niedziela, 29 czerwca 2014

Szetlandy 8

29.06 - West Mainland

Ciężko było pożegnać się z Zielonym Wzgórzem, jak zaczęłam nazywać nasz camping na Unst.

Zanim się wykokosiliśmy, była dwunasta, a prom jak się okazało kazał na siebie czekać prawie do drugiej, bo niedziela, więc zabijałam czas grając na łodzi zamienionej w gigantyczne cymbałki. Później nagle pojawiło się tyle samochodów na pasie dla pasażerów z rezerwacją, że myśleliśmy, że będziemy musieli czekać na kolejny kurs, co nas lekko zirytowało. Na szczęście udało się zmieścić.

Yell minęliśmy w wielkim pędzie, żeby się załapać na dalszą podróż morską na Mainland, i ruiny nawiedzonego domu, Windhouse, oglądaliśmy tylko z szosy.

Kiedy zjechaliśmy bezpiecznie na Mainland była 15.00, więc musieliśmy zwiedzać szybciutko. Pierwszy był spacer do Burn of Lunklet, urokliwego, chociaż niedużego wodospadu, do którego idzie się wzdłuż strumienia łąką z glebą miękką jak materac. Później szybkie zakupy w Aith ( nie pamiętam, kiedy zjedliśmy tyle chrupków, czipsów i czekoladek co dziś...), rzut oka na śliczną marinę i jedyny chyba lasek na Szetlandach - Michaelswood.

Zorientowałam się, że kończy się nam benzyna, więc podjechaliśmy do Bixter, gdzie stoją dwa dystrybutory, "benzyna" i "ropa", a płaci się w supermarkecie po drugiej stronie ulicy. Okazało się, że bak to raptem 25 litrów, więc to coś czym jeździmy jest dość ekonomiczne. Tak się podekscytowałam tym faktem, że wyjeżdżając ustawiłam się na prawym pasie, prosto pod kołami pana jadącego z przeciwka. Cholerny odruch. Na szczęście miałam gdzie uciec.

Z zapasem paliwa ruszyliśmy na koniec West Mainland, do Sandness, bo B. chciał zobaczyć majaczącą na horyzoncie wyspę Papa Stour. Zerknął na domy mieszkalne i mruknął:
- Oni by już mogli przestać się wygłupiać. Po co tam mieszkać. Już tutaj to wystarczy, ale tam?!...

Na molo obok leżą kratki z krabami, i budzą się w nas zupełnie odmienne reakcje. Ja zaczynam się ślinić myśląc o nich na talerzu, B. - niejadający owoców morza - walczy z obrzydzeniem. Klatki są trzy, dwie w wodzie, a jedna na pomoście, pełna dużych okazów wystawiających szczypce przez szpary.

Krajobraz jest inny niż na północy, góry są chyba wyższe, ale łagodniejsze, i drogi biegną wzdłuż szczytów, a w nieckach między nimi błyszczą jeziora. Horyzont jest dalej, i świeci mocno słońce, zresztą ta część mainlandu nazywana jest słoneczną stroną.

Zastanawiamy się, czy tak samo wyglądał ten krajobraz kiedy 5 000 lat temu budowano Stanydale, budynek, którego ruiny odkryto w połowie ubiegłego wieku. Nazwano go świątynią, ale nie wiadomo czym był. Wokół stały domy mieszkalne, farma. Zwiedzamy i fotografujemy, trochę przytłoczeni wiekiem kamieni.

Dalej droga doprowadza nas do Skeld.
- Popatrz. - mówi B. - Te domy wszystkie mają nazwy, imiona. Są jak łodzie.

Podoba mi się to porównanie.

Rzucamy okiem na camping, na którym zamierzamy spędzić noc, i kłócimy się, czy ta plaża tuż przy nim to ta różowa plaża w Reawick, o której czytaliśmy. Oczywiście nie, i kiedy znajdujemy tą właściwą, ja pieję z zachwytu: po drugiej stronie zatoki słońce wybiórczymi plamami oświetla zbocza, na wodzie kołyszą się dwa zacumowane kutry, a piasek rzeczywiście ma barwy od czerwieni po róż. B. określa plażę jako "spoko" i nie podziela mojego szalejącego entuzjazmu.

Ostatni punkt trasy, i trochę już na siłę, to klify w Westerwick. Jakże byśmy żałowali, gdybyśmy tam nie dotarli! Ta sama czerwień co na plaży, chociaż może w głębszym odcieniu, kilkunastometrowymi ścianami opada do morza lub wystaje w postaci pojedynczych skał, które pną się ku niebu. Na urwisku pasą się owce we wszystkich owczych barwach. I nie tylko pasą, bo dwie z nich zaczynają walczyć, a patrzy się na to jak na film sensacyjny, bo ma się wrażenie, że za chwilę któraś z głośnym, żałosnym "beeee" poleci w objęcia śmierci u stóp klifu. Ale one chyba dobrze wiedzą jak się tam przemieszczać.

Wreszcie docieramy na camping. Jest mały, bardzo nowy, i pięknie położony. To, jaki widok jest z okna budynku kiedy zachodzi słońce po prostu nie daje się opisać. Światło przechodzi przez całe spektrum żółci, oranży i wreszcie czerwieni, aż koło północy zaczyna się simmer dim, biała noc pełna ptasich krzyków. Najchętniej wynajęłabym tu domek i siedziała tydzień z dobrą książką i jeszcze lepszym winem. No i oczywiście z B.

W lodówce znajdujemy pudło z szetlandzkimi serami, kupujemy jeden z nich i po prostu nie możemy się oderwać. W połowie naszej kolacji wpada pani, która zajmuje się campingiem. Załatwiamy formalności, pani jest bardzo roztrzepana, tłumaczy, że wypiła kieliszek wina do obiadu, ale śmiem podejrzewać, że nie jeden... Pokazując duńskiej parze łazienki, pani wpada pod prysznic, gdzie jakiś biedak zapomniał przekręcić klucz, i przez reszte pobytu opowiada o tym faux pas teatralnym szeptem każdemu, kto jej się nawinie. Na koniec wychodzi bez torby, z którą weszła i wraca po nią po chwili twierdząc, że na żadne wino już się nigdy nie da namówić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz