poniedziałek, 29 stycznia 2018

Kalifornia 20-28.01.2018


Przyjechaliśmy do Kalifornii już pełni pytań, które chcieliśmy zadać naszym amerykańskim przyjaciołom po pobycie w stanie Waszyngton. Mimo ich anielskiej cierpliwości w udzielaniu nam odpowiedzi, mam wrażenie, że z dnia na dzień rozumieliśmy mniej….

Znaleźliśmy się tu, ponieważ B. studiował z Andrew: Andrew mieszka w Riverside razem ze swoją żoną Alex i dwuletnim synkiem, Liamem. Panowie przez lata od zrobienia magisterki utrzymują regularny kontakt przez Skype. Przyszedł czas, żeby znowu zobaczyć się na żywo.

domy

W Riverside, w którym mieszkają nasi przyjaciele, i z tego, co widzieliśmy w reszcie Kalifornii także, blok czy mieszkanie są raczej rzadkością. Amerykański sen: dom i samochód. Zacznijmy od domu.

Buduje się dużo, więc łatwo mogliśmy podpatrzeć sam proces. A jest on mało skomplikowany: płyta pilśniowa i siding. Szybko, tanio, dla każdego. Dom na jedno pokolenie. Cegła? Głównie do dekoracji, pojedyncze ściany. No chyba, że to rezydencja bogaczy, wtedy się zdarza. Czy to źle? Chyba nie. Jest ziemia, jest przestrzeń, w zasadzie każdy, kto pracuje powyżej szczebla najemnego robotnika na domek i pasek trawy będzie sobie mógł pozwolić. Nie to, co u nas, 30 lat kredytu na kawalerkę z myszami.


Architektura jest zbliżona do polskich osiedli, rozmiary domów nieprzesadzone, ale jednak przyzwoite. No chyba, że wrócimy do tych bogaczy: tam aż zęby bolą. Styl włoski lub grecki króluje, pasujący do reszty jak kwiatek do kożucha, obowiązkowo lwy przed wejściem i co najmniej jedna fontanna.

Najbardziej podobały nam się domy wyższej klasy średniej, które bryłę miały spokojną, ale ogród trochę większy, i co najważniejsze, lokalizację z pięknym widokiem i w pięknym otoczeniu. Można by się przyzwyczaić…

samochód

Smutna konieczność. Bez auta ani rusz, bo transport miejski istnieje tylko teoretycznie. Nawet do sklepu po drugiej stronie ulicy jedzie się samochodem. Kiedy któregoś dnia postanowiłam zabrać się z naszą gospodynią, a wrócić piechotą, byłam jedynym pieszym w zasięgu wzroku.

Do każdego miejsca prowadzą autostrady, szerokie na 4, a czasem i 6 pasów. Tymi autostradami dojeżdża się nawet blisko 100 km w jedną stronę do pracy- w masakrycznych korkach. Przejazd z Los Angeles do Riverside w godzinach szczytu zabrał nam około 3 godzin- dla wielu osób jest to smutna codzienność. Żeby się z niej wyrwać, choć trochę skrócić czas za kółkiem, płacą za korzystanie z pasa pośpiesznego. Pierwszy raz widziałam coś takiego: użytkownik zarejestrowany w systemie, wyposażony w nadajnik umieszczony za szybą, może przejechać pasem ekspresowym uiszczając dość słoną opłatę. Czasem było to ponad $18! Niby nie majątek, ale jak przemnożyć to przez liczbę dni pracy i dwa przejazdy dziennie, może się zakręcić w głowie.

Poza tym premiuje się car pooling- wspólne przejazdy. Jest dodatkowy pas dla samochodów, w których są co najmniej 2 osoby. Z tą ideą akurat bardzo się zgadzam, tak samo jak z buspasami w Warszawie.

jedzenie

Że o prawdziwym chlebie nikt tu nie słyszał, to żadna nowość. Że jajka można kupić w opakowaniu minimum 12 sztuk, daje się przyzwyczaić. Że piwo występuje tylko w sześciopakach było jednak dla mojego męża nie lada udręką. Bo on lubi sobie popróbować różnych lokalnych kraftowych browarków. Najchętniej w sexy-objętości 0,33. A tu nici. Kup pan sześciopak, trzy litry piwa, a czasem trzy i pół, bo puszki 0.6-0.7 są bardzo popularne.
- A skąd ja mam wiedzieć, że mi to piwo będzie smakować?- narzekał.

Ale nie to, że w Ameryce nie mają dobrych ofert. Na przykład jak kupisz cztery sześciopaki, to dostajesz dolara zniżki. Taki rynek, panie kochany. W lokalnym sklepie była przynajmniej opcja złożenia sobie sześciopaku różnych piw. To największa wolność i swoboda w tym temacie, na którą udało nam się natrafić.

Supermarkety sprzedają także gotowe miksy alkoholowe: margaritę w puszce (!) lub półtoralitrowej plastikowej butelce, gotową do wylania na lód. To samo z mojito, krwawą mary, cuba libre. W ogóle słowo “łatwy” wydaje się być kluczowe: warzywa umyte, owoce pokrojone, ser starty, szczypiorek suszony… Z tego ostatniego nawet skorzystałam, kupiłam do domu. Za absolutny hit uznaję jednak ugotowane i obrane jajka na twardo. Koniec świata.

Jeśli dom naszych przyjaciół może być wyznacznikiem, to kupuje się (za) dużo, sporo wyrzuca, stawia się na gotowe produkty jak nuggetsy, nawet w diecie dzieci, resztki z restauracji zawsze zabiera w specjalnych pudełkach, ale później rzadko dojada. Kiedy zatęskniliśmy po Seattle za czymś “normalnym” do jedzenia, nasze krojone melony i jogurty, sałata i pomidory były chyba jedynymi nieprzetworzonymi produktami w lodówce.

Wszystko można kupić gotowe: sosy, mieszanki przypraw, panierkę do kurczaka i sosy do sałatek. W sumie tak, jak w Polsce, ale mam wrażenie, że u nas nadal łatwiej, a na pewno taniej, jeść przyzwoicie- bez glutaminianu sodu, E, gumy arabskiej. Tu wszystko, co nie jest z plastiku, kosztuje bardzo słono. W tym względzie nad Amerykanami mamy bezapelacyjną przewagę.

Ale pyszne i zdrowe to nie zawsze synonimy - nasz gospodarz robi nam rano najpyszniejszą jajecznicę według przepisu Gordona Ramseya, ze śmietaną i szczypiorkiem. Do tego dostajemy pieczony, chrupiący bekon. Jakże dużym wyzwaniem będzie powrót do naszej domowej, dużo chudszej kuchni!

Kalifornia jest tak blisko granicy, że nikogo chyba nie zdziwi, że meksykańskie jedzenie jest tu na najwyższym poziomie. Mieliśmy okazję cieszyć się nim w San Diego, w restauracji Casa Guadalajara. Ta knajpka urzeka autentycznością, rozmiarem porcji i ogólną atmosferą. Średnia margarita okazała się być nie do wypicia, a zjedzenie całej swojej porcji głównego dania przypłaciłam uczuciem, że żołądek mi eksploduje. Ale to taco było takie pyszne! I to pikantne chile relleno! Ach, ach!


Najczęściej jadaliśmy w słynnej kalifornijskiej burgerowni, In-N-Out. Nie chciało nam się znudzić. Proste, świeże, autentyczne; w menu hamburger, cheeseburger i tzw. double-double, czyli burger z dwoma kawałkami mięsa i podwójnym serem. Koktajle mleczne w trzech smakach, napoje gazowane te, co wszędzie, frytki. Nic poza tym.

Rozczarowaniem dla B. okazał się natomiast Taco Bell- mój mąż nie załapał się w Polsce na krótki okres, w którym i u nas działali. I bardzo chciał spróbować, więc wzięliśmy mocno przekrojowy zestaw miękkich i chrupiących tacos, dorito taco i burritos. Te ostatnie nie smakowały żadnemu z nas, ale dla mnie kurczakowe taco było pyszne. Małżonek stwierdził natomiast kategorycznie, że woli kuchnię Tex-Mex w moim wykonaniu.

hokej


Andrew jest fanem zespołu Anaheim Ducks. Zostaliśmy zatem ku naszej radości zabrani na stadion, ja dwa razy, a B. nawet trzy.

I okazało się, że te mecze są porywające!

Gra jest szybka, krążek przesuwa się jak błyskawica, panowie na łyżwach śmigają jak frygi, podnoszą się z upadków naprawdę imponująco. Poza tym jest dużo testosteronu, czasem ktoś komuś kijem przyłoży, a czasem walka na pięści się wywiąże. Bramki padają dosyć często, nie jak w piłce nożnej, że latają, latają, a na koniec jest 0:0…


Na ostatnim meczu Kaczek przepisowy czas zakończył się remisem, więc doszło najpierw do doliczenia pięciu minut, a później do karnych, i ze zdumieniem odkryłam, że podskakuję z emocji i zaciskam mocno pięści. Wciągnęłam się! A małżonek to nawet się odgraża, że będzie w domu NHL oglądał.

Poza samą grą mieliśmy okazję do badań antropologicznych. Hokej to po prostu forma spędzania wolnego czasu. Całe rodziny kupują karnety na sezon, a później ubrani w barwy swojego klubu zaopatrują się w idiotycznie drogie piwo, drinki, przekąski, śpiewają hymn z ręką na piersi, i kibicują swojej drużynie. Nie rozstają się przy tym ze swoim smartfonem. W przerwach oglądają karnie reklamy, oddają cześć amerykańskim żołnierzom (na każdym meczu przedstawiana jest sylwetka jednego żołnierza, który wsławił się broniąc ojczyzny), wygłupiają i tańczą, żeby trafić na chwilę na wielkie ekrany powieszone nad płytą lodowiska. Można na nich także śledzić wynik gry, statystyki, sylwetki graczy. Nie brakuje skandowania, okrzyków i gwizdów. Jest zabawa.

pogoda

Słońce. Nuda. Czasem chmura. Jeden deszczyk, w drodze do Los Angeles. Temperatury dla miejscowych zimowe (“o Boże, ale lodowato”), dla nas - wczesne lato nad Bałtykiem, czyli około 20 stopni. Po zmroku gwałtowny zanik ciepła, kurtki i grube bluzy się przydają.

W Polsce właśnie spadł śnieg. Jak Bóg da, stopnieje do naszego powrotu.

zwiedzanie


  • ·         Zoo w San Diego

Słynne na cały świat, położone w wielkim parku, zoo z San Diego zajmuje się nie tyle pokazywaniem zwierząt, co ich ochroną. Z zasady nie przepadam za zoo, bo uważam, że zwierzęta powinny żyć na wolności, ale jeśli gdzieś udało się stworzyć im przyzwoite warunki, to właśnie tutaj.

- Nie masz wrażenia, że tu jest więcej chodzenia niż oglądania zwierząt? - zapytał B., a ja pomyślałam, że to właśnie ta cena, którą płacimy za przestrzeń dla futrzaków. Trzeba liczyć się z tym, że części dzikich okazów nie zobaczymy w porze drzemki, mają swoje kryjówki, z dala od ludzkich oczu.

Całe zoo dzieli się na strefy tematyczne: Azja, Australijskie bezdroża, Afrykańska sawanna, zaginiony las, woliera z papugami. Niektóre zwierzęta widziałam po raz pierwszy, na przykład diabła tasmańskiego (zupełnie nie podobny do tego z kreskówki!). Muszę też z dumą przyznać, że nasze wrocławskie afrykanarium zdecydowanie przewyższa jakością to amerykańskie, chociaż tu także można podziwiać hipopotamy “od dołu”, co w przypadku stworzeń rzadko pokazujących nad wodą cokolwiek poza czubkiem ucha i okiem jest nie bez znaczenia.


Duży nacisk kładzie się na edukację ekologiczną i pro-zwierzęcą, liczne tablice informują o zagrożeniach dla poszczególnych gatunków, o postępującej degradacji naszego środowiska. Bardzo zainteresował mnie także projekt "Przyjaciele": dzikie zwierzę od maleńkości przyzwyczaja się do towarzystwa psa. Psa przyzwyczaja się także do przebywania wśród ludzi. W rezultacie dzikie zwierzę można wyprowadzić z klatki i pokazać odwiedzającym z bliska: jest spokojne, bo jego pies przyjaciel się nie denerwuje. W zoo stoją zdjęciach tych niecodziennych par, ewidentnie najlepiej udaje się to z dzikimi kotami.

Dla leniwych - lub jako podsumowanie całego dnia wrażeń - kursuje autobus, który obwozi turystów wokół głównych stref ogrodu, a kierowca przewodnik snuje opowieść, zwracając uwagę na najciekawsze gatunki i przybliżając topografię tego miejsca. Po paru godzinach głowy mieliśmy pełne wrażeń, a nogi solidnie nas bolały. Było sporo zachwytów i wzruszeń, ale i sporo śmiechu (na przykład przy pawianie-gołodupcu z erekcją czy przy spółkujących pingwinach). Zanim zebraliśmy się do wyjścia, słońce zaczynało już pomarańczowieć i opadać w stronę horyzontu.


  • ·         Midway

Midway to lotniskowiec zwodowany w 1945 r., który brał udział w wojnie w Wietnamie i w operacji Pustynna Burza. Od 2004 r stoi w porcie i jest udostępniony zwiedzającym.

Kiedy jest się na pokładzie, ciężko sobie wyobrazić, że taka kolubryna może się w ogóle poruszać. Stojące na niej myśliwce wyglądają jak zabawki, a przecież jest tu i znany z Top Gun F-14, i North American T-6 Texan i wiele, wiele innych.

Największe wrażenie robi zejście pod pokład, do centrum dowodzenia. Radary, mapy, rury do przesyłania wiadomości wewnątrz statku i teleksy do wysyłania ich na zewnątrz. Pokoje konferencyjne i kajuty dowództwa. Przedobrzyli tylko z pierwszym oficerem: otóż jest to przedziwna, ożywiona kukła, która opowiada zza biurka o swoich obowiązkach i o ciężarze, jaki spoczywa na marynarzach. Sprawia to wrażenie taniego horroru, sama narracja z głośników wystarczyłaby, bez niezdarnej woskowej figury kłapiącej szczęką na zawiasach.

  • ·         winiarnia i winnica Ponte (Temecula)


Dla nikogo nie jest niespodzianką, że pomysłodawcą tej wycieczki byłam ja. Kraina winnic o tej porze roku to równe rzędy bezlistnych winorośli, ale wyobrażam sobie, że w lecie uginają się one pod ciężarem dojrzewających owoców.

Nasz gospodarz zabrał nas do jednego z licznych w tej okolicy miejsc, gdzie można wykupić degustację. On i mój mąż udali się od razu do ogrodów na ławeczkę, ciężar próbowania lokalnych specjałów zostawiając mnie.

Co było robić, przeszłam przez sześć idiotycznie małych próbek win czerwonych wytrawnych (białe i słodkie omijam z zasady). Najbardziej smakowały mi (jak zwykle) Montepulciano i Zinfandel, do tego stopnia, że po degustacji skusiłam się jeszcze na dwa, już solidne, kieliszki serwowane w restauracji należącej do winnicy. Przegryzałam krakersami, oglądałam asortyment miejscowego sklepu. Spacerowałam po ogrodach z kieliszkiem w dłoni, napawając się powoli zachodzącym słońcem. Jeśli raj istnieje - mój wygląda właśnie tak. Na bardzo przyjemnym, leciutkim rauszu z żalem opuściłam mury gościnnej winnicy.

  • ·         browar Karl Strauss

Miałam swoje wino, czas, żeby B. napił się piwa. Zbyt wiele nie powiem, bo to nie mój trunek, ale widziałam, że można zamówić menu degustacyjne, cztery różne gatunki; wiem, że pije się od najniższego IBU, jednostki oznaczającej stopień nachmielenia, a więc i goryczy piwa, do wartości najwyższych; zapamiętałam, że jedno z piw nazywa się Follow the sun, próbowałam go nawet i było smaczne.

Ale kiedy za wiele lat będziemy z B. rozmawiać o tym wieczorze, wspominając naszą podróż, pierwsze, co powiemy to będzie zdanie:
- A pamiętasz te skrzydełka w Karlu Straussie?

Ponieważ takich skrzydełek, bezkostnych, pikantnych, z sosem z pleśniowego sera, nie jedliśmy nigdy dotąd. Dosłownie wylizywaliśmy talerze. Po pierwszej porcji natychmiast zamówiliśmy drugą. Quesadilla też była smaczna, ale król jest tylko jeden. Te skrzydełka, diablo ostre, długo zostaną nam w pamięci…

  • ·         Mount Rubidoux

Andrew i Alex mają psy. Sztuk trzy. Najstarszy jest Winston Churchill, siedmioletni shih-tzu, lider sfory, który uważa, że jest dużym stworzeniem i nieustraszony rzuca się na zwierzaki dziesięciokrotnie przewyższające go masą.

