Przyjechaliśmy do Kalifornii już pełni pytań, które
chcieliśmy zadać naszym amerykańskim przyjaciołom po pobycie w stanie
Waszyngton. Mimo ich anielskiej cierpliwości w udzielaniu nam odpowiedzi, mam
wrażenie, że z dnia na dzień rozumieliśmy mniej….
Znaleźliśmy się tu, ponieważ B. studiował z Andrew: Andrew
mieszka w Riverside razem ze swoją żoną Alex i dwuletnim synkiem, Liamem.
Panowie przez lata od zrobienia magisterki utrzymują regularny kontakt przez
Skype. Przyszedł czas, żeby znowu zobaczyć się na żywo.
domy
W Riverside, w którym mieszkają nasi przyjaciele, i z tego,
co widzieliśmy w reszcie Kalifornii także, blok czy mieszkanie są raczej
rzadkością. Amerykański sen: dom i samochód. Zacznijmy od domu.
Buduje się dużo, więc łatwo mogliśmy podpatrzeć sam proces.
A jest on mało skomplikowany: płyta pilśniowa i siding. Szybko, tanio, dla
każdego. Dom na jedno pokolenie. Cegła? Głównie do dekoracji, pojedyncze
ściany. No chyba, że to rezydencja bogaczy, wtedy się zdarza. Czy to źle? Chyba
nie. Jest ziemia, jest przestrzeń, w zasadzie każdy, kto pracuje powyżej
szczebla najemnego robotnika na domek i pasek trawy będzie sobie mógł pozwolić.
Nie to, co u nas, 30 lat kredytu na kawalerkę z myszami.
Architektura jest zbliżona do polskich osiedli, rozmiary
domów nieprzesadzone, ale jednak przyzwoite. No chyba, że wrócimy do tych
bogaczy: tam aż zęby bolą. Styl włoski lub grecki króluje, pasujący do reszty
jak kwiatek do kożucha, obowiązkowo lwy przed wejściem i co najmniej jedna
fontanna.
Najbardziej podobały nam się domy wyższej klasy średniej,
które bryłę miały spokojną, ale ogród trochę większy, i co najważniejsze,
lokalizację z pięknym widokiem i w pięknym otoczeniu. Można by się
przyzwyczaić…
samochód
Smutna konieczność. Bez auta ani rusz, bo transport miejski
istnieje tylko teoretycznie. Nawet do sklepu po drugiej stronie ulicy jedzie
się samochodem. Kiedy któregoś dnia postanowiłam zabrać się z naszą gospodynią,
a wrócić piechotą, byłam jedynym pieszym w zasięgu wzroku.
Do każdego miejsca prowadzą autostrady, szerokie na 4, a
czasem i 6 pasów. Tymi autostradami dojeżdża się nawet blisko 100 km w jedną
stronę do pracy- w masakrycznych korkach. Przejazd z Los Angeles do Riverside w
godzinach szczytu zabrał nam około 3 godzin- dla wielu osób jest to smutna
codzienność. Żeby się z niej wyrwać, choć trochę skrócić czas za kółkiem, płacą
za korzystanie z pasa pośpiesznego. Pierwszy raz widziałam coś takiego:
użytkownik zarejestrowany w systemie, wyposażony w nadajnik umieszczony za
szybą, może przejechać pasem ekspresowym uiszczając dość słoną opłatę. Czasem
było to ponad $18! Niby nie majątek, ale jak przemnożyć to przez liczbę dni
pracy i dwa przejazdy dziennie, może się zakręcić w głowie.
Poza tym premiuje się car pooling- wspólne przejazdy. Jest
dodatkowy pas dla samochodów, w których są co najmniej 2 osoby. Z tą ideą
akurat bardzo się zgadzam, tak samo jak z buspasami w Warszawie.
jedzenie
Że o prawdziwym chlebie nikt tu nie słyszał, to żadna
nowość. Że jajka można kupić w opakowaniu minimum 12 sztuk, daje się
przyzwyczaić. Że piwo występuje tylko w sześciopakach było jednak dla mojego
męża nie lada udręką. Bo on lubi sobie popróbować różnych lokalnych kraftowych
browarków. Najchętniej w sexy-objętości 0,33. A tu nici. Kup pan sześciopak,
trzy litry piwa, a czasem trzy i pół, bo puszki 0.6-0.7 są bardzo popularne.
- A skąd ja mam wiedzieć, że mi to piwo będzie smakować?-
narzekał.
Ale nie to, że w Ameryce nie mają dobrych ofert. Na przykład
jak kupisz cztery sześciopaki, to dostajesz dolara zniżki. Taki rynek, panie
kochany. W lokalnym sklepie była przynajmniej opcja złożenia sobie sześciopaku
różnych piw. To największa wolność i swoboda w tym temacie, na którą udało nam
się natrafić.
Supermarkety sprzedają także gotowe miksy alkoholowe:
margaritę w puszce (!) lub półtoralitrowej plastikowej butelce, gotową do
wylania na lód. To samo z mojito, krwawą mary, cuba libre. W ogóle słowo
“łatwy” wydaje się być kluczowe: warzywa umyte, owoce pokrojone, ser starty,
szczypiorek suszony… Z tego ostatniego nawet skorzystałam, kupiłam do domu. Za
absolutny hit uznaję jednak ugotowane i obrane jajka na twardo. Koniec świata.
Jeśli dom naszych przyjaciół może być wyznacznikiem, to
kupuje się (za) dużo, sporo wyrzuca, stawia się na gotowe produkty jak
nuggetsy, nawet w diecie dzieci, resztki z restauracji zawsze zabiera w
specjalnych pudełkach, ale później rzadko dojada. Kiedy zatęskniliśmy po
Seattle za czymś “normalnym” do jedzenia, nasze krojone melony i jogurty,
sałata i pomidory były chyba jedynymi nieprzetworzonymi produktami w lodówce.
Wszystko można kupić gotowe: sosy, mieszanki przypraw,
panierkę do kurczaka i sosy do sałatek. W sumie tak, jak w Polsce, ale mam
wrażenie, że u nas nadal łatwiej, a na pewno taniej, jeść przyzwoicie- bez
glutaminianu sodu, E, gumy arabskiej. Tu wszystko, co nie jest z plastiku,
kosztuje bardzo słono. W tym względzie nad Amerykanami mamy bezapelacyjną
przewagę.
Ale pyszne i zdrowe to nie zawsze synonimy - nasz gospodarz
robi nam rano najpyszniejszą jajecznicę według przepisu Gordona Ramseya, ze
śmietaną i szczypiorkiem. Do tego dostajemy pieczony, chrupiący bekon. Jakże
dużym wyzwaniem będzie powrót do naszej domowej, dużo chudszej kuchni!
Kalifornia jest tak blisko granicy, że nikogo chyba nie
zdziwi, że meksykańskie jedzenie jest tu na najwyższym poziomie. Mieliśmy
okazję cieszyć się nim w San Diego, w restauracji Casa Guadalajara. Ta knajpka
urzeka autentycznością, rozmiarem porcji i ogólną atmosferą. Średnia margarita
okazała się być nie do wypicia, a zjedzenie całej swojej porcji głównego dania
przypłaciłam uczuciem, że żołądek mi eksploduje. Ale to taco było takie pyszne!
I to pikantne chile relleno! Ach, ach!
Najczęściej jadaliśmy w słynnej kalifornijskiej burgerowni,
In-N-Out. Nie chciało nam się znudzić. Proste, świeże, autentyczne; w menu
hamburger, cheeseburger i tzw. double-double, czyli burger z dwoma kawałkami
mięsa i podwójnym serem. Koktajle mleczne w trzech smakach, napoje gazowane te,
co wszędzie, frytki. Nic poza tym.
Rozczarowaniem dla B. okazał się natomiast Taco Bell- mój
mąż nie załapał się w Polsce na krótki okres, w którym i u nas działali. I
bardzo chciał spróbować, więc wzięliśmy mocno przekrojowy zestaw miękkich i
chrupiących tacos, dorito taco i burritos. Te ostatnie nie smakowały żadnemu z
nas, ale dla mnie kurczakowe taco było pyszne. Małżonek stwierdził natomiast
kategorycznie, że woli kuchnię Tex-Mex w moim wykonaniu.
hokej
Andrew jest fanem zespołu Anaheim Ducks. Zostaliśmy zatem ku
naszej radości zabrani na stadion, ja dwa razy, a B. nawet trzy.
I okazało się, że te mecze są porywające!
Gra jest szybka, krążek przesuwa się jak błyskawica, panowie
na łyżwach śmigają jak frygi, podnoszą się z upadków naprawdę imponująco. Poza
tym jest dużo testosteronu, czasem ktoś komuś kijem przyłoży, a czasem walka na
pięści się wywiąże. Bramki padają dosyć często, nie jak w piłce nożnej, że
latają, latają, a na koniec jest 0:0…
Na ostatnim meczu Kaczek przepisowy czas zakończył się
remisem, więc doszło najpierw do doliczenia pięciu minut, a później do karnych,
i ze zdumieniem odkryłam, że podskakuję z emocji i zaciskam mocno pięści.
Wciągnęłam się! A małżonek to nawet się odgraża, że będzie w domu NHL oglądał.
Poza samą grą mieliśmy okazję do badań antropologicznych.
Hokej to po prostu forma spędzania wolnego czasu. Całe rodziny kupują karnety
na sezon, a później ubrani w barwy swojego klubu zaopatrują się w idiotycznie
drogie piwo, drinki, przekąski, śpiewają hymn z ręką na piersi, i kibicują
swojej drużynie. Nie rozstają się przy tym ze swoim smartfonem. W przerwach
oglądają karnie reklamy, oddają cześć amerykańskim żołnierzom (na każdym meczu
przedstawiana jest sylwetka jednego żołnierza, który wsławił się broniąc
ojczyzny), wygłupiają i tańczą, żeby trafić na chwilę na wielkie ekrany
powieszone nad płytą lodowiska. Można na nich także śledzić wynik gry,
statystyki, sylwetki graczy. Nie brakuje skandowania, okrzyków i gwizdów. Jest
zabawa.
pogoda
Słońce. Nuda. Czasem chmura. Jeden deszczyk, w drodze do Los
Angeles. Temperatury dla miejscowych zimowe (“o Boże, ale lodowato”), dla nas -
wczesne lato nad Bałtykiem, czyli około 20 stopni. Po zmroku gwałtowny zanik
ciepła, kurtki i grube bluzy się przydają.
W Polsce właśnie spadł śnieg. Jak Bóg da, stopnieje do
naszego powrotu.
zwiedzanie
- · Zoo w San Diego
Słynne na cały świat, położone w wielkim parku, zoo z San
Diego zajmuje się nie tyle pokazywaniem zwierząt, co ich ochroną. Z zasady nie
przepadam za zoo, bo uważam, że zwierzęta powinny żyć na wolności, ale jeśli
gdzieś udało się stworzyć im przyzwoite warunki, to właśnie tutaj.
- Nie masz wrażenia, że tu jest więcej chodzenia niż
oglądania zwierząt? - zapytał B., a ja pomyślałam, że to właśnie ta cena, którą
płacimy za przestrzeń dla futrzaków. Trzeba liczyć się z tym, że części dzikich
okazów nie zobaczymy w porze drzemki, mają swoje kryjówki, z dala od ludzkich
oczu.
Całe zoo dzieli się na strefy tematyczne: Azja,
Australijskie bezdroża, Afrykańska sawanna, zaginiony las, woliera z papugami.
Niektóre zwierzęta widziałam po raz pierwszy, na przykład diabła tasmańskiego
(zupełnie nie podobny do tego z kreskówki!). Muszę też z dumą przyznać, że
nasze wrocławskie afrykanarium zdecydowanie przewyższa jakością to
amerykańskie, chociaż tu także można podziwiać hipopotamy “od dołu”, co w
przypadku stworzeń rzadko pokazujących nad wodą cokolwiek poza czubkiem ucha i
okiem jest nie bez znaczenia.
Duży nacisk kładzie się na edukację ekologiczną i
pro-zwierzęcą, liczne tablice informują o zagrożeniach dla poszczególnych
gatunków, o postępującej degradacji naszego środowiska. Bardzo zainteresował
mnie także projekt "Przyjaciele": dzikie zwierzę od maleńkości
przyzwyczaja się do towarzystwa psa. Psa przyzwyczaja się także do przebywania
wśród ludzi. W rezultacie dzikie zwierzę można wyprowadzić z klatki i pokazać
odwiedzającym z bliska: jest spokojne, bo jego pies przyjaciel się nie
denerwuje. W zoo stoją zdjęciach tych niecodziennych par, ewidentnie najlepiej
udaje się to z dzikimi kotami.
Dla leniwych - lub jako podsumowanie całego dnia wrażeń -
kursuje autobus, który obwozi turystów wokół głównych stref ogrodu, a kierowca przewodnik
snuje opowieść, zwracając uwagę na najciekawsze gatunki i przybliżając
topografię tego miejsca. Po paru godzinach głowy mieliśmy pełne wrażeń, a nogi
solidnie nas bolały. Było sporo zachwytów i wzruszeń, ale i sporo śmiechu (na
przykład przy pawianie-gołodupcu z erekcją czy przy spółkujących pingwinach).
Zanim zebraliśmy się do wyjścia, słońce zaczynało już pomarańczowieć i opadać w
stronę horyzontu.
- · Midway
Midway to lotniskowiec zwodowany w 1945 r., który brał
udział w wojnie w Wietnamie i w operacji Pustynna Burza. Od 2004 r stoi w
porcie i jest udostępniony zwiedzającym.
Kiedy jest się na pokładzie, ciężko sobie wyobrazić, że taka
kolubryna może się w ogóle poruszać. Stojące na niej myśliwce wyglądają jak
zabawki, a przecież jest tu i znany z Top Gun F-14, i North American T-6 Texan
i wiele, wiele innych.
Największe wrażenie robi zejście pod pokład, do centrum
dowodzenia. Radary, mapy, rury do przesyłania wiadomości wewnątrz statku i
teleksy do wysyłania ich na zewnątrz. Pokoje konferencyjne i kajuty dowództwa.
Przedobrzyli tylko z pierwszym oficerem: otóż jest to przedziwna, ożywiona
kukła, która opowiada zza biurka o swoich obowiązkach i o ciężarze, jaki
spoczywa na marynarzach. Sprawia to wrażenie taniego horroru, sama narracja z
głośników wystarczyłaby, bez niezdarnej woskowej figury kłapiącej szczęką na
zawiasach.
- · winiarnia i winnica Ponte (Temecula)
Dla nikogo nie jest niespodzianką, że pomysłodawcą tej
wycieczki byłam ja. Kraina winnic o tej porze roku to równe rzędy bezlistnych
winorośli, ale wyobrażam sobie, że w lecie uginają się one pod ciężarem
dojrzewających owoców.
Nasz gospodarz zabrał nas do jednego z licznych w tej
okolicy miejsc, gdzie można wykupić degustację. On i mój mąż udali się od razu
do ogrodów na ławeczkę, ciężar próbowania lokalnych specjałów zostawiając mnie.
Co było robić, przeszłam przez sześć idiotycznie małych
próbek win czerwonych wytrawnych (białe i słodkie omijam z zasady). Najbardziej
smakowały mi (jak zwykle) Montepulciano i Zinfandel, do tego stopnia, że po
degustacji skusiłam się jeszcze na dwa, już solidne, kieliszki serwowane w
restauracji należącej do winnicy. Przegryzałam krakersami, oglądałam asortyment
miejscowego sklepu. Spacerowałam po ogrodach z kieliszkiem w dłoni, napawając
się powoli zachodzącym słońcem. Jeśli raj istnieje - mój wygląda właśnie tak.
Na bardzo przyjemnym, leciutkim rauszu z żalem opuściłam mury gościnnej
winnicy.
- · browar Karl Strauss
Miałam swoje wino, czas, żeby B. napił się piwa. Zbyt wiele
nie powiem, bo to nie mój trunek, ale widziałam, że można zamówić menu degustacyjne,
cztery różne gatunki; wiem, że pije się od najniższego IBU, jednostki
oznaczającej stopień nachmielenia, a więc i goryczy piwa, do wartości
najwyższych; zapamiętałam, że jedno z piw nazywa się Follow the sun, próbowałam
go nawet i było smaczne.
Ale kiedy za wiele lat będziemy z B. rozmawiać o tym
wieczorze, wspominając naszą podróż, pierwsze, co powiemy to będzie zdanie:
- A pamiętasz te skrzydełka w Karlu Straussie?
Ponieważ takich skrzydełek, bezkostnych, pikantnych, z sosem
z pleśniowego sera, nie jedliśmy nigdy dotąd. Dosłownie wylizywaliśmy talerze.
Po pierwszej porcji natychmiast zamówiliśmy drugą. Quesadilla też była smaczna,
ale król jest tylko jeden. Te skrzydełka, diablo ostre, długo zostaną nam w
pamięci…
- · Mount Rubidoux
Andrew i Alex mają psy. Sztuk trzy. Najstarszy jest Winston
Churchill, siedmioletni shih-tzu, lider sfory, który uważa, że jest dużym
stworzeniem i nieustraszony rzuca się na zwierzaki dziesięciokrotnie
przewyższające go masą.
Druga w kolejności jest Eleanor Roosevelt, malutka czarna
sunia z puszystym ogonkiem, na której zaufanie trzeba zasłużyć, bo chyba dużo
zła spotkało ją od człowieka kiedy była mała. Wyjątkowo nieufna jest w stosunku
do śniadych mężczyzn z brodą. Ale kiedy raz się przełamie, jest ogromną
pieszczochą.
Najnowszy nabytek rodziny to Duch (tak, tak, na cześć
słynnego wilkora z Gry o tron), adoptowany ze schroniska jednooki Husky (gdyby
nie niebieskie oko, powiedziałabym, że owczarek szwajcarski). Drugie oczko zniszczyła
jaskra i musiało zostać usunięte, teraz lekarze czekają i obserwują, bo może
się niestety okazać, że choroba przeniosła się na drugie. Póki co bądźmy
optymistami, Duch ma się dobrze i sieje spustoszenie gryząc i zjadając co tylko
w zęby mu wpadnie, jak na szczeniaka siedmiomiesięcznego przystało.
A piszę o całej gromadce, bo psy jak to psy, muszą się
wybiegać, i pewnego dnia rano postanowiliśmy zabrać całą sforę na spacer na
Mount Rubidoux.
Trasa nie jest długa, to trochę powyżej mili w jedną stronę,
ale jednak Kalifornijskie słońce, zimowe czy nie, to jednak solidne, droga pod
górę, trzy psy, z czego jeden rwący do przodu, a dwa plączące się między nami,
rozkrzyczane dziecko, przez większość trasy niezadowolone z wycieczki, brak
wody (nie pomyśleliśmy) - to wszystko dało nam w kość. Na szczęście cel
wszystko wynagrodził.
Na górze są dwa szczyty. Na jednym stoi krzyż, na drugim
powiewa amerykańska flaga.
- Albo Bóg, albo rząd, co? - śmiał się z przekąsem B.
Z każdego z tych szczytów cudownie widać całe Riverside,
budynki mieszkalne, magazyny, szkoły, szpitale, parki, prawie wyschnięte koryto
rzeki. Andrew opowiadał nam co jest czym, a my układaliśmy sobie w głowie
topografię miasta, w którym byliśmy już od kilku dni.
Jak na piątek, godzinę dziesiątą rano, ruch spacerowy był
zatrważający. Pieszo, z psami, rowerem, z dziećmi - tuziny ludzi przetaczały
się koło nas. Większość po amerykańsku życzliwa, uśmiechnięta, chwaląca urodę
naszych czworonogów. Nawet mały Liam rozczmuchał się w drugiej połowie
wycieczki. Zmęczeni, głodni, spoceni, ale zadowoleni z życia wróciliśmy do domu
na bardzo późne śniadanie.
- · Joshua Tree
Jeden z dni w Kalifornii spędziliśmy sami, wynajętym
samochodem pojechaliśmy do Parku Narodowego Joshua Tree. Jeśli spojrzeć na mapę
USA wydaje się, że to rzut kamieniem. W rzeczywistości w obie strony czekało
nas ponad 400 km w samochodzie.
Andrew zawiózł nas rano do wypożyczalni, która mimo, że
wyszukała się jako “lokalna”, oddalona była o dobrych 20 minut autostradą.
Pierwszy zgrzyt nastąpił, kiedy okazało się, że do bardzo przyzwoitej ceny
wynajmu, $21 za dzień, nagle doliczono nam drugie tyle opłaty wynikającej z
tego, że nasze prawo jazdy jest zagraniczne.
Ja rozumiem, że mają prawo, ale chciałabym poznać finalną
cenę, łącznie z dopłatami, w momencie rezerwacji, a nie kiedy stoję pod
wypożyczalnią na środku pustyni i na szali leży cały jeden cenny dzień wakacji.
I nie chodziło o głupich $20, tylko o zasadę. Więc mocno obrażona, nie bacząc
na wczesną porę, kazałam wydzwaniać managera, który co prawda opłaty narzuconej
z góry przez Avis anulować nie mógł, ale wynalazł jakąś zniżkę, żebyśmy z ceną
spotkali się w pół drogi.
Wyjechaliśmy wkrótce na trasę naszym Fordem Fiestą. Nie
lubię samochodów w automacie, nudzę się, wolę sama zmieniać biegi. Dodać do
tego idiotycznie proste, bezkolizyjne, amerykańskie drogi, i nie dziwię się, że
Tesla uważa, że samochód może być maszyną bezobsługową.
Jak na nas, do wycieczki przygotowani byliśmy bardzo słabo,
zaczęliśmy więc od centrum informacji dla zwiedzających, gdzie pani zaznaczyła
nam na mapie dokąd pójść piechotą, dokąd podjechać, gdzie zatrzymać się i
podziwiać widok.
Joshua tree, po polsku drzewo Jozuego albo jukka
krótkolistna, to bardzo charakterystyczna roślina: raz zobaczona, nie może być
pomylona z niczym innym. Rośnie na pustyni Mojave na całej jej rozciągłości,
ale to tu, w parku narodowym tworzy - z braku lepszego słowa - lasy. Nie jest
na tyle wysoka, ani nie rośnie na tyle gęsto, żeby utworzyć las w naszym
rozumieniu, ale są miejsca, gdzie jej okazy ciągną się po horyzont.
Poza tym można podziwiać kaktusy, wodopoje dzikich zwierząt,
formacje skalne, a w tle wysokie góry. Można spacerować szlakiem dawnych tam, z
czasów, kiedy próbowano tu hodowli bydła, zanim pustynia przegnała pasterzy na
mniej niedostępne tereny. Można zasłuchać się w ciszę, odetchnąć pełną piersią,
a na skałach odnaleźć petroglify pozostawione przez rdzennych mieszkańców.
Można wjechać na najwyższe wzgórze i podziwiać panoramę tak rozległą i
majestatyczną, że łzy same napływają do oczu. Można też zasmucić się znakiem,
który opowiada historię smogu, który osiada w dolinie i tęże panoramę czyni coraz
mniejszą i mniejszą. I w końcu można zapomnieć, że gdzieś jest cywilizacja,
pośpiech, wyścig szczurów.
- · Santa Monica
- Jak to, nie pojedziecie do Beverly Hills? - nie dowierzała
moja mama, która swoje wspomnienia z LA hołubi jak cenne skarby.
A my już widzieliśmy Miasto Aniołów, przepych i luksus
drogich ulic, mamy zdjęcie koło gwiazd hollywoodzkich ulubieńców i staliśmy pod
Kodak Theater, gdzie rozdają Oscary.
W ogóle tym razem nie ciągnęło nas do tych rzeczy.
Pojechaliśmy tylko do Amoeba Records, legendarnego sklepu z
płytami, gdzie mąż mój dostał kociokwiku od nadmiernego wyboru, a ja zostawiłam
go na półtorej godziny, żeby mógł zdecydować, które winyle i które kompakty
pojadą z nami do domu.
Ja zapakowałam Liama w spacerówkę i bez większego celu
poszwendałam się po Sunset Boulevard, robiąc kilka fotek, w tym z majaczącym
daleko w tle sławnym znakiem Hollywood złożonym z białych liter.
Ale główna atrakcja tej wycieczki była jeszcze przed nami.
Ocean.
Że mnie woda uszczęśliwia, to wszyscy wiedzą. Im większa,
tym lepsza. Martensy pirzgnęłam w piach i bosymi stopami zapadając się w biały
piasek pobiegłam do wody. Nic, że sukienka trochę zmokła. Nic, że woda była tak
lodowata, że ucinało nogi. To był mój moment szczęścia, co podobno wyraźnie
malowało się na mojej twarzy. Usiedliśmy z B. na plaży, przytuleni patrząc to
na fale, to na palmy, to na ludzi, którzy zajmowali się swoimi sprawami:
biegami, spacerem, paleniem trawki, spaniem, piciem piwa.
Bardzo ciężko było stamtąd odjechać.
- · Mission Inn
Mission Inn jest największym zabytkiem Riverside, budynkiem
datowanym na 1876 rok, co jak na USA jest zamierzchłą historią. Mogłabym
napisać, że to hotel i spa, ale to Europejczykowi nie da pojęcia o tym miejscu.
Są tu krużganki, ogrody, kaplica, w której udziela się ślubów. Małżonkami
zostali zresztą w tym miejscu państwo Nixon, a prezydent Roosevelt spędził tu
miesiąc miodowy (Mission Inn gościła jeszcze aż ośmiu prezydentów przy różnych
okazjach). Nakręcono tu wiele filmów, zatrzymywały się w tych murach największe
gwiazdy.
Zwiedzanie zaczęliśmy wchodząc głównym wejściem obok klatki
z papugą, która chętnie powtarza wypowiadane do niej powitania. Podziwialiśmy
imponujący hall, z portretami prezydentów USA i krzesłem Tafta, dwudziestego
siódmego z nich, wystarczająco dużym, aby zmieścić dwóch mniejszych mężczyzn.
Andrew i Alex poprowadzili nas plątaniną korytarzy i schodów
na tarasy, z których roztaczał się widok na miasto, do miejsca, gdzie Andrew
spędził wieczór kawalerski z przyjaciółmi, whisky i dobrym cygarem. Niestety
nie udało nam się wejść do samej kaplicy, gdzie brali cztery lata temu ślub,
ponieważ właśnie trwała ceremonia, ale widzieliśmy imponujące wejście i
dziedziniec z krużganka na górze.
Liam najbardziej zainteresował się moczeniem rączek w
fontannie, i jego mama zrobiła mu piękne zdjęcia. My napawaliśmy się widokiem,
kwiatami i urokiem tego magicznego, i bardzo niezwykłego jak na Stany miejsca.
zakupy
Każdy, kto był w Stanach zna złotą zasadę- jedziesz z pustą
walizką, wracasz z nową szafą.
Gdyby nie mój małżonek, pewnie dni zakupowe miałabym co
najmniej dwa lub trzy, a tak tylko raz skorzystałam z tego, że chłopcy
pojechali na mecz, i poprosiłam Alex, żeby zabrała mnie do jakiegoś outletu.
Zawsze obstawiam te same marki: Calvin Klein, Tommy Hilfiger
i Gap. Lubię ich jakość, a w Stanach ceny są kompletnie nieporównywalne do
polskich. Udało mi się nawet namówić B. na krótką rewizytę w tychże sklepach
następnego dnia, i mimo, że ponarzekał i był umierający pod koniec, to jednak
klika jego zakupowych potrzeb udało nam się także załatwić.
Ostatniego dnia trafiliśmy do centrum handlowego tuż koło
domu naszych gospodarzy, ponieważ mój Tata zażyczył sobie “prawdziwe jeansy z
USA”, a ja odkryłam, że podkłady M.A.C. są ponad 100 zł tańsze niż w Warszawie,
więc grzechem byłoby nie zrobić zapasów. I to centrum okazało się bardzo fajne,
na tyle fajne, że smutek nas ogarnął, że znaleźliśmy się tam dopiero tuż przed
wylotem i trzydzieści minut przed zamknięciem. Gdyby było więcej czasu, nasze
karty kredytowe niechybnie poszłyby w ruch.
plus tax
Mało co mnie tak irytuje.
Wszystkie ceny podawane w restauracjach i sklepach są cenami
netto, do których trzeba doliczyć lokalny podatek od sprzedaży. Zmienia się on
co parę miesięcy czy rok, obecnie wynosi tuż poniżej 8%.
Jest to wyjątkowo niewygodne, bo człowiek nigdy do końca nie
wie, ile zapłaci. Niepodobna przecież wszystkiego liczyć na bieżąco na
kalkulatorze. Kiedy na lotnisku wydawałam ostatnie dolary, żeby nie wozić
waluty w tę i na zad, kupowałam Time’a i Economista, okazało się, że przez
głupi podatek-dodatek zabrakło mi końcowych czterech centów. Na szczęście
sprzedawczyni okazała się nie być zbyt zasadnicza.
do domu
Wszystko, co piękne kiedyś się kończy. Ze łzami w oczach
patrzyłam na szybko przesuwające się za oknami palmy, kiedy Andrew wiózł nas na
LAX. Liam spał w foteliku obok mnie, ale kiedy wysiadaliśmy przebudził się na
tyle, żeby dać mi buziaka i pomachać nam na do widzenia. Wyściskaliśmy się z
naszym kierowcą, obiecując sobie kolejne spotkanie, tym razem w Warszawie.
Nie obyło się bez stresu, bo dostaliśmy smsa o opóźnieniu
lotu o 45 minut, co zważywszy, że na przesiadkę we Frankfurcie mieliśmy mieć
raptem godzinę, było dla nas różnicą
bardzo znaczną. Ja przyjęłam taktykę “to jest jedna linia, oni się muszą
martwić, jeśli nie dowiozą nas na czas”, ale B. snuł czarne scenariusze.
Skończyło się tym, że samolot większość opóźnienia nadrobił,
a później obsługa lotniska zajęła się tym, żeby sprawnie dostarczyć nas do
drugiego samolotu. I tak jesteśmy już w podróży dziewiętnaście godzin, ale -
niemal dosłownie - na horyzoncie widać już Warszawę. Póki co latania mi
wystarczy na jakiś czas. Ale nie wierzę, że jutro już będę w pracy.