; nadal korzystając z własnych nóg, a nie transportu miejskiego ruszam w stronę Notting Hill.

Tyle lat tu przyjeżdżam, tyle miejsc widziałam. Notting Hill oglądam po raz pierwszy. Urocze kolorowe domki, fantazyjne butiki, offowe ciuchy i dziwni ludzie. Szukam winyla z muzyką Machela Montano, bezskutecznie,ale poznaję kilku świetnych facetów prowadzących sklepy z płytami. Kupuję sobie do kolekcji magnesik na lodówkę. Zaskoczona deszczem chowam się na długą kawę w Starbucksie.

Kiedy się przejaśnia idę na drugą stronę Hyde Parku (który zeszłam już przy okazji tej wizyty wzdłuż i wszerz), tak samo jak w Central w NYC zachwycając się, ile zieleni można schować w wielkim mieście. Robię zdjęcia, śmieję się sama do siebie.

Oczywiście ten mój pozytywny vibe przyciąga natychmiast jakiegoś spóźnionego kochanka. Facet na oko bliżej 50ki, więc się jakieś 10 lat spóźnił z tym podrywem, bo od lat nie gustuję w starszych ;-) Tekst ma banalny: czy ja nie wiem co jest w tym Diana Memorial, do którego prosto się idzie? Nie wiem? A nie szkodzi. A gdzie ja idę? A po prostu? A czy on może zapytać skąd ja jestem? No z Polski, niemożliwe, on mówi po polsku (nawet nieźle, muszę przyznać, ale nie pytam, bo brzmi to jak długa historia, której nie mam siły słuchać). Ale jest pół Włochem, pół Hiszpanem (nie wydać się z hiszpańskim, bo się go nie pozbędę). I on ma takich znajomych, i żona tego znajomego.... że co? że ja przepraszam, ale już idę? a w którym kierunku? a, w przeciwnym, no to szkoda. Rozczarowany odchodzi.

A ja przez tą ucieczkę znajduję Royal Albert Hall, potem idę dalej do Muzeum Alberta i Wiktorii, którego ludzkie oko ani umysł nie ogarnie w jeden dzień. Decyduję się na rzeźbę europejską, Rafaela i historię sukien.

Ten Rafael to ciekawa sprawa. Do kaplicy sykstyńskiej potrzebne były gobeliny, no i żeby one powstały, to trzeba było zrobić swojego rodzaju szkice, po angielsku cartoons, które wyglądają niemal jak obrazy, ale przez użyte materiały są mniej trwałe i bardziej blakną. I te szkice właśnie można sobie obejrzeć w Londynie, tematyka sakralna, cuda, nawrócenie, uleczanie chorych.

Podczas mojego ukulturalniania się dostaję na telefon zaproszenie od Annie na kawę. Kolejny spacer przez Hyde i zaraz jestem przy Marble Arch. W Marksie i Spencerze kupuję nader oryginalny zestaw lunchowy: małe sushi, kanapkę z serem i cebulą i pieczoną pierś kurczaka. Sushi pycha, kanapka w 3/4 do kosza, a na pierś odchodzi mi ochota. Świetny wybór.

Kawa w Starbucksie za to jak zwykle cudna. Annie przychodzi z koleżanką Szkotką, dyskutujemy o tatuażach, a potem dziewczyny towarzyszą mi w upokarzających zakupach, na które wysłała mnie moja BFF.

Zażyczyła sobie mianowicie - w celach służbowych - flag, transparentów i parasolek z brytyjską flagą.

Tyle lat w Londynie nie zhańbiłam się stawiając choćby czubek palca w sklepie z pamiątkami, a tu wychodzę obładowana jak jakaś za przeproszeniem turystka. Wstyd.

Żegnam dziewczyny, biegnę do hostelu, Andriej już jest w pracy, więc chwilę gadamy. Sprawdzam maila, biorę plecak i decyduję się jednak pojechać autobusem na Victoria. Nie dlatego, że bym nie doszła, tylko po ciemku przez park to tak nie po zdroworozsądkowemu chyba...

Jestem na czas, autobus odchodzi jak w zegarku. W styczniu zmarzłam w nocy na tej trasie, więc teraz jestem mądrzejsza. Mam podusię pompowaną z campingu i kocyk. Przez długą część trasy dwa siedzenia dla siebie. Oglądam na dobranoc kiczowaty film Street Dance, nawet jak na moje standardy nie do przyjęcia obiektywnie. I usypiam. Budzi mnie dopiero edynburski deszcz.

czwartek, 16 sierpnia 2012

13-15.08

Na campingu, oglądając jednym okiem zamknięcie olimpiady i zastanawiając się jak to jest, że Spice Girls od kilkunastu lat wyglądają identycznie, zamawiam ostatnie mezzo litro, i dość skutecznie chyba mnie ono morzy, bo budze się w namiocie koło 3 w nocy, w ubraniu, wejście otwarte... Za to jakoś w ogóle nie jest mi zimno. Przebieram się w pidżamę, ustawiam budzik, zapadam znowu w sen.

Nie najsłabszy chyba, bo kiedy budzik wyje już kilkanaście minut, budzą mnie Holendrzy z przyczepy obok, którzy w międzyczasie razem z mieszkającymi w domku Anglikami uradzili, że niemożliwe, żebym ja spała przy tym huku. Porwali mnie? Umarłam? Ktoś mnie związał i trzyma mi nóż na gardle? Tłumaczą się później, że się martwili, bo ja taka sama, a to nigdy nie wiadomo. Miłe bardzo, że ktoś się interesuje. 

Zjadam typowo włoskie śniadanie w barze, kawa plus rogalik, i ponieważ nie umiem sobie odmówić tej przyjemności wskakuję do basenu popływać pół godzinki.

Później już tylko prysznic, sprawne pakowanie i zwijanie namiotu, i chwilę po 11 wychodzę w stronę dworca.

Nie jest to tak daleko, jak mi się wydawało, po 20 minutach jestem na miejscu i po konsultacji z bardzo miłym, starszym kasjerem kupuję bilet na 12:21 do Milano Centrale, i stamtąd też pociągiem mam dotrzeć na Malpensę. Planowany przyjazd 15:17, trochę na styk, bo mój samolot odlatuje 16.30, ale chyba nie mam innej opcji.

Na koniec kasjer pokazuje mi trzy palce.
- Tre? - pytam niepewnie.
Kiwa głową i pyta czego trzy. Ponieważ nie wiem, wzdycha i pokazuje na ekran komputera.
- Aaa, binario 3! - mówię uszczęśliwiona, że w końcu zrozumiałam, że chodzi mu o peron.
- Ech, myślałem, że my dwoje rozumiemy się bez słów...- mówi z udawanym smutkiem i puszcza do mnie oko.

Czas pozostały do odjazdu spędzam na piciu frizzante, później punktualnie wsiadam do pociągu i próbuję czytać, a nie spać, ale przerasta to moje siły. Za mną siedzi rodzinka grająca w Milionerów na smartphonie, co zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie ta cholerna muzyczka, która leci na loopie. Jestem o krok od podejścia do nich i wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale dojeżdżamy na miejsce. Zmieniam pociąg i uświadamiam sobie, że jedzie on na Terminal 1, a ja potrzebuję na 2, oczywiście na pewno bez problemu można się między nimi poruszać, ale jeszcze skraca mi się czas, jaki mam na punktualne dotarcie do samolotu. Powoli rośnie mi adrenalina.

Na Malpensie wszystko idzie jednak gładko. Wysiadam obok schodów, które wiozą mnie na przystanek, autobus zaraz podjeżdża, zmieniam terminal, nadaję bagaż i już wiem, że teraz tak łatwo beze mnie nie odlecą. Udaje mi się nawet jeszcze kupić wino w prezencie dla Rodziny z Anglii, zjeść kanapkę, skorzystać z toalety i podłączyć się do wifi lotniskowego.

Lekko opóźniony samolot startuje, a lądujemy już o czasie.

South Terminal na Gatwick to jest jakiś gigantyczny labirynt schodów, przejść i korytarzy. Wieki idę do pasa transportowego po odbiór plecaka, ale za to pierwszy raz w życiu mój bagaż pojawia się już jako drugi.

Przy wyjściu czekają na mnie Marya i Gordon. Idziemy do samochodu, co też nie jest ani blisko, ani łatwo trafić... Jedziemy do Shripney. Dostaję ten sam pokój co kilkanaście lat temu, z wielkim łożem z baldachimem i kominkiem, o którym moja kuzynka Abby opowiadała mi poprzednio historie mrożące krew w żyłach.

Bo w Manorze są duchy, i wszyscy śmiertelnie poważnie w nie wierzą.

Jeden to duch lady Katherine, bezprawnie wyrzuconej z tego domu, a drugi - chłopca powieszonego na poddaszu. Fundamenty wiekiem sięgają szóstego stulecia, większość domu powstała w XII/XIII, tak więc atmosfera sprzyja takim niestworzonym opowieściom.

Ale mnie zawsze bardzo się tu podobało: kiedy żył jeszcze Borys, brat mojej Babuni a ojciec Marii, siadywaliśmy w salonie. Teraz popijamy wino w ogromnej kuchni, a ciotka przygotowuje kolację. Tempo picia mają zacne, nawet ja ledwo dotrzymuję kroku, a kiedy po trzeciej chyba butelce Marya się powoli poddaje, my z Gordonem pijemy jeszcze walijską whiskey. Niestety, nie znalazłam się, po trzech łykach zażądałam coli, bo jednak perfumy na czysto to nie dla mnie....

Kolejny dzień przynosi piękną pogodę, i o ile Gordon wychodzi do pracy zanim jeszcze zdążę otworzyć oko, to my z Maryą spędzamy głównie czas nad basenem ( tak, jest piękny basen, otoczony tropikalnymi roślinami, które Borys przywoził ze swojej ukochanej Afryki). Kolejno przyjeżdżają moje kuzynki, z dziećmi, i tak do wieczora, kiedy to Rodzina zabiera mnie na wspólną kolację do meksykańskiej Belle Isle w Chichester gdzie poznaję już wszystkich.

Wszystkich czyli: Maryę i Gordona. Najstarszą córkę Tanyę, jej męża Grahama i dwie córki, Amber i Eve ( ta druga jest samą słodyczą, przytula się i uśmiecha do tego stopnia, że nawet moje średnio czułe na dziewczynki w różowych sukienkach serce mięknie jak masło w trzydziestostopniowym upale). Drugą córkę Katyę, jej męża Matta i ich córki: Marię i Lucię. Oraz najmłodszą Abigail, z mężem Keithem i synkiem - jedyny rodzynek w tym pokoleniu - Lucasem. Naprawdę wszyscy są uroczy, a dzieci wyjątkowo nieupierdliwe, nawet sześciomiesięczna Lucia siedzi grzecznie w wózeczku i nie przeszkadza dorosłym w rozmowie, do tego stopnia, że zapomina się, że w ogóle tam jest.

Rozmawiamy o Polsce, o rodzinie, uzupełniamy drzewo genealogiczne, żartujemy i śmiejemy się. Jest super.

Następnego dnia pora już ruszać dalej, Londyn mnie woła. Obiecujemy sobie być w kontakcie, co powinno nam się udać, bo naprawdę się dogadujemy. Marya zawozi mnie na dworzec, wpadam prosto na spóźniony pociąg i przed 12:30 jestem na Victoria Station w Londynie.

Nie wiem dlaczego zamiast pójść do metra decyduję się na spacer. Jest pochmurno, ale ciepło, więc przemierzanie Hyde Parku sprawia mi dużą frajdę. Zapominam o plecaku i w ogóle mi nie ciąży. W moim ulubionym hostelu jestem tuż przed 14:00, więc od razu mogę się zameldować. Podładowuję telefon i dalej piechotą, konsekwentnie, idę do Marble Arch, na polowanie w Primarku. To jest sklep ze śmiesznie tanimi ubraniami, ale trzeba się naszukać, kolejki do przymierzalni są wręcz niedorzeczne, a do kasy niewiele krótsze. Natomiast poświęcone temu dwie godzinki owocują dwiema sztukami bielizny, jedną ekstrawagancką, a drugą sportową, koszulką z koronki, paskiem, T-shirtem i turbanem do suszenia włosów, łącznie na sumę £20.

Zmęczona i szczęśliwa rzucam się na sofę w Starbucksie i pijąc kawę podziwiam towarzystwo. Część na randkach, część w pracy, wszyscy prawie stukają w laptopa lub komórkę. Jakiś Hindus śpi i chrapie. Japonka rozmawia przez Skype'a. Pełen komplet, żadnych wolnych miejsc i nikt się nie spieszy...

Nawet latte w rozmiarze venti kiedyś się kończy, więc idę dalej wzdłuż Oxford Street, skręcam w prawo w Regents, uśmiecham do gigantycznego sklepu z zabawkami, który w dzieciństwie był celem moich regularnych pielgrzymek, i kieruję się na Piccadilly Circus. Amorek nadal stoi, i jak zwykle obsiada go tłum turystów.

Zaczynam się rozglądać za biletami na jakiś musical, bo co to za pobyt w Londynie bez wizyty w teatrze. Udaje mi się kupić dobre miejsca na Ducha, a wpadam do teatru cztery minuty przed spektaklem.

O ile muzyka nie miała w sobie nic porywającego, a aktorzy byli lekko drewniani, to scenografia zwala z nóg i efekty specjalne też mieli boskie. Najlepsza rola to Ana Mae, medium o afroamerykańskich korzeniach, które pomaga głównemu bohaterowi po śmierci kontaktować się z narzeczoną.

Zresztą film z Goldberg, Moore i świętej pamięci Swayze'im wszyscy widzieli, to co ja się będę rozpisywać o fabule.

W antrakcie dostaję wiadomość od Annie, która od kilku lat mieszka w Lądku, że są ze znajomymi w barze, zapraszają na drinka.

Zaletą posiadania znajomych w znacznie młodszej grupie demograficznej jest możliwość potańczenia w modnym gejowskim barze w Soho. Sama nie wpadłabym na to, żeby się tam wybrać, a miejsce naprawdę jest urocze. Zamawiam rum z colą, rozglądam się po sali. Towarzystwo jest bardzo mieszane, i oczywiście nie w 100% homoseksualne. Rozmawiam z Annie, podziwiam dwa nowe tatuaże, które przybyły jej od stycznia, zakochuję się w tym na żebrach: " Live Love Laugh". Boski!

Robi się prawie północ, więc żegnam się i - po krótkim wahaniu na widok znaku UNDERGROUND- decyduję się na powrót per pedes. Na Oxford Street jest jeszcze otwarty McDonald's, a ponieważ zapomniałam dzisiaj zjeść, nie mogę sobie odmówić zdrowej kolacji w postaci Big Maca.... W o dziwo otwartym Sainsbury's próbuję kupić piwo, ale przypominają mi brutalnie, że w tym mieście nie sprzedaje się alkoholu po 23.00. Czy tylko mnie się to kojarzy z konsumpcją od 13 i zestawem obowiązkowym kawa + WZka?

Zwykle od Marble Arch idę obok Hyde Parku, ale ponieważ jest późno, uznaję, że bezpieczniej będzie skręcić w ruchliwą Edgare Road. Okazuje się, że to libańska dzielnica, więc wszędzie pachnie shishą, a sklepy sprzedają orientalne produkty. 

Tuż przed hostelem natykam się na otwarty sklep i próbuję namówić pracującego w nim Araba, żeby sprzedał mi piwo. Boi się, pokazuje na kamery monitoringu, ale widzę, że chce mi pomóc. Umawiamy się, że wrócę za pięć minut, kiedy już będzie zamykał. Kamera zostaje wyłączona, część świateł też, więc twardo stoję na progu i nie wchodzę do środka, żeby mu jakieś głupoty do głowy nie przyszły. Przepłacam za to piwo co najmniej 100%, ale dostaję je - w największej konspiracji, owinięte w czarną plastykową torbę. Razem z pakunkiem propozycja wspólnego wypicia zawartości, ale wymawiam się innymi planami i wracam do hostelu.

Spotykam Andrieja, który pracuje na nocnej zmianie. Poznaje mnie od razu, zaczynamy rozmawiać. Bardzo poukładany chłopak, chociaż młodziutki, koło 26-27 lat. Jest Rumunem, tęskni za Transylwanią, brakuje mu natury i przestrzeni. Po czterech latach w Londynie marzy tylko, żeby wreszcie mieć wystarczająco oszczędności, żeby założyć farmę u siebie w kraju. Pracuje na noce, bo lepiej płacą,  i w zimie przed 5-6 dni w tygodniu nie widzi w ogóle słońca.

- Jak dajesz radę?- pytam
- W wolny dzień idę do parku i cały dzień ładuję baterie patrząc w niebo. - śmieje się.

Dobrze nam się rozmawia: o policji i milicji, o postkomunizmie w naszej części świata, o opiece zdrowotnej, o wychowywaniu dzieci w Europie wschodniej i zachodniej, o Rumunii, o Polsce, o podróżach i marzeniach. Zanim się obejrzałam - jest czwarta. Umawiamy się na dokończenie rozmowy następnego wieczora, żegnam się i idę do pokoju.

Jakaś flądra zajęła moje dolne łóżko. Pnąc się na cholerną górę życzę jej z całego serca, żeby jej sprężyny weszły w bok.

niedziela, 12 sierpnia 2012

12.08

Przypomniało mi się, dlaczego nieznoszę włoskich niedziel. Proszę mi przed następną podróżą uświadomić, żebym przyjechała w poniedziałek i uciekła do soboty.

Wszystko jest zamknięte albo nieczynne. Autobusy niby chodzą, ale właściwie to udają. Wypożyczyć to można ewentualnie leżak na plaży, ale nie skuter czy samochód.

Okej, ja też się obudziłam z trochę niedzielnym podejściem do życia - długie śniadanie, chwila w internecie na ploteczkach z przyjaciółką... Zanim wyszłam na tak zwane miasto, było dobrze po 11. Bez specjalnej agendy podreptałam w kierunku centrum, ustaliłam skąd i o której odpływają łodzie i odjeżdżają autobusy. Postudiowałam mapę okolicy, nad kulką dobrych lodów zresztą, i skonfrontowałam ją z rozkładami jazdy. I ślepy by zobaczył, że cudów w kwestii liczby odwiedzonych dziś miejsc się nie zdziała.

Zdecydowałam się statkiem o 13.50 popłynąć do Bardolino, i nie była to zła decyzja. Zarówno jezioro, góry, jak i mijane po drodze miasteczka bardzo przypadły mi do gustu. Wiem, że się powtarzam, ale uwielbiam być na wodzie- ten wiatr, zapach, poczucie przestrzeni... Na Gardzie na całego odchodzi uprawianie sportów: od motorówek, które można wypożyczyć w każdym porcie (i zarzekają się, że nic nie trzeba umieć, każdy poprowadzi...), przez skutery, banany, żaglówki i czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Po niecałej godzinie wysiadłam w Bardolino. Znowu: bez żadnego konkretnego planu obeszłam uliczki, zwiedziłam jedyne dwa kościoły, jeden z XII czy XIII w, drugi z XIX, wybudowany kiedy pierwszy okazał się niewystarczający. W duchu pochwaliłam się za przezorne zabranie narzutki na ramiona, bo inaczej mogłabym obejrzeć je tylko z zewnątrz. Zwłaszcza podobał mi się ten nowszy, w którym pachniało kadzidłem, panował uroczy chłód, a kotary, którymi zasłonięte były wejściowe drzwi, łopotały na wietrze.

Nie wiem, co mi strzeliło do blond łba, ale na widok pociągu, takiego na kółkach, co jeździ po mieście z turystami, zwłaszcza tymi w wieku przedszkolnym, poczułam, że ja muszę, no po prostu MUSZĘ. Cena nie była wysoka, więc postanowiłam sobie pofolgować, nadal nie rozumiejąc skąd ten... khm... POCIĄG do mainstreamowych atrakcji...

Zyskałam tyle, że upewniłam się, że na nogach byłam już wszędzie i nic innego to miasteczko do zaoferowania mi nie ma.

Później zrobiłam kilka rund, najpierw w poszukiwaniu idealnej knajpy, którą prawie znalazłam, ale mieli popsuty terminal, więc się zniechęciłam i kiedy wyszłam w poszukiwaniu bankomatu, to już nie wróciłam. Ten bankomat zresztą, osobna kwestia, nie dość, że chyba jeden na całą wieś, to jeszcze tak schowany, że trzy razy co najmniej go minęłam zanim wpadł mi w oko. Wróciłam do rozglądania się za restauracją, w porcie dopytałam, skąd mam powrotny autobus, w końcu postanowiłam bez obiadu pójść na przystanek, trochę rozczarowana menu, a trochę zmuszona przez fakt, że i tak większość restauracji o 17 zamknięta jest na głucho. No oczywiście, kto by jadł o tej porze...

Niedaleko przystanku trafiłam na miły bar i pocieszyłam się dwoma kieliszkami rosato, zabijając czas do odjazdu pisaniem bloga.

Dwadzieścia minut przed godziną zgodną z rozkładem wyszłam, zahaczając po drodze o tytoniowy, żeby kupić bilety. Na widok pana za ladą przypomniał mi się cały włoski, bardzo się starałam nie zrobić z siebie lingwistycznej idiotki, i chyba mówiłam składnie, bo na koniec zostałam obdarzona pięknym uśmiechem, wcale nie pobłażliwym... Aż się prosi zacytować powiedzonko mojej przyjaciółki Anety, tylko nie wiem, czy się zdecydować na "wizualnie wyjątkowo udany egzemplarz" czy na "co ja poradzę, że nie uważam, żeby on był brzydki" ;-) Ech, tak czy siak, wiadomo, o czym mówię.

Kiedy dotarłam na przystanek, obok godziny odjazdu wyświetlało się +16, później +21, a 43 minuty po czasie wyglądało, że ten autobus w ogóle nie przyjedzie i trzeba czekać na kolejny, do którego zresztą niewiele już zostało.

Może bym się wściekała, ale po pierwsze, muzyka w iPhonie do tego służy, żeby się nie nudzić, a po drugie tłumek był fascynujący na przystanku, a jak powszechnie wiadomo kocham gapić się na ludzi i wyciągać niczym nie uzasadnione wnioski ;-) Pani z maleńkim dzieckiem na ręku, trzymanym tak od niechcenia, że czekałam aż jej wypadnie. Para z lodówką turystyczną, z której ku zazdrości reszty co kilka minut wyjmowali rozmaite zimne napoje. Włoszka oburzona spóźnionym autobusem, która robiła komuś awanturę przez telefon, taką prawdziwą włoską,  z krzykiem i szeroką gestykujacją. Nastoletni chłopak obcięty na czeskiego piłkarza, który znużony wyczekiwaniem poprosił matkę o papierosa - najpierw myślałam, że coś źle zrozumiałam- i zamiast dostać w łeb, dostał, czego chciał. Ja rozumiem, że tutaj palą wszyscy, ale to była dla mnie jakaś przesada...

Autobus pojawia się spóźniony jedyne 70 minut, czy też 7, jeśli założymy, że to już ten następny. Oczywiście wypełniony jest po brzegi. O miejscu siedzącym nie ma mowy, kiedy ktoś chce wyjść muszę się pochylać i wciskać w rząd siedzień, a wtedy Włoch podróżujący z synkiem bez krępacji zagląda mi w dekolt. Całą energię koncentruję na tym, żeby go w dziób nie strzelić.

Trwa to długo, bo jest piekielny korek, ale dzięki temu na malowniczej trasie oglądam zachodzące nad Gardą słońce. Mijamy tandetne na oko parki rozrywki, Movieland i Gardaland, obok nich restauracje w amerykańskim stylu, all-you-can-eat BBQ i średniowieczne cośtam, jak w filmie z Carrey'em, tylko nie pamiętam którym. Cable guy? Chyba tak. Wtedy jak musiał brać udział w turnieju rycerskim.

W końcu dojeżdżam do Peschiery, ale autobus zatrzymuje się przy stacji, co nie jest przesadnie blisko. Pytam Włoszki obok, czy jedziemy do centrum. Nie wie. Ryzykuję, następny przystanek jest bliżej, ale to jeszcze nie to. Ryzykuję dalej.

Kasyno wygrywa. Wysiadam dobrze za Peschierą, na jakimś wygwizdowie. Ponieważ marudzenie nie leży w mojej naturze, wzruszam ramionami, podkręcam muzykę i idę. Na rondzie skręcam tam, gdzie mi się wydaje, że powinnam, ale zmylona znakiem McDonald'sa - że restauracja w Peschierze to trzeba zawrócić- zawracam. I oczywiście idę nie tą drogą, więc zabiera mi to prawie godzinę, ale humor mi dopisuje.

Porzucam w namiocie aparat i wracam do centrum na kolację, myśląc po drodze, że chyba większość dnia dziś szłam.

Po drodze zaczyna padać deszcz, tak rzadki i ciepły, że zastanawiam się, czy mi się nie wydaje.

Siadam w knajpeczce nad samym jeziorem, zamawiam lasagne, tiramisu i wino. Zawsze zapominam, że pasta to tu przystawka, i porcja nie jest duża, za to deser jest znacznie większy, więc jestem najedzona. Kończę wino i kolejny rozdział Hunger Games, tom II. Kelnerka namawia mnie na limoncello, a kiedy powoli je sączę, nad jeziorem rozbłyska feria fajerwerków. Una notte perfetta.

sobota, 11 sierpnia 2012

11.08

W nocy kilka razy się budzę: a to źle się ułożyłam, a to za zimno bez śpiwora, może jednak trzeba było wziąć, bo ten kocyk trochę mały i trochę cienki... Zakładam bluzę i skarpetki. Usypiam. Budzę się w temperaturze sauny fińskiej. Niemożliwe, 10.00! Przespałam ponad dziesięć godzin. Rozbieram się, otwieram namiot, żeby wpuścić powietrze. Czuję, że jestem zapuchnięta od gorąca. Idę pod prysznic, i do sklepiku po śniadanie. Kupuję paczkę prosciutto crudo, kulkę mozarelli a na deser cornetto z czekoladą. W ramach kawy - mrożone latte. Najadam się i siadam przed namiotem na torebce foliowej, odpisując na maile i sprawdzając powiadomienia na fejsbuku. Za chwilę przychodzi sąsiadka z krzesłem pytając, czy chciałabym pożyczyć odrobinę luksusu. Jestem jej bardzo wdzięczna, chwilę rozmawiamy. Przyjechali z mężem z Holandii, siedzą już trzeci tydzien, ale we wtorek wracają, bo wnuki chcą zabrać pod przyczepę gdzieś blisko domu. Zorganizowani są świetnie, mają nawet antenę SATELITARNĄ i wok do gotowania na gazie, w którym wczoraj robili jakieś przysmaki.

Po jakimś czasie decyduję się wyjść na plażę, z książką. Trochę się kąpię, trochę słucham muzyki, trochę mi się oko zamyka. Dno z tej strony jest lepsze, mięciutkie, chociaż to muł a nie piaseczek, i nie każdy by lubił na tym stawać, ale dla mnie lepsze to od wczorajszych kamulców. Po dwóch godzinach wracam w okolice namiotu. Dowiaduję się w recepcji o autobusy do Sirmione, i stwierdzając, że mam trochę czasu spożywam lunczyk w postaci kawałka sera brie i lepszej części butelki bianco della casa. O 15:00 otwierają basen po sieście, więc idę popływać, z niesmakiem przyjmując obowiązkowy czepek od ratownika i starając się nie myśleć, czy on jest nowy, czy używany. Czepek, nie ratownik, bo ratownik dużo używany nie jest chyba, zważywszy, że pewnie przed chwilą obchodził dwudzieste urodziny, i gdyby nie był taki strasznie chłopięco drobny, to nie powiem, nie powiem....

Po kąpieli kładę się na leżaku, ale zamiast czytać usypiam, nie wiem jak i nie wiem kiedy, a budzi mnie dopiero swąd płonącej skóry.... Pamiętam, że smarowałam twarz, dekolt i ramiona, ale czy nogi? Hm. Ból łydek mówi, że nie. Idę pod prysznic i szykuję się na wycieczkę; skóra pali jak szalona.

Przystanek znajduję bez problemu, trochę spóźniony autobus przyjeżdża i wzdłuż brzegu Gardy wiezie mnie na półwysep długim językiem wcinający się w wodę. Na jakimś etapie po obu stronach ulicy, za jednym rzędem budynków widać wodę. Magia.

Kiedy wysiadam, postanawiam od razu kupić powrotny bilet korzystając z pobliskiego punktu sprzedaży. Pytam o ostatni autobus, który wedle mojej wiedzy odjeżdża 21:33. A pan mówi, że nie, że skąd, że 19:28. Pokazuję mu bilet, na którym przyjechałam, pytając, czy o tej linii mówimy. Upiera się, że tak, i wyśmiewa, że kupiłam bilet w autobusie przepłacając srogo.... Dziękuję grzecznie za informacje i idę do pobliskiego biura turystycznego sprawdzić, kto ma rację. Niestety, on. W siną dal odpływa wizja kolacji w Sirmione, mam czas tylko obejść miasto.

Tak dużo do chodzenia znowu nie ma, wchodzi się przez bramę obok XIII w twierdzy, dalej uroczymi małymi uliczkami spacerując podziwia się niewiarygodne girlandy amarantowych kwiatów, czasem obrastające całe ściany budynków. Postanawiam zjeść lody, bo być we Włoszech i tego nie zrobić, to granda. Spośród wielu lodziarni wybieram tę, w której grają Tchechereretche, bo skoro muzyczny gust mają taki dobry, to i lody może niezłe.... ;-) Z rożkiem o smaku owoców leśnych, zachęcona znakiem via panoramica, schodzę do jeziora wzdłuż parku Mari Callas, zataczam koło i wracam do centrum. Chcę dokupić kawałek chleba i pomidory, żeby załatwić kwestię jutrzejszego śniadania resztką Brie. Jak na zamówienie pojawia się sklepik. Po zakupach wsiadam w autobus, słucham trójki Polaków dyskutujących w drodze o podróżowaniu (nic mądrego zresztą nie mówią, a jak dochodzą do sprawdzania się z angielskich słówek, to lektorski włos mi się jeży na głowie na dźwięk tej wymowy....) i oczywiście przejeżdżam swój przystanek. Smutna minka, machanie rzęsami, i pan kierowca poza trasą wysadza mnie na rondzie, bo tłumaczę, że z centrum to ja mam straaaaaasznie daleko.

Nie jestem bardzo głodna, a łydki mnie dobijają, ale wpadam na fajną knajpeczkę Lo Scarabeo,  i postanawiam zjeść prawdziwą włoską pizzę (tym razem z mozzarellą i rukolą) oraz wypić wieczorne mezzo litro di bianco. Jedzenie jest genialne, wino też, piszę bloga, a w międzyczasie znowu z głośników lecą zumbowe piosenki: najpierw Oceana, potem nieśmiertelna Ballada Boa. Uśmiecham się mimo woli do własnych wspomnień. Płacę za kolację i powoli wracam na camping.

piątek, 10 sierpnia 2012

Lombardia 1

Wyprawą samą w sobie jest dojazd do Modlina. Skoro samolot odlatuje o szóstej, a ja zumbę skończyłam na Tarchominie o 22.30, to nie widzę powodu się kłaść. Pakuję się i sprzątam dom, nocnym o 2:35 jadę na Centralny, stamtąd pociągiem (trzeba oddać, że nowym, czystym i niedrogim - 12 zl) do Modlina, a ostatni odcinek do terminalu pokonuję wahadłowym autobusem, opłaconym w cenie pociągu.

Samo lotnisko już aż tak się nie broni, godzinę spędzam w kolejce do oddania bagażu i kontroli dokumentów, a ostatnie pół godziny już dosłownie dogorywam, bo sen mnie morzy, a sklepy i knajpy są, tyle, że w planach. Moja energia spada wprost proporcjonalnie do blasku wschodzącego słońca.

To, że ja śpię w samolocie, chyba nikogo już nie dziwi, ale tym razem pobiłam sama siebie, bo spałam zanim ostatnia para (czyli jedyna za mną) weszła na pokład. Nie zarejestrowałam ani startu, ani lądowania, co nie jest dziwne, bo ostatniej nocy się nie kładam, a kilka poprzednich to było maksimum po 4-5 godzin snu; dopiero zniecierpliwiona pani siedząca obok mnie szturchnęła mnie z urazą, upierając się, że ona chce już wysiadać, skoro wszystkim innym się to udało. Phi.

Orio al serio zorganizowane jest bosko. Dwie minuty zajęła mi adaptacja do włoskiego zgiełku, a potem bez problemu kupiłam bilet do miasta za dwa euro. W autobusie przepakowałam się, zamieniłam adidasy na klapki, schowałam dżinsową kurtkę i zlikwidowałam bagaż podręczny.

Wysiadłam obok stacji pociągu, obok informacji turystycznej i jak się okazało obok przechowalni bagażu. Wszystko blisko, wszystko dobrze, a w dodatku na tym samym bilecie mogłam po zasięgnięciu języka w kwestii miejsc do zobaczenia podjechać na starówkę tak zwaną, do Alta Città. Zabytkowa część Bergamo leży bowiem malowniczo na wzgórzu.

Wysiadłam na ostatnim przystanku linii 1A i zrobiłam to, co zawsze w nowym mieście: poszłam się zgubić. Sposób jest prosty: nie patrzy się na mapę, tylko na każdym skrzyżowaniu wybiera się najładniejszą uliczkę i właśnie w nią się skręca. A miejscowe zaułki naprawdę urzekają. Te patia, te kwiaty, te kamienne mury, brukowane jezdnie, bramy, podcienia... I te cudowne sklepy, z wędlinami, z tradycyjnymi ciastami, z ręcznie robionymi kolczykami. Ach! I jest ta atmosfera, stali klienci z czworonożnymi przyjaciółmi plotkujący z właścicielem, stali bywalcy w barach, zamawiający to, co zwykle, siedemdzisięciolatek na skuterze, który jeszcze próbuje podrywać mnie puszczając oczka.... Niebo. Przy okazji znalazłam kwintesencję Italii: knajpeczkę ze stolikami wokół fontanny, gdzie za trzy euro dostałam cappuchino, rogalika z budyniem i sok pomarańczowy. Południowe śniadanie. Nad kawą zaczęłam studiować mapę. Bergamo jest malutkie, to znaczy ta część historyczna, więc długiej listy zwiedzania nie stworzyłam. Główny plac mijałam już po drodze, do bazyliki Santa Maria Maggiore weszłam tylnymi drzwiami, których podobnie jak frontowych strzegą marmurowe lwy, ale białe a nie różowe. W środku barok, czyli jak dla mnie wszystkiego za dużo, ale na arrasy spojrzałam łaskawym okiem, bo w stylu bardzo przypominały gobeliny z mojego rodzinnego domu, więc dotknęły sentymentalnej nuty. I o ile wszystko w tym kościele było pięknie opisane, to jedyna rzeźba, która przykuła mój wzrok pozostawiona była bez komentarza. Obstawiam, że ukazywała Chrystusa, siedzącego na piętach, ale w modlitewnej pozie, z lekko pochyloną głową, nagiego, z kawałkiem sukna przerzuconym w poprzek ud. Czarny kamień. Bardzo liryczna i bardzo piękna, nienachalnie sakralna, ludzka i wzruszająca.

Zaraz obok jest katedra. Zanim weszłam do środka, zrobiłam ze schodów zdjęcie wolnostojącej chrzcielnicy, rozumianej jako budynek, nie zaś naczynie, której różowy marmur lśnił w południowym słońcu. W katedrze zaciekawił mnie restaurowany obraz przedstawiający przejście Żydów przez Morze Czerwone, nie tyle samo płótno, co cudowne fiolki i buteleczki z masą fascynujących, kolorowych preparatów, które panowie konserwatorzy ze sobą przywieźli....  Poza tym nic niezwykłego.

Minęłam wieżę-symbol miasta w surowym średniowiecznym kształcie, podobną do tych w San Giminiano, dobrowolnie rezygnując z przyjemności pokonania iluśtam set schodów za trzy euro. Wróciłam spacerem do okolic przystanku, zachwycając się błyszczącą, czerwoną Vespą zaparkowaną obok uroczej knajpeczki, i postanowiłam wjechać kolejką linową w okolice zamku - najwyższego punktu w mieście. Nie zawiodłam się, widok zapierał dech w piersiach. Jak weselny tort, Bergamo ma kilka poziomów, ja ze szczytowego mogłam podziwiać leżącą niżej starówkę, ale i dolne, nowoczesne miasto, a z drugiej strony wzgórza, do których poprzyklejały się luksusowe wille. Chwila dla fotoreportera, i ten sam wagonik zawiózł mnie w dół, a potem drugi aż w okolice stacji.

Zrobiło się wczesne popołudnie, więc usiadłam w małej restauracyjce koło stacji na lunch i pierwszą połóweczkę włoskiego wina. Boska carbonara. Najedzona i rozleniwiona, i troszeczkę na rauszu, zabrałam plecak z depozytu i poszłam na stację, żeby zdecydować gdzie dalej. Pamiętałam, że campingi w dużej liczbie wyskakiwały w internetowych wyszukiwarkach koło Peschery del Garda, więc zapytałam o bilet właśnie tam. Czas rozsądny, cena sensowna, kupiłam. Zapamiętałam, który pociąg, ale zapomniałam gdzie się mam przesiąść. Co i tak nie szkodzi, bo od razu usnęłam, mimo, że wrzuciłam na uszy zumbową muzykę, żeby utrzymać adrenalinę na wyższym poziomie. Lipa. Sen mocniejszy, ale za to śniło mi się, że tańczę.... ;-) Na szczęście konduktor miał wyczucie czasu, i obudził mnie do kontroli biletowej tuż przed właściwą stacją. W drugim pociągu usnęłam jeszcze szybciej, i jeszcze mocniej. Dlaczego obudziłam się akurat wtedy, kiedy pociąg wjeżdżał na stację Peschera del Garda pewnie nigdy się nie dowiem.

Zarzuciłam dobytek na ramiona i wolniutko poszłam na nos w stronę jeziora. Ja wyczuwam wodę, ciągnie mnie do tego żywiołu, racza moja natura silna jest, że hej... Mijałam znaki na campingi, na jakimś etapie trzeba było zdecydować, czy iść w stronę tych w prawo, czy w lewo, w końcu skręciłam w prawo, bo pokrywało się to z kierunkowskazami na plażę.

Pierwszy rzut oka na Gardę zniewala. Ośnieżone góry topiące się w lazurowej wodzie. Tak, jak sobie wyobrażałam przez te lata, kiedy planowałam tu przyjechać. Niestety wrażenie słabło z każdym krokiem. Liczba plażowiczów i tandetnych barów, oraz tłum w wodzie, przekraczały ludzką zdolność pojmowania. Campingi co krok, głośne, pełne i nijakie, a ceny w okolicach 40 do 100 (!) euro. Dodam, że nie przyjechałam camperem z szóstką dzieci, chodzi o miejsce o wymiarach 2.5x1 m dla mojego namiotu i dla mnie. Oburzona szłam tak dobre półtorej godziny, wolniutko, bo słońce mocno przygrzewało, a plecak sam się nie chciał nieść. Wbrew moim przewidywaniom na końcu drogi nie było autobusu, który zawiózłby mnie z powrotem do centrum, więc stanęłam przed koniecznością pokonania tej samej trasy drugi raz. Pomyślałam wtedy, że to dobrze być samemu, bo człowiek sam sobie sterem i okrętem, a ktoś drugi mógłby zacząć fochy strzelać, że sytuacja jest jaka jest, spać gdzie nie ma, a bagaż to coraz cięższy się robi... Bo tak było.  Na znak protestu w połowie na plaży zrzuciłam plecak, oraz ubranie, wygrzebałam kostium i zanurzyłam się w szumiącej Gardzie. Woda jest woda, odświeża, chłodzi i koi. Nawet jeśli zarówno wybrzeże jak i dno są usiane kamieniami, bez klapek nie staniesz, a księżniczka na ziarnku grochu już ma oczywiście kilka nowych siniaków.

Tym nie mniej w znacznie lepszym nastroju po tej półgodzinnej przerwie ruszyłam eksplorować drugi brzeg. Nie wiem, czy on rzeczywiście ładniejszy, czy humor mi wrócił, ale zakochałam się znowu. Lepsza perspektywa na góry, ludzi mniej, rybak na kukurydzę próbuje zwabić kolację, promenada obsadzona pięknymi drzewami. Na początku droga wiedzie przez urokliwe centrum, jest nawet informacja, chociaż pani wyjątkowo jest niezadowolona z klientki, która nie dość, że coś w ogóle chce, to uparcie twierdzi, że mówi wyłącznie po włosku, i w tym języku należy się do niej zwracać, z tym, że cierpliwie i powoli. W końcu ustalam gdzie jest camping, o którym czytałam w necie i idę. Śliczny jest. Blisko ładna, choć kamienista plaża. Pytam o cenę, pani w recepcji mówi, że 20 euro za miejsce plus 10 za osobę. Niepomalowanymi dzisiaj, ale jednak dość długimi rzęsami trzepoczę do właściciela, dorzucam smutną minkę i wcale nie symulowany ból nóg i ramion, i cena spada o 1/3. Deal. Rozbijam namiot w kilka minut, mimo pogiętych masztów i śledzi. Oczywiście ziemia jak skała więc od sąsiadów pożyczam młotek. Jak zwykle na campingu wszyscy są mili, pomocni i uśmiechnięci. Kiedy mój domek już stoi, wypełnia mnie takie szczęście, że nie chcę od niego odejść nawet na kolację. Kupuję w campingowym sklepie paczkę prosciuto crudo, chipsy i wino, siadam przed domem, otwieram butelkę (tak, wreszcie kupiłam wielofunkcyjny scyzoryk) i zabieram się do bloga. W iPadzie z zaskoczeniem znajduję zumbową składankę, którą jak myślałam mam tylko w iPhonie, chwilowo odzyskującym w recepcji siły życiowe. Włączam więc i piszę. Tak zastaje mnie zmierzch.

To jest jeden z tych durnych momentów, kiedy nie liczą się wszystkie problemy, wątpliwości, smutki i tęsknoty. Jestem szczęśliwa.

wtorek, 26 czerwca 2012

Zumba... wyjazdowo.


Nie wiem, czy nie była to najbardziej egzotyczna z moich wypraw.

Ale po kolei.

Wszystko zaczęło się kilka(naście?) tygodni temu, kiedy ze względu na zmianę sytuacji życiowej odkryłam, że znowu mam czas na fitness. Zbiegło się to z ochami i achami mojej szacownej sąsiadki na temat nowo otwartego klubu w naszej okolicy.  Ponieważ od lat płacę za karnet, który do tej pory pomagał mojej formie tylko jako dodatkowe obciążenie torebki, poszłam w końcu. Na próbę. Jedne zajęcia, drugie, te fajniejsze, tamte słabsze, w końcu złapałam się na tym, że najbardziej lubię zumbę, chociaż nie koniecznie daję na niej radę – bo raz kondycja mi siadła, dwa moja koordynacja ręce-nogi od zawsze pozostawia wiele do życzenia. Ale bawiłam się na tyle dobrze, że niezrażona chodziłam, coraz częściej i do różnych miejsc.
Po kilku dramatycznych pomyłkach (kluby bez klimatyzacji, instruktorzy bez ikry itp.) wyodrębniłam trzech świetnych prowadzących i ustaliłam sobie zajęcia tak, żeby codziennie na jakąś zumbę się załapać. Uzależnienie rosło, muzyka z zajęć towarzyszyła mi przez pół dnia, zdarzało się, że chodziłam dwa razy dziennie, bo organizm się szybko przyzwyczaił do wysiłku. I wtedy nastąpiła tragedia.
Urlop.
Na myśl o dziesięciu dniach bez zumby oblał mnie zimny pot. Ale od tego jest wujek Google. Wstukałam nazwę najbliższego mojej działce miasteczka razem z hasłem „zumba” i ku mojemu zdumieniu: jest! znalazłam! są zajęcia dwa razy w tygodniu!
Przyjechałam na działkę w czwartek, zaliczając rano poranną zumbę na wylocie ze stolicy. Piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek przesiedziałam jak na szpilkach, ratując się bieganiem i tańczeniem ukochanego No Behavior przy myciu zębów i nie tylko. We wtorek weszłam na stronę lokalnego klubu (która jest zarazem stroną sklepu odzieżowego, bo pani instruktor ma dwa zawody…), wyszukałam numer telefonu i zadzwoniłam.
Odebrano za drugim razem. Bardzo miły głos powiedział, że tak, oczywiście, są zajęcia, w dodatku pierwsze gratis, można przyjść, jak najbardziej, jak mi się spodoba, to się mogę zapisać. Wyjaśniłam szybko, że ja przyjezdna, i pewnie tylko ten raz, no może jeszcze w czwartek, ustaliłyśmy gdzie mam dojechać i pomysł mój zaczął nabierać realnych kształtów.
Kwadrans przed 19.00 dotarłam na miejsce. W szatni grupa poddenerwowanych nowicjuszek, boją się, czy dadzą radę, bo na „jutube” to tak strasznie ciężko wyglądało. Nie ma zamykanych szafek, tylko haczyki na których wszyscy zostawiają rzeczy, ale ja- nieufna warszawianka- zabieram torebkę ze sobą.
Przy wejściu na salę trzeba uważać, żeby nie potknąć się o wieżę, z której leci muzyka, a którą instruktorka przynosi ze sobą w niebieskiej ikeowskiej torbie. Pomieszczenie nie jest wielkie, półokrągłe, w jednym kącie nie wiedzieć czemu leżą pozwijane wykładziny, na ścianach pojedyncze lustra, rozmieszczone tak, że może co czwarta pani ma szansę patrzeć na siebie. Tłumek dosyć spory. Miła odmiana po Warszawie: zero lansu. Ani jednej sztuni w getrach w panterkę, ani jednej w wieczorowym makijażu, żadnych dekoltów do pasa. Wszyscy uśmiechnięci. Wiek: od siedmiu do czterdziestu pięciu lat (to znaczy ta najstarsza pani dla mnie miastowej wyglądała na zdrowe 60, ale wiem, że tutaj przy ciężkiej pracy niestety kobiety inaczej się trzymają). Atmosfera bardzo sympatyczna.
Pani instruktor patrzy po sali i zauważając wiele nowych twarzy mówi, że chce zrobić krótkie wprowadzenie. Czekam na formułkę o fuzji tańca i aerobiku i absolutnej konieczności uśmiechania się (czego zwykle nie robię, koncentrując się na nie zabiciu się o własne nogi), i szczerze mówiąc już mam nie słuchać, a tu okazuje się, że same nowości. Na zumbie nie robimy przerw (o?!),  piosenki lecą jedna po drugiej, jest ich zawsze dziesięć i zawsze z jednej płyty, ta płyta zmienia się raz na miesiąc, no chyba, że kursanci oporni i się w miesiąc nie nauczą, to wtedy nie ma po co zmian wprowadzać. Zaczynam się bać, cholera, czego to można w miesiąc nie ogarnąć, staje mi przed oczami znienawidzona lambada z trzy razy powtarzanym krokiem samby, którego żaden NORMALNY człowiek nie zrobi. Może takich kroków jest więcej?...
- Która pani do mnie dzisiaj dzwoniła? – pyta instruktorka.
Nieśmiało podnoszę rękę.
-A pani przyjezdna, tak? A skąd, jeśli mogę zapytać?
-Z Warszawy – przyznaję przepraszającym głosem. Od razu wbija się we mnie kilkanaście par ciekawych oczu, jak to taka z Warszawy z bliska wygląda.
-Nooo, to zobaczymy – uśmiecha się pani instruktor – jak sobie Warszawa na zajęciach poradzi.
Matko Boska, jaka presja.
Zaczynamy. Szybko się okazuje, że martwiłam się na zapas. Podstawę stanowi V-step oraz krok podwójny. Dochodzą do tego elementy flamenco w wydaniu regionalnym, oraz kilka kroków typu „hip-hop”, nie bez znaczenia pozostaje użyty przeze mnie cudzysłów. Najbardziej skomplikowany układ obejmuje chassé, mambo w tył, chassé, mambo w tył, chassé i… uwaga! mambo w przód! Ponieważ wieża moc ma jaką ma, tańczące panie zagłuszając muzykę nie trafiają w jeden, ale przecież nie o to chodzi, żeby się koniecznie z rytmem zgadzało. Zagadką do końca pozostają dla mnie lokalne zwyczaje w kwestii wyboru nogi, ponieważ ze względu na brak lustra za sobą prowadząca jest do nas zawsze przodem, co w moim mniemaniu oznacza, że ja i ona zawsze będziemy tańczyć od nogi przeciwnej, bo ona powinna być moim odbiciem, ale ona zaczynając od lewej do nas też mówi „lewa”, więc mam niezlą zagwostkę. Reszta sali dzieli się w tej kwestii na dwa obozy, nie pomagając mi nijak w podjęciu decyzji.
Obserwuję instruktorkę z ciekawościa. Muszę z bloggerskiego obowiązku bycia obiektywną napisać, że wdzięku niestety jej brakuje.  Jest dobrze po trzydziestce na oko, zbudowana proporcjonalnie, ale zeszpecona nieładnym tatuażem. I widać, że muzyki nie czuje. Momentami liczy pod nosem i widać, że koncentruje się bardzo na tym, żeby nie zgubić kroku. W ruchach bardzo toporna, nawet jeśli nie porównywać jej do „moich” warszawskich instruktorów, którzy jak już pisałam są najlepsi na świecie J i muzyka płynie przez nich tak samo, jak oni płyną przez muzykę. W duchu po raz n-ty w życiu poddaję w wątpliwość wagę oficjalnych licencji, bo jakby ktoś nie wiedział zumba jest bardzo sformalizowaną dyscypliną i każdy prowadzący powinien posiadać akredytację, którą ta pani (sprawdziłam) jakoś uzyskała.
Zanim zdążyłam się obejrzeć –albo zmęczyć- zaczyna się piosenka do rozciągania. Patrzę na zegarek: tak, rzeczywiście minęła godzina.  Rozprostowuję mięśnie i rozglądam się po sali.
I robi mi się trochę wstyd. Wstyd, że w głowie tak mocno wyśmiałam te zajęcia. Bo może dla mnie to jest tylko godzina na przetrwanie tego tygodnia, nijak nie przystająca do standardu zajęć, na które chodzę, ale wokół mnie widzę ponad dwadzieścia uśmiechniętych kobiet, dla których ta zumba jest jedyną, na jaką kiedykolwiek dotrą. Daje im staysfakcję, radość, odrywa od codziennego życia w małym mieście i daje im poczucie, że robią coś, co jest modne i na topie teraz na świecie. Daje im pozytywną energię, czyli de facto wywiązuje się ze swojej zumbowej misji. I zaczynam gdzieś tam w środku podziwiać i szanować tę instruktorkę, że stara się jak może propagować na – bez urazy- prowincji tak rewelacyjną formę ruchu. Wychodzę życząc jej w duchu jak najwięcej sukcesów.
Ale sama nie mogę się doczekać poniedziałku… J

czwartek, 3 maja 2012

Wiedeń 5

Zmieniłam wczoraj łóżko na takie na parterze, bo Chinka się wyprowadziła. Spałam źle. Bolało mnie wszystko, budziłam się co chwilę, a od siódmej denerwował mnie kręcący się Azjata, który jak się okazało zgubił klucz i nie mógł się dostać do swojej szafki. Wstałam na długo przed alarmem, zrezygnowałam z mycia włosów, zawiązałam kok, spakowałam się i zeszłam na śniadanie. Punkt dziesiąta z biletem dobowym w kieszeni ruszyłam na tak zwane miasto. Najpierw pojechałam tramwajem do Schönbrunn, ale idąc za radą autorów mojego przewodnika wysiadłam na stacji Hietzing, żeby do pałacu dojść przez park. To dobry pomysł, alejki są szerokie, wysypane żwirem, otoczone pięknie przyciętymi krzewami i żywopłotami. Po kilku minutach po lewej stronie wyłania się imponująca siedziba Habsburgów. Ale mnie oczy rozbłysły w przeciwnym kierunku. Po pierwsze, labirynt. Taki prawdziwy, w którym można się zgubić w ślepych zaułkach, a jeśli poprawnie odgadnie się drogę, można w samym środku wejść na wysoki podest, z którego widać całą tą plątaninę ścieżek. Najpierw człowiek idzie spokojnie, ale z czasem adrenalina mu wzrasta gdy kolejny raz odbija się od ściany zieleni. W końcu mi się udało, przytuliłam się zgodnie z zaleceniem do głazu harmonii kobiecej (męska harmonia też była, a jakże) i zrobiłam zdjęcia. Uśmiałam się na widok wiewiórki, która niosła w pyszczku starannie zwinięty snopek trawy, ale zanim wyjęłam aparat, po zwierzątku zostało tylko wspomnienie rudej kity. Dalsze labirynty są dla dzieci głównie, pochowane wśród nich są gry: matematyczne układanki, rury do wspinania się, lustra-kalejdoskop, cymbały, na których gra się nogami, w końcu rodzaj równoważni, której ruch wzbudza pobliską fontannę. Czułam się jak pięciolatka w Smyku zostawiona sama sobie. Wyszłam drogą oznaczoną jako "dłuższa", z dopiskiem "10 minut", co nie wydało mi się możliwe, bo labirynt był niewielki. Okazało się zarówno możliwe jak i irytujące pod koniec. Zwróciłam uwagę, że bilet kasuje się nie tylko wchodząc, ale i wychodząc- widać martwią się, że ktoś im się w tych krzakach zawieruszy. Dalej idzie się do fontanny Neptuna, która pięknie lśni w blasku słońca, a za nią trzeba się wdrapać na szczyt wzgórza, do urokliwej Gloriety, i odwrócić się, żeby zobaczyć u stóp całe miasto i pałac w pełnej krasie. A później w dół, przez ogrody przystrzyżone do nieprzyzwoitości równiutko, aż do wyjścia. Następny punkt programu to pałac Belweder, równie piękny co Schönnbrun, z gigantycznym stawem i wieloma fontannami, ze Sfinksami strzegącymi ogrodu. Podsłuchałam przewodnika wycieczki, który mówił, że kiedy skończyła się wojna, władca nie rozwiązał armii, tylko trzymał ich jako ogrodników. Tysiąc pięćset chłopa. No, ale obok jeszcze palmiarnia, ogrody botaniczne, więc chłopaki raczej się nie nudzili. Przy wyjściu natknęłam się na pokaźny monument czegoś radzieckiego, niestety nie wiedziałam czego, bo wszystko w cyrlicy, a rosyjski jest mi językiem idealnie obcym. Internet wyjaśnia, że to pomnik żołnierza sowieckiego, wystawiony rękami Więźniów wojennych w 1945 gdy Armia Czerwona zajęła miasto. Wzięłam rower ze stojaka i przejechałam krótką trasę dzielącą mnie od Stadtpark, czyli parku miejskiego.  Pół miasta leżało tam na kocykach, konsumowało lunch albo karmiło zwierzęta. Do dyspozycji nad czymś, co przypominało wielką kałużę, w której ktoś rozpuścił tonę chleba, były kaczki z małymi, gołębie i gigantyczne- nie wiem, karpie chyba? - walczące o te same okruszki. Stawowi wyciągniety w marmurowej pozie przygląda się na wieki impresjonista J.E.Schindler, a Strauss nieopodal na złotych skrzypcach gra wieczną melodię. Z parku czas ruszyć na słynne targowisko Naschmarkt, które rzeczywiście może się poszczycić imponującym asortymentem przypraw, warzyw i owoców morza. Najładniej jednak prezentują się sprzedawane głównie przez Turków nadziewane serkami warzywka. Musiałam być głodna, bo skusiłam się na spróbowanie, potem kazałam sobie nałożyć porcję, moim zdaniem sprzedawca oszukał mnie na wadze i przepłaciłam, a po trzecim gryzie doszłam do wniosku, że to jednak niejadalne i większość wylądowała w koszu. Wstyd się przyznać, ale czasami z głupoty takie rzeczy się przydarzą. Żeby zrekompensować sobie gorycz porażki zjadłam sushi na targu, było niezłe, ale bez owacji. Stamtąd chciałam pojechać na słynny cmentarz, ale zła passa trwała. Jakoś daleko było do stacji, więc chciałam podjechać tramwajem, który jak się okazało nie był tym, na który wyglądał. Poznałam nowe dzielnice, w końcu zdecydowałam się wysiąść, doszedłszy do wniosku, że to nie ma sensu. Na przystanku znikąd pojawił się drugi tramwaj i o dziwo miał wypisaną na tablicy nazwę rzeczonego cmentarza. Wsiadłam. Wlókł się jak to tramwaj. Po nieskończenie długim czasie konduktor ogłosił koniec trasy. Wysiadłam i spojrzałam na mapę, do cmentarza jeszcze kawałek. Kiedy zaczęłam iść minął mnie kolejny tramwaj o tym samym numerze, ewidentnie jadący tam, gdzie ja chcę. Przeszłam przystanek do końca, w Billi kupiłam wodę (przez ten upał chyba wypijałam po kilka litrów dziennie!) i wsiadłam w następny pojazd. Nie byłam pewna, czy wysiąść przy bramie pierwszej czy trzeciej. W rezultacie okazało się, że oczywiście przy drugiej, więc spacer miałam dość solidny. Ale ładny. Zentralfriedhof jest zentral tylko z nazwy. Nawet gdyby jechać normalnie, a nie tak jak ja, to na ostatniej stacji metra trzeba się jeszcze przesiąść w tramwaj 71. Wiedeńczycy nawet mówią o kimś kto umarł: "ach, wiesz, no on wsiadł w tramwaj 71..." Czyż to nie ładniej niż kopnąć w kalendarz? Czyż nie romantyczniej? Wracając do cmentarza- jak pisałam ładny, prawie jak nasze Powązki. Udało mi się niedaleko głównego kościoła wypatrzeć strzałkę z napisem MUSIKER, a po chwili już podziwiałam nagrobki Bethovena, Brahmsa, Mozarta, Shuberta i Straussa. Jeden obok drugiego, wokół małego placyku, Mozart honorowo na środku. Bethoven ma tu tylko pamiątkowy posąg, pochowany jest w masowym grobie zgodnie z ówczesnymi przepisami. Ale mnie nie daje spokoju co innego: gdzie się podziali Bach i Wagner?!... Muszę to kiedyś ustalić. (Już wiem. Wagner leży w Bawarii, a Bach, który zmarł na wylew- w Lipsku. To tak na wypadek, gdyby ktoś był równie dociekliwy jak ja...) Powrót był znacznie szybszy, po blitzkriegu na centrum (Pandora i Starbucks- dlaczego ja zawsze zostawiam takie rzeczy na ostatnią chwilę? w dodatku nie kupiłam rodzinie czekoladek, bo gdybym je w tym momencie zabrała do plecaka, w Warszawie wyjęłabym roztopionego gluta) zaczęła się moja walka z zachodzącym słońcem. Chciałam zdążyć na Kahlenberg. Najpierw znany mi już tramwaj 38 do Grinzing. Tam przesiadka w autobus. Na przystanku poznałam trójkę Polaków, którzy 300 km trasy z domu zrobili na rowerach! Chłopak to chłopak, ale dziewczyny mi zaimponowały. 38A jedzie na wzgórze ponad 20 minut, serpentynami pośród niczego. Dobrze, że nie wpadłam na genialny pomysł, żeby iść pieszo! Dojeżdża się na szczyt Kahlenberg i mija kościół poświęcony pamięci króla Sobieskiego. Coś zaczyna mi się kołatać w historycznie niedouczonej głowie: Wiedeń, król Sobieski, bić Turka... Znowu podsłuchuję przewodnika, który opowiada o szarży i pokazuje odkąd dokąd było wtedy miasto. Pokazuje, bo z tarasu widokowego obok kościoła widać wszystko: i Wiedeń, i winnice, i Dunaj,  i dolinę. Słońce pomarańczowo zachodzi mi za plecami. Cudownie kończy się dzień. Za dwie godziny odjeżdża mój autobus do Polski, więc nie mam czasu zabawić w Grinzing na wino, ale postanawiam postawić kropkę z szarlotki nad i wyjazdu. Wchodzę do jednej z winiarni- właścicielka okazuje się Polką, a gości, w tym miejscowych, tłum. Gdyby nie ten upiorny ruch chętnie poznałabym jej historię, ale tak nie mam serca jej zagadywać. Kelnerzy miotają się jak w ukropie, nosząc półmisy mięs, dzbany wina i miski kapusty. Muzyka gra na żywo. Mój apfelstrudel jest bardzo smaczny, mimo, że bez zbędnego ukrywania się, na moich oczach sos waniliowy nalano z kartonu. Z dobrym zapasem czasu wracam po walizkę, po drodze gawędząc jeszcze ze znaną mi już trójką Polaków. Żegnam hostel, wychodzę uśmiechnięta do metra. Mam godzinę. Taka jestem z siebie zadowolona, że wsiadam  w złą linię, w złą stronę. Biorąc pod uwagę czas czekania na pociągi, to mimo, że zorientowałam się po jednej stacji, tracę 20 minut. Kolejne pięć minut biegnę na inny peron. Walizka ma zepsutą rączkę, ani się składa, ani rozkłada, biegnę więc zgięta w pół ciągnąc ją za sobą. Nawet nieuszkodzona nie prowadziła się najłatwiej, bo coś ma ze środkiem ciężkości, ale czego się spodziewać po jankeskim badziewiu kupionym na Hollywood Boulevard za $15... W obecnym stanie manewrowanie nią to horror. Zastanawiam się nad zmianą planu dostania się na dworzec, bo wiem, że jeździ tam też autobus. Nie wiem tylko, jak często. Tak czy siak, dwa kwadranse przed odjazdem jestem pół miasta dalej, mam przed sobą dwie przesiadki, a żeby było weselej nie jestem stuprocentowo pewna, czy jadę w dobre miejsce, bo na bilecie nie napracowali się z oznaczeniem i po prostu założyłam, że odjadę z tego miejsca, w które przyjechałam. Powoli zaczyna się panika. Opanowuję ją głębokimi wdechami, powoli, konsekwentnie, po kilka razy sprawdzając każde metro, w które wsiadam, brnę do celu. Oczywiście, że wychodzę na złym końcu stacji, oczywiście, że kilka razy potykam się o tą cholerną walizkę. Ale najważniejsze, że cztery minuty przed odjazdem dopadam autobusu. Tak się rozpisałam, że Austria się skończyła. Patrzę przez okno, pewnie już zaraz będziemy w Bratysławie. Zdrzemnę się i obudzę już w domu. Cieszę się, że udało mi się zrealizować chyba wszystkie plany na tę podróż. Cieszę się, że mam jeszcze po co wracać, przecież nie liznęłam nawet wiedeńskich wnętrz, poznałam tylko fasady. Cieszę się, że w tym mieście organizują jarmark bożonarodzeniowy- chociaż nie potrzebuję pretekstu, żeby nie raz jeszcze tu wrócić.

wtorek, 1 maja 2012

Wiedeń 4

Otworzyłam oczy o 10:22. Wiem napewno, bo uderzyla mnie mysl, ze mam osiem minut do końca śniadania. Gdyby nie było święta pracy, i wszystko nie było na głucho zamknięte, pewnie kupiłabym kanapkę w supermarkecie obok i nie robiła z tego afery. A tak, w popłochu i pidżamie, rzuciłam się na dół na resztki bufetu. Udało się. Z pełnym żołądkiem poczułam się leniwa, wybierałam się wolno jak mucha w smole, i dopiero w południe zamknęły się za mną hostelowe drzwi. Dwie minuty później kupowałam bilety i vouchery na dzisiejszą wycieczkę. Może nie najtańsze, ale na pewno korzystniej, niż gdyby płacić za wszystko osobno. O 12:18 mknęłam klimatyzowanym pociągiem w stronę Melk. Po drodze dooglądałam na iPadzie film, przy którym wczoraj zasnęłam i ani się obejrzałam jak dojechaliśmy na miejsce. Nad całym miastem króluje opactwo znane z Imienia Róży. Przeszłam przez centrum i, ignorując na razie główny punkt programu, poszłam na przystań upewnić się, o której odpływa mój statek. Na dworcu w Wiedniu nikt sobie za to ręki uciąć by nie dał. Ustaliwszy co należało, wróciłam leśną, pachnącą ścieżką do miasta, myśląc po drodze, że skoro "modry" znaczy"niebieski" chyba, to dlaczego Dunaj jest taki zielony?! Centrum- z braku lepszego słowa- Melk to kilka knajpek na wąskich brukowanych uliczkach, grono turystów, pensjonaty,  kelnerki ubrane w ludowe stroje i jedna fontanna. Żar lał się z nieba. Z trudem pokonywałam kolejne schodki na skrótowej drodze do opactwa. Usprawiedliwiając się koniecznością robienia zdjęć dolinie rzeki, odpoczywałam co chwilę. W końcu dotarłam na miejsce. Bez problemu wymieniłam voucher na bilet wstępu i udawałam, że nie widzę plastikowych leżanek pod baldachimami w otoczeniu palm w donicach... Później. Bo nie wstanę. Od razu po przekroczeniu progu opactwa widać, że jest co najmniej jedna instytucja, która opiera się od dwóch tysięcy lat wszelkim kryzysom. W przewodniku napisano "baroque gone mad", w wolnym tłumaczeniu barok bez piątej klepki lub rozszalały barok. Oba określenia pasują. Freski, złoto, anioły, kielichy, monstrancje- wszystko, aby pokazać siłę ekonomiczną kościoła. Mimo durnych przepisów o zakazie używania statywu (doprawdy, o co im chodzi? rozumiem, flesz niszczy obrazy, ale statyw?...) zrobiłam sobie kilka zdjęć na dziedzińcu i krużgankach. Zachwyciłam się imponującą biblioteką z rzędami ksiąg aż po sufit. Dałam się oczarować prostej sztuczce na kręconych schodach: na dole umieszczono lustro, które powoduje, że wydaje się, iż schody nigdy się nie kończą, choć naprawdę to tylko półtora piętra. Zamyśliłam się w nawie kościelnej nad granicami przepychu. Przy wyjściu leżanki wygrały na kilka minut, ale potem pomaszerowałam do nowo otwartej części - baszty widokowej. Mój bilet zadziałał w bramce z potakującym piknięciem, i wjechałam na górę na taras. Stamtąd zawołały mnie ogrody, postanowiłam do nich zajrzeć. Kolejna bramka, ale i tu ten sam bilet załatwił sprawę. Brakowało mi czasu, aby porządnie powłóczyć się po wypielęgnowanym parku, ale podeszłam do murów, przemierzyłam labirynt starannie przyciętych żywopłotów i sfotografowałam różowy pawilon przerobiony na kawiarnię. Schody do miasta w dół pokonywało się zdecydowanie szybciej. Po drodze na statek  przekonana, że tłum nie może się mylić, kupiłam sobie lody, i na tyle wolno na ile pozwalała pogoda, delektowałam się smakiem wanilii i truskawek. Przed samą przystanią dwóch chłopaków na rowerach poprosiło, aby zrobić im zdjęcie. Śmiali się, że chcą mieć pamiątkę po gejowskim wypadzie we dwóch. Od stóp do głów ubrani bardzo profesjonalnie jak uczestnicy tour de cokolwiek, mieli jakieś ultra lekkie, nowoczesne rowery ze stopów, których nazwy normalnemu człowiekowi nic nie powiedzą. Na zdjęciu wyszli uroczo. Odpłynęliśmy ze skandalicznym jak na Austrię cztero minutowym opóźnieniem. Na pokładzie serwowano spritzer z białego wina, więc postanowiłam nie składać zażalenia ;-) Mijaliśmy kościoły, klasztory i twierdze położone na soczyście zielonych zboczach. W Spitz, gdzie lepszą część widoku zajmują winnice, zmienialiśmy statek, był więc czas na podziwianie zbocza tysiąca baryłek, które podobno w dobrym roku produkuje 57 000 litrów wina. Po osiemnastej dobiliśmy do Krems. Tablice informowały, że do centrum niecałe dwa kilometry, więc mimo obtartych już od klapek stóp ruszyłam przed siebie. Miasto sprawiało wrażenie opustoszałego i nieszczególnego. Tak, czyste, zadbane, ale jakieś bez życia. Nawet ciekawej knajpy nie udało mi się dostrzec. A miałam mocne postanowienie zjeść dziś o normalnej porze. Zrezygnowana pod samym dworcem weszłam do sieciówki typu Mc Donalds serwującej austriacką kuchnię. Sznycel był wielkości Holandii i smakował wyśmienicie. W dodatku było WiFi. Pociąg do Wiednia pojawił się na peronie bez najmniejszego opóźnienia. Napisałam większość bloga i zaczęłam rozmyślać o reszcie wieczoru. Mogłam wysiąść na Spittelau, gdzie wiem, że są rowery, ale trasa jest długa i pod górę. Dojechałam więc do końca do Franz Josefs Bahnhof, zapytałam pierwszej napotkanej osoby w którą stronę do centrum i ruszyłam. Plan był taki, żeby bilet na metro kupić na ostatnie 24 godziny. Ponieważ chcę jutro odwiedzić miejsce jeszcze za Grinzing, a więcej piechotą tam nie idę, oraz z walizką wieczorem też chętnie bym już nie szła, to pozwalam sobie na ten luksus. Nie chcę go nadużyć, bo z biletem w kieszeni wszędzie piechotą czy rowerem robi się daleko, i nie poznaje się miasta. A do wyjazdu jeszcze 25 i pół godziny było. Dzięki czemu poznałam miłą Porzellangasse, wiem już, gdzie jest muzeum Freuda oraz w którym miejscu w mieście sprzedają cupcakes. Po znanych mi już z widzenia wieżach kościoła trafiłam do parku Freuda i mimo, że gołym okiem widać było rower na stanowisku 20-tym, głupia stacja twierdziła, że jest pusta. Wzruszyłam ramionami i poszłam dalej, przez Schottentor pełen stolików i ludzi, przez Cafe Central, którą właśnie zamykano i w której miły kelner gej odmówił już podania ostatniej kolejki, aż do miejsc które już pamiętałam, żeby w końcu przysiąść na Graben.  Nad spritzerem obmyśliłam gry plan na jutro i wreszcie legalnie, metrem wróciłam do siebie.  Oj, nie będę miała jutro ochoty na jechanie do domu!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Wiedeń 3

Rano obudziłam się, i zaczęłam liczyć rany wojenne. Raz: siniec na łydce, uderzyłam się o pedał. Dwa: tyłek obolały od siodełka. Trzy: kolano stłuczone przy próbie szybkiego zsiadania. Cztery: spalone czoło, dekolt i przedramiona. Pięć: mięśnie i kręgosłup sztywne. Sześć: kilka pęcherzy na stopach. Siedem:... Oj tam, oj tam! Nowy dzień, i wcale nie wczesny wstał- obudziłam się przed dziesiątą. Uwinęłam się, żeby zdążyć na śniadanie, które choć dodatkowo płatne, to warte swojej ceny. Cudne pieczywo, sery, wędliny, jajeczka cieplutkie, owoce świeże, nutella, masło orzechowe, a co najważniejsze: prawdziwa kawa. Rzadko widuje się taką w hostelu. W skrajnych przypadkach podają napój instant o aromacie zbliżonym do kawowego, co to ja nie rozumiem jak można to dobrowolnie pijać. Najczęściej jest przelewowa lura, która w nagłych wypadkach może kawę zastąpić. A tu- naciskasz guzik w porządnym ekspresie, a w kubku pojawia się doskonale spienione mleko, do którego dolewany jest strzał solidnego espresso.  Wychyl i powtórz. Z kofeiną radośnie pląsającą w żyłach wsiadam na rower, ale siodełko ma tak niskie, że muszę go wymienić, bo wyregulować się nie da. Tak się jakoś składa, że najbliższa stacja jest w samiusieńkim środku dzielnicy handlowej. Co poradzić, siła wyższa. Racjonalizując konieczność zakupów potrzebą posiadania eleganckiej bluzki do opery i brakiem takowej w walizce, spędzam trochę czasu w sklepie, a że przy okazji kupuję sportowe, dawno potrzebne spodnie no to o mój Boże... Zaglądam do Pandory obejrzeć zawieszki kojarzące się z Wiedniem. Jakiś czas temu odkryłam, że taka pamiątka najbardziej mnie cieszy i nie zajmuje miejsca w domu. Nie decyduję się jeszcze na nic, ale obiecuję sobie wrócić. Po drodze w aptece kupuję filtr trzydziestkę z szacunku dla mojej skóry, też trzydziestki, zresztą z plusem. Wsiadam znowu na rower i mimo nieludzkiego upału powoli, acz stanowczo jadę. Na Prater. Tym razem ja i mapa rozumiemy się lepiej, z małą pomocą pani w informacji znajduję stację i odstawiam jednoślad, a potem wchodzę do słynnego wesołego miasteczka. Atmosfera jest tak staroświecka, że przestawiam kolory w aparacie na sepię. Gra klasyczna muzyka, majestatycznie kręcą się diabelskie koła, na strzelnicach chłopcy próbują trafić misia, a dzieci biegają wokół z lodami w rożkach. Oczywiście jest też dynamiczna strona tego miejsca: wyjąca muzyka disco, zamki strachu i superszybkie karuzele, na widok których uderza mnie fala lodowatego chłodu. Nie wiem, kiedy mi się tak zrobiło, kiedyś lubiłam horrory i dziką jazdę rollercoasterem, kiedyś nawet namówiłam na przejażdżkę moją siostrę we Władysławowie, co pewnie do dzisiaj nie zostało mi wybaczone... Teraz nie. Jedyne, na co mam ochotę, to diabelski młyn. Wolno, statecznie, w kółeczko, bez niespodzianek. Wsiadam, zaczynam jechać w górę, i niespodziewanie czuję, że zaraz odpłynę. Trzymam się kurczowo pobielałymi dłońmi. -No nie wygłupiaj się- mówię do siebie- Idiotka. Przecież nic się nie stanie. Zdjęcia rób, zobacz, jaki widok.  Puszczam niepewnie jedną rękę. Koło jedzie wolno, już jestem w połowie, postanawiam to drugie pół z godnością przyjąć na klatę. Niestety, okazuje się, że po pierwszym okrążeniu są następne trzy, szybsze, a jeszcze pan z obsługi podkręca koszyczek, w którym siedzę. Strach w końcu puszcza, ale nie do końca, i chyba przy wyjściu jeszcze dość blada jestem, bo pan pyta, czy będę żyła. Uśmiecham się, niepewna odpowiedzi, i kończąc spacer po Praterze znajduję miejsce na rozłożenie kocyka i wyjęcie mini-wina kupionego rano w markecie. Siedzę w cieniu, wiaterek wieje, obok kilku chłopców gra na gitarze, pije piwo i bawi się z psami. Kwadranse mijają, a ja nie wracam do zgiełku miasta. W końcu jednak trzeba. Biorę rower i jadę obejrzeć dzieła Hundertwassera. Muzeum stoi za rozłożystymi drzewami, więc nie da się w pełni docenić architektury, ale już drugi budynek w całej krasie pokazuje, co robi architekt jak mu zabrać linijkę. Kolorowa fasada z ciekawymi zdobieniami pięknie odbija promienie słońca. Następny przystanek jest pod operą, odstawiam rower, bo kończy się godzina, ale nie wracam na niego po kwadransie. Wciąga mnie centrum. Słynny tort u Sachera nie rozczarowuje, dalej sklepy z luksusowymi markami zachęcają do odwiedzenia mojej przyszłej torebki u Luis Vuitton. Przy okazji zachwycam się mozaikowym dachem katedry św. Stefana, którego nie zauważyłam zwiedzając kościół od środka. Przechodzę obok hiszpańskiej szkoły jazdy, robię zdjęcia przy uroczej fontannie, mijam kilkunastu "Mozartów" sprzedających bilety na koncerty. W końcu robi się tak późno, że nie mam czasu wrócić do hostelu i idę prosto do opery kupić za 4 euro stojący bilet na wieczorne przedstawienie. Udaje się. Przebieram się w łazience w nową bluzkę i idę na widownię. Część z miejscami stojącymi jest vis a vis sceny, ze świetnym widokiem i poręczami, o które można się oprzeć. Niestety, miejsca są w większości zaklepane, o czym świadczą przewieszone niedbale szale na barierkach. Informuje mnie o tym Strasznie Upierdliwa Kobieta Administracyjna, z którą wdaję się w przegraną dyskusję o różnicy między moim małym plecakiem (podobno: śmiertelnym zagrożeniem na widowni), a gigantyczną torebką pani obok. Przez cały czas później obserwuję, jak ta osoba rzuca się na kogokolwiek, kto próbuje usiąść na podłodze, bo nie wolno. A przestać całą operę w trzech aktach, bez przerwy, to nie jest hop siup. Dobrze, że Boris Godunov chociaż na tyle ciekawy, żeby człowiek na chwilę zapomniał, że nogi wołają o pomstę do nieba. Wczytuję się w tłumaczenie na małym ekraniku i dochodzę do wniosku, że naprawdę dorosłam do opery. Nie wszyscy w sekcji stojącej dotrwali do samego końca. Ja byłam dzielna. Z zainteresowaniem obserwuję końcowe pokłony: najpierw opada kurtyna. Wychodzi plącząc się przez nią solista. Znika. Kurtyna unosi się. Oklasujemy cały zespół. Kurtyna opada. Wychodzi ten sam solista, ciągnąc przez opuszczoną kotarę inne główne postaci. Najpierw sznurem, potem po kolei, wychodzą, kłaniają się, a światło się pali i widownia pustoszeje. Hm. Co kraj to obyczaj. Definiujący moment dla charakteru każdej osoby następuje wtedy, kiedy trzeba po całym dniu jeżdżenia i łażenia, oraz po przestaniu na baczność opery, wsiąść na rower i wrócić do hostelu, pokonując te ostatnie głupie trzy kilometry. Tramwaj! Metro! Taksówka choćby!- krzyczy każda część ciała. Z westchnieniem wsiadam na rower uznając, że twardym trzeba być a nie miętkim. Po sprawdzeniu fejsbuka i wrzuceniu kilku zdjęć przypominam sobie, że nic nie jadłam, idę więc w lewo od hostelu, gdzie nigdy jeszcze nie byłam i znajduję pub, który- co nie dziwne o 23- ma już w zasadzie zamkniętą kuchnię, ale udaje mi się nakłonić panią, żeby przyniosła mi parówki do wina. W podobnej cenie jadałam parówki tylko w Warsie, wszędzie indziej można za ekwiwalent najeść się jeśli nie kawioru, to chociaż łososia. Co prawda zostałam uprzedzona, że będą z musztardą i chrzanem, ale kiedy wjeżdżają na stół, biorę chrzan za tartą rzodkiew i nakładam sobie pełny widelec do ust. Język wypala mi natychmiast, więc dyskretnie odkładam chrzan tam, skąd przyszedł. Mam nadzieję, że nie mają w zwyczaju podawać nietkniętych na oko dodatków kolejnemu klientowi. Przy płaceniu okazuje się, że tylko gotówka (nawet mam przypadkiem, a rzadko mi się to zdarza- uważam, że fizyczne pieniądze to relikt przeszłości). Kelnerka tłumaczy się, że American Express zdziera z nich 10%, a Visa i Master 7-8. Czy to w ogóle jest możliwe? Zamykają, więc ja też stąd zmykam. Trochę snu zresztą się przyda, jutro kolejny cudny dzień!

niedziela, 29 kwietnia 2012

Wiedeń 2

Pierwsze wrażenie to była czystość ulic. Ale nie do końca tak jest jak dobrze się przyjrzeć. Rzeczywiście wszystko wygląda na niedawno myte, ale walają się papiery, niedopałki i niestrawione jedzenie z poprzedniego dnia. Drugie wrażenie- tym razem trwałe- to soczysta zieleń wszędzie. Bez problemu zalogowałam się do systemu darmowych rowerów miejskich i po kilku chwilach mknęłam wzdłuż Mariahilferstraße w stronę centrum, bez większego planu czy rozkładu dnia. Chciałam poznać miasto. Ponieważ rower trzeba odstawić co godzinę na kwadrans, żeby system był darmowy, po kilkudziesięciu minutach krążenia z rozdziawioną buzią zatrzymałam się w parku Freuda (nieziemsko mnie ubawiło, że dojechałam właśnie tam). Nie oparłam się pokusie ułożenia na leżaczku chociaż na kilkanaście minut. Wracając do poprzedniego zdania- dlaczego mianowicie z buzią elegancko zamkniętą się nie da. Całe miasto wygląda jak Nowy Świat czy Aleje Ujazdowskie, każdy niemal budynek jest ucieleśnionym peanem na temat dokonań w architekturze. Jedna myśl kołacze się w głowie: tego się nie da obejrzeć w cztery dni! Ale nic nie szkodzi, wiem już, że wrócę, i to niebawem. Póki co szkoda mi pogody na muzea, jest koło 30st w cieniu, park obok parku i milion ścieżek rowerowych. Któż w tej sytuacji wybierze Tycjana czy Moneta?!... Po ponownym wypożyczeniu roweru starałam się dojechać do Stephansplatz i katedry. Mówię "starałam się", bo z mapą zupełnie się nie dogadujemy. Jest nieczytelna, a ta w iPhonie działa kiepsko, bo dzielnica 1- ścisłe centrum- to plątanina małych uliczek. Kilka razy w pędzie minęłam Hofburg, gdzie pachnie bzami, hiszpańską szkołę ujeżdżania koni, fontannę, której architekt ewidentnie zapatrzył się na diTrevi (w ogóle porównań z Rzymem uniknąć się nie da), aż w końcu dotarłam. Znalezienie stacji, na której mogłabym oddać rower nie było łatwe, ale pomogła mi policja, którą bliżej poznałam jeżdżąc po strefie dla pieszych ;-) W końcu- przypadkiem niedaleko Starbucksa- rower został zaparkowany, a ja -po kawie rzecz jasna- poszłam zwiedzać katedrę.  Niby nie różni się od innych monumentalnych, gotyckich kościołów, ale wrażenie robi nieziemskie. Czy to witraże, czy strzeliste łuki - nie wiem, ale podobało mi się. Dalej spacer przez Graben i Kärtnerstraße, ulice handlowe, miłe, ale niczym szczegölnym nie wyróżniające się, a tłumem nieopisanym zawładnięte. I nagle niemiła niespodzianka: doszłam do pięknie położonego ratusza, a tu stacja rowerowa puściutka. To samo przy muzeach i na pierwszej stacji Mariahilfer. Dopiero kilka przecznic przed hostelem dorwałam wolne dwa kółka, pewnie się już nie opłacało wsiadać, ale iść już nie mogłam. Wreszcie dostałam klucz do pokoju, i pomyślałam, że zdrzemnę się kilka minut. Z moich współlokatorów zastałam tylko jakiegoś Turka czy Araba, wszystko jedno, który jak usłyszał, że jestem Polką spojrzał tak, jakbym miała jednocześnie trąd i pchły. Wzruszyłam ramionami, omiotłam wzrokiem pokój, stwierdziłam, że reszta to głównie baby. Położyłam się na chwilunię dosłownie. Minęły trzy godziny. Spałam jak kamień. Prysznic, i czas na kolację. Janek polecał Grinzing, zachęcając młodym winem, spojrzałam więc na tą durną mapę, wsiadłam na rower i pojechałam. Miało być: długo prosto, potem w lewo. Długo prosto było. Na szczęście z górki, bo już dzisiaj 10 km marszu i co najmniej drugie tyle na rowerze miałam za sobą. Ścieżka rowerowa to była, to nie, to wyskakiwała nagle po drugiej stronie ulicy, kiedy próbowałam jechać szosą zebrałam cięgi w postaci klaksonów i pukania się w czoło. Godzina powoli mijała, wydawało mi się, że jestem już blisko, więc na stacji rowerowej koło chyba Spittelau odstawiłam kółka i podążyłam per pedes, bo to już tuż tuż... Po czterdziestu minutach zaczęłam się zastanawiać, czy Grinzing to nie jest jakaś mityczna kraina. Miałam momenty euforii i zwątpienia. Szłam głównie przez dzielnice mieszkalne. Każdy neon był niespełnioną obietnicą, że to już tu. Niestety. W końcu zaczęłam śledzić znaki drogowe i tramwaje, i tą metodą za siedmioma wzgórzami, za kilkoma parkami, co najmniej jednym lasem i Bóg wie czym jeszcze znalazłam krainę, gdzie młode wino i śpiew wyznaczają rytm życia. Może gdybym była mniej zmęczona, mniej głodna (w końcu dwa banany i jeden gorący kubek to nie jest przesadnie pożywny dzień), to dłużej szukałabym tej Jedynej knajpki. A tak, zajrzałam do czterech, wybrałam jedną, i nie mogę narzekać. Heuriger Hans Maly to winodajnia położona w pięknym ogrodzie, oświetlona lampionami. Wino nie jest drogie, za to orzeźwiające, do jedzenia do wyboru dania z bufetu. Mimo, że podgrzane w mikrofali i że ziemniaczki nieszczególne, to sama świnia i kapusta rewelacyjne i w sensownej cenie.  Kiedy już nacieszyłam się muzyką na żywo i osuszyłam kufel wina (tak, kufel wina), postanowiłam, że absolutnie żadną piechotą do domu nie wracam. Wsiadłam w tramwaj i zjechałam do miasta. Wysiadłam na znanym mi placu obok freudowskiego parku, na szczęście rower jakiś się znalazł na stojaku. Pojechałam znaną już trasą, koło Rathausu, muzeów i dalej już tylko Mariahilfer w górę. To jest najdłuższa ulica na świecie, a ja mieszkam na samym końcu.... Nogi odmawiały współpracy. Trochę jechałam, trochę pchałam rower, trochę odpoczywałam. Dotarłam do hostelu koło północy. Zanim usiadłam do bloga, z rozbawieniem słuchałam rozmowy trójki młodych ludzi. Ona żaliła się, że jak mówi, że jest z Trynidadu, to nikt nie wie skąd. On pierwszy, że jest z Kanady i nikt go nie rozumie. On drugi, że jest z Chin i tutaj musi używać anglosaskiego imienia Donald, bo jego chińskiego imienia nikt nie wymówi. Potem nastąpiła seria nieudanych prób opanowania chińskiej wymowy, ale skończyło się fiaskiem. A ja spokojnie zaczęłam moją godzinę blogowania, którą niniejszym wraz z małym piwem kończę i idę spać.

sobota, 28 kwietnia 2012

Wiedeń 1

Po niewygodnej nocy w autobusie, obudziłam się gdzieś w Wiedniu. iPhone tak długo się zastanawiał, gdzie my właściwie jesteśmy, że autokar zdążył odjechać i straciłam WiFi. Na szczęście w takich sytuacjach, chociaż nie portafi wyznaczyć trasy, to przynajmniej pokazuje lokalizacje. Krytycznie rzuciłam zaspanym okiem na mapę. Pójdę piechotą, to tylko kilka kilometrów, a cóż tu innego robić o 6 rano?!...

Podejrzliwie przyjrzałam się okolicy. Nie mam zaufania do poranków, odkąd jakiś oberwaniec próbował mnie okraść o 5 rano w Madrycie. Ale w Wiedniu już ulice budziły się do życia, więc spokojnym krokiem turkocząc kółkami walizki o płyty chodnika zaczęłam wędrówkę wzdłuż Favoritenstraße (prawda, że ładna nazwa?).

Po drodze otwierały się pierwsze piekarnie, ale ku mojemu rozczarowaniu nie znalazłam otwartej kawodajni. Poza McDonald's, ale ta restauracja ma dla mnie sens tylko w USA.

Mijałam jakiś klub nocny, z którego chwiejnym krokiem wytaczali się ostatni goście. Jeden mocno chyba zdesperowany, bo koniecznie chciał się zaprzyjaźniać, a ja po całej nocy w autobusie nie wyglądałam ani swieżo, ani zachęcająco, co wydawało mu się zupełnie nie przeszkadzać. Na wszelki wypadek wyparłam się znajomości jakiegokolwiek cywilizowanego języka i z uśmiechem poszłam dalej.

Około 7.30 dotarłam do hostelu, zjadłam przywiezione ze sobą banany na śniadanie i odświeżyłam się w łazience. Na prysznic muszę poczekać do 14, póki co chyba zostawię bagaż i zacznę zwiedzać miasto. Mam ochotę na rower, kawę, lenistwo, zieleń i piękne widoki  :-)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Edynburg (styczeń 2012)

Siedzę w Pokoju Ogórkowym w hostelu w Edynburgu i myśle sobie, że życie pieknie jeśli nie jest, to chociaż bywa...

Podróż zaczęła się wczoraj w południe, samochodem do Łodzi. Trzy godziny po wykopach i rozjazdach, ale przynajmniej bez korków. Port lotniczy Łódź o standardzie średniego dworca PKP wyłania się w końcu z mgły. W środku żenada- jeden bar, żadnej restauracji, kiosk, koniec. Oddając sprawiedliwość temu koszmarnemu miejscu muszę jednak powiedzieć, że ciabatty z mozarellą mieli zacne, a i kawa kawą smakowała.

Podróżuję tylko z podręcznym bagażem, przysługuje mi 10 kg, ale nikt normalny - to znaczy żadna linia- nie waży bagaży podręcznych! Nie przejmuję się jakoś strasznie, że mam 14.3 kg.

Otóż nie znałam jeszcze Ryanaira.

Przy wejściu do odprawy siedzi su.... khm...per sympatyczna pani, której jedynym -podkreślam JEDYNYM- zajęciem jest ważenie i mierzenie toreb. Zawraca mnie.

Na pierwszy ogień idą kalosze, balsam, mydło. Na szczęście nie muszę wyrzucać, Tato jeszcze nie pojechał i zabierze to do domu. W drugim rzucie zakładam na siebie wszystkie bluzki, swetry i spodnie. Patrzę krytycznie na zawartość walizki, więcej nie mogę oddać. Wracam do bramki. 11,5 kg. Oczywiście przymknięcie oka nie wchodzi w grę. Z niechęcią oddaję bezdomnemu paczkę z jedzeniem, którą wiozę dla B. 10.2, mówi waga. Pani unosi jedną brew, ale widzi z mojej miny, że nie jestem w nastroju do żartów. Łaskawie mnie przepuszcza.

Ale oczywiście to nie koniec.

Samolot jest opóźniony, Polacy genetycznie nauczeni stania w kolejce stoją grzecznie przez godzinę pod zamkniętą bramką. Jakiś bachor wydziera się w niebogłosy ( na prawdę, czy nie można tego separować od ludzi? Zrobić osobną salę dla matek z dziećmi albo coś?) Ja spokojnie zdejmuję kilka warstw, układam rzeczy w walizce. Rozmawiam przez telefon, czytam Fejsbuka. Swoim zwyczajem wchodzę na pokład ostatnia. Tuż przed bramką pani nr 2 każe mi przymierzyć walizkę do tego stojaka, co to ma napisane "jak wejdzie to leci, nie wejdzie nie leci". Wiem, że wejdzie, ale pechowo spakowana jest tak, że na górze wystaje kosmetyczka, a boki są puste. Mówię do pani:
- No przecież widać, że wchodzi, tylko musiałabym tą kosmetyczkę przepakować...
- To proszę przepakować- mówi spokojnie pani.

Z pianą na ustach wsiadam do pełnego samolotu. Znajduję miejsce obok wyjścia awaryjnego, usypiam, ale budzi mnie jakiś cholerny niemowlak walący piąstkami w oparcie mojego fotela. Posyłam rodzicom znaczące spojrzenie, opanowują bachora, ale przeprosin nie usłyszałam.... Nie śpię już, wypijam butelkę proseco na skołatane nerwy i czytam książkę. Ze zdumieniem obserwuję sprzedaż zdrapek, loterii, kart telefonicznych na pokładzie. Ryanair to jednak dziwna linia. Wolę Wizza, cieszę się, że z Wizzem wracam...

Przylatujemy do Edynburga ze sporym opóźnieniem. Powoli robię się głodna. Bateria telefonu na wyczerpaniu. Wypadam pierwsza z sali przylotów i od razu wskakuję do autobusu do miasta. Zanim zdążę wykręcić numer, telefon dzwoni. Gdzie jesteś? Dlaczego się nie odzywasz? Ech. Rodzice...

Hostel znajduję bez problemu, zachwycam się architekturą okolicznych budynków. Melduję się, a potem dopadam gniazdka, podłączam telefon, dzwonię do B. Umawiamy się za pół godziny, idziemy "na miasto".

Miasto w naszym wykonaniu to trzy puby. Pierwszy to mały i uroczy Capitains, drugi to Library w budynku związku studentów Teviot (czy to nie cudowne- pyta B.- że w samym środku miasta jest uniwersytecki budynek, którego jedynym celem jest stworzenie miejsca, w którym można pić?) wypełniony studentami na rauszu (niekoniecznie brzydkimi, muszę przyznać....). Nigdy bym tam sama nie weszła, bo wymagają legitymacji studenckiej. W środku są trzy puby. Ostatni punkt programu to Doctors. Zmęczona już piwem zamawiam wino. B. pyta barmana, czy ktos już to zamawiał. Prztyczek w nos, bo kiedyś jak zamówiłam wino w warszawskim Indeksie, to nikt nie pamiętał, ile powinno kosztować, i tak ten dowcip ciągnie się za nami.

Prowadzimy głębokie rozmowy.
B.: ja nie rozumiem, jak laski mogą stać pod klubem w kolejce, na mrozie w samych bluzeczkach czy tam sukieneczkach.
Ja: jak jesteśmy w szpilkach, to jest nam tak niewygodnie, że nie czujemy już zimna.
B.: to jak wam niewygdnie to po co nosicie?
Ja: bo wy lubicie
(pauza)
B.: to miło z waszej strony...

Chwilę później śmialiśmy się zresztą jeszcze z innego incydentu, który jako dama przemilczę, ale jako bloggerka wspomnę, że zaistniał ;-)

Do domu wracam koło pierwszej, i postanawiam nie nastawiać budzika, w końcu, cholera, jestem na wakacjach!!!

Budzę się po dziewiątej, i powoli przechodzę przez poranek. Wolna kawa, wolne śniadanko, prysznic i wspomniany pokój Ogórkowy, gdzie na podłodze leżą poduchy, z głośników sączą się dźwięki dżungli, a kontakty pozwalają naładować telefon. Zaczynam pisać bloga, po 11 wychodzę na miasto.

Chcę zwiedzać. Naprawdę. Wchodzę na Princes Street, określoną przez B.mianem Krupówek i naprawdę, serio, chcę zwiedzać. Ale. HMV. Boots. Primark. Next. Ech, no, sklepy pożarły mnie doszczętnie.

O pierwszej przypadkiem jestem w parku pod zamkiem, i załapuję się na salwę z armaty, jak B. potem mi wyjaśnił wyznaczającą upływ czasu w mieście, słyszalną na morzu i mającą wielowiekową tradycję. Między sklepem a sklepem zachwycam się małymi uliczkami i spójnością w architekturze miasta.

Nie wiadomo skąd jest 14.09. Biegnę pod górę, bo za 20 min jesteśmy umówieni na lunch. Towarzyszy nam Matt, Amerykanin, który studiuje z B. Chłopcy zabierają mnie do pakistańskiej dzielnicy i Matt w oparciu o moje preferencje dotyczące ostrości i smaku pomaga mi wybrać danie w restauracji. Dostaję wielki chlebek naam i kurczaka w kremowym sosie, smakującego curry i kokosem. Pycha.

Po lunchu każde z nas idzie w swoją stronę, ja w dół do Meadows, parku, czy też połaci trawy, na której studenci grają w rugby (futbol?), podtatusiali urzędnicy uprawiają jogging, a panie w kaloszach Huntera rzucają piłki swoim owczarkom.

Dużym kołem wracam do hostelu, poprawiam nadwątloną urodę i o 17 znów wychodzę. B. zabiera mnie na imprezę do znajomych.

Żeby nie było nudno, ścigamy się biegiem z autobusem, dostajemy fory na światłach, ale przystanku nie widać. Zdyszani dopadamy celu i jedziemy. Jeszcze tylko małe zakupy w monopolowym (cider: spróbowałam, nie zwala mnie z nóg, temat uważam za zamknięty) i jesteśmy na miejscu.

Sabrina i Andrew mieszkają tuż przy Ocean Terminal, z balkonu można podziwiać królewski jacht Britannia. Na wieczór zaplanowana jest gra Zabójcy- każdy ma swoje polaroidowe zdjęcie na piersi, a zadaniem innych jest mu to zdjęcie odebrać. Ten, kto zbierze wszystkie- czyli zabije wszystkich innych- wygrywa. Bawimy się w centum handlowym. Udaje mi się zabić Matta, ale zaraz potem przegrywam z Randi. Szybko wracam do mieszkania, ale nie sama, więc nie jest mi przykro. Gra kończy się tym, że ochrona wyrzuca ostatnią trójkę z budynku, a dramatyczna dogrywka ma miejsce na oczach przegranych. W końcu wszystko jest jasne, Fabian dzierży laury, a wszyscy zajmują się zawartością swoich szklanek.

Reszta wieczoru upływa na miłych rozmowach i wymianie poglądów w międzynarodowym towarzystwie. Ostatnim autobusem wracamy z B. do centrum.

Następny dzień to zaplanowana na 11 wycieczka samochodem Sabriny. Idąc do B. natykam się na targ pod zsmkiem- dziczyzna, wyroby lokalne, organiczny cyder. Nad jednym ze stoisk wiszą dwa nieżywe bażanty. W całości. Udaje mi się nie wrzasnąć. Zaraz obok żywe- a raczej umierające na lodzie- krewetki i kraby. Jakoś smutno. Nie kupuję w końcu upatrzonego dressingu, idę dalej.

Okazuje się, że impreza bez mojego i B. udziału miała się świetnie i trwała do piątej rano. Sabrina i Andrew przyjeżdżają z dwugodzinnym (!) opóźnieniem. Już widać, że plan wycieczki weźmie w łeb. Postanawiam trzymać się filozofii zen i z uśmiechem podziwiam okolicę. Mijamy imponujący Forth Bridge, zatrzymujemy się niedaleko plaży na zdjęcia. Wieje tak mocno, że statyw zostaje zdmuchnięty przez wiatr. Połowa z nas ma w związku z tym boskie miny na zdjęciu, które aparat wykonał już w locie. Druga połowa ekipy miny ma profesjonalnie niewzruszone.

Dojeżdżamy do St Andrews, uniwersyteckiego miasta ostatnio znanego z romansu Williama i Kate. Zwiedzamy ruiny katedry, bardzo malowniczo położone nad samym brzegiem. Idziemy na spacer falochronem wcinającym się głęboko w morze.

Andrew jest golfistą, jedziemy więc na najsłynniejsze, najstarsze pole, na którym rozgrywane są mistrzostwa kraju. Kiedy próbujemy wyjść na plażę, dosłownie wywiewa nas z samochodu. Nad brzegiem, na wysokości kostek, unosi się na wietrze kurtyna z piasku. Sypie nam w oczy, uciekamy na coś ciepłego do klubu.

Tutaj już nie czując przenikliwego wiatru możemy podziwiać pagórki obleczone idealnie zieloną trawą, rysy miasta w oddali i fale na morzu. Przy wyjeździe z miasta Andrew i Sabrina robią sobie zdjęcia na jakimś szalenie istotnym z punktu widzenia golfa mostku, mnie i B. nie daje się już namówić na opuszczenie samochodu.

Wracamy okrężną drogą przez Dundee, robimy kilka kółek po mieście, obiad w fast foodzie i po 19 jesteśmy znowu w Edynburgu.

Ja wracam do hostelu, reszta zostaje oglądać mecz, który jak się później okaże ma być nadawany następnego dnia. Przed powrotem kupuję w monopolowym obok nas Chianti przecenione na £2, i jestem mile zaskoczona tym, jakie jest dobre.

Jest tak dobre, że usypiam szybciutko... ;-)

Rano po szóstej budzą mnie Koreanki (Chinki?) z mojego pokoju. Zanim się ubiorą, wyjdą, robią tyle zamieszania, że i ja postanawiam wstać. Jem śniadanie i czując absolutny niedosyt po wczorajszej wycieczce zaczynam przeglądać foldery.

W trakcie okazuje się, że dziewczyna w dreadach i z kolczykami wszędzie, bardzo sympatyczna, z którą już wcześniej rozmawiałam po angielsku o wypożyczaniu rowerów, jest Polką.

-Nie powinno się teraz mówić "Polką"- śmieje się- tylko obywatelką świata mówiącą po polsku.

Podpytuję ją o najlepsze opcje wycieczkowe, przy okazji udaje mi się (a właściwie jej się) zrobić jakiś szacher macher, żebym nie musiała zmieniać pokoju na ostatnią noc. Przedłużałam wczoraj pobyt i powiedziano mi, że moje łóżko ma przejąć jakaś obca baba i nie da się tego odkręcić. Okazuje się, zależy kogo poprosić.

Bez przeprowadzki po ósmej trzydzieści wypadam na ulicę. Zdziwiłam się jak długo jest tu rano ciemno. O siódmej kompletna noc. Od 16.00 to samo. Podobno w lecie natomiast słońce ledwo zachodzi, a już wstaje.

Opcja numer 1 wycieczki to start o 9.00 z przystanku na drugim końcu Princes Street. Jestem na miejscu kwadrans przed czasem, nie widzę żywej duszy, biuro informacji turystycznej, w którym można kupić bilety czynne od 10. Dzwonię do firmy, pytam, czy wycieczka dzisiaj się odbędzie. Niestety, nie. Przechodzę do opcji numer 2.

Nie przechodzę, przebiegam galopem. Mam czas do 9.15, a start jest kawałek dalej, w dodatku pod górę. Ale kiedy docieram na miejsce wszystko wygląda bardziej zachęcająco- są minibusy, turyści, przewodnicy, ruch w interesie. Kupuję bilet bez problemu i dołączam do dziewięcio osobowej już grupy.

Zawsze śmieję się, że poznam słowiańską gębę, ale ja sama rzadko jestem kojarzona z Polską na pierwszy rzut oka. Tym razem zagaduje mnie jakaś baba, Rosjanka, która mówi po polsku i przypomina moją panią do sprzątania. Chyba szuka towarzystwa na podróż, z trudem udaje mi się z tego wywinąć. Lekko obrażona znajduje sobie inną koleżankę a ja mogę w spokoju spędzić ten dzień.

Mamy na pokładzie Maltańczyka, Holendrów, Libiczyka, no i naszego przewodnika Szkota, Michaela, mówiącego z cudnym i rozczulającym lokalnym akcentem.

Zaraz po odjeździe mijamy bar ze striptisem (który już wcześniej pokazał mi B.) o nazwie Burk and Hare's. Okazuje się, że te nazwiska należą do dwójki ludzi, którzy zapisali się niesławną czcionką w historii miasta. Lata temu, szkoła medyczna, najlepsza ponoć na świecie, cierpiała na brak zwłok do badań i eksperymentów. Zapoczątkowało to plagę kradzieży nieboszczyków po pogrzebie, a do dzisiaj można zobaczyć, że co bogatsi ludzie mają nagrobek dosłownie przyspawany do ziemi żelazem. W każdym razie- wracając do bohaterów tej historii- jeden z nich prowadził hotel i gość mu zszedł na jakąś zakaźną chorobę. Zadzwonił po drugiego i uradzili, że najlepiej pozbyć się ciała sprzedając je na uniwerek, hotel nie straci reputacji, a przy okazji jeszcze trochę grosza zarobić można.

Plan powiódł się doskonale, co zainspirowało ich do kolejnych transakcji, a że goście hotelowi nie chcieli, cholera, schodzić z tego świata sami z siebie, panowie Burk i Hare wydatnie im w tym pomagali. Pomogli tak dwunastu osobom.

Kres procederu nadszedł ze śmiercią prostytutki, rozpoznanej natychmiast przez studentów jak i profesorów. Obaj panowie zostali aresztowani, z czego jeden wykręcił się sianem, ochoczo opowiadając o wszystkim policji, drugiego zaś skazano i dokonano egzekucji, a z jego skóry zrobiono oprawę do księgi, w której ponoć do dziś absolwenci wpisują przysięgę, iż w handel zwłokami wciągnąć się nie dadzą.

Że też Hollywood nie kupiło jeszcze tej opowieści! W rolach głównych widzę Buscemi'ego i Pitta....

Kupił natomiast przemysł filmowy historię o niejakim Williamie Wallace, szerzej znanym jako Braveheart. Ale kupił po swojemu. Szkotom nie podoba się idealizowanie tej postaci, akcent Gibsona w filmie uważają za oburzający, nie rozumieją dlaczego Bitwa Mostu Sterling w filmie odbywa się bez mostu, a kiedy obok Wallace Monument zamówiono dodatkowy pomnik Wallace'a, a rzeźbiarz wykonał wierny portret Mela Gibsona, dochodziło do tylu aktów wandalizmu, że wladze nie mogąc nadążyć z renowacją otoczyły statuę kratami, co dało efekt komiczny, ponieważ miała ona napis WOLNOŚĆ, a stała w klatce... Koniec końców pomnik usunięto, ponoć kupił go Donald Trump, a jedyne posągi to te na szczycie tej wielkiej wieży.

Zresztą podobno dla Szkotów prawdziwy Braveheart to Robert the Bruce, no i może trochę też Rob Roy, który często określany jest mianem szkockiego Robin Hooda. Historycy upierają się jednak, że o ile wiadomo, że kradł bydło bogatym, nikt nie dowiódł, żeby jakikolwiek biedak na tym zyskał.

Przy tych historiach dojechaliśmy do Stirling, gdzie cała wycieczka rzuciła się do zamku, ja natomiast odwróciłam się na pięcie i poszłam zwiedzić miasto. Te piękne brukowane uliczki, widok na góry, kamienne domy, Szkoci w kiltach. Zajrzałam do gotyckiego kościoła Świętego Krzyża, zachwyciłam drewanianymi łukami w sklepieniu (wielokrotnie przebudowywany obiekt, sięgający niepamiętnych czasów). Organista z zapałem wyżywał się na swoim instrumencie, co dało dramatyczny efekt, jak w lochach Upiora z Opery.

W małym sklepiku kupiłam wodę i z radością odkryłam, że mają tu wynalezioną przeze mnie w Stanach przekąskę: 8 krakersików, 8 kawałeczków sera i 8 kawałeczków szynki konserwowej, zapakowane w pudełeczko z przegródkami. Rewelacyjne na szybkie zabicie głodu.

Stirling jest ciche, spokojne. Zwłaszcza w niedzielę w zimie. Dużym kołem wróciłam do zamku, wdrapałam się na flanki, zrobiłam zdjęcia. Ruszyliśmy dalej.

Krajobraz szkockiej wsi jest niesamowity. W oddali góry z ośnieżonym czubem, bliżej malownicze wzgórza, pasą się tysiące owiec, zieleń trawy jest wręcz nierealna i kontrastuje z nieprzebraną czernią gęstych, wysokich lasów, gdzie za jedyną ściółkę służy brunatny mech. Kiedy patrzy się do tego ciemnego, martwego lasu, człowiek czuje się jakby trafił na strony Harry'ego Pottera i wygląda gigantycznych pająków i jednorożców. Obok drogi wiją się wartkie strumienie. Od czasu do czasu mija się krowę, ale nie taką standardowo łaciatą, tylko brązową i kudłatą. Od czasu do czasu jakiś dom lub domiszcze. Ruiny zamku. Nie ma płotów, w Szkocji ziemia dostępna jest dla wszystkich (dlatego Madonna tu nie wytrzymała). Dodatkowym szczęściem jest, że wszystko to dzisiaj skąpane było w słońcu.

Nieplanowany przystanek robimy w zamku Doune, znanym miłośnikom Monty Pythona. Podobno fanatycy przyjeżdżają tu hurtowo z połówkami kokosa, i biegają w kółko udając konie. Kto nie widział filmu, a natknie się na nich, pewnie ma niezłą zagwostkę...

Na lunch zatrzymujemy się w miejscowości Aberfoyle, leżącej już w parku narodowym Trossachs. Tradycyjnie porzucam grupę i znajduję małą knajpkę wypełnioną miejscowymi. Zjadam talerz gorącej zupy kalafiorowo-brokułowej i bułkę. Kiedy wracam do autokaru zacxyna padać (z czego?!?! Na niebie ani chmurki...). Pod punktem zbornym pasą się dwa kuce szetlandzkie. Martwimy się trochę deszczem, bo kolejny punkt programu to podziwianie Loch Lomond, jednego z największych i najpiękniejszych jezior w regionie.

Norweskie powiedzenie "jeśli nie podoba ci się pogoda, poczekaj 10 minut" w Szkocji zostało skrócone. Do pięciu minut. I rzeczywiście, kiedy parkujemy na brzegu jeziora, deszcz nie zakłóca naszych planów. Wspinamy się na wzgórze podziwiać Lomond z lotu ptaka, potem schodzimy na dół i z drewnianych pomostów podziwiamy wody, wyspy, łodzie, kaczki, szuwary i aportujące patyczki psy. Przejeżdżamy na kamienistą plażę, słońce jest już nisko, fale szumią, a ja mam ochotę zrobić to, co trzydzieści lat temu, kiedy pierwszy raz pokazano mi Mazury: wejśc w ubraniu do wody.

Powstrzymuję się jakoś i wracam do busa. Przy dźwiękach szkockiej muzyki jedziemy do ostatniego punktu podróży: małej destylarni whisky. Oglądamy budynek, wodospad, z którego wody kiedyś służyły do produkcji trunku, beczki. W sklepie można kupić butelkę w cenie od £30 do około £100, albo beczkę whisky w cenie 4 000 (tak, tysięcy), co podobno bardzo ekonomicznie wychodzi około 20 funtów za litr. I za darmo robią tabliczkę do przybicia na tejże beczce, o treści dowolnej, np. "Sto lat, kochana teściowo".

Z jednej strony szkoda już wracać, z drugiej wrażeń było tyle, że usypiam w trakcie jazdy. Umawiam się z B., który dziesiąty raz zmienia swoje plany na wieczór. Kupuję jakiś obiad do mikrofali, sałatkę i dużego breezera. Po obiedzie przeprowadzamy krytyczną analizę Psów i Fightclubu, śmiejemy się ze stand-upów, gadamy. Robi się późno, więc żegnam się i wracam do hostelu.

xxx

Plan jest taki, żeby wstać wcześnie, ale długie pisanie bloga zmęczyło mnie tak, że ledwo się zwlekam koło 10. Zanim się wybiorę na miasto mija prawie dwie godziny, bo spakować się trzeba, włosy umyć... Na szczęście udaje mi się pożyczyć suszarkę z recepcji i nie muszę biegać z mokrą głową.

W pierwszych krokach idę do pomnika Scotta, szkockiego pisarza, którego statuę obudowano gigantyczną wieżą, na którą można się wspiąć pokonując 287 stopni. Schody są kręte i tak wąskie, że na górze dwóch postawnych panów prawie utknęło. Ale po dotarciu na każdy kolejny poziom, na każdą galerię, człowiekowi przed oczami ścielą się takie widoki, że nie czuje ani klaustrofobii, ani zmęczenia. Chociaż na schodach kilka ataków paniki mam, kiedy wiatr hula w maleńkich okienkach.

Obfotografowawszy panoramę sprawnie schodzę na poziom parteru i raźnym krokiem zmierzam na wschód, do Calton Hill. To park na wzgórzu, na którym jest obserwatorium, Pomnik Narodowy, który przypominałby Panteon gdyby inwestorom po dwunastej kolumnie nie skończyły się pieniądze, no i najważniejsze: jest kula.

Pamiętacie armatę na zamku, która strzela o 13, żeby marynarze na morzu wiedzieli, która godzina? Otóż na Calton Hill jest kula, która idealnie w tym samym momencie spada z hukiem z czubka wieży. B. twierdzi - a ja mu wierzę, żeby nie było potem...- że te dwa "zegary" są ze sobą fizycznie połączone. Przez pół miasta. Nieźle.

Z góry widać piękny pałac Holyrood i ruiny nie mniej imponującego opactwa na końcu Królewskiej Mili, drogi łączącej pałac z zamkiem. Gdzieś tam niedaleko jest szkocki Parlament. Dogłębne zwiedzanie zostawiam sobie na następną wizytę, bo już wiem, że to nie jest mój ostatni pobyt w Edynburgu, a wszystkiego na raz nie zdążę.

Nie mogę odpuścić za to Elephant House, kawiarni, w której J K Rowling napisała Harry'ego Pottera. Widzę, dlaczego to miejsce może inspirować. Wielkie okna wychodzą na stary cmentarz (jakby to nie zabrzmiało, cmentarze mają przepiękne, z zieloną trawą i nagrobkami w jednym stylu), widać panoramę miasta, a w środku- adekwatnie do nazwy- słonie w rzeźbach, na zdjęciach i obrazach. Mały szyld przypomina, że jest to "Dom Harry'ego Pottera", a na korkowej tablicy wiszą wycinki z gazet i książek poświęcone tejże kawiarni.

Po wypiciu kawy z maltizersowym ciastkiem idę szukać pomnika Greyfriars Bobby, wiernego psa, który po śmierci pana poszedł za konduktem i zamieszkał na cmentarzu, gdzie dożył swoich dni. Mijam go dwa albo trzy razy, zanim go zauważam. W trakcie poszukiwań natykam się na kościół zamknięty do renowacji, ale zachęcający tabliczką, żeby dzwonić i poczekać. Naciskam dzwonek i po ładnych kilku minutach otwiera mi staruszek pachnący naftaliną i ledwo trzymający się na nogach. Widać, że tak jest dumny z funkcji opiekuna tego kościoła, że nie mam sumienia powiedzieć mu, że ja tylko szukam pomnika psa, i pozwalam się oprowadzić i pokazać naprawdę zresztą imponującą akustykę. Dopiero później proszę o nakierowanie mnie na cel moich poszukiwań. Po drodze, pod samym kościołem, jest grób innego całkiem psa, 16-to letniego wiernego przyjaciela, którego pamięć właściciel chciał uczcić. Rozumiem.

Pod pomnikiem Bobby'ego udało mi się zryczeć jak bóbr, bo o ile ludzie zwykle mało mnie wzruszają, to zwierzaki strasznie.

Schodzę uliczką w dół i uśmiecham się na widok szyldu pubu Frankenstein. Przypomina mi to, że pobyt w Szkocji dobiega końca, a ja nie skosztowałam miejscowych specjałów. I jak na zamówienie wyrasta przede mna pub Burke, a w nim promocja: zestaw haggies pie i whiskey w promocyjnej cenie. Haggies to rodzaj- z braku lepszego słowa- kaszanki, podrobów owczych gotowanych z owsem, tradycyjnie podawanych w opakowaniu z żołądka, ale ponieważ mówimy o pie, to nadzienie włożono po prostu we francuskie ciasto. I tak mam pietra, zaczynam więc od whiskey dla animuszu. Trochę pomaga. Najbardziej boję się dużych kawałków niewiadomo czego, ale wszystko jest drobniutko zmielone, i je się to bez kłopotu, chociaż nie sądzę, żebym zamówiła to danie ponownie.

Po wyjściu z Burke szukam drogi na skróty i znajduję ją, w postaci małych podwórek, przesmyków i schodów, o których nawet nie wszyscy miejscowi wiedzą. Przecząc mapie, dochodzę do Galerii Narodowej w ciągu kilku chwil.

Sam budynek jest ładny, ze szkarłatnymi tapetami w ośmiokątnych salach. Dużo obrazów z polowań i dla mnie trochę kiczowatych landszaftów, ale udaje mi się odkryć coś ciekawego: czasowa wystawa prac Turnera, które porywają mnie swoim klimatem, mrokiem, kreską. Postanawiam się dokształcić z jego twórczości po powrocie.

Dłużej stoję też przy dwóch rzeźbach: Trzech Gracjach i Dwóch Mnichach w Żałobie. Znajduję jednego Van Gogha, ale mój artysta tym razem mnie zawodzi: Kwitnący sad ma za mało -jak dla mnie- ponurej, zagadkowej atmosfery . Dużo mocniej przemawiają do mnie nagie skały z obrazu nieznanego mi W H Patona.

Po wyjściu ostatnie zakupy, zamówienia od znajomych, ale też jakieś drobiazgi dla mnie. Czas się kurczy, wpadam do hostelu oczywiście za późno, B. już czeka u siebie, a ja jeszcze chce strzelić kilka fotek. Ostatnie pożegnanie z Caledonian Hostel i z walizką, trochę na około, bo mam jeszcze coś do załatwienia, wychodzę.

Do załatwienia jest oczywiście kubek ze Starbucksa, którego zażyczyła sobie moja przyjaciółka. Oni dobrze wykombinowali, żeby w każdym mieście sprzedawać kubek z jego panoramą, na pohybel mnie... ;-) Moje zaskoczenie nie zna granic kiedy odbijam się od zamkniętych drzwi.

JAKI IDIOTA ZAMYKA KAWIARNIE O 18.30?!

Dobra, Starbucksów jak psów, pójdę gdzie indziej. Zostawiam walizkę u B. i ruszamy na polowanie. W ogóle to mamy plan pójść do biblioteki, żebym ja mogła sobie kupić na pamiątkę uniwersytecki kubek. Niedaleko jest sklep uniwersytecki, gdzie miałam kupić koszulkę mojej przyjaciółce (nie tej od kubka, mam kilka przyjaciółek), ale B. mi uświadamia, że to też już zamknięte, więc od razu się kulę na myśl jaka czeka mnie reprymenda za niezrealizowane zamówienie... No, ale czas leci, biegniemy od Starbucksa do Starbucksa, i wszędzie całujemy klamkę. Dopiero na końcu miasta, kiedy B. ma już taką minę, jakby rozważał uduszenie mnie, udaje się. Uff.

Idziemy zatem do biblioteki po kubek dla nas. Dla nas, bo B. też postanowił sobie taki sprawić. Na szczęście pani za ladą jest Polką i ma anielską cierpliwość.

Co za sadysta robi kubek w jednym kolorze, obwódkę z logo uniwersytetu w drugim, pokrywkę w trzecim, a zatyczkę w czwartym i każe kobiecie dobrać i połączyć te elementy?!?! Dodam dla ułatwienia, że kolory nie pokrywają się, tzn. Pokrywki są czerwone, różowe i czarne, a zatyczki niebieskie, bordowe i białe. Zgroza.

Zanim mój kubek napełnił się kawą dodawaną do niego gratis (kolory wybrane to czerń, bordo, brudny róż), B. zdążył zmęczyć się staniem, usiąść i wypić pół swojej herbaty. Przy drugiej połowie stoczyliśmy bój światopoglądowy o dane personalne w sieci i brak zdjęć na fejsbuku pod tytułem "Czy to już paranoja, czy jeszcze zdrowy rozsądek?" ;-)

Wracamy po walizkę, myję zęby, przepakowuję się i z trudem zamykam walizkę tylko po to, żeby odkryć, że na łóżku została duża reklamówka z rzeczami. B. się śmieję, ja klnę i zaczynam zabawę od nowa.

W końcu udaje nam się wyjść, dwadzieścia minut po czasie. B. robi wszystko, żeby wywołać we mnie wurzuty sumienia (znowu schody? ja chyba dalej jestem chory... jak ja wstanę jutro?... którędy ja będę wracał?), mimo, że mówiłam, że sama trafię, a walizka ma kółka. Nie. Odprowadzi. W duchu jestem mu wdzięczna, bo nie lubię sama po nocy chodzić po mieście. Kółka kółkami, ale ta walizka jest średnio wyważona, obija się o krawężniki, wpada na pięty, robi salta podcinając nogi prowadzącej ją osobie. Przez te kopniaki i bruki chyba jednak dokładniej się w niej ciężar rozkłada, bo o ile jak wychodziliśmy nie chciała stać o własnych siłach, o tyle jak doszliśmy na dworzec to owszem.

W kolejce do autobusu spieramy się, czy trzeba posiadać telewizor.

Żegnamy się, wsiadam do autobusu, patrzę tęsknym okiem na Edynburg, ale po chwili daję się porwać magii kina na moim iPadzie. Po kilku godzinach przychodzi sen, niewygodny, bo jaki ma być w tych warunkach, zwłaszcza, że ogrzewanie chyba nie działa. Ale to nic. Zanim wzejdzie słońce, ja i moja walizka będziemy stukać pukać w chodniki Londynu.