Druga w kolejności jest Eleanor Roosevelt, malutka czarna sunia z puszystym ogonkiem, na której zaufanie trzeba zasłużyć, bo chyba dużo zła spotkało ją od człowieka kiedy była mała. Wyjątkowo nieufna jest w stosunku do śniadych mężczyzn z brodą. Ale kiedy raz się przełamie, jest ogromną pieszczochą.

Najnowszy nabytek rodziny to Duch (tak, tak, na cześć słynnego wilkora z Gry o tron), adoptowany ze schroniska jednooki Husky (gdyby nie niebieskie oko, powiedziałabym, że owczarek szwajcarski). Drugie oczko zniszczyła jaskra i musiało zostać usunięte, teraz lekarze czekają i obserwują, bo może się niestety okazać, że choroba przeniosła się na drugie. Póki co bądźmy optymistami, Duch ma się dobrze i sieje spustoszenie gryząc i zjadając co tylko w zęby mu wpadnie, jak na szczeniaka siedmiomiesięcznego przystało.

A piszę o całej gromadce, bo psy jak to psy, muszą się wybiegać, i pewnego dnia rano postanowiliśmy zabrać całą sforę na spacer na Mount Rubidoux.


Trasa nie jest długa, to trochę powyżej mili w jedną stronę, ale jednak Kalifornijskie słońce, zimowe czy nie, to jednak solidne, droga pod górę, trzy psy, z czego jeden rwący do przodu, a dwa plączące się między nami, rozkrzyczane dziecko, przez większość trasy niezadowolone z wycieczki, brak wody (nie pomyśleliśmy) - to wszystko dało nam w kość. Na szczęście cel wszystko wynagrodził.

Na górze są dwa szczyty. Na jednym stoi krzyż, na drugim powiewa amerykańska flaga.
- Albo Bóg, albo rząd, co? - śmiał się z przekąsem B.

Z każdego z tych szczytów cudownie widać całe Riverside, budynki mieszkalne, magazyny, szkoły, szpitale, parki, prawie wyschnięte koryto rzeki. Andrew opowiadał nam co jest czym, a my układaliśmy sobie w głowie topografię miasta, w którym byliśmy już od kilku dni.

Jak na piątek, godzinę dziesiątą rano, ruch spacerowy był zatrważający. Pieszo, z psami, rowerem, z dziećmi - tuziny ludzi przetaczały się koło nas. Większość po amerykańsku życzliwa, uśmiechnięta, chwaląca urodę naszych czworonogów. Nawet mały Liam rozczmuchał się w drugiej połowie wycieczki. Zmęczeni, głodni, spoceni, ale zadowoleni z życia wróciliśmy do domu na bardzo późne śniadanie.

  • ·         Joshua Tree


Jeden z dni w Kalifornii spędziliśmy sami, wynajętym samochodem pojechaliśmy do Parku Narodowego Joshua Tree. Jeśli spojrzeć na mapę USA wydaje się, że to rzut kamieniem. W rzeczywistości w obie strony czekało nas ponad 400 km w samochodzie.


Andrew zawiózł nas rano do wypożyczalni, która mimo, że wyszukała się jako “lokalna”, oddalona była o dobrych 20 minut autostradą. Pierwszy zgrzyt nastąpił, kiedy okazało się, że do bardzo przyzwoitej ceny wynajmu, $21 za dzień, nagle doliczono nam drugie tyle opłaty wynikającej z tego, że nasze prawo jazdy jest zagraniczne.

Ja rozumiem, że mają prawo, ale chciałabym poznać finalną cenę, łącznie z dopłatami, w momencie rezerwacji, a nie kiedy stoję pod wypożyczalnią na środku pustyni i na szali leży cały jeden cenny dzień wakacji. I nie chodziło o głupich $20, tylko o zasadę. Więc mocno obrażona, nie bacząc na wczesną porę, kazałam wydzwaniać managera, który co prawda opłaty narzuconej z góry przez Avis anulować nie mógł, ale wynalazł jakąś zniżkę, żebyśmy z ceną spotkali się w pół drogi.

Wyjechaliśmy wkrótce na trasę naszym Fordem Fiestą. Nie lubię samochodów w automacie, nudzę się, wolę sama zmieniać biegi. Dodać do tego idiotycznie proste, bezkolizyjne, amerykańskie drogi, i nie dziwię się, że Tesla uważa, że samochód może być maszyną bezobsługową.

Jak na nas, do wycieczki przygotowani byliśmy bardzo słabo, zaczęliśmy więc od centrum informacji dla zwiedzających, gdzie pani zaznaczyła nam na mapie dokąd pójść piechotą, dokąd podjechać, gdzie zatrzymać się i podziwiać widok.

Joshua tree, po polsku drzewo Jozuego albo jukka krótkolistna, to bardzo charakterystyczna roślina: raz zobaczona, nie może być pomylona z niczym innym. Rośnie na pustyni Mojave na całej jej rozciągłości, ale to tu, w parku narodowym tworzy - z braku lepszego słowa - lasy. Nie jest na tyle wysoka, ani nie rośnie na tyle gęsto, żeby utworzyć las w naszym rozumieniu, ale są miejsca, gdzie jej okazy ciągną się po horyzont.


Poza tym można podziwiać kaktusy, wodopoje dzikich zwierząt, formacje skalne, a w tle wysokie góry. Można spacerować szlakiem dawnych tam, z czasów, kiedy próbowano tu hodowli bydła, zanim pustynia przegnała pasterzy na mniej niedostępne tereny. Można zasłuchać się w ciszę, odetchnąć pełną piersią, a na skałach odnaleźć petroglify pozostawione przez rdzennych mieszkańców. Można wjechać na najwyższe wzgórze i podziwiać panoramę tak rozległą i majestatyczną, że łzy same napływają do oczu. Można też zasmucić się znakiem, który opowiada historię smogu, który osiada w dolinie i tęże panoramę czyni coraz mniejszą i mniejszą. I w końcu można zapomnieć, że gdzieś jest cywilizacja, pośpiech, wyścig szczurów.


  • ·         Santa Monica

- Jak to, nie pojedziecie do Beverly Hills? - nie dowierzała moja mama, która swoje wspomnienia z LA hołubi jak cenne skarby.

A my już widzieliśmy Miasto Aniołów, przepych i luksus drogich ulic, mamy zdjęcie koło gwiazd hollywoodzkich ulubieńców i staliśmy pod Kodak Theater, gdzie rozdają Oscary.

W ogóle tym razem nie ciągnęło nas do tych rzeczy.

Pojechaliśmy tylko do Amoeba Records, legendarnego sklepu z płytami, gdzie mąż mój dostał kociokwiku od nadmiernego wyboru, a ja zostawiłam go na półtorej godziny, żeby mógł zdecydować, które winyle i które kompakty pojadą z nami do domu.

Ja zapakowałam Liama w spacerówkę i bez większego celu poszwendałam się po Sunset Boulevard, robiąc kilka fotek, w tym z majaczącym daleko w tle sławnym znakiem Hollywood złożonym z białych liter.


Ale główna atrakcja tej wycieczki była jeszcze przed nami.

Ocean.




Że mnie woda uszczęśliwia, to wszyscy wiedzą. Im większa, tym lepsza. Martensy pirzgnęłam w piach i bosymi stopami zapadając się w biały piasek pobiegłam do wody. Nic, że sukienka trochę zmokła. Nic, że woda była tak lodowata, że ucinało nogi. To był mój moment szczęścia, co podobno wyraźnie malowało się na mojej twarzy. Usiedliśmy z B. na plaży, przytuleni patrząc to na fale, to na palmy, to na ludzi, którzy zajmowali się swoimi sprawami: biegami, spacerem, paleniem trawki, spaniem, piciem piwa.

Bardzo ciężko było stamtąd odjechać.



  • ·         Mission Inn

Mission Inn jest największym zabytkiem Riverside, budynkiem datowanym na 1876 rok, co jak na USA jest zamierzchłą historią. Mogłabym napisać, że to hotel i spa, ale to Europejczykowi nie da pojęcia o tym miejscu. Są tu krużganki, ogrody, kaplica, w której udziela się ślubów. Małżonkami zostali zresztą w tym miejscu państwo Nixon, a prezydent Roosevelt spędził tu miesiąc miodowy (Mission Inn gościła jeszcze aż ośmiu prezydentów przy różnych okazjach). Nakręcono tu wiele filmów, zatrzymywały się w tych murach największe gwiazdy.

Zwiedzanie zaczęliśmy wchodząc głównym wejściem obok klatki z papugą, która chętnie powtarza wypowiadane do niej powitania. Podziwialiśmy imponujący hall, z portretami prezydentów USA i krzesłem Tafta, dwudziestego siódmego z nich, wystarczająco dużym, aby zmieścić dwóch mniejszych mężczyzn.


Andrew i Alex poprowadzili nas plątaniną korytarzy i schodów na tarasy, z których roztaczał się widok na miasto, do miejsca, gdzie Andrew spędził wieczór kawalerski z przyjaciółmi, whisky i dobrym cygarem. Niestety nie udało nam się wejść do samej kaplicy, gdzie brali cztery lata temu ślub, ponieważ właśnie trwała ceremonia, ale widzieliśmy imponujące wejście i dziedziniec z krużganka na górze.


Liam najbardziej zainteresował się moczeniem rączek w fontannie, i jego mama zrobiła mu piękne zdjęcia. My napawaliśmy się widokiem, kwiatami i urokiem tego magicznego, i bardzo niezwykłego jak na Stany miejsca.

zakupy

Każdy, kto był w Stanach zna złotą zasadę- jedziesz z pustą walizką, wracasz z nową szafą.
Gdyby nie mój małżonek, pewnie dni zakupowe miałabym co najmniej dwa lub trzy, a tak tylko raz skorzystałam z tego, że chłopcy pojechali na mecz, i poprosiłam Alex, żeby zabrała mnie do jakiegoś outletu.

Zawsze obstawiam te same marki: Calvin Klein, Tommy Hilfiger i Gap. Lubię ich jakość, a w Stanach ceny są kompletnie nieporównywalne do polskich. Udało mi się nawet namówić B. na krótką rewizytę w tychże sklepach następnego dnia, i mimo, że ponarzekał i był umierający pod koniec, to jednak klika jego zakupowych potrzeb udało nam się także załatwić.

Ostatniego dnia trafiliśmy do centrum handlowego tuż koło domu naszych gospodarzy, ponieważ mój Tata zażyczył sobie “prawdziwe jeansy z USA”, a ja odkryłam, że podkłady M.A.C. są ponad 100 zł tańsze niż w Warszawie, więc grzechem byłoby nie zrobić zapasów. I to centrum okazało się bardzo fajne, na tyle fajne, że smutek nas ogarnął, że znaleźliśmy się tam dopiero tuż przed wylotem i trzydzieści minut przed zamknięciem. Gdyby było więcej czasu, nasze karty kredytowe niechybnie poszłyby w ruch.

plus tax

Mało co mnie tak irytuje.

Wszystkie ceny podawane w restauracjach i sklepach są cenami netto, do których trzeba doliczyć lokalny podatek od sprzedaży. Zmienia się on co parę miesięcy czy rok, obecnie wynosi tuż poniżej 8%.

Jest to wyjątkowo niewygodne, bo człowiek nigdy do końca nie wie, ile zapłaci. Niepodobna przecież wszystkiego liczyć na bieżąco na kalkulatorze. Kiedy na lotnisku wydawałam ostatnie dolary, żeby nie wozić waluty w tę i na zad, kupowałam Time’a i Economista, okazało się, że przez głupi podatek-dodatek zabrakło mi końcowych czterech centów. Na szczęście sprzedawczyni okazała się nie być zbyt zasadnicza.

do domu

Wszystko, co piękne kiedyś się kończy. Ze łzami w oczach patrzyłam na szybko przesuwające się za oknami palmy, kiedy Andrew wiózł nas na LAX. Liam spał w foteliku obok mnie, ale kiedy wysiadaliśmy przebudził się na tyle, żeby dać mi buziaka i pomachać nam na do widzenia. Wyściskaliśmy się z naszym kierowcą, obiecując sobie kolejne spotkanie, tym razem w Warszawie.

Nie obyło się bez stresu, bo dostaliśmy smsa o opóźnieniu lotu o 45 minut, co zważywszy, że na przesiadkę we Frankfurcie mieliśmy mieć raptem godzinę,  było dla nas różnicą bardzo znaczną. Ja przyjęłam taktykę “to jest jedna linia, oni się muszą martwić, jeśli nie dowiozą nas na czas”, ale B. snuł czarne scenariusze.

Skończyło się tym, że samolot większość opóźnienia nadrobił, a później obsługa lotniska zajęła się tym, żeby sprawnie dostarczyć nas do drugiego samolotu. I tak jesteśmy już w podróży dziewiętnaście godzin, ale - niemal dosłownie - na horyzoncie widać już Warszawę. Póki co latania mi wystarczy na jakiś czas. Ale nie wierzę, że jutro już będę w pracy.