sobota, 24 września 2011

Sztokholm (wrzesień 2011)

Do Sztokholmu trafiłam trochę przypadkiem, przez plany taryfowe linii lotniczych i zachęcona zachwytami mojej Mamy.

Przyjechałam w nocy, przywitał mnie deszcz. Znalazłam hostel, zjadłam jeden z ostatnich nieśmiertelnych gorących kubków, porozmawiałam z Peruwiańczykiem z recepcji i ułożyłam się do snu.

Kiedy się obudziłam, odkryłam ku mojemu zdumieniu, że jest grubo po dziesiątej. Mocno spałam. Szybkie śniadanie (przez rok nie tknę więcej owsianki, serio!) i jeszcze szybszy spacer pod Pałac Królewski, żeby zobaczyć zmianę warty. Nie udało się, były jakieś obchody państwowe i nie można było tam dojść.

Nic nie szkodzi. Skoro już byłam na Gamla Stan, czyli Starówce, obeszłam co się dało, podziwiałam wąskie uliczki i kolorowe kamienice. Usiadłam pod Centrum Noblowskim i padłam ofiarą grupy Amerykanów, którzy chyba zwiedzali Sztokholm w formie gry terenowej: musieli dotrzeć w różne miejsca i zdobyć różne informacje. Co chwila ktoś z nich wpadał zdyszany na plac i pytał, czy jestem Szwedką i czy nie wiem może kto tu jest premierem.

W końcu znudziło mi się odpowiadać na ich pytania i poszłam w stronę rzeki. Popatrzyłam na zwieńczony trzema koronami budynek Ratusza, w którym co roku odbywa się bankiet dla laureatów nagrody Nobla. Wróciłam spacerem przez Drottninggatan, pasaż handlowy, i minęłam po drodze targi żywności z różnych krajów świata. Były włoskie canoli, australijskie hamburgery, hiszpańska paella i polski bigos i pierogi.

Zgłodniałam od patrzenia na to wszystko, więc postanowiłam załapać się na lunch w którejś z restauracji. Znalazłam taką, która za rozsądną cenę oferowała sałatkę, pieczywo, kawę, wodę i jedno z trzech dań do wyboru. Po ubogim barze sałatkowym (została tylko zielona sałata i rodzaj kuskusu albo może kaszy gryczanej), zdecydowałam się na klopsik, podany ze świeżą żurawiną na pureé ziemniaczanym, ozdobiony czymś, co wyglądało jak rukola na długiej łodyżce, a smakowało kwaskowato, jak szczaw. Przepyszne! Najedzona i szczęśliwa poszłam na podbój miasta.

Dawno już odkryłam, że każde miasto najlepiej wygląda z wody, a zwłaszcza takie, które leży na czternastu wyspach i ma ponad pięćdziesiąt mostów. Kupiłam więc bilet na turystyczny statek i przez dwie godziny podziwiałam Sztokholm od strony morza. Najpierw widok na Pałac Królewski, podobno największy w Europie. Potem ulica Strandvägen, rzekomo jeden z najlepszych adresów w mieście. Dalej wielkie wesołe miasteczko z kolejkami i karuzelami na sam widok których ścisnęło mnie w żołądku. Przez śluzę wypłynęliśmy z Bałtyku na jezioro, dla zabicia czasu słuchając opowieści jak z bajki, o księżniczce-następczyni tronu, która w 2010 roku poślubiła swojego trenera fitnessu. Dalej mijaliśmy piękne plaże (niewiele miast może się poszczycić tak czystą wodą, że można w niej pływać), ogródki działkowe, które są obiektem pożądania mieszkańców miasta (a myślałam, że to polski wymysł...), nowoczesne osiedla, energooszczędne i ekologiczne, które wyrastają nad brzegami, porty z zaskakującą liczbą nie najtańszych w końcu jachtów i łodzi motorowych, w tle góra z wyciągiem narciarskim.

Gdzieś po drodze beczki wódki, upamiętniające oryginalną lokalizację fabryki Absoluta. Wielkim kołem wokół kilku wysp wróciliśmy do portu.

Krótka chwila w hostelu na spakowanie się przed podróżą i sprawdzenie, co w sieci piszczy, a na wieczór zaplanowałam wypad do pubu. Dość długo szłam, zanim wpadł mi w oko taki, który mi się podobał. Poprosiłam o lokalne piwo i dostałam kufel bardzo dobrego Svea Ipa. Wracałam w padającym deszczu, i pod samym hostelem zahaczyłam jeszcze o restaurację, w której -dla rozgrzania, rzecz jasna- wypiłam kieliszek Pinot Noir. Nie wiem, czy to od dwutygodniowego odwyku, czy od ceny tego kieliszka, ale zakręciło mi się w głowie i postanowiłam iść spać.

Samolot mam o 14.00. To dobra godzina. Można się wyspać, wyjść na śniadanie, spokojnie dojechać do oddalonego o półtorej godziny lotniska Skavsta. A potem: witaj, Warszawo!

piątek, 23 września 2011

Norge (wrzesień 2011)

PROLOG


Uwielbiam moment, kiedy krajobraz za oknem zmienia się z warszawskiego w niebiański, domki robią się coraz mniejsze, a słońce -lub księżyc, zależnie od pory- jest coraz bliżej.


Kolor nieba teraz zachwyca: róż i karmin prześwitują spod stalowoszarych smug chmur. Biorę to za dobrą wróżbę. Prognozy są różne, a moim jedynym marzeniem jest żeby nie padało non stop...


Póki co wszystko zgodnie z planem, kilkuminutowe opóźnienie tylko, jako że jeden rodak pozostał niespodziewanie w kraju, i trzeba było wypakować jego bagaż z luku. Zrobiła mu się ta zmiana planów z powodu ilości wypitego alkoholu: obsługa go nie wpuściła do samolotu argumentując, że teraz owszem, jest miły i grzeczny, ale oni nie będą sprawdzać czy mu tak zostanie w przestworzach. Prosił, przymilał się, ale na nic: został na ziemi.


Naprawdę nie wiem, czego się spodziewać po Norwegii. Tak mało wiem o tym kraju. Chyba dlatego zdecydowałam się na tę podróż. Czuję straszny głód nowości, południe Europy- choć cudne- uszami mi się wylewa, chcę nowej mentalności, innej architektury, nieznanych smaków i niezidentyfikowanego zapachu w powietrzu. I przestrzeni, po całym tym koszmarnym roku poproszę o przestrzeń i wolność!!!


Rozdział 1


Jak na gorąco, to na gorąco. Jest pierwsza. Leżę na pryczy, oczywiście górnej. I piszę.


Lotnisko w Torp jest malutkie, ale nawet na tak skromnej przestrzeni rodacy zdołali się popisać. Co robi Polak, któremu stłukła się butelka wódki kupiona w wolnocłowym? Otóż pije tę wódkę duszkiem z reklamówki, cedząc zębami szkło. No masakra, panowie i panie.


Na lotnisku za to szalenie podobała mi się koncepcja sklepu wolnocłowego po wylądowaniu: i tak człowiek czeka na bagaż, to można jeszcze coś dokupić...


Bagaż doleciał razem ze mną, co za każdym razem napawa mnie ogromnym szczęściem, bo wiem, jak to jest, kiedy taka prawidłowość nie zachodzi.


Transfer autobusem do miasta poszedł gładko, choć trwał tyle, co lot :-) O 23.15 wysiadłam koło Sentralstasjon.


Mama mi nie pozwala używać określenia "dupy nie urywa", więc ograniczę się do tego, że Oslo nie zrobiło dobrego pierwszego wrażenia. Bez względu na to jak okrutnie to zabrzmi, zaczynam rozumieć- nie popierać, ale rozumieć- co się stało na wyspie Utoya. W Egipcie jest więcej białych na ulicach. Podobno byłam w Centrum, a wyglądało to jak przedmieścia Brukseli: arab, mulat, trzech hindusów, oooo, biały idzie! I do tego śmieci, brud i obsikane metro.


Nie mogę natomiast powiedzieć, żebym nie czuła się bezpiecznie. Pod tym względem jest ok.


Chciałam iść piechotą, ale nie mogłam się dogadać z nawigacją, więc kiedy natknęłam się na 7 Eleven do butelki wody postanowiłam dokupić bilet na metro. Te dwie rzeczy to wydatek -drobnostka- 51 koron...


Dojechałam do stacji Tøyen i z niejakim wysiłkiem znalazłam hostel. Okazało się, że znana sieć Best Western, chyba nie wychodząc na swoje wynajmowaniem pokoi hotelowych, przerobiła kilka z nich na sale sypialne. Tym sposobem mają z jednego pomieszczenia 1800 koron, bo rzeczywiście tu potrzeba sześciu chłopa, żeby na jeden pokój zarobić... Naciągają dodatkowo na pościeli, za którą każą płacić, nawet, jeśli ma się własną. To mi się nie podobało.


Sam budynek stanowi dziwny labirynt korytarzy i pokoi: z recepcji tylnymi drzwiami, przez zaułek, za szklaną szybą w lewo, środkowe drzwi, schodami na górę, drzwiami na zewnątrz, wzdłuż budynku, ostatnie drzwi po lewej, klucz, schodkami w dół i już jest mój pokój. Franz Kafka staje przed oczami jak żywy.


Szybki prysznic, skok na piętrowe łóżko, budzik na 9.00. Jutro się przepakuję, zjem i uciekam stąd. Może Oslo za dnia zrobi lepsze wrażenie.


Rozdział 2




Wstałam wcześnie, przed budzikiem. Zaimponowałam rodzinie gwatemalczyków z mojego pokoju dwukrotnie: najpierw moim hiszpańskim, którego się nie spodziewali, potem śniadankiem z dwóch torebek: owsianka Nesvity i cappuccino, przygotowane w mojej wypasionej nowej menażce ;-) Przepakowałam plecak żeby nie mieć w ręku żadnej torby i ruszyłam do drugiego hostelu.


Pogoda średnio. Leje, sucho, kropi, sucho, leje, leje... I tak na zmianę.


Szłam niecałe pół godziny, z mapą w ręku znalazłam hostel bez problemu. Moja bajka. WiFi za free, mnóstwo młodych ludzi z laptopami przy recepcji, muzyka. Zostawiłam bagaż w przechowalni, odmeldowałam się na fejsie i ruszyłam w miasto.


Jak niedziela, to do kościoła :-) Trafiłam na mszę w katedrze, obłożonej nadal kwiatami w hołdzie pamięci ofiar Breivika. Pierwsze zaskoczenie: kobieta ksiądz. Okazuje się, że tu tak można i jakoś wszyscy z tym żyją, bez względu na to, jakie rzymski papież ma uwagi. W samym obrządku kilka różnic. Nie rozumiałam nic poza okazyjnym Jesuskristus, ale po latach wychowania rozróżniam części mszy, i u nich ewidentnie nie ma dwukrotnie powtórzonego padnij powstań. Znak pokoju za to jest, ale wzięli mnie z zaskoczenia, bo nie rozumiałam, do czego zmierza... Podobało mi się, chociaż trąciło pogańskim obrządkiem, że księdzówa odprawiała mszę przodem do ołtarza, nie do wiernych. Jakoś logiczniej. Tylko kazanie z mównicy było w stronę ludzi. Komunia po ludzku, do ręki, nikt nikomu palców do buzi nie wtykał, ale obok stał drugi gościu z kielichem, i tę komunię jeszcze się w winie maczało. W ogóle do obsługi sporo osób, dziewczyna od zbierania na tacę (taca w formie aksamitnego woreczka z drewnianymi rączkami), pan do rozdawania śpiewników. I chór, dobierany chyba po dobrych chęciach a nie talencie wokalnym.


Sama katedra ładna, bogato zdobiona, na ołtarzu ukrzyżowanie i ostatnia wieczerza w 3D, czyli ani to obraz, ani płaskorzeźba, ładne. Malowany sufit, ale nie robi wrażenia jak Kaplica Sykstyńska. Witraż podobno wyśmienity, ale mnie jakoś nie ujął.


Kiedy mi się znudziło poszłam wzdłuż Karl Johans gate w kierunku południowym, a że deszcz nie ustępował, weszłam do Galerii Narodowej obejrzeć Krzyk Muncha na żywo. Boski. Jako jedyny za szkłem, pewnie dlatego, że już im ze dwa razy go ukradli... Podobał mi się też autoportret artysty i portret jego siostry. Wisi tych obrazów kilka w sali, i wyraźnie widać dwa style Muncha, dwie różne kreski. Muszę się doczytać skąd ta rozbieżność, nie słyszałam dotąd, żeby miał dwa okresy twórcze.


Jak w każdym szanującym się muzeum, znalazłam też Picassa, Moneta i Maneta, oraz autoportret Van Gogha. Malarze lokalni to głównie krajobrazy, które można podzielić na cztery grupy: fiordy zimą, fiordy latem, morze po burzy i morze w trakcie tejże. Utkwiło mi nazwisko Dahl, nie wiem czy dlatego, że podobne do Dalí i łatwo spamiętać, czy mi się tak któryś fiord w jego interpretacji spodobał.


Dalej, przechodząc obok parlamentu i ratusza, doszłam nad wodę. I tu było najładniej. Mewy, fontanny, statki i żaglówki, promenada, małe mostki i urocze zakątki. Noblowskie Centrum Pokoju. Chodziłam jakąś godzinę, w końcu zmęczona usiadłam na ławce w ogrodzie ratusza i pogrążyłam się w lekturze przewodnika. Przetarło się niebo, chciałam odpocząć.


Nogawki mam szerokie, siedziałam nieruchomo, komar czy żuczek nie miałby problemu wspiąć się po mojej nodze, więc kiedy poczułam jakiś ruch koło kolana po prostu machnęłam nogą. Wyszło. Nie komar. Nie żuczek.


MYSZ!!!!


Ci, którzy mnie znają, domyślają się reszty. Wstrząsnęło mną do szpiku kości. Zerwałam się na równe nogi. Mysz, oburzona, spojrzała na mnie jeszcze z wyrzutem zanim zniknęła w trawie. Walczyłam ze sobą, żeby się nie rozebrać do naga na środku miasta. Wytrzepałam każdą część garderoby, żeby się upewnić, że nie ma tego więcej. Oczywiście nie wchodziło w grę zostanie tam. Jeszcze kilometr mną rzucało od środka i machałam nogą co pięć metrów. Brr. Brr. Brrrrrrrrrrr!!!


Wróciłam przez Dworzec Centralny, gdzie zrobiłam małe zakupy w supermarkecie (okazało się potem, że może szkoda, bo nieszczególny mieli wybór i tak czy siak musiałam dokupić kilka rzeczy w tureckim sklepie). W pokoju z ulgą zdjęłam buty i ugotowałam obiad. Poczytałam przewodnik, obejrzałam kawałek serialu, wypiłam szklaneczkę Pink Martini. Dobra, dwie. I pół ;-)


Zeszłam na dół do lobby i piszę. Przerwał mi tylko smutny incydent za oknem, kieszonkowiec okradł wchodzącą do hostelu osobę. Kilku chłopaków rzuciło się na pomoc, ale go nie dorwali. Że też takie rzeczy muszą wszędzie się dziać...


Dopiero dziewiąta, a ja już usypiam. Szok tlenowy czy coś.


A propos szoku jeszcze: widziałam dzisiaj rodzinę na spacerze, dwoje dzieci i dwóch tatusiów. Tutaj od 2004 geje mają takie same prawa, więc nie jest to rzadkością, ale dla mnie nowość, oswajam się z widokiem. A Tatusiowie ładni byli, strata dla nas kobiet, ale cóż...


Rozdział 3


W poniedziałek obudził mnie albo deszcz, albo ból głowy. Wstałam, zjadłam śniadanie i ze względu na aurę poddałam się i kupiłam 24-godzinny pass na transport miejski. Najpierw tylko siąpiło, a że było ciepło miałam wrażenie, że idę pod wodną kurtyną, taką jak strażacy włączają w upały na placu Zamkowym. Niestety, im dalej tym gorzej. Krople coraz większe. Fortecę Akershus zwiedziłam w regularnej ulewie. A miejsce to miłe i z klimatem, kamienne mury, armaty na blankach i dużo zieleni. Widok z góry na port i na miasto.


Stamtąd ruszyłam pod gmach opery, bardzo nowoczesny, biały, o nieregularnych geometrycznych kształtach. Dużo szkła i metalu, w środku ściany o różnej fakturze, jedna jakby była z diamentów, inna z niewielkich, ciosanych kawałków z drzewa. Jako, że deszcz dał spokój na chwilę, udało mi się nawet wyjąć i rozstawić statyw i mam pamiątkowe zdjęcie.


Na 1:30 chciałam być na zmianie warty pod Pałacem Królewskim. Byłam z wyprzedzeniem, obeszłam więc cały nieimponujący budynek i zdziwiłam się, że królewscy strażnicy nie stoją nieruchomo udając rzeźby z soli ( jak w Anglii), ale rozglądają się, pozują do zdjęć z turystami i rozmawiają z przechodniami. Jeden nawet podrywał dziewczynę zwiedzającą ze szkolną grupą.


Sama zmiana warty sympatyczna, trzy oddziały żołnierzy w czapkach z pióropuszami, prezentowanie broni, strzelanie z obcasa, przemarsz w tę i we w tę. Tłumów nie było, można było podejść blisko, na tyle blisko, że uważny obserwator widział jak dowódcy dają sobie sekretne znaki celem zsynchronizowania różnych czynności.



Z pałacu wróciłam do hostelu, zmoknięta i głodna, zastanawiając się poważnie czy nie rzucić wszystkiego w cholerę i nie kupić biletu na zaraz do miejsca, gdzie jest sucho. Ale po lunchu mi się humor poprawił i chwilę po trzeciej jechałam tramwajem nr 12 do parku Vigelanda podziwiać rzeźby.


Rzeźby w tym kraju to jest temat na poematy całe. Norwedzy je kochają. W parkach i ogrodach a nawet na ulicach stoją jak nie lwy, to byki, albo pan w kapeluszu, albo bawiące się dzieci, przed teatrem śpiewająca diva a koło portu modlący się o pokój mnich.


Park Vigelanda to ostateczne ucieleśnienie tej obsesji. Większość rzeźb znajduje się na moście, łącznie ze słynnym Wściekłym Chłopcem. Najbardziej ubawiła mnie jedna: mężczyzna żonglujący czterema czy pięcioma noworodkami: nie wiadomo, czy się z nimi bawi, czy próbuje je z siebie zrzucić. Wzruszające były postaci ojców z dziećmi na rękach oraz pary tulących się do siebie staruszków.



I nagle stał się cud. Przestało padać i tylko najgorszy pesymista nie zgodziłby się, że wyszło słońce. Raj dla fotografa, statyw w ruch, kwiaty, klomby, fontanny, rzeźby i autoportrety. W tym momencie polubiłam Oslo.


Kiedy nacieszyłam się parkiem i wyżyłam artystycznie, pojechałam do portu i popłynęłam na półwysep Bygdøy, siedzibę muzeów, których nie planowałam odwiedzać, ale także miejsce, gdzie zamożni ludzie budują domy. Wysiadłam na pierwszym przystanku obok mariny i spacerkiem przeszłam wzgórza wokół zatoki, zachwycając się jeśli skromną to i tak uroczą architekturą domów. Koło muzeum Fram (do którego zajrzałam przez szklane drzwi, żeby rzucić okiem na słynny statek do podbojów polarnych) złapałam prom do centrum a potem słynną już 12-tką wróciłam do hostelu. Po drodze kupiłam coś na skromną kolację, najtańszy był kawior, którego cały słoiczek pochłonęłam na chrupkiej macy.


Obserwowałam moje współlokatorki, Azjatkę, która jak robot zjadała swoje winogrona, dokładnie trzy sekundy na przeżucie i następne, a potem po kąpieli siedziała na łóżku i dwie godziny z okładem po prostu czekała, aż jej wyschną włosy; dwie Szwedki, które nie mogły się zdecydować co założyć na imprezę i wyszły dopiero w piątym zestawie ubrań; i sympatyczną Amerykankę z Ohio, która wyszła na jogging a potem przez długi czas żuła jabłko siedząc na plecaku.


Dopiłam Martini (oczywiście żeby nie targać butelki) i wcześnie położyłam się spać, bo dzisiaj pobudka o 5:30. Bałam się, że zaśpię, więc budziłam się o 3.00 i 4.00 i sprawdzałam zegarek. Wstałam bez problemu, z trudem wepchnęłam rzeczy do plecaka, zjadłam śniadanie i byłam na dworcu z kilkuminutowym zapasem czasu. Okazało się niepotrzebnym. Pociąg zamiast o 6:31, odjechał o 7:24, wprawiając w panikę grupki turystów robiących Norway in a Nutshell.


Jest to rodzaj wycieczki objazdowej, którą można zrobić w jeden dzień, a można w tydzień. Kupuje się zestaw biletów i jedzie ustaloną trasą. Można zostawać na noc po drodze gdzie się chce, albo pełnym kołem wrócić do Oslo. Tak czy siak, bilety są na konkretne pociągi, kolejki i promy, i jeśli się na któryś nie zdąży, plan się sypie jak domek z kart.


A na przesiadkę w Myrdal we Flåmsbana dali im 15 minut...


Oczywiście moim zdaniem zaczekają na nich, bo grupa liczy sobie kilkanaście osób, ale element stresu zawsze pozostaje.


Teraz skoncentruję się na widokach za oknem, bo podobno jadę właśnie najbardziej widowiskową koleją świata, więc szkoda byłoby to przegapić patrząc w ekran iPada... Póki co góry coraz wyższe, jeziora coraz większe a strumienie coraz bardziej wartkie. I jest wreszcie PRZESTRZEŃ, po którą tu przyjechałam!


xxx


Oczywiście połowę trasy Oslo-Myrdal przespałam. Ja nie wiem, jak ludzie mogą się oprzeć pokusie spania w pociągu.


Stacja w Myrdal leży na wysokości ponad 800 m. Czuć górskie powietrze i górski chłód. Cała grupa z Norway in a Nutshell rzuciła się do pociągu do Flåm, ale ja postanowiłam poczekać godzinę na następny, porobić zdjęcia, rozejrzeć się.



W końcu jednak trzeba było wsiadać we Flåmsbana, pociąg wewnątrz luksusowo wybity aksamitem, znany z tego, że na swojej dwudziestokilometrowej trasie pokonuje różnicę wysokości z wspomnianych juz ponad 800 do 0 metrów, czyli do wybrzeża fiordu. Widoki zapierają dech w piersiach, i dolina, i mijane wodospady, w tym ten największy w okolicy, Kjosfossen. Kolejka zatrzymuje się przy nim na kilka minut i można wysiąść robić zdjęcia. Nagle znikąd zaczyna płynąć piękna muzyka i robi to wielkie wrażenie. Dopóki nie zauważy się, że muzyce towarzyszy wyginająca się uczennica szkoły baletowej, udająca Huldrę, mityczną piękność wabiącą wędrowców w góry. To jak na mój gust o krok za daleko.


W pociągu poznałam dwie walencjanki, matkę z córką, które jak na rasowe hiszpanki przystało nie mówią słowa w żadnym języku poza własnym. I tak się właśnie ta znajomość zaczęła, bo nie były w stanie kupić sobie biletu. Potem z wdzięczności chciały rozmawiać ze mną całą drogę, a matka przedstawiła mnie całej hispanojęzycznej klienteli pociągu, jako kuriozum podając, że jestem Polką, a gadam po ludzku.


Wśród pasażerów była też przeurocza para, domniemywam, że ojciec z synem. Między sobą korzystali z hiszpańskiego i szybko podsłuchałam, że są z Panamy. Z turystami ze Stanów rozmawiali płynną angielszczyzną, młodszy bez cienia akcentu. Ojciec był panem lat około siedemdziesięciu, z gatunku tych, co chyba tylko w Panamie nie wyginęli, w marynarce, z laseczką, z chusteczką pod szyją, kurtuazyjny wobec kobiet, dowcipny i elokwentny. Na palcu miał sygnet, taki sam, jaki zdobił rękę jego syna. Syn koło czterdziestki, może z małym okładem, przewodnik w tej ich wspólnej wyprawie, cierpliwie słuchał ojca, ale właściwie nie odzywał się niepytany. Wysoki, szpakowaty, z pięknymi dłońmi i twarzą dobrego człowieka. Dobrego, bardzo przystojnego człowieka. Zresztą od razu jak usłyszałam jego hiszpański, zakochałam się na zabój. Czyli na resztę naszej niespełna godzinnej podróży.



Bo potem to ja już miałam ważniejsze sprawy na głowie. Słońce, które pięknie świeciło od kilku godzin postanowiło, że już mu się nie chce, a ja musiałam zdążyć przed deszczem rozstawić namiot. Do campingu było blisko, widok z niego jest na góry i dwa wodospady, w ogóle całe Flåm to pięć na krzyż budynków wokół przystani. Jest też supermarket, do którego poszłam tylko po to chyba, żeby się upewnić, że nie sprzedają tam rzeczy jadalnych.


W życiu nie widziałam kraju, gdzie nic na oko nie nadaje się do konsumpcji. Mięso sprzedają wyłącznie przyprawione i nie wygląda za świeżo. Raz skusiłam się na serek wiejski mimo zawrotnej ceny, ale okazał się ohydny. Bułki kajzerki w cenie 4 zł sztuka są twarde już jak się je kupuje. Są też sałatki. Ja lubię majonez, naprawdę. Ale jak kupuję sałatkę warzywną to niekoniecznie chcę, żeby stanowił 70% jej składu! Po wstępnej eliminacji uznałam za jadalne w Norwegii: płatki Kellogg's i mleko, pasty w tubie ze wszystkiego rybnego (łososia, krewetek, kawioru), kawior, chrupkie pieczywo podobne do macy i niektóre dżemy. To oraz przywiezione z Polski gorące kubki stanowi moje wyżywienie.


Zahaczyłam też o informację turystyczną, żeby zapytać co tu można robić, jak się jest trzy dni. Między innymi pani poleciła mi wycieczkę do wodospadu Brekkefossen, twierdząc, że jest to nietrudna trasa, tylko trochę pod górkę.


-Nie, nie martw się, jest łatwo. Ale masz dobre buty?


-Mam.


-Nie, nie martw się, jest łatwo.


Ja bym się bała nawet spojrzeć na trasę, którą ta pani uważa za trudną.



Wyruszyłam po śniadaniu, żeby zdążyć póki słońce. Po niecałych dwóch kilometrach trasa skręcała w góry i zaczynała się piąć. Nie zrażona błotem szłam. Było coraz bardziej mokro i wąsko. Po pół godzinie upaprana byłam błotem po kolana. Szerokość trasy: 40 cm. Nachylenie: nie wiem, chyba z sześćdziesiąt stopni miejscami. Powoli w głowie zaczęło mi świtać, że wejść to wejść, ale nocować tam przecież nie będę... Kiedy już byłam bliska odwrotu natknęłam się na parę Azjatów schodzących z góry i postanowiłam, że gorsza nie będę. Zresztą odpoczęłam trochę siedząc na kamieniu i patrząc w dół, gdzie otworzył mi się widok na całe Flåm i fiord.


Po kwadransie od spotkania z Azjatami doszłam do polanki z pięknym widokiem na wodospad, ale szlak wiódł wyżej, więc ja też zaczęłam się wspinać. Po stu, może dwustu metrach nie mogłam się już doszukać znaczników na drzewach, więc postanowiłam zejść na polanę, porobić zdjęcia i wracać. I kiedy byłam w trakcie rozstawiania statywu, znikąd pojawiła się dziewczyna, która pozdrowiła mnie, przeszła pewnym krokiem przez polanę i zniknęła na ścieżce, której nie widziałam. A więc to tam się idzie do wodospadu!


Poszłam jej śladem kilka minut później. Co dziwne, mimo, że wyjść trzeba tą samą ścieżką, nie spotkałam jej. Huldra jakaś?...


Droga zrobiła się naprawdę wymagająca. Bez łapania się drzew nie było mowy, żeby iść. Nagle mi się przypomniało, że zapomniałam kupić ubezpieczenie na podróż. Może, jakby co, wezmą w szpitalu nerkę w rozliczeniu?... ;-)


Warto było się męczyć, widok na wodospad wspaniały. Ciężko było ustawić statyw, bo właściwie nie było płaskiej powierzchni, ale ponieważ ja zawsze muszę sobie poradzić, tak też było tym razem. Od sesji fotograficznych oderwały mnie dopiero pierwsze nieśmiałe krople deszczu i postanowiłam się zbierać, zanim rozpada się na dobre.



Droga w dół szła szybciej i była mniej wymagająca kondycyjnie, ale wymagała mocnych mięśni i nie ukrywam, że kilka razy wieszałam się na drzewach, żeby sobie pomóc. Humor poprawił mi mijany skośnooki, który piął się na szczyt z gigantycznym plecakiem i gitarą. Za cholerę nie wiem, po co mu tam ten instrument, no ale może gdzieś z drugiej strony jest inna trasa, o której ja nie wiem i on po prostu szedł dokądś. Tym nie mniej widok stanowił komiczny.


Zanim rozpadało się na dobre doszłam do drogi. Mimo, że cała wyprawa trwała tylko około trzech i pół godziny, wykończyła mnie tak, że postanowiłam, że na dzisiaj basta. Spędziłam popołudnie oglądając filmy i czytając książkę, i dopiero przed szóstą nie wytrzymałam i poszłam na spacer na plażę nad fiordem. Potem obeszłam sklep z pamiątkami (mam już odporność 100% na ten chłam, hurra!) i jeszcze raz supermarket, w którym nadal nic nie ma do jedzenia, za to był przystojny Norweg robiący zakupy, więc zawsze coś. Potem trafiłam do hallu dworcowego, gdzie mogę sobie komfortowo ładować pada i telefon siedząc przy stole i pisząc bloga. I jeszcze w dodatku jest tu względnie ciepło.


Bo powiedzmy sobie szczerze, jak słońce się schowa, to upału nie ma. W nocy koło 10 stopni. Taka temperatura w namiocie zmusiła mnie do założenia skarpet, bielizny termalnej i pidżamy, a w ciągu nocy na to bluzy i jeszcze swetra, a głowę finalnie owinęłam sobie prześcieradłem, żałując, że nie mam wełnianej czapki. Dzisiaj od razu założę na siebie milion warstw. Nie dam się. A jakby ktoś się zastanawiał co mi kupić na imieniny, to wspomnę, że zbieram na prawdziwy śpiwór, taki co to się zabiera w Andy i można w nim spać nawet, gdy temperatury są na minusie. Póki co, muszę spać w tym co mam. Ale dam radę. Dzisiaj w górach naprawdę poczułam, że żyję i że to są udane wakacje.


xxx


Znalazłam patent na noclegi w namiocie. Śpię we wszystkim. Literalnie: bielizna termiczna, skarpety, bluzka z długim rękawem, bluza zapinana pod szyję, bluza z kapturem naciągniętym na głowę, sweter, szalik i do śpiwora, przykryć się narzutą i prześcieradłem. I już prawie nie czuć zimna :-)


Wczoraj rano było piękne słońce, więc postanowiłam nie bacząc na koszty wybrać się na spływ kajakiem po Aurlandsfjord. Poczłapałam na przystań, ale poza panem od kajaków, Asbjørnem, nie było nikogo. Powiedział, że mogę poczekać i jeśli zbierze się co najmniej cztery osoby- popłyniemy. A jak nie, to na popołudnie ma rezerwacje, więc rejs na pewno się odbędzie, to może wtedy. Wyraziłam swoje wątpliwości co do pogody po lunchu, ale powiedział, że to nie ma znaczenia. Mhm, akurat.



Rozmawialiśmy pół godziny, o kajakach, o pierwszym śniegu, który już widać na szczytach gór, o najlepszej porze na wizytę tutaj. Asbjørn mówi, że to właśnie teraz, kiedy liście zaczynają zmieniać kolory, nie ma aż tylu turystów, a słońce jeszcze grzeje.


W końcu stało się jasne, że nikogo nie będzie, umówiliśmy się więc wstępnie na rejs o 15, chociaż zastrzegłam się, że jak będzie lało to nie płynę.


Dla zabicia pięciu godzin postanowiłam pójść na mały spacer do starego centrum Flåm, gdzie znajduje się piękny kościółek z XVII wieku. Idzie się drogą, głównie płaską, po drodze urocze domki, widok na góry, setki owiec dzwoniących dzwoneczkami na szyi. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek i z jednego z budynków wybiegła chmara dzieciaków na przerwę. Pomyślałam sobie, że mają tu takie prawdziwe dzieciństwo, gdzie między lekcjami biega się na boisku, skacze na skakance i chodzi po drzewach, a nie żre chipsy i wymienia się grami na PSP. Wyglądały na naprawdę szczęśliwe.


Słońce świeciło bez opamiętania, więc i kościół - mały, drewniany, z malunkami na ścianach w środku- wyglądał niesamowicie urokliwie. Stoi na małym cmentarzu pełnym kolorowych kwiatów. Przed powrotem odpoczęłam na ławeczce przy płocie i dałam się nastraszyć baranowi, który ni stąd ni zowąd rozbeczał mi się tuż za plecami.


Wróciłam okrężną drogą przez wzgórze, na którym jest farma ekologiczna, i zeszłam stromą ulicą wprost do portu. Cały spacer to jakieś 10 kilometrów, ale nie miałam czasu na więcej, jeśli chciałam zdążyć na rejs.


Cieszyłam się, że będziemy mieć taką piękną pogodę. Wstąpiłam na kemping na gorący kubek i szykowałam się do drogi.


Punkt druga lunął deszcz.


Po długim i burzliwym monologu wewnętrznym postanowiłam jednak płynąć. Asbjørn ucieszył się na mój widok, chyba nie wierzył, że deszcz mnie nie zniechęci. Tym razem było nas kilka osób. Dan i Beth, Amerykanie z Virginii zajmujący się na co dzień sprzedażą ubezpieczeń. Colin, moim zdaniem gej, młody i bardzo sympatyczny, który od razu oświadczył, że jest niezdarą i na pewno wywróci kajak. Margaret, studentka chemii nieorganicznej, typ chłopczycy, żeby nie powiedzieć, że pozbawiona jakichkolwiek elementów kobiecości. Sonia i Borja, małżeństwo z Walencji z ograniczonymi zdolnościami komunikacji po angielsku. No i ja.


Dostaliśmy wodoodporne kurtki, tak zwane spódniczki, żeby woda nie nalewała się do kajaka, wodoszczelne ochraniacze na aparaty i kapoki. Podpisaliśmy oświadczenie, że wiemy, że na kajakach można się utopić, przeszliśmy szkolenie jak się ewakuować kiedy kajak zacznie pływać dnem do góry, ustawiliśmy sobie podpórki pod stopy w odpowiedniej pozycji i już byliśmy gotowi ruszać.


Asbjørn powiedział do mnie i do Margaret, że jedna z nas płynie z nim, a jedna z napewno-wywrócę-kajak Colinem, więc jednym zgrabnym ruchem wrzuciłam swoje rzeczy do kajaka przewodnika.


Po sprawnym wodowaniu byliśmy już na fiordzie. Chyba trochę padało, potem przestawało. Nieważne. Niesamowite przeżycie. Po obu stronach skały, kompletna flauta, siedzi się dosłownie na powierzchni wody. Od czasu do czasu skacze jakaś ryba. Ze względu na Asbjørna mogłam momentami udawać, że wiosłuję i po prostu cieszyć się widokami.


Rozmawialiśmy sporo po drodze. Asbjørn zajmuje się w ciągu roku obozami dla dzieciaków. Zabierają ich w góry i uczą przetrwania, zachowania, pracy zespołowej. Wyjeżdża teraz do Anglii robić magisterkę z dziedziny organizacji takich właśnie imprez. Pisze bloga pod hasłem outdoor life, ale niestety po norwesku. Ma ojca Szkota, matka jest z Norwegii. Mieszka dziesięć godzin na północ stąd, ale jeszcze nie tam, gdzie jest pół roku dnia, a pół roku nocy (to jakiej wielkości jest, cholera, ta Norwegia?! Chyba, że dziesięć godzin piechotą). Właściciel firmy kajakowej zadzwonił do niego w czerwcu zapytać, czy nie przyjechałby na kilka dni na zastępstwo. Spakował się na tych kilka dni i przyjechał. Dalej tu siedzi.


Dopłynęliśmy do zatoczki. Super jest kajakiem wbijać się w plażę, trzeba się maksymalnie rozpędzić i zzzzzziu! jesteś na lądzie. Stamtąd piętnastominutowy spacer do kolejnego wodospadu. Pytałam rano, czy łatwy. Oni chyba mają kłopot z definicją tego pojęcia. Znowu stromo i wąsko. Na ostatnim kawałku musiałam już mieć przerażenie w oczach, bo Asbjørn wziął mnie za rękę i dosłownie doprowadził pod wodospad. Cudny zresztą, rozpryskujący mgiełkę chłodnej wody na nasze spocone od intensywnego podchodzenia twarze.


Po odpowiedniej dawce zdjęć zeszliśmy do kajaków (znowu ze dwa razy potrzebowałam męskiej ręki, ale tym razem nie tylko ja...) i popłynęliśmy dalej. Za zakrętem fiordu, tuż przed miejscowością Aurland, zawróciliśmy. Asbjørn ewidentnie miał dużo energii bo nie opuścił statecznika, pływał slalomem między skałami, wyprzedzał wszystkich i kołysał kajakiem, a przy trudniejszych manewrach dawał mi do zrozumienia, że jak tylko nie będę przeszkadzać, to już wystarczy... Ja to się jednak umiem ustawić! Margaret holowała Colina, który nie mógł zapamiętać, w którą stronę trzyma się wiosło.


Podpłynęliśmy do skałki, na której pasą się kozy. Nauczone, że od tych na kajakach można dostać jabłko albo chociaż skórki z pomarańczy, od razu do nas przybiegły. Meczały i dawały się głaskać po nosie. Ulubienica Asbjørna wsiadła nawet na nasz kajak! Delektowała się owocami i tupała radośnie, a ja się zastanawiałam, jak szczelnie zamknęłam torebkę z aparatem.


I kiedy już miało nie być więcej wydarzeń, wyszło słońce i pojawiły się dwie (!) tęcze. Jedna blada i niewyraźna, druga szeroka, mocna i kolorowa. Zamarliśmy na wodzie. Nagie skały, potem zielone góry, na szczytach śnieg, krystaliczna woda bez jednej fali czy nawet zmarszczki, cztery kajaki, osiem osób, błękit nieba i tęcza. I kompletna, niczym nie zmącona cisza. Tak zwany doskonały moment, który pamięta się latami i wspomina do końca życia. A zdjęcie, które wtedy zrobiłam na pewno skończy jako tapeta w moim komputerze.


Wróciliśmy szczęśliwi, umyliśmy kajaki, wymieniliśmy się adresami mailowymi, żeby poprzesyłać sobie zdjęcia i rozeszliśmy się każde w swoją stronę.


Wtedy poczułam, że nie do końca jestem sucha. Większość wieczoru spędziłam więc w łazience, która ma tę zaletę, że jest bardzo ciepła, i jest w niej krzesło, na którym można poczytać.


Zanim jednak tam trafiłam, postanowiwszy, że nic o konsystencji zupki w proszku nie przejdzie mi przez gardło, zajrzałam najpierw do lokalnej restauracji i browaru, ale ponieważ piwo kosztowało 30 złotych (małe), nie pytałam nawet o cenę dań. Zrezygnowana poszłam do supermarketu i wzięłam z półki jedno z gotowych dań. Wszystko po norwesku. Podeszłam do kasjera:


-Czy w tym jest ryba?


- Nie.


Pierwsza dobra odpowiedź.


- Czy to się po prostu odgrzewa w mikrofalówce?


-Tak.


Kupiłam. Upewniłam się jeszcze na kempingu u właścicielki co do metody podgrzania. W pudełku były trzy torebki: jedna z klopsikami w sosie, druga z ziemniaczkami a trzecia z czymś, co finalnie okazało się być pureé z zielonego groszku. W każdej torebce robi się dziurkę, wkłada do mikrofali, podgrzewa parę minut, i voilà!


Albo byłam bardzo, bardzo głodna, albo to było całkiem niezłe.


No i potem ta łazienka, a kiedy już względnie przeschłam poszłam do namiotu po ładowarkę, bo telefon mi padł, i już tam zostałam, ponieważ padłam ja.


Jako, że bluza z kapturem była mokra, owinęłam głowę szalikiem i usnęłam.


Obudziłam się po szóstej. Podładowałam telefon, który mnie nastraszył, bo dość długo nie chciał się włączyć, sprawdziłam maila na szybko, zjadłam śniadanie. Wykąpałam się, poświęcając na ciepłą wodę 10 koron, ale zimną nie dałabym rady. Zresztą trzeba się myć szybko, bo kiedy kończy się czas rozlega się cichutkie pyknięcie i z kranu zaczyna lecieć absolutnie lodowata woda. Prawie zdążyłam, tylko twarz spłukałam tą zimną, co dobrze jej zrobi, bo budzę się tu codziennie z zapuchniętymi oczyma. Za długo śpię. Nie piję kawy.


Kiedy włosy mi podeschły zwinęłam mokry niestety namiot (nie wiem, czy aż taka rosa była, czy padało jak się kąpałam) i poszłam do portu kupić bilet na prom do Gundvagen. Rozpusta, ale tym sposobem zobaczę trochę więcej fiordu, i wypłynę na drugi, sąsiedni Nærøyfjord, odnogę, a właściwie część słynnego Sognefjord.


W informacji turystycznej natknęłam się na Asbjørna, który wydrukował mi mapę dojścia do hostelu w Bergen, żebym się wieczorem nie zgubiła, sprawdził pogodę i zapisał jakie miejsca warto odwiedzić. Bardzo to wszystko sympatycznie z jego strony.


Do promu miałam ponad dwie godziny, więc usiadłam pisać bloga i podładować komórkę, a tu proszę, patrzę na zegarek i tylko dwadzieścia minut mi zostało. O, i widzę przez okno, że słońce wyszło. No to idę do portu.


Rozdział 4


Bosko było. Prom płynie dwie godziny, pogoda bardziej niż dopisała, w najwęższym miejscu fiord ma zaledwie 250 m szerokości, wije się między górami, co kilkaset metrów są wodospady, woda lazurowa, małe wioski odbijają się w wodzie. Trochę ten opis chaotyczny, ale mam w głowie tyle obrazów, że nie mogę poukładać słów w jakąś sensowną całość. Zdjęć mam milion albo dwa miliony.



Dodałam też kolejną pozycję do listy rzeczy jadalnych. Svele to podobno tradycyjny norweski naleśnik, serwowany na zimno, posmarowany maślano-śmietankową masą. Pycha! Trafił mi się na promie.


Małe sprostowanie: wczoraj kajakami nie dopłynęliśmy tak blisko Aurland jak mi się wydawało. Woda przekłamuje odległości. W ramach zadość uczynienia ciekawostka: maleńkie Aurland produkuje tyle energii, że wystarczyłoby dla połowy Oslo. Jak? Woda. Wodospady. Turbin nie widać, bo schowane są wewnątrz gór. Nie muszę dodawać, że to najbogatsza dziura w okolicy?


A propos dziur, dopłynęłam dziś do Gudvangen i zamiast jak normalny człowiek od razu wsiąść w autobus do Flåm, to sobie wymyśliłam, że pozwiedzam nie wiem co i wsiądę w następny, który według wywieszki przy promie miał być po trzech kwadransach. Oczywiście rzeczona wywieszka nie miała nic wspólnego z rzeczywistością i w efekcie lekko zdesperowana czekałam na autobus dwie godziny.



Już byłam o krok od jechania stopem, bo 20 km przez tunel nie będę szła, kiedy na przystanku pojawili się ludzie, dając mi nową nadzieję, że jednak jakiś transport się pojawi. Ostatnie pół godziny rozmawiałam z parą z USA, i nie mogę dojść czy to było małżeństwo czy to jednak nie możliwe. Ona wyglądała na starszą, ale nie na tyle, żeby być jego matką, ale nie o wiek mi chodzi. On przystojny, wysoki, szpakowaty, naprawdę niezłe ciacho. Ona: koszmar. Niezgrabna, zaniedbana, źle ubrana i na dodatek z frotką na lichym kucyku. Bardzo mili oboje, ale pasują do siebie jak kwiatek do kożucha. Z czego to nie ona jest tym kwiatkiem, niestety ;-)


Było nie było, zgadało się, że on mieszkał kiedyś kilka miesięcy w Warszawie, a teraz też jadą do Polski, więc poudzielałam im dobrych rad i zaraz znikąd pojawił się autobus. Droga powrotna nie obfitowała w emocje, ponieważ w całości przebiegała tunelem, z jedną kilkunastosekundową przerwą. Za to oczywiście nie zdążyłam na przedostatnią Flåmsbanę i teraz na przesiadkę w Myrdal mam 7 minut. Jak się coś obsunie, to będę w tak zwanej czarnej dupie, bo późniejszych pociągów do Bergen brak.


xxx


No i się obsunęło, ale się udało i tak. Pociąg z Flåm wyruszył z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale zrobili wersję skróconą, bez dłuższych postojów, bez opowiadania po drodze legend i historii. Mam nadzieję, że wszyscy jechali tą trasą po raz drugi, bo nie umywało się to do mojego pierwszego przejazdu.


Za to na pociąg do Bergen zdążyłam. I spodobał mi się szalenie, ponieważ oferował darmowe WiFi, więc dwie godziny minęły w oka mgnieniu.


W Bergen już od samej stacji było ślicznie, nie mówiąc o jeziorku, ale patrzyłam po zmroku, więc może z zachwytami poczekam do jutra. Hostel znalazłam, mimo rozbieżności opinii mojej, Asbjørna i iPhone'a w kwestii trasy. Ma wszystko to, co lubię: duży pokój wspólny, zamykane szafki, internet za darmo, świetnie wyposażoną kuchnię i DARMOWE prysznice. Jedyny hardcore to sala sypialna: sama tak chciałam, ale zobaczyć na własne oczy pokój z 34 łóżkami- bezcenne :-) Wygląda trochę jak sala gimnastyczna w szkole zamieniona na sypialnię. A ja myślałam, że dwunastka w Harlemie to było coś...


Rozdział 5


Z rozpędu wczoraj nie napisałam, że przy wchodzeniu do hostelu miałam małą przygodę. Ponieważ pani z recepcji uznała, że będę późno, przysłała mi mailem wytyczne jak wejść. Kody do pierwszych drzwi, drugich, do sejfu. W sejfie miała być koperta z moim nazwiskiem i klucz. Wchodzę, wszystko idzie gładko, sejf się otwiera... Pusty! Przysięgam, serce mi stanęło. Okazało się, że recepcjonistka jeszcze nie wyszła i wszystko czekało na mnie na górze. Uff.


Ponieważ nasza sala sypialna jest na parterze i nie ma okien, spałam jak zabita. O zgrozo, obudziłam się dopiero przed dziesiątą! Wykąpałam się (za darmo, za to woda ledwo letnia, a ja kocham te moje niezdrowe, gorące, długie poranne prysznice!) i wyszłam do supermarketu po pieczywo. Mieli nawet całkiem zjadliwe bułki, oczywiście bez porównania do polskiego pieczywa, więc zrobiłam sobie prawdziwe kanapki, z pastą kawiorową i z dżemem. I do tego w kuchni znalazłam darmową kawę!


Z kawą to jest osobna historia. Ja zwykle wypijam koło pięciu, sześciu kaw dziennie, porządnych, z ekspresu ciśnieniowego. Rozpuszczalną się brzydzę. Kiedy wyjeżdżam na wakacje, staram się ograniczyć do jednej kawy dziennie, nawet często przelewowej. Natomiast tutaj kawy nie piję. Dlaczego? Nie ma tu Starbucks'a ani innej znanej mi sieci, co do jakości której mogę być pewna. Widzę, że w wielu kawiarniach podają kawę z automatu, która jest tak samo pyszna jak za przeproszeniem u mnie w pracy. A skoro już mam zapłacić za kawę 30 złotych, to niech mi ona, do cholery, chociaż smakuje! I tak mija dzień po dniu, głód kofeinowy rośnie, a dzisiaj wchodzę do kuchni i patrzę: kawa! Przez jedną piękną chwilę myślałam, że normalna i zrobię sobie plujkę, ale jak się okazało, że rozpuszczalna, to i tak postanowiłam spróbować. Zrobiłam roztwór nasycony z wody i tego proszku o aromacie podobnym do kawy, i jakoś dało się wypić.


Podobno Norwegowie piją najwięcej kawy na świecie. To znaczy, że gdzieś ta dobra kawa musi być. Dziś albo jutro poszukam dobrej kawiarni.


Rozdział 6


Dzień zaliczam do udanych, acz leniwych.


W pierwszej kolejności wjechałam kolejką na górę, żeby podziwiać panoramę miasta. Było ładnie, ale chyba się robię zblazowana, bo aż tak mnie to nie poruszyło. Zrobiłam sobie zdjęcie na placu zabaw z trollem i trochę ze skąpstwa, a trochę z potrzeby ruchu postanowiłam wrócić na dół piechotą.



I to mi się dopiero podobało. Droga śliczna, przez las, a że jest sobota- pełna miejscowych. Spacerują, wyprowadzają psy na zasłużone wybieganie po tygodniu siedzenia w małym mieszkaniu, biegają. Zwłaszcza ci ostatni mi imponują, bo ja w dół szłam godzinę, a niektórzy biegli w przeciwnym kierunku. Parę ładnych mil stromo w górę. Nieźle. Co prawda jedna dziewczyna na górze stała trzymając się ławki, i wyglądało, że lada chwila będzie zrzucać płuca, ale i tak chapeau bas!


Leśna ścieżka doprowadziła mnie do brukowanych uliczek i tradycyjnych drewnianych domów. Zajrzałam do jednej kawiarni, ale odstraszył mnie tłum, jak się poniewczasie okazało, niesłusznie, bo jest to miejsce, które od lat wygrywa w konkursie na najlepszą kawę w Norwegii. Jutro oczywiście będzie zamknięte, bo jak powszechnie wiadomo w tym kraju w niedzielę Ziemia przestaje się kręcić.



Ponieważ czułam się podziębiona i wyładował mi się aparat, wróciłam na chwilę do hostelu i zapadłam się w książkę, także na drugą turę zwiedzania wyszłam dopiero koło czwartej.


Jako, że urodziłam się pod szczęśliwą gwiazdą, w ten weekend w Bergen odbywa się festiwal lokalnych produktów żywnościowych. Licząc na darmową wyżerkę oczywiście tam poszłam, i kilkukrotnie złamałam zasadę, żeby nie jeść czegoś, czego nie potrafię nazwać. Próbowałam łososia na sto sposobów, ekologicznych miodów, organicznych chlebów, pasztetu z pstrąga o wdzięcznej nazwie Cold Cat, kiełbasy z renifera, jogurtów w różnych smakach, serków na mini kanapeczkach, sera koziego, łącznie z tym słynnym ciemnobrązowym (przygotowuje się go gotując kilkanaście godzin, co doprowadza do skarmelizowania zawartego w mleku cukru i nadaje mu ten specyficzny kolor) oraz kilku rodzajów salami.


Rozochocona wróciłam przez targ rybny, gdzie na stoisku z kawiorem pracowała dziewczyna z Polski, więc dopchnęłam jeszcze jego sześć próbek do i tak pełnego już żołądka.


Targ rybny to raj dla miłośników owoców morza. Są homary, langusty, raki, szaszłyki z ryb i krewetek, można coś zjeść na miejscu. Ale mój strusi żołądek pokazał żółtą kartkę, więc postanowiłam nie przeginać.


Przespacerowałam się jeszcze na drugi koniec miasta popodziwiać architekturę i zrobić rekonesans w kwestii kolacji. Wszyscy zachwalali Pingvinen, ale po przeczytaniu menu nic nie wpadło mi w oko, za to w Zupperii po przeciwnej stronie mieli tanią lasagne, więc zachowałam to w pamięci jako opcję i wróciłam polenić się przy filmach (w końcu jestem na wakacjach).


Koło dziewiątej zaczęłam zastanawiać się co z tym obiadem. W odwodzie mam pod nosem czynny do 22 supermarket Bonnpris, na pewno mają jakieś gotowce. Nie wiedziałam, czy chce mi się jeść, czy chce mi się gotować albo chociaż podgrzewać. Chodził mi po głowie nasz tekst z Berlina: "Chodźmy na kebsa i miejmy to z głowy" ;-) W końcu wyszłam do supermarketu, ale doszłam do Zupperii, po drodze jednakże konstatując, że nie po to nie pojechałam do Włoch, żeby jeść lasagne. Dołożyłam więc do rachunku 28 koron i zdecydowałam się na królewskie krewetki smażone w sezamie z ryżem i sałatą oraz słodko-ostrym sosem. Były pyszne. Co prawda miałam ochotę na coś z renifera, ale była tylko Rudolfsuppe i po prostu nie miałam serca...


Krewetki, kawior i łosoś są tu w knajpach w podobnej cenie jak w Polsce, z tą wszakże różnicą, że cała reszta jest droższa, a nie jak u nas- tańsza. Tym samym jest to najlepszy moment, żeby się tych pyszności najeść. Zamówiłam do tego kieliszek białego, rozczarowującego w smaku wina.


Nieusatysfakcjonowana tym małym kieliszkiem, postanowiłam wpaść jeszcze gdzieś na drugi (jak rozpusta, to rozpusta), jako jedyne kryterium przyjmując, że barman musi być przystojny. Ponieważ pogoda skończyła się koło 20.00, to im mocniej padało, tym lepiej barmani prezentowali się na skali. Stanęło w końcu na Dubliner Pub i winie czerwonym równie słabym jak białe, oraz znoszeniu niewyszukanych podrywów podpitych Norwegów. Posiedziałam z pół godziny i wróciłam do domu.


Kto nigdy nie mieszkał w hostelu nie zrozumie, jaki to luksus trafić łazienkę zupełnie pustą. Można powolutku i bez skrępowania dokonać wszelkich czynności higieniczno-upiększających, a i woda, jak się okazało, o tej mało popularnej porze jest gorąca. W ogóle to już rano ubawiło mnie, że między prysznicami owszem są przepierzenia, ale co drugie stanowisko. Także przy pełnym obłożeniu łazienki integracja jest bardzo daleko posunięta...


Wykąpana i pachnąca przyszłam do pokoju telewizyjnego. Spojrzałam w kalendarz i doliczyłam się, że w Stavanger będę miała nie trzy, a dwie noce, trzeba więc będzie zagęszczać ruchy. W dodatku pociąg mam o 6 rano, więc ta ostatnia noc to chyba jednak nie w namiocie, bo żeby się zwinąć, musiałabym chyba wstać o czwartej. Nie wiem, czy w ogóle nie olać tematu i nie pojechać na noc pociągiem, co może wyjść taniej niż nocleg w mieście, wtedy będę jeszcze miała pół dnia w Oslo. Ale już nie zanudzam. Samo wyjdzie w praniu.


Póki co miałam czytać, a piszę bloga. Ot, uzależnienie.


Rozdział 7


Niedziela w Bergen upłynęła pod znakiem deszczu. Kiedy się przejaśniało, wyskakiwałam na spacer. Hostel był w samym centrum, więc wychodzenie i powroty nie stanowiły problemu.


Poszwędałam się po Bryggen podziwiając drewniane domki i sfotografowałam głowę łosia. Przechodząc przez stoiska targów spożywczych, zastanawiałam się, czy nie kupić kawałka tego ich sera, ale doszłam do wniosku, że może to być specyfik z gatunku tych co to pyszne na wakacjach, a nie nadają się do przełknięcia w domu. Jak mielonka i Mazury.


Udało mi się wypić kawę w -o dziwo, otwartej- mistrzowskiej kawiarence. Rzeczywiście przepyszna! Podziwiałam jak barmanka sprawnym ruchem dłoni nalewa mleko w taki sposób, że tworzy wzorek na powierzchni filiżanki. Muszę poćwiczyć jak wrócę do domu.


Spacerem przeszłam obok kościoła z XII w (zamkniętego) i katedry (ku mojemu zdumieniu również zamkniętej, choć ze środka dobiegały głosy muzyków ćwiczących przed wieczornym koncertem). Stamtąd powędrowałam nad jeziorko, gdzie dogonił mnie deszcz. Schowałam się więc pod drzewem i obserwowałam ptaki (tak, ja, tak, ptaki, tak, z bliska). Na płotku przy trawniku w równych odstępach siedziały gołębie. Na trawie bez wyraźnego porządku ułożyły się kaczki. A nad tym wszystkim krążyły mewy. Stan rzeczy burzyli tylko przypadkowi przechodnie, rzucający od czasu do czasu kawałek chleba na chodnik. Wtedy zaczynało się piekło, walka o pokarm. Uśmiałam się patrząc jak dzielna kaczka z całych sił machając skrzydłami próbuje uciec z kromką pieczywa. Musiała jednak skapitulować przed stadem rozwrzeszczanych mew, które próbowały otoczyć ją w powietrzu.


Schowałam się jeszcze na chwilę w ukwieconej altance nad brzegiem, a kiedy deszcz ustał, poszłam na lunch na targ rybny. Ciasta z ryb nie smakowały mi już tak, jak poprzedniego dnia, a krewetki i kalmary też mnie nie zachwyciły. Wcale też nie wyszło tak tanio, więc w sumie trzeba było sobie odpuścić.


W Bonnpris kupiłam żółty ser do kanapek, i chciałam dokupić w piekarni bułeczki, ale cena 18 koron za sztukę przekonała mnie szybciutko do pogardliwie miniętego wcześniej 7Eleven. Tam za dwie korony więcej można kupić trzy kajzerki, jak się okazało później równie smaczne, co większość jedzenia w tym kraju...


Popołudniowy deszcz przeczekałam we wspólnej sali, czytając, surfując w sieci i oglądając filmy. Byłoby jeszcze milej, gdyby grupa Hiszpanów trzeci dzień z rzędu nie kłóciła się tam o wyższość Barçy nad Realem, albo na odwrót. Wiedziałam, że nie mogę się przyznać, że ich rozumiem, bo się nie odczepią, ale kilka razy parsknęłam śmiechem. Co prawda udawałam, że to szalenie zabawny fragment książki mnie tak nastraja, ale jeden z chłopaków zaczął coś podejrzewać i bacznie mnie obserwował.


Przepakowałam plecak po raz setny i w miarę wcześnie poszłam spać, bo dzisiaj o 7:30 czekał na mnie statek do Stavanger. Nie mogę uwierzyć, że to mój ostatni norweski przystanek. Bergen leży na granicy mórz Norweskiego i Północnego, my popłynęliśmy na południe tym drugim. Nie był to prom, raczej duża pasażerska motorówka. Przy wejściu na pokład steward podetknął mi pod nos jakieś urządzenie przypominające na oko alkomat. Kazał się przedstawić i powiedzieć dokąd płynę. Rozumiem, że to taka morska wersja czarnej skrzynki, na wypadek gdyby miały nas pochłonąć otchłanie.


Statek płynął szybko i momentami bardzo skakał na falach, co dla mnie stanowiło dodatkową atrakcję. Za oknem małe, skalne, porośnięte drzewami wysepki. Sprawdziłam maila, przejrzałam Facebooka, a potem zaczęłam czytać Starego człowieka i morze. Kiedy Santiago walczył z merlinem drugi dzień- usnęłam.


Obudziłam się w Stavanger, które nie wyróżnia się niczym szczególnym poza urokliwymi brukowanymi uliczkami i przepiękną katedrą. Niestety, deszcz padał, co niwelowało przyjemność zwiedzania. Poza tym uznałam, że 60 koron za przechowanie plecaka dwie godziny to delikatnie mówiąc lekka przesada, i w końcu zwiedzałam z całym ekwipunkiem.


Pani w informacji nie zyskała sobie mojej przychylności, ponieważ jak dowiedziała się, że jadę na Preikestolen, a nie wiedziała, że będę nocować w górach w schronisku (większość ludzi traktuje tę wycieczkę jako jednodniowy wypad), to nie raczyła nawet zasugerować, że może trochę za późno na taką trasę. Okazało się też, że nocne autobusy jeżdżą tylko w weekendy, co pogrzebało moje szanse nocowania jutro na kempingu i zdążenia na pociąg do Oslo na 6:03 rano. Przeliczywszy ceny lokum w centrum albo taksówki z biwaku, zdecydowałam, że najtaniej wychodzi wyrzucić ten bilet i pojechać poprzednim pociągiem, na noc. Niestety nie był już w tak dobrej cenie, ale i tak dostałam go jeszcze w promocji, za jedną trzecią ceny regularnej. Poprzedni oddałam pani w kasie NSB, żeby zrobiła komuś miły prezent.


Ze względu na pogodę zwiedzanie starówki zostawiłam na jutrzejszy wieczór, tak samo jak zakup koralika o kształcie Wikinga do mojej Pandôry. Poszłam z powrotem do portu i popłynęłam do Tau, skąd autobusem dojechałam do Preikestolen.


Od razu jak zeszłam z pokładu zrobiło mi się lepiej. Mocną stroną Norwegii nie są miasta, tylko natura. Kiedy autobus wspinał się w góry (o tej porze, w tym kierunku, byłam jedyną pasażerką), ja uśmiechałam się od ucha do ucha.


Schronisko jest z pewnością najpiękniejszym, w jakim zdarzyło mi się mieszkać. Złożone z kilku małych domków w wiejskim stylu, z niskimi sufitami i drewnianymi meblami, przytulną kuchnią z dużym stołem, otoczone górami stoi nad brzegiem uroczego jeziora.


Pokój dzielę z dwiema Hiszpankami.


Pogoda jest pod psem i wieje, jakby się góral powiesił, ale wierzę, że na jutrzejszą wspinaczkę chociaż trochę się przetrze. Dzisiaj też, nie bacząc na aurę, zrobię kółeczko po okolicy. Ale potem wcześnie spać, bo jutro ważny, ciężki i pełen wyzwań dzień.


Po południu poznałam moje współlokatorki, dwie Hiszpanki, i wieczór spędziłyśmy razem. Amaia i Izaskun są z Baskonii, z Vitorii, przyjechały na wakacje. Upichciłyśmy kolację (ich gorący kubek kurczakowy plus mój serowy plus znaleziona puszka tuńczyka - wyszło cudownie!) i gadałyśmy do Bóg wie której.


Potem do kuchni dołączyła grupka trzech Belgów, średnia wieku 20 lat, Izaskun zaświeciły się oczy, chłopcy rzeczywiście ładni. Jak już my się odezwałyśmy pierwsze, to odważyli się zapytać skąd my trzy się znamy, bo rozmawiamy po hiszpańsku, a ja podobno nie wyglądam... ;-)


Około północy poszłyśmy spać. Nastawiłam budzik na ósmą, żeby mieć dużo czasu na wejście na Preikestolen.


Preikestolen, czyli Pulpit Rock, czyli ambona, to ponad 600-metrowy klif spadający pionowo do Lysefjordu. Na górze jest charakterystyczna w kształcie półka skalna, z której można podziwiać widoki. Trasa ze schroniska ma nieco ponad 3.5 km, ale idzie się dwie godziny. Po drodze mija się łąki, lasy, wodospady, piękne jezioro, w którym przy sprzyjającej aurze można się kąpać, a prawie całą trasę upiększają zapierające dech w piersiach widoki.


Budzik zadzwonił, zerwałam się z łóżka, spojrzałam za okno i wróciłam spać.


Koło dziewiątej postanowiłam jednak nie przegapić śniadania, spakowałam się i ubrałam, i poszłam na górę do restauracji hotelowej. Cały budynek kojarzył mi się z The Great Northern (kto pamięta Twin Peaks?), te drewniane ściany, położenie na wzgórzu, widok na jezioro. Śniadanie też im się udało, szwedzki stół z wędlinami i serami, jajka, płatki, soki, kawa... Najadłam się pierwszy raz od tygodnia.


Deszcz dalej padał, ale jakby lżej, więc postanowiłam dać trasie szansę i kwadrans po dziesiątej ruszyłam pod górę. Najpierw było bardzo stromo, potem mniej, ale kamieniście, potem trzeba było przejść nad potokiem, ale taka byłam z siebie dumna, że sobie świetnie radzę. Z powodu kilkunastogodzinnego deszczu rzeki wezbrały i zalało mostki, idąc za przykładem pana przede mną zdjęłam więc buty żeby pokonać głęboką kałużę. Szybko przeszłam pierwsze półtora kilometra i wydawało mi się, że już mam najgorsze za sobą.


Nic bardziej mylnego.


Im wyżej, tym mocniej wiało i padało. Deszcz zamienił trasę w rwące potoki i wodospady, trzeba było iść bokiem. Poza tym trasa to chyba nie najlepsze określenie, bo to nie jest ścieżka, tylko usypane głazy, po których trzeba się wspinać. Raz nie dałabym rady, spotkany po drodze Latynos musiał podać mi rękę. Robiło się coraz mniej wesoło, ale szłam.


Na początku trzeciego kilometra robi się płasko, pod stopami lita skała, ale wiatr wiał taki, że ledwo można było ustać na nogach. Podeszła do mnie dziewczyna, która też szła sama, a ponieważ miała rodzime rysy twarzy postanowiłam zapytać skąd jest i nie pomyliłam się. Polka. Dalej poszłyśmy razem.


I dzięki Bogu, bo już zaraz był strumień, którego nie dało się pokonać w pojedynkę. Dalej było ciężej i ciężej, Karolinie przemokły buty, a jeden nawet wessał jej się w błoto i spadł z nogi. Ostatni odcinek to kilka przejść po półkach skalnych, z brzuchem opartym o górę i nadzieją, że nie zwieje cię na dół.


I w końcu jesteśmy, ambona. Widoczność: zero. Trochę rozczarowujące oczywiście, ale i tak miałam poczucie wygranej: z pogodą, ze sobą. I podeszłam do brzegu, czego pewnie bym nie zrobiła widząc jak daleko jest w dół... Było to też trochę ekscytujące, patrzeć w tę nieprzeniknioną mgłę...



Chciałam czekać czy się nie przetrze, ale Karolina wybiła mi to z głowy, jako, że właśnie zaczynał się grad. Obiecałam sobie w duchu wrócić w lepszą pogodę (i to już wiosną, mam nadzieję) i zaczęłyśmy schodzić.



Zacinało tak, że byłyśmy kompletnie mokre. Karolinie zalało też doszczętnie aparat. Na jakimś etapie nalało mi się wody w buty, co było niejakim ułatwieniem, bo nie musiałam już omijać strumieni, mogłam iść przez ich środek. Karola kilka razy upadła i zbiła sobie pośladek. Wiało niemiłosiernie. Wypatrywałyśmy czerwonych T znaczących trasę. Głaz po głazie walczyłyśmy o życie: żeby się nie poślizgnąć, nie potknąć. Z dużych kamieni zjeżdżałyśmy na tyłku, trzymałyśmy się drzew, kawałki trasy pokonywałyśmy w kucki. Trzy godziny w górę, trzy w dół. Bez odpoczynku, bo gdzie tu się schronić? Śmiem twierdzić, że tylko w Norwegii taka trasa jest uznana za turystyczno-spacerową. W Polsce na przykład jest autostrada do Morskiego Oka...



Kiedy chwilę po 16 doszłyśmy do schroniska, nie wierzyłyśmy we własne szczęście.


Karolina nie miała nic na zmianę, kupiła więc polarową bluzę, o pięć rozmiarów za dużą. Po kolei wykąpałyśmy się, ja założyłam suche ubrania, ona nowy polar i reklamówki na stopy, żeby nie marznąć od przemokniętych butów. Poszłyśmy do kuchni, napiłyśmy się kawy i poznałyśmy Thomasa, bardzo sympatycznego Norwega. Czas upłynął szybko i trzeba było biec na ostatni autobus.


Karolina nie mogła wytrzymać w mokrych spodniach i chciała kupić jakieś legginsy w supermarkecie w Stavanger. Kiedy jechałyśmy na prom do Tau jako jedyne pasażerki, rozmawiałyśmy z kierowcą, który okazał się być miłośnikiem Polski: jeździ tam na wakacje co najmniej trzy razy w roku. Kiedy usłyszał o naszych problemach z suchą odzieżą, zrobił coś niesamowitego: skręcił z trasy, podjechał na parking Remy 1000, powiedział Karoli, żeby spokojnie kupiła co tam chce, on poczeka, bo to i tak ostatni kurs. Nie wierząc we własne szczęście, poleciała i po jakimś czasie wróciła z legginsami.


Najzabawniejsze, że z autobusami skorelowane są promy, więc czekali na nas w porcie... Podziękowałyśmy kierowcy, pobiegłyśmy na pokład i za trzy kwadranse byłyśmy w Stavanger.


Deszcz znowu się rozszalał, więc usiadłyśmy w kawiarnianym ogródku na lampkę wina i długą rozmowę o podróżach, życiu, domu, związkach i rodzinie. Zauważyłyśmy, że w Norwegii właściwie nie ma kobiet w pubach, tylko grupki mężczyzn. Po zmroku, kiedy przestało padać, poszłyśmy na spacer na starówkę, pełną uroczych białych domków. Zaglądałyśmy przez okna i widziałyśmy kilka razy bardzo tradycyjne, drewniane umeblowanie. W innych już królowała współczesność i Ikea. Ulice z pięknymi latarniami ustrojone były kwiatami.


Do stacji doszłyśmy z godzinnym wyprzedzeniem (okazało się, że ja, Karolina, Amaia i Izaskun wszystkie jedziemy tym samym pociągiem, tym samym wagonem, o dwa-trzy miejsca od siebie... niewiarygodny zbieg okoliczności!), akurat takim, żeby zjeść hotdoga lub kanapkę. Pociąg podstawiono punktualnie, NSB na nocnych trasach rozdaje zestaw: kocyk, zatyczki do uszu, pompowana poduszka i maseczka na oczy. Użyłam wszystkiego poza zatyczkami, a że w nocy było zimno, wyciągnęłam śpiwór z plecaka i w końcu usnęłam, nie w najwygodniejszej pozycji jednak i co chwila się budziłam i przekładałam z boku na bok.


7:20 powitała mnie znana stacja Oslo Sentralstasjon.


Wyszukałam w internecie miejsce odpowiadające moim obecnym potrzebom: kawiarnia, gdzie dają śniadanie i mają darmowy internet oraz mechaniczne suszarki do ubrań, bo wszystko z wczorajszej wyprawy mokre gnije w plecaku. Café Laundromat. Niedaleko uniwersytetu, bardzo ładna część miasta. Miało być trzy kilometry, ale chyba chodziłam w kółko, bo szłam prawie godzinę. Wrzuciłam mokre ciuchy na suszenie, umyłam zęby w łazience i nałożyłam makijaż, spakowałam od nowa plecak. Tylko buty nadal mokre, bo do suszary ich przecież nie wrzucę...Zamówiłam kawę i dwa naleśniki z syropem klonowym na śniadanie, podłączyłam komórkę do kontaktu i rozsiadłam się w fotelu obok półek z książkami. Cudne miejsce.



Zaraz ruszam z powrotem do centrum, porzucę bagaż w jakimś hotelu i poszwędam się po mieście. Dzisiaj jak na złość pogoda prześliczna. A koło czwartej wsiadam w pociąg do Sztokholmu.


xxx



Bez problemu, choć z lekkim wahaniem, miła dziewczyna z hotelu obok stacji zgodziła się, żebym zostawiła plecak. Na prawdę chciałam już się od niego uwolnić, zwłaszcza po wizycie w sklepie jubilerskim, gdzie kupowałam małego Wikinga na moją bransoletkę Pandory, na pamiątkę. W sklepie pełnym szklanych witryn zdjąć i założyć tego kolosa, a nic nie potłuc- akrobacja.



Uwolniona od ciężaru poszłam spacerem przez znane i nieznane uliczki, szukając miejsca na dobrą kawę. Nie znalazłam. Poszwędałam się po sklepach, licząc w duchu, że Cubus i Kappahl w Polsce będą miały tę samą kolekcję, bo kilka fajnych ciuszków upatrzyłam. Na koniec za ostatnie korony kupiłam dwa cheeseburgery w Burger Kingu i jedząc surfowałam po sieci. Czas minął szybko, odebrałam plecak, znalazłam swój peron i wkrótce w rytm miarowego stukotu jechałam na wschód.



Kolej szwedzka od norweskiej różni się tym, że nie ma WiFi, za to ma kontakty, naładowałam więc co się dało i zmęczona usnęłam.



Przebudziłam się w samą porę, aby usłyszeć jak konduktor mówi, że właśnie wyjechaliśmy z Norwegii.


niedziela, 27 lutego 2011

West Coast USA (luty 2011)

West Coast USA

12.02

To jest bardzo długi dzień…

Skoro samolot miałam mieć o 6.50 rano, pomyślałam, że nie warto się kłaść. Miałam taką idealistyczną wizję nocy, w ciągu której się pakuję, szykuję, sprzątam mieszkanie, żeby było miło do niego wrócić (i tak zawsze jest, ale…). Plątały mi się po głowie myśli o depilacji, epilacji, eksfoliacji, mani- i pedikiurze, ułożonych włosach i nasmarowanym balsamem ciele.

Nie wiedzieć czemu okazało się to awykonalne.

Do drugiej w nocy spędziłam czas (uroczo) na plotkach z przyjaciółką, a potem usiadłam do komputera, drukować bilety, rezerwacje, zgrywać na pendrajwera –jak mawia mój szwagier- filmy, które chcę zabrać. O trzeciej podjęłam decyzję o zabraniu netbooka, więc zaczęłam przegrywać wszystko w drugą stronę. Jeszcze mały problem z drukarką, ze znalezieniem kilku plików i już widać było, że czas się kurczy i pora zagęszczać ruchy.

Koniec końców wrzuciłam do walizki, co się nawinęło (a nie nawinęła się na ten przykład kłódka do szafki, więc musiałam tu kupić kolejną; zrobiła się tych kłódek już cała kolekcja…..), obcięłam paznokcie na krótko, wzięłam prysznic i z wilgotnymi jeszcze włosami dwadzieścia po piątej wsiadłam do taksówki.

W między czasie nastała sroga zima, i taksówkarz wlókł się tak niemiłosiernie, że pewnie gdybym z rozpędu na śledzia na walizce jechała na Okęcie –o przepraszam, lotnisko im. Fryderyka Chopina ;-) – byłabym szybciej.

Szybciej też byłoby się odprawić przez internet, ale jakoś nie miałam zaufania, że nie wyślę walizki na Madagaskar. No to za karę odstałam prawie godzinę do odprawy (sic!). Ubawiłam się trochę panem w butach EMU (tak, PANEM w butach EMU: idiotyczny widok), który ważył pojedynczo swoje spodnie, żeby zobaczyć ile musi wyjąć z walizki, żeby nie zapłacić za nadbagaż. Później nawarczałam na panią, która z baranim uporem stawała pięć centymetrów za mną: ja się odsuwam, ona do mnie. W końcu powiedziałam, że robię to po to, żeby nie wisiała mi na plecach. Opanowała się. W końcu przyszła moja kolej na odprawę. Chciałam miejsce przy oknie, ale pan mnie wyśmiał. Przy oknie rozeszły się podobno przez internet. Miał mnie posadzić od przejścia, ale kretyn jeden, żeby go wykręciło, posadził mnie na długi lot w samym środku. No nic, czas do samolotu. Bramki dopadłam z włosem rozwianym, ale na czas.

Po drodze potknęłam się o Wojciecha Maternę, do którego po chwili dołączyli państwo Lis, Tomek rozbawiony i skrzący żarcikami, Hania z miną wielce nieszczęśliwą. Chyba nie jest rannym ptaszkiem. Muszę przyznać, że parę stanowią wizualnie bardzo ładną.

Lot do Amsterdamu przespałam, z przerwą na zjedzenie czegoś, na czym było napisane SANDWICH, wywnioskowałam więc, że kanapka, bo po smaku się nie dało. Sprawna przesiadka i po jedenastej leciałam już w stronę USA.

Lot nie był udany. O miejscu już wspominałam, wygodnie nie było, okna w ogóle nie widać z tej odległości, gorąco jak w piekle. Pospałam dwie godziny, obejrzałam dwa filmy. Chciałam spaghetti na obiad, ale oczywiście pan przede mną wziął ostatnie, skazując mnie na kurczakowe tajin. Wino było przynajmniej w rozsądnych ilościach.

Poobserwowałam sobie pasażerów, firma Apple króluje. Ciężko było znaleźć kogoś nie wpatrzonego w iPada, i Poda, iPhone’a lub Mac Booka… Poza tym w czterech językach czytano Jedz, módl się, kochaj. Reszta spała.

Jedenaście godzin to dużo. Wylądowaliśmy na czas, straż graniczna to jak zwykle sami Latynosi i azjaci, co dla mnie za każdym razem jest wyrazem ironii. Sami są tu od pięciu minut, a decydują kto może, a kto nie może wjechać do kraju. Pani o nazwisku Gonzales przepytała mnie ze śmiertelnie poważną miną co tu robię, dlaczego, czy sama, gdzie jadę, czym się zajmuję w Polsce, kiedy ostatnio byłam w Stanach i jak długo, co moim zdaniem było głupie i tendencyjne, bo założę się, że od razu wyświetliło jej się to na monitorze, a ja musiałam bardzo wysilać pamięć. Na koniec konspiracyjnym szeptem zapytała ile mam gotówki, zrobiła mi zdjęcie, zdjęła odciski palców i przystawiła upragnioną pieczątkę w paszporcie.

„San Francisco na lewo” – powiedział pan za odbiorem bagażu. Minęłam szklane drzwi i znalazłam się w innym świecie. Słońce, ciepło, palmy, góry. Żeby się nie rozpuścić, szybko się przebrałam, bez trudu znalazłam kolej BART i w pół godziny byłam w centrum.

No nareszcie! Pojawiło się miasto, które może być konkurencją dla Nowego Jorku. San Francisco jest przepiękne! Architektura, stare tramwaje, ulice które pną się w górę tylko po to, żeby za następnym zakrętem zbiec pionowo w dół. Idąc do hostelu mijałam wszystkie ukochane sklepy: GAP, Apple, Banana Republic, oraz te, o których mogę tylko pomarzyć, jak Luis Vuitton, Dior, Fendi.

Sprawnie zameldowałam się w hostelu, który robi świetne wrażenie i poszłam zwiedzić Union Square. Czyli –umówmy się – sklepy. Na początek Bloomingdales. Jimmy Choo. Najtańsze baleriny - $530. Buty, które podobały by się mojej Mamie (i kiedyś jej takie kupię) – 650. Torebka Marc Jacobs - $300. Dużo fajnych rzeczy, na szczęście nauczyłam się nie nosić ze sobą karty ;-) Poszłam dalej, do Adidasa, sprawdziłam cenę Superstars, bo moje szesnastoletnie (!) zasługują już na emeryturę. Oddałam się nałogowi picia Vitamin Water, za którym przepadam. W końcu kupiłam sobie tunikę na Powell Street, żeby nie czuć się poszkodowaną, i usiadłam w Starbucksie rozplanować resztę dnia. Po przestudiowaniu mapy ustaliłam, że przejdę się do Chinatown.

Dotarłam tam od innej strony, niż sugerował przewodnik, ale obejrzałam wszystko, co powinnam, i nie powiem, żeby wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta dzielnica. Chyba po jakimś czasie dochodzi się do wniosku, że Chinatown w Londynie, Nowym Jorku, Pekinie i wszędzie indziej wygląda tak samo. Zrobiłam sobie zdjęcie pod Bramą Smoka, trochę rozczarowana, że nie zlokalizowałam żadnej fajnej, acz taniej knajpeczki na kolację, i falistymi uliczkami wróciłam do hostelu. Na kolację sushi z delikatesów i pół bajgla. Zasiadłam do pisania we wspólnym pokoju, gdzie mnóstwo ludzi gra w bilard i w Jengę, ale nie taką malutką na stole, tylko budują wieżę aż do sufitu, więc kiedy się im ona rozpada, huk jest taki, że umarłego by obudziło.

Dla niewtajemniczonych: Jenga polega na ułożeniu bloczków z drewna jeden na drugim, po trzy, jedna warstwa wzdłuż, druga wszerz. Gracze wyjmują po jednym bloczku i układają go na górze tak, aby konstrukcja nie runęła. Zawsze oczywiście runie, wcześniej lub później.

W San Francisco jest po ósmej. Nie mam poczucia przestawienia doby, nie odczuwam jet lagu. Ale na moim komputerze wyświetla się polski czas, nieubłaganie przypominając, że w ciągu ostatnich czterdziestu sześciu godzin przespałam cztery, w konfiguracji dwa razy po dwie. Mało. Ziew. Chyba pójdę się położyć.

13.02

Obudziłam się wcześnie, jeszcze było ciemno. Moja Azjatycka współlokatorka już stukała w klawiaturę swojego laptopa. Przemyślałam, czy pęcherz mam tak pełny, jak mi się wydaje, bo dostała mi się –jak zwykle- kwatera na pięterku, ale okazało się, że nie można niektórych spraw odkładać i z westchnieniem po omacku zeszłam na dół po drabince.

Planowałam jeszcze pospać, ale upłynęło kilka minut i nadal miałam otwarte oczy. Zapaliłam lampkę i zaczęłam studiować przewodnik i plan miasta. Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że jestem głodna, zgarnęłam więc wszystko i zeszłam do kuchni.

Hostel zapewnia rano kawę i ciasto na naleśniki. Nie takie nasze, tylko te puchate amerykańskie. Próba usmażenia pierwszego skończyła się spektakularną porażką, drugi wyszedł całkiem nieźle. Trochę to trwało, dzięki Bogu, że w lodówce miałam zadołowane pół bajgla, którego nie dojadłam wczoraj… Przypaloną patelnię wstawiłam do zlewu. Polałam naleśniki syropem klonowym, uzupełniłam kubek z kawą i zabrałam się do rozplanowywania dnia.

Pomna na napis „NIE MA TU TWOJEJ MATKI. POZMYWAJ PO SOBIE”, poszłam odszukać w zlewie moją patelnię, ale mył już ją jakiś uczynny człowiek, który w dodatku zaproponował także umycie mojego talerza i kubka. Wróciłam więc na górę na szybki prysznic. Przy okazji wyszło na jaw, że Australijki okupujące dolne prycze wyjeżdżają, i od razu ucieszyłam się na perspektywę pożegnania z drabinką.

Wyszłam na Post Street punktualnie o dziesiątej. Skręciłam w lewo, jak kazała mapa i pięłam się w górę do Japan Town, zwanego również Małą Osaką. Pogoda nader dla mnie łaskawa, słoneczko, ciepło. Zrobiłam kilka zdjęć pod pagodą i poszłam dalej w kierunku Pacific Heights.

Ta mieszkaniowa dzielnica bardzo przypominała mi architektonicznie nowojorski Harlem. Schody pożarowe przyczepione do fasad budynków, piękny design. Powoli apartamentowce ustępowały miejsca domkom jednorodzinnym. W jednym z ogrodów rosło cudne drzewo, na którym dojrzewały żółciutkie cytryny. Pod jednym z domów obszczekał mnie piesek, który spędzał niedzielę na fotelu w wykuszu, i czekał tylko na powód, żeby przenieść się na stojące obok niego biurko i krzyczeć w niebogłosy, merdając przy tym ogonkiem.

Niespodziewanym odkryciem okazał się kościół św. Dominika, którego nie pamiętam z przewodników, a naprawdę jest ładny.

Dalej już tylko małe uliczki. W pewnym momencie odwróciłam się po coś i okazało się, że mam u stóp całe San Francisco. Bajka. Po odpowiednio długiej chwili zachwytu skręciłam w prawo i zaczęłam schodzić w stronę nabrzeża i parku Presidio.

Od pierwszego wejrzenia zachwyca mnie roślinność. Jest taka…. Inna! Zwłaszcza tu, w tych zielonych płucach miasta robiła wielkie wrażenie. Na tyle wielkie, że nie przestraszyła mnie tablica o grasujących kojotach ;-)

Od pewnego czasu rozglądałam się za mostem Golden Gate, który mógł wychynąć z każdego zaułka. W końcu przestałam, i oczywiście wtedy pojawił mi się, najpierw jako jeden samotny, ale nie możliwy do pomylenia z niczym filar. Tchnęło we mnie nową energię, i rzuciłam się w odpowiednim kierunku, dopóki nie pojawił się przede mną w całej okazałości. Osnuty resztkami porannej mgły, królujący nad plażą w zatoce – piękny. Zrobiłam milion zdjęć, przysiadłam na murku i zaczęłam kontemplować watahy psów bawiące się na plaży.

Mieszkańcy najwyraźniej spędzają niedziele nad wodą. O ile dysponują psem, zabierają go na kąpiel w zatoce, rzucanie piłeczki i ogólne wyhasanie. Ci bez psa uprawiają jogging albo jeżdżą na rolkach. Wszyscy –z psami na czele- robią wrażenie bardzo szczęśliwej gromadki.

Uparłam się znaleźć outlet , o którym czytałam w jakiejś ulotce, co zajęło mi trochę czasu. Później okazało się, że moja słabość do ubrań z logiem Calvina Kleina być może uratowała mnie przed zamarznięciem….

Wyszłam ze sklepu i wzdłuż wybrzeża ruszyłam w stronę Fisherman’s Warf. Spacer przypłaciłam bolącymi nogami-bo to wcale nie tak blisko- i spieczonym karkiem. Powoli zaczynało mi burczeć w brzuchu, przyjęłam więc azymut na diner, który miał być fajny i autentyczny, a okazał się plastikową tandetą, zniesmaczona więc postanowiłam szukać szczęścia gdzie indziej.

Na szczęście zaraz obok na wybrzeżu sprzedają wszystko, co pływa w morzu oraz frytki. Najpopularniejszy jest clam chowder, rodzaj kremowej zupy, która za niewielką dopłatą może być podana w chlebie na zakwasie. Dumni z tego chleba są jakby Amerykę odkryli. Zdecydowałam się na kalmary z frytkami, najadłam do syta i ruszyłam dalej w stronę nabrzeża nr 33, skąd o 16.20 miał odpłynąć mój prom do Alcatraz.

Po drodze minęłam Pier 39, wypełniony knajpeczkami i turystami, oraz akwarium, z którego z żalem musiałam zrezygnować ze względu na brak czasu. Może to i dobrze, $17 za wstęp to dość wygórowana cena.

Prom na Skałę odpłynął punktualnie. Już przy wsiadaniu okazało się, że gdyby nie cieplutka, milutka CK bluza zakupiona koło Golden Gate, zamarzłabym ani chybi. Prom mknął w stronę Alcatraz, przybliżając więzienie wyrastające z surowej skały.

The Rock robi wrażenie. Od portu trzeba się wspiąć na górę drogą odpowiadającą podobno pokonaniu 13 pięter. W środku dostaje się słuchawki i głosy autentycznych byłych strażników i więźniów oprowadzają turystę po budynku. Prysznice, cele, izolatki, sale szpitalne – łatwo sobie wyobrazić, jak wyglądało tu życie. Dodatkowym bonusem jest widok na miasto, który dla więźniów podobno był dodatkową torturą, przypominając im życie, którego nie mogli mieć.

Alcatraz działał przed erą resocjalizacji. Więzień miał prawo do jedzenia, ubrania, dachu nad głową i opieki medycznej. Reszta –łącznie ze spacerniakiem- była przywilejem, na który trzeba było zasłużyć. Nikt nie był SKAZANY do tego miejsca. Trafiali tu więźniowie, którzy podpadli w innych placówkach. Tu mieli się nauczyć posłuszeństwa i dyscypliny.

Zanim prom odbił od brzegu, zapadła noc. Trochę zawiódł mnie widok na San Francisco nocą, znowu prowadzi Nowy Jork, zawsze rozświetlony i imponujący. W ciągu dwudziestominutowej podróży wypiłam kawę i dałam odpocząć mocno już bolącym stopom. Na tyle mocno, że zdecydowałam się wracać do hostelu tramwajem. Zwykle wolę chodzić, ale Street Car F jest atrakcją turystyczną sam w sobie, więc pojechałam, podziwiając po drodze Ferry Building i Civic Center z ratuszem i filharmonią.

Pod domem kupiłam gotowy obiad do mikrofali, który okazał się bardzo zjadliwy jak na $3, i półtoralitrowe wino, ponieważ wszystkie 0,75 były droższe. Nogi mi odpadają. Policzyłam z pomocą google maps, że przeszłam ponad 17 kilometrów. Nic dziwnego, że oczy mi się kleją. Dobrze, że jutro lżejszy dzień.

Na koniec tylko wspomnę, że San Francisco mieści wszystkie kategorie wariatów i dziwaków znane ludzkości. Są performerzy, bezdomni, pijani, pomysłowi i hipisi. Co chwila natykam się na ulicznych grajków, panów robiących zwierzątka z balonów albo z drutu. Mówiących do siebie albo wrzeszczących na przechodniów. Żebrzących o drobne albo stojących z napisem „JEZUS CIĘ KOCHA”. W powietrzu zawsze brzmi muzyka. Ktoś gra, ktoś śpiewa, ktoś tańczy. To chyba część uroku tego miasta.

Nie mam tylko większego szczęścia do knajp. Podobno na każdych 28 mieszkańców przypada tu jedna restauracja, co jest bardzo wysoko powyżej średniej, ale ja nawet w Chinatown natykałam się głównie na chiromantki i fryzjerów, a zjeść atrakcyjnie nigdzie się nie dało.

Dziwne.

14.02 Walentynki

Dzień trzeba zaliczyć do udanych, jeśli przed lunchem wypiło się osiem gatunków dobrego wina…. Nawet, jeśli pogoda pozostawia wiele do życzenia.

Wstałam rano na wycieczkę do Napa Valley, produkującej jedne z bardziej znanych w USA win. Autokar spóźnił się dwadzieścia minut, ale udało mi się nie histeryzować z tego powodu. Kilka formalności i po dziewiątej byliśmy już w drodze do Wine Country.

W planie trzy winiarnie. Pierwsza chyba najładniejsza, ale i najbardziej bez charakteru. Druga, Madonna Estate, najbardziej pouczająca: miła pani ładnie tłumaczyła jak się robi wino, dlaczego czasami butelka osiąga kosmiczne ceny, skąd pochodzi drewno na beczki. Co zaskakujące, mieli bardzo smaczne Chardonnay, mimo, że nie jestem fanką białego wina. Później lunch w Yountville, które moim zdaniem było tak samo autentyczne, jak outlet Factory pod Piasecznem, ale obroniło się klasycznym amerykańskim dinerem z kelnerkami wyglądającymi jak klony Sookie Stackhouse i naprawdę pysznymi, prawdziwymi, wołowymi hamburgerami smażonymi wedle gustu i uznania na życzenie klienta. Na koniec wizyta w znanej chyba wszystkim Sutter Home, gdzie była okazja spróbować nie tylko znanych powszechnie odmian, ale także win, które sprzedają tylko u siebie, oraz robionego przez nich Sherry i Porto, do których podali truskawki i dwa sosy: czekoladowy i karmelowy. Poza tym można było skosztować sosów do sałatek na bazie oliwy. Szczególnie przypadł mi do gustu waniliowo-figowy, ale zdecydowałam, że miejsce w walizce zachowam na ciuchy… Koniec końców z Napa na pamiątkę kupiłam magnesik z napisem „You’re right on time, it’s wine o’clock”.

Kierowca / przewodnik dużo wiedział o historii regionu i produkcji win, i bardzo się irytował, kiedy ni w ząb nie rozumiejący go Latynosi prowadzili zażarte dyskusje, ignorując wykład. Poza tym z ciekawych ludzi była para Afro amerykanów, w wieku koło pięćdziesiątki, tak sztampowych, że gdybym ich opisała, nie uwierzylibyście, że ich nie wymyśliłam. Sposób mówienia, ubrania, reagowania na rzeczywistość – jakby wyskoczyli z jankeskiego sitcomu. Obok nich siedziała biała para, również bardzo sympatyczna. Zwłaszcza ona, wcielenie amerykańskiej urody, blondyneczka, zęby tak białe, że na pewno świecą w ciemności. Kiedy w autokarze zrobiło się gorąco i zdjęli koszulki okazało się, że mogą zawstydzić bohaterów Miami Ink. Praktycznie każdą część ich ciała pokrywały tatuaże: kolorowe, duże, agresywne. Mamusia i Tatuś całe życie mi powtarzają, że tatuują się tylko kryminaliści i prostytutki: szok między buzią aniołka a ciałem miłej pani był więc dla mnie ogromny.

A propos buzi aniołka, to muszę napisać, że ludzie jako ogół są tu bardzo wylewni. Mało kto mija cię na ulicy nie skinąwszy głową, a najczęściej witają się i uśmiechają. Kilka razy spotkał mnie niespodziewany komplement w stylu „Piękne kolczyki!”. Najmilszy i tak był chłopak w ostatniej winnicy, który zażądał mojego dowodu przed podaniem mi wina. 10 lat już za mną ten moment, a on pyta! Ale fajnie! Starszy Murzyn obok mnie na widok całej sytuacji zaczął nagabywać: Mnie też pan zapytaj o dowód! Nooo, dalej, zrób mi pan przyjemność!

W Yountville miało miejsce ciekawe zdarzenie. Kierowca przed odjazdem zapytał, czy wszyscy są, bo mu się liczba zgodzić nie chciała. Powiedziałam nieśmiało, że chyba była jeszcze jedna pani, co podchwyciło kilka osób: Tak, tak. Była. Starsza taka. Miała duży aparat. Przejechaliśmy miasto dwukrotnie i postanowiliśmy dać spokój. I tak wracaliśmy tą samą drogą, była szansa, że kobita zadzwoni do biura z awanturą i jakoś nas umówią. Pojechaliśmy do ostatniej winnicy. Kiedy wychodziłam, kierowca mówi: ta kobieta jest w autobusie, cały czas tam siedziała. –Dlaczego nic nie powiedziała? – pytam. –A co miała powiedzieć? To ja jestem samotną starą babą z aparatem?!

Wracaliśmy przez Sonoma Valley, również znanego producenta win, i Golden Gate Bridge, który z bliska jest tak samo uroczy, jak z daleka. Ponieważ byłam w hostelu dość wcześnie, postanowiłam udać się na zakupy, wyjątkowo niestety nie udane; są takie dni, kiedy nic człowiek sobie dobrać nie może. Szybkim truchtem wróciłam na nowy odcinek House’a: w końcu nie po to jestem w Stanach, żeby oglądać powtórki z opóźnieniem. Co prawda, żeby wygrać dostęp do telewizora musiałam bezpardonowo przerwać pewnej parze oglądanie filmu w połowie, ale uznali chyba, że jakaś wariatka, to nie będą wchodzić w zbędne dyskusje.

Teraz siedzę w pokoju wspólnym, gdzie z okazji Walentynek serwują darmowe desery: ciacha, lody, truskawki (!). Jedna z par mnie wzruszyła: w całym tym rejwachu zorganizowali sobie romantyczną kolację, gotując wykwintne dania podane na hostelowych, obtłuczonych talerzach, pijąc dobre wino z plastykowych szklanek. Za obrus służy im prześcieradło, na stoliku stoi kwiatek…. Urocze! Reszta pije piwo i głośno dyskutuje. W ogóle muszę powiedzieć, że Valentine’s Day chyba huczniej obchodzony jest u nas, niż u nich. Owszem, jest tradycja miłej kolacji i kupienia babie kwiatka, ale oni w ogóle więcej niż my wychodzą. Nie ma atmosfery szaleństwa, amorków i serduszek na każdym rogu. Wszystko przebiega spokojnie.

Martwię się trochę pogodą. Nie zależy mi na upale i słońcu, ale jest kilka miejsc, w których wolałabym, żeby nie padało. Mapa pogodowa póki co nie nastraja optymistycznie.

15.02

Pierwsze koty za płoty. Ale po kolei.

Wstałam rano, i mimo, że wszystkie prognozy krzyczały „deeeeszcz!” suchą nogą obeszłam pozostałą część miasta. Mam poczucie, że San Francisco zwiedziłam porządnie, udzielałam nawet dzisiaj rad (zapytana na ulicy) innym turystom.

Miałam podejść Hyde w górę do Powell i wsiąść w zabytkowy tramwaj. Ponieważ jednak chyba mam ADHD, nie doczekawszy się go w pięć sekund z rozpędu doszłam aż do Lombard, ulicy znanej jako najbardziej kręta ulica świata. Ktoś chyba mocno pijany ją projektował… Ale za to jaki ciekawy punkt miasta powstał!

Stamtąd, oczywiście nadal piechotą, nie bacząc na strome podejścia, poszłam do Coit Tower, a za pieniądze zaoszczędzone na tramwaju wjechałam windą na górę podziwiać panoramę miasta. Pięknie widać most Golden Gate, Alcatraz, dzielnicę finansową. Upewniłam się z tej perspektywy, że nie ma miejsc, do których nie dotarłam i spokojnie zjechałam windą w dół.

Skorzystałam z autobusu zatrzymującego się pod wieżą, potem przesiadłam w tramwaj i dopadłam upatrzonych wcześniej sklepów w okolicy Union Square, na które wczoraj nie starczyło mi czasu. Zwłaszcza cieszyłam się na Macy’s, które jest tak samo ciekawym domem towarowym w Nowym Jorku, Bostonie i San Francisco. W życiu nie wyszłam stamtąd z pustymi rękami. Dzisiaj też: odebrałam swój kupon na 10% zniżki, który przysługuje wszystkim obcokrajowcom, i ruszyłam między wieszaki. Śmieszne jest to, że – do czego nie mogę się przyzwyczaić- w stanach na metkach, w menu i każdym innym miejscu podaje się cenę BEZ podatku, i dopiero przy kasie człowiek się orientuje, ile de facto zapłaci; zniżkowa karta powoduje więc, że cena z metki staje się ceną właściwą, co ułatwia pospieszną matematykę. Tak czy siak, po godzinie ja, Calvin Klein i Donna Karan wyszliśmy z Macy’s i poszliśmy zabrać walizkę z hostelu.

Pojechałam na lotnisko odebrać samochód. Pan w okienku długo mnie namawiał, żebym dopłaciła do lepszego o oczko pojazdu, ale ponieważ uparcie odmawiałam, dał mi go bez dopłaty twierdząc, że mu mnie szkoda. Podejrzewam, że po prostu małe autka mu wyszły i nie miał innej opcji. Ja i mój Chevrolet dwadzieścia po czwartej wyjechaliśmy na wielką drogę.

Skrócę opowieść o tym, ile razy się zgubiłam, jak niedokładną mam mapę i jak kocham mojego iPhone’a, który nawet bez połączenia z internetem wyświetla trasę, o ile zaprogramuje się ją wcześniej. Nie będę pisać, jak dwa razy wjechałam tym samym złym wjazdem na autostradę 880, bo po co. Najważniejsze, że koło ósmej dotarłam do Merced, mokra z wrażenia, lekko przerażona ogromem przedsięwzięcia pod tytułem Road Trip, który to ogrom uderzył mnie dzisiaj na żywo ze zdwojoną siłą. Wrażeń z drogi nie mam jeszcze żadnych, poza tym, że wiało, jakby się cygan powiesił, i dopóki nie zapadł zmrok mogłam podziwiać malownicze góry oraz jechałam bardzo, bardzo długim mostem.

Dojechawszy do Merced zadzwoniłam do Larry’ego i Jen po adres hostelu. Prowadzą go od 22 lat, są inspektorami innych takich placówek, są oczywiście zrzeszeni w Hostelling International, ale ponieważ ich hostel to de facto ich dom z dwoma pokojami czteroosobowymi, nie szastają adresem wszem i wobec po przewodnikach i stronach internetowych.

To taka miła, amerykańska dzielnica z równymi płotkami i przyciętą pod linijkę trawą. Larry długo opowiadał mi o okolicy, uprawach migdałów, moreli i wiśni, o farmach kurzych i hodowlach bydła. A także o Yosemite, do którego jutro się wybieram. Rano podrzucą mnie do autobusu (lepiej i taniej niż samochodem), niestety na 7 rano…. Chciałam jechać tym o 9, ale Larry nie mógłby mnie wtedy do niego dowieźć.

Dom jest przyjemny, czyściutki, ale pełno w nim zasad nie do złamania, typu –o zgrozo- zakaz spożywania alkoholu. No naprawdę, żeby człowiek nie mógł lampki wina przed snem?!.... Trudno. Dwie noce odwyku. Przeżyję.

16.02

Pobudka była o szóstej, bo o siódmej odjeżdżał autobus do Yosemite. Żułam nieprzytomna tosty w kuchni, rozglądając się po domu. Typowy amerykański kicz: koszyczki, wianuszki, kalendarzyki, makatki, łyżeczki w szklanych gablotach. Wczoraj pisałam o trawce i płotkach, i może ktoś odniósł mylne wrażenie, że mieszkam –przepraszam za filmowy odnośnik- na Wisteria Lane. Nic z tych rzeczy. Merced jest siedzibą klasy robotniczej i rolników, domki są parterowe i kryte sidingiem, ze ścianami tak cienkimi, że nic się przed nikim nie ukryje.

Przy śniadaniu towarzyszył mi Benji, pięciomiesięczny cockerspanielopudel, który pokochał mnie od razu, z wzajemnością. Dopiliśmy kawę i Larry zgodnie z obietnicą podrzucił mnie na autobus.

Prowadziła go miła Latynoska. Z jej rozmowy z kolegą siedzącym obok mnie dowiedziałam się, że ma czworo dzieci (a nie była dużo starsza ode mnie), rozstała się z ich ojcem i mieszka z-ulubione słowo mojej mamy- konkubentem, który sam ma potomstwo w wieku lat 20 i 22, więc naturalnie już doczekał się trójki wnucząt. Czy tylko mnie przeraża ten model rodziny?

Wspomniany kolega natomiast był typem mocno użalającym się nad sobą. Bo pracy nie może znaleźć. Bo chciałby się w końcu nauczyć angielskiego, skoro tyle lat tu mieszka, ale jakoś nie umie sobie dobrać szkoły. Bo samotny jest, ale może kiedyś znajdzie tą jedyną, co to go w końcu zrozumie. Bo pół roku miał krwotoki z nosa i miał mieć operację, ale samo przeszło. Matko Boska! Gdyby nie to, że bałam się, że jak się przyznam, że rozumiem po hiszpańsku, to zaczną dyskutować o pogodzie czy innych nudach, to miałabym kilka soczystych komentarzy.

W połowie drogi dosiadła się pani, której od wejścia wszystko nie odpowiadało. Że autobus spóźniony. Że jak ona ma pokazać bilet, skoro ma w rękach co innego. I dlaczego kierowca rusza, skoro ona jeszcze nie usiadła.

-Naprawdę? Musimy to przechodzić codziennie? Pięć lat pani jeździ tym autobusem i ciągle te same tematy – powiedziała Latynoska mistrzyni kierownicy.

- Bo to tylko pani jest niemiła. Wszyscy inni są lepsi. – pada odpowiedź.

-Nie przejmuj się, to normalne – mówi do mnie konspiracyjnym szeptem pani kierowca – To biedna kobieta, alkoholiczka, ciągle z nią są takie hece.

Podróż trwa trzy godziny. W nocy w Merced padało, przy wyjeździe już nie, ale po kilkudziesięciu milach znowu siąpi. W końcu leje. Autobus pnie się coraz wyżej w góry. Deszcz przechodzi w śnieg, trzeba założyć łańcuchy na koła. Wiem już, że dobrze zrobiłam nie biorąc samochodu.

W końcu dojeżdżamy. Śnieg i mgła. Szybka orientacja w terenie i idę na łatwy szlak. W punkcie widokowym co prawda nic nie widać, ale słychać wodospady. Idę więc szlakiem do nich, na słuch. Piękne. Tony wody przewalają się po ogromnych głazach. Dochodzę do drogi i wsiadam w wahadłowy, hybrydowy autobus, który obwozi turystów po dolinie. Robi pętlę, więc zapamiętuję miejsca, w których chciałabym wysiąść. Podziwiam kolor pni drzew: jest nierealnie żywy. I nagle staje się cud: dosłownie na pół godziny unosi się mgła i wychodzi słońce. I nagle widać Yosemite w całej okazałości: z każdej strony wyrastają gigantyczne skały, w tym jedna z dwóch najważniejszych, Half Dome. Widać wszystkie wodospady. Nieopisany zachwyt.

Chwila ta nie trwa wiecznie. Śnieg wraca. Mniej chętnie chodzę po dolinie, raczej zdając się na autobus. Chociaż każdy spacer jest wynagrodzony a to śmieszną wiewiórką skaczącą po drzewach, a to jeleniem wygrzebującym sobie jakieś korzonki z ziemi. Na przystanku spotykam panią, która radzi mi zajrzeć do hotelu Ahwahnee, więc tam właśnie się kieruję. Poza pięknym, rustykalnym wnętrzem znajduję pluszowe kanapy, fotele i ogromny kominek z buzującym ogniem. Niemalże w nim stoją dwie kamienne ławy, i tam zajmuję pozycję, susząc się i grzejąc.

Po kilkunastu minutach postanawiam zrobić ostatnią pętlę po dolinie, dla przyzwoitości jeszcze przechodzę szlak do Mirror Lake, w którym dzisiaj oczywiście nic się nie odbija, bo jest mgła, a malowniczych skał wokół nie widać, bo sypie. Ale podchodzę do wycieczki krajoznawczo i energicznie przebieram nóżkami. Na koniec jestem już tak zmoknięta (mimo pożyczonego od Larry’ego płaszcza przeciwdeszczowego, którym po namyśle okrywałam plecak, kaptur tylko zarzucając sobie na głowę), że bez żalu wsiadam w autobus do Merced. Liczę na suszenie i grzanie się przez trzy godziny. Nici. Ogrzewanie nie działa i cała paczka pasażerów trzęsie się jak baranie ogony.

Kiedy wreszcie Larry odbiera mnie z dworca i dopadam hostelu, jestem tak głodna, że koń z kopytami to na przystawkę by poszedł. Gospodarze łaskawie godzą się, żebym napiła się wina do kolacji, pewnie widząc wymowne spojrzenie w kierunku Rosé, które oni konsumują. Gotuję pastę z sosem Alfredo, a kiedy ją pałaszuję, Jan opowiada mi o swoich doświadczeniach z hostellingiem. Rozmawiamy też o ulubionych naszych miastach w US, o Włoszech, o kempingach. Bardzo miło.

Później szybki prysznic, bo rano nie wolno, pakowanie runda pierwsza, i już leżę w łóżku. Oby pogoda jutro dopisała. Długa droga, potencjalnie przepiękna. Amen.

17.02

Już przed ósmą byłam w samochodzie. Nie oparłam się pokusie pojechania przez Gilroy, miejsca masowej sprzedaży moich ulubionych marek po konkurencyjnych cenach, pierwsza część trasy wiodła więc drogą 99, płaską i szeroką. Jak włączyłam tempomat, tak 50 mil nie dotknęłam gazu ani hamulca. Ale widok był ładny. Na przestrzeń. Na drodze 152 zrobił się jeszcze ładniejszy, zwłaszcza koło Rezerwatu San Luis, kiedy doszły wzgórza i jeziora.

Planowałam do sklepów tylko zajrzeć na chwilę, wyszły prawie trzy godziny. Z lekkim opóźnieniem wyruszyłam w stronę Monterey, gdzie planowałam lunch. Deszcz to nasilał się, to ustawał. W Monterey nawet grzmiało. Znalazłam fuksem fajną włoską knajpkę, gdzie za $6 zjadłam zupę krem z czegoś tam, spaghetti z grilowanym łososiem i ciepłą ciabbatę. Do tej pory nie jestem głodna.

Ponieważ wczorajsza zamieć odbija mi się czkawką w postaci pioruńskiego kataru, wpadłam do apteki po leki i chusteczki, i z duszą na ramieniu –bo pada- wyruszyłam w stronę malowniczej autostrady 1. Dochodziła trzecia.

Moje obawy okazały się bezpodstawne. Siąpi czy nie, Jedynka robi piorunujące wrażenie. Ocean i gołe skały po prawej, imponujące lasy po lewej. Droga wije się najpierw na klifie, w górę, w dół, znów w górę, potem nad samym brzegiem Pacyfiku. Człowiek chce się zatrzymać w każdej zatoczcie i zrobić zdjęcie. Czasami po prostu wychodziłam z samochodu, stawałam nad klifem i słuchałam oceanu. W Big Sur zdecydowałam się zatankować, chociaż cena za galon była chyba z dolara wyższa, niż w miastach – efekt braku konkurencji. Pojechałam dalej, przez Lucię i Cayucos, w Ragged Point złapałam kawę na wynos bo poczułam się już zmęczona. Zapadał zmrok. Skały w wodzie i wielkie fale wyglądały jeszcze bardziej dramatycznie.

Akurat kiedy zmęczyło mnie już zachwycanie się co pięć minut i kręcenie kierownicą w zastraszającym tempie, autostrada zmieniła się w szeroką wstęgę, którą dojechałam prosto do San Luis Obispo. Znalazłam hostel, włączyłam pranie, napisałam bloga. Dużo więcej chyba już nie zrobię przez ten cholerny katar. Ewentualnie jeszcze się wykąpię. I to chyba na tyle….

18.02

Katar większość nocy nie dał mi spać. Zmordowana w końcu po siódmej dałam spokój. Wykąpałam się, zeszłam na dół na kawę, poprzyglądałam się innym gościom. Najciekawszy był brodaty staruszek, były harlejowiec, który w hostelu mieszka chyba na stałe. Miał mocny południowy akcent i starał się wszystkim umilać życie. Poza tym była Niemka w podróży dookoła świata, trwającej już czwarty miesiąc. Przeniosła się właśnie z Afryki do Ameryki, i nie była zachwycona pogodą.

Ubawiła mnie też para, która koniecznie chciała wiedzieć czym naleśniki na zakwasie różnią się od normalnych. Wyjaśniono im. Mnie, Polce, przyzwyczajonej do takich kulinariów, nie wydało się to dziwne, ale oni jak się dowiedzieli, że mikstura ma trzy lata, coś się do niej dodaje, coś odejmuje, to myślałam, że wyjdą bez śniadania.

Spakowałam rzeczy i byłam w samochodzie po dziewiątej. Deszcz lekko kropił, ale zaraz mu uciekłam. Pierwsza część trasy, do Bakersfield, była bardzo malownicza. Tylko ja i droga. I góry, słońce, zieleń. Po drodze dużo pasących się krów i ujmujące mnie nieustannie kolorowe skrzynki pocztowe, ustawione przy drodze, czekające na listonosza. Robiło się coraz cieplej i coraz słoneczniej. W Bakersfield było już 20 stopni, ale wiał mocny, ciepły wiatr. Zatrzymałam się w WalMart’cie po….

No właśnie. Jadąc tutaj poprosiłam ojca, żeby pożyczył mi stary statyw do aparatu, z myślą o autoportretach na pustkowiu. Przyniósł nowy, szpanerski. –Nie chcę tego – mówię – Daj ten stary, lekko połamany, bo jeszcze ci ten popsuję, a pewnie drogi, i będzie afera. –Nie będzie afery – powiedział tata. No to teraz zobaczymy. Statyw wyjełam z walizki w częściach.

No więc zatrzymałam się w WalMart i kupiłam za $14 najprostszy statyw, jaki mieli. Chciałam też kupić sobie coś na przeziębienie i tu zdarzyło się coś oburzającego. Okazało się, że jeśli nie mam amerykańskiego dowodu, nie sprzedadzą mi leków. Wściekła wyszłam ciskając obelgi pod nosem. Kupiłam kawę w Starbucksie (tutaj odkryłam Starbucksy drive-thru, kawa bez wysiadania z auta, mmmniam!) i pojechałam w dalszą drogę do Barstow.

Po drodze typowe kalifornijskie widoczki. Im bliżej pustyni Mojave, tym mniej roślinności, pojawiły się takie śmieszne yukko-kaktusy, podejrzewam, że to te słynne Joshua Trees, sprawdzę, jak dorwę się do netu. Mijałam kwitnące drzewa (pomarańcze? wiśnie?) oraz takie, na których już były owoce (pomarańcze? morele?). Były miejsca tak odludne, że ustawiałam aparat i siadałam na środku drogi zrobić sobie zdjęcie.

Ostatnie czterdzieści mil było męczące. Nie znajdowałam miejsca, w którym chciałabym zatrzymać się na odpoczynek. Droga była prosta, więc włączyłam tempomat i samochód sam się prowadził. Katar dawał się mocno we znaki. Paczka stu chusteczek kupiona wczoraj świeciła pustkami. W końcu dojechałam do celu.

Barstow leży na słynnej autostradzie 66. Jest w sumie miasteczkiem bez uroku, skupiskiem restauracji, sklepów i moteli. Z niezrozumiałych powodów od razu bardzo mi się spodobało. Szukałam polecanego Motelu6, ale nie mogąc go znaleźć zdecydowałam się na California Inn. Pokój dla mnie stanowi ucieleśnienie luksusu. Biurko. Podwójne łóżko tylko dla mnie. Własna łazienka. Telewizor. Ach!

Uświadomiłam sobie, że od śniadania chrupałam tylko chipsy i nagle poczułam głód. Zwlekłam się z miękkiego legowiska i wsiadłam w samochód. Okazało się, że jestem o dwie minuty drogi od mojego wielkiego marzenia.

Kojarzycie typowy, amerykański diner? Taki jak z pierwszych scen Pulp Fiction albo filmów Lyncha? Otóż nie wyobrażacie sobie, jak ciężko taki znaleźć. Ma mieć kelnerki znające stałych klientów po imieniu, typowe menu, i fotele połączone plecami. I koniecznie dominującym kolorem ma być czerwień. I tutaj właśnie taki jest! Zjadłam przepysznego kurczaka BBQ, nacieszyłam oczy, uzdrowiona na ciele i duchu wróciłam do pokoju.

Motel6 oczywiście znalazł się jak tylko zameldowałam się w California Inn. $9 tańszy.

[wstawić ulubione przekleństwo, powtórzyć trzy razy]

Wzięłam bardzo długi prysznic, taki, który można wziąć tylko wtedy, gdy pod drzwiami nie ustawia się zniecierpliwiona kolejka. Użyłam wszystkich kosmetyków, które mam ze sobą. W piżamie z lampką wina włączyłam komputer i telewizor. Nadają powtórkę Sex and the City. Mogę to oglądać w kółko. Drugim okiem patrzę w ekran laptopa i piszę bloga. Dopiero po dziewiątej, a ja już usypiam. Nie wiem, czy to zmęczenie drogą czy jednak wina róźnicy czasu.

W telewizji mówią, że uciekłam przed jakimś mega sztormem szalejącym na wybrzeżu. Do poniedziałku ma się skończyć. Dobrze. W LA będę dopiero we wtorek.

19.02

Obudziłam się przed budzikiem. Od razu zauważyłam słońce wbijające się przez zasłonięte kotary. Pełna entuzjazmu wyskoczyłam z łóżka, prosto w stertę zużytych chusteczek z zeszłej nocy. Czuję się dobrze, tylko cieknie mi z nosa bezustannie… Szybki prysznic i śniadanko. Co motel, to nie hostel. Jajeczka na twardo, bajgle, tosty, muffiny, Philadelphia. Nie miałam czasu się roztkliwiać nad urodą posiłku, bo droga woła. Chwila w internecie, pobieżny rzut oka na google.maps.com i już byłam w moim Chevrolecie.

Przejechałam za dnia jeszcze raz Barstow, zrobiłam kilka zdjęć i zatankowałam się do pełna, bo nigdy nie wiadomo. Potem po krótkiej jeździe I-40 zjechałam na słynną Route 66.

Przygotowując się do podróży w domu bałam się tej trasy. Przerażało mnie, że jest tak odludna. Teraz nie został nawet cień tego strachu. Opustoszałe motele, bezkresna pustynia, gdzieniegdzie przeplatana kultowymi miejscami jak Baghdad Café czy Roy’s Motel, a wszystko skąpane w słońcu. Dosłownie co chwila musiałam się zatrzymać i zrobić zdjęcie. Przez to podróż trwała bardzo długo… Dopiero po drugiej dojechałam do Needles. Szukałam miejsca na lekki lunch, kierując się tym, czy mój iPhone wykrywa w nim WiFi ;-) Stanęło na Juicy’s River Café i paluszkach z mozarelli. Zasiedziałam się trochę i nagle mój telefon pokazywał 16:30. Niemożliwe. Aż tyle? Zebrałam się i wyszłam do samochodu. Strzeliłam parę fotek i znów spojrzałam na godzinę. 15:30. Coś mi się pomieszało.

Trochę pogubiona, wyjechałam w końcu na drogę do Kingman, oczywiście dalej przez 66, żeby nie ominąć Oatman. Po drodze minęłam się z burzą, dosłownie pięć minut byłyśmy w jednym miejscu, potem już nie padało. Wjazd do miasteczka trochę mnie rozczarował. To ma być ten zagubiony cud Dzikiego Zachodu? Kilka rozwalonych chałup i śmieci przy drodze?

Rozczarowanie nie trwało długo. Pamiętacie kreskówkę Lucky Luke? Oatman w centrum (o ile mogę sobie pozwolić na to szumne słowo) dokładnie tak wygląda. Jakby zatrzymał się czas. Zaparkowałam samochód i zaczęłam spacer ulicą, uważając, żeby nie wdepnąć w ośle odchody.

Osły są nieodłączną częścią tego miasta. Chodzą sobie ot tak, po ulicy, jak święte krowy w Indiach. Kiedy wyjeżdżając zobaczyłam pana głaskającego osła przez okno samochodu i zatrzymałam się zrobić zdjęcie, zwierzę spojrzało na mnie, odwróciło się i podeszło, wciskając ciekawie łeb do samochodu. –Masz coś dobrego? – zapytał wielkimi oczami. Nie miałam. Nie poświęcił mi więc za dużo czasu i majestatycznym krokiem odszedł na drugą stronę ulicy.

Burza chyba zdecydowała się zawrócić. Nie padało, ale grzmiało wściekle, i kolor nieba nad skałami przybrał intensywny odcień.

Ruszyłam dalej, obok kopalni złota. Nie jest to droga dla ludzi z lękiem wysokości, ani słabymi nerwami. Nieźle nakręciłam się kierownicą. Mijane po drodze skały stanowią mglistą zapowiedź Wielkiego Kanionu. Po kilkunastu milach robi się prosto i płasko. Widoczność na boki jest tak duża, że widziałam błyski burzy, jeden za drugim, i chmury, z których musiał padać deszcz, ale nie słyszałam nic i nawet kropla wody na mnie nie spadła.

Kiedy zaczął zapadać zmrok i spojrzałam przed siebie, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Wokół kaktusy, sukulenty – pustynia, po prostu, a przede mną ośnieżone szczyty. Nagle zaczęłam wierzyć w prognozy pogody, które mówią, że w Grand Canyon Village szaleje śnieżna burza, i które kazały mi zmienić trasę podróży. Widok tym nie mniej niezapomniany. W ogóle dzisiejsza trasa tak różniła się krajobrazem, pogodą, klimatem, roślinnością i formacjami skalnymi, że ciężko uwierzyć, że to wszystko jeden dzień.

Po drodze znowu przystanki na zdjęcia. Minął mnie jakiś samochód, po kilkuset metrach zawrócił, ale widząc, że ruszam, jeszcze raz odkręcił się o 180st i zniknął za horyzontem. Pewnie chciał sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy. To samo zrobił dzisiaj Highway Patrol koło Amboy. Miło. Człowiek wie, że nie będzie pchał samochodu sto mil jakby co. Tfu tfu tfu.

Dojechałam do Kingman. Znalazłam Motel6, chociaż chyba nie ten, co planowałam, ale to już wszystko jedno…. ;-) Burza krąży nad głową. Dobrze, niech pada w nocy, byle tylko te dni były tak ładne, jak dzisiejszy. Meldując się w recepcji odkryłam, że Arizona rzeczywiście ma czas o godzinę przesunięty w stosunku do Kalifornii i Nevady. Czyli iPhone się nie myli…

20.02

Ile wrażeń! A to jeden dzień i jeszcze trwa.

Ciężko się wstawało, bo łóżko wygodne, a sny straszne mnie postawiły na nogi o trzeciej nad ranem. Tak rzeczywiste, że ucieszyłam się widząc na telefonie smsa od Mamy, że wszystko ok. W samą porę…

Wymeldowałam się z motelu, który trochę był rozczarowujący: nie miał lodówki, suszarki ani mikrofalówki, a kran w umywalce nie działał. Poszłam na śniadanie do restauracji obok, najdroższe zresztą jakie kiedykolwiek jadłam, za to pochłonęłam o kilka pasków bekonu za dużo (idealnie wypieczony, chrupiący, mmm…) i mnóstwo truskawek.

Kiedy wyszłam z restauracji, okazało się, że mój samochód jest pokryty śniegiem! Właściwie może drobnym gradem? Małe, lodowe kuleczki przykrywały szyby. Odgarnęłam je chusteczką i ruszyłam w stronę Vegas. Nagła śnieżyca upewniła mnie w przekonaniu, że zaniechanie wycieczki do Wielkiego Kanionu na własną rękę było mądrą decyzją. Dosłownie 6 mil za Kingman zaczęła się wiosna. W oddali widać było białe góry, ale obok mnie kaktusy i pustynia. Niewiarygodne.

Droga dłużyła się trochę, bo prosta i niczym już mnie nie zaskakująca. Po drodze jeden punkt widokowy z zapierającymi dech w piersiach szczytami. Zrobiłam kilka zdjęć, bacznie obserwowana przez Indian sprzedających tam kolczyki i wisiorki. Dalej w drogę, do Tamy Hoovera. Obeszłam ją szybko, ale tak mi spieszno było do Vegas, że nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. Poza jednym widokiem, uwiecznionym na zdjęciu: kilka palm na tle gołej skały. I most cudny.

Jadąc dalej wypatrywałam celu podróży. Pierwszą zauważyłam Stratosphere Tower. Podniecona do granic wjechałam na Strip od strony północnej (dlaczego? Chyba przegapiłam pierwszy zjazd…) Szybko znalazłam mój hotel, Sahara, zameldowałam się, obejrzałam pokój. Przeszłam przez kasyno, które jest na dole i zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Poczułam się jak w filmie. Nierealnie.

W ogóle Las Vegas jest nierealne. Zastanawiam się od kilku godzin jak je ocenić. Jeśli jest jakaś granica kiczu, Vegas zostawiło ją daleko za sobą. Jest do bólu sztuczne, plastikowe, a jednocześnie na swój sposób niesamowicie żywe. W ciągu swoich pierwszych kilku godzin widziałam Elvisa (oczywiście…), wytatuowanego kolesia, który jakby nigdy nic przechadzał się ulicą z papugą na ramieniu, kaznodziei, lumpów, bogaczy w limuzynach… Czas płynie inaczej. Zegary są nieobecne, neony są wszędzie.

Na Las Vegas Boulevard jest wieczny korek. Nie przeszkadza mi to. Mogę na każdych światłach obfotografować znane hotele: New York New York, Bellagio, Ceasar’s Palace, MGM Grand… Toczę się powoli prawym pasem, licząc, że dotrę do słynnego znaku „WELCOME TO FABULOUS LAS VEGAS, NEVADA”. Jest. Oczywiście tłum ludzi, a do parkowania osiem miejsc. Czekam cierpliwie. Warto. Zdjęcia wychodzą słodko. Zawracam i jadę bulwarem w drugą stronę.

Po drodze sprawdzam oferty wycieczek do Kanionu. Wszędzie dość drogo… W końcu znajduję miejsce, gdzie za rozsądną cenę kupuję wypad na jutro. To oznacza pobudkę o 5 rano. Trudno. Jak się chce zwiedzać…

Wracam do hotelu. Przesuwam rezerwację samochodu o jeden dzień, żeby się nie spieszyć do LA. Może jutro zostanę w Vegas, może pojadę do Barstow i zanocuję tam. Zobaczymy „na żywo”. Ważne, że ten dodatkowy dzień powinien pozwolić mi dowieźć rzeczy do hostelu samochodem i objechać części Los Angeles trudniej dostępne autobusem.

Ale póki co jestem w Vegas. Jest ósma. Wykąpałam się i zaraz ruszam w miasto. Na kolację, i po kolejne zdjęcia. Po co jeszcze? Zacytuję motto tego miasta. What happens in Vegas, stays in Vegas J

21.02

Dopiero kiedy wczoraj wieczorem wyszłam na miasto, pojęłam skalę przedsięwzięcia, jakim niewątpliwie jest Las Vegas.

Postanowiłam wyjechać na południowy kraniec The Strip i wracając spacerkiem obejrzeć co jest do obejrzenia. Zdecydowałam się na –dość drogą- kolejkę jednotorową (monorail). Kupiłam pojedynczy bilet. Wsiadłam do pustego pociągu. Okazało się, że nie jedzie ona wzdłuż bulwary, przynajmniej na początku, tylko na jego tyłach. Sterowana jest automatycznie, nie ma kierowcy, kursuje co kilka minut.

Wysiadłam na tyłach hotelu Paris Paris, bo tak mi z topografii wyszło, że będzie najlepiej. Musiałam przejść od stacji przez hotel.

Hotel to nie jest może dobre słowo… Budynek z sufitem pomalowanym paryskim błękitem, z obłoczkami, małe knajpeczki, uliczne latarnie. Miasto pod dachem. Łatwo zapomnieć, że jest się w środku. Przed wejściem imponujących rozmiarów wieża Eiffla. A po drugiej stronie ulicy – hotel Luxor, w kształcie potężnej, czarnej piramidy. Dalej słynne Bellagio z tańczącymi co kilkanaście minut w rytm muzyki fontannami, wybijającymi się z jeziora zainspirowanego Lago di Como na wysokość 240 stóp. Magiczne. Potem znany z filmów Ceasar’s Palace (moja ulubiona scena z Kac Vegas: „Czy to prawdziwy pałac Cezara? Czy Cezar naprawdę tu mieszkał?”). Mirage i jego wulkan. Bitwa piratów i fajerwerki przed Treasure Island. Po drodze Venetian, w którym w środku można popływać podobno prawdziwą gondolą. Grają tam mojego ukochanego Upiora w Operze. Nie miałam szans zmieścić go w programie, tylko serce mi się rwało, bo puszczali dyskretnie fragmenty muzyki na ulicy…. I na koniec Stratosphere Tower z obrotową restauracją na szczycie i możliwością skoków na bungee.

Kicz? Na pewno. Nawet trawa jest sztuczna, bo prawdziwa sama nie rośnie, a nawożenie i nawadnianie jest za drogie. Szczyt wszystkiego to kaplica ślubów typu drive-thru. Jak McDonald’s. Nie trzeba wysiadać z samochodu. Las Vegas trochę świeci odbitym blaskiem, bo wszystko, co robi wrażenie, to kopia czegoś: wieży Eiffla, piramidy, Statuy Wolności… Ale rzeczone wrażenie niechybnie jest.

Na północ od bulwaru robi się mniej ciekawie. Podejrzane motele, małe uliczki, zatrzęsienie lombardów, które przypominają boleśnie ile osób traci tu wszystkie pieniądze. Ciemna strona miasta, chciałoby się rzec.

Wróciłam do hotelu przed północą.

W łazience czekał na mnie karaluch wielkości małego palca.

Przyjrzałam mu się uważnie i już zabierałam się do utylizacji, kiedy pomyślałam, że w zasadzie to nie mój obowiązek i zadzwoniłam do recepcji. Przysłali starszego, niskiego meksykanina (tak jakby ktoś kiedyś widział wysokiego meksykanina… ), który bał się robaka bardziej niż ja ale dzielnie przyjął swoje obowiązki na klatę. Spytałam go, czy mam się spodziewać kolejnych gości. Powiedział, że w wieży Aleksandria, w której przypadł mi pokój, to się zdarza. Pryskali, cudowali, ale od czasu do czasu skądś kilka wychodzi.

-Zej ken flaj, ju noł.- dodał. Nie, że umieją latać nie wiedziałam. Odeszła mi ochota na zostanie w tym pokoju. Zadzwoniłam do recepcji, bez gadania zgodzili się zamienić mi pokój. Przeniosłam się do wieży Tangiers, z widokiem na Stratosphere przez mocno przykurzone okna, poplamioną wykładziną i wątpliwą łazienką, która kazała mi się cieszyć, że już się wykąpałam w poprzedniej, przed incydentem z karaluchem.

Cztery godziny snu spędziłam na wszelki wypadek przy zapalonym świetle.

Najgorzej zainwestowane pieniądze to ten hotel. Każdy motel czy hostel byłby lepszy, i tańszy. Żyjesz, uczysz się.

Zerwałam się po piątej, żeby załapać się na wycieczkę do Kanionu. Oczywiście początek to całe te szopki ze zwożeniem turystów do biura, pakowaniem do odpowiednich autokarów, śniadanie (ciasteczko i kawa). Potem w trasę. Pierwszy przystanek to znane mi już Kingman (McDonald’s). Drugi, tama Hoovera, ale z trochę innej perspektywy, z góry mostu, więc jakaś nowość była. Potem National Geographic Visitor Center już przy Kanionie i lunch (Pizza Hut). Namówiono mnie na film o Kanionie w IMAXie i szczerze mówiąc można było sobie darować, na kolana mnie nie rzucił. A potem już Południowa Krawędź Wielkiego Kanionu.

Czego by nie napisać, jakich zdjęć by nie zrobić, nie da się ogarnąć słowem ogromu, potęgi i wrażenia jakie robi Kanion. Po wczorajszej śnieżycy, dzisiaj było pełne słońce i świetna widoczność, drzewa i skały przyprószone śniegiem, bajkowy krajobraz. Stada przechadzających się saren. Łoś niestety nam się nie trafił. Pierwszy przystanek przy Angel Lodge, drugi Mather Point. Spacery krawędzią kanionu, dziesiątki zdjęć, gra słońca na kolorowych skałach.

Śmieszna historia. Ustawiałam jak zwykle aparat na samowyzwalacz, żeby zrobić sobie zdjęcie za tablicą wjazdową z nazwą parku. Od naciśnięcia guzika do przybrania pozy mam 10 sekund. Droga była dosyć daleka. I –jak się okazało- śliska. Na pierwszym zdjęciu mnie nie ma. Z gracją poleciałam prosto na tyłek, wyciągnąwszy się jak długa na lodzie. Podobno wyglądało to przekomicznie. Kilkanaście osób zgłosiło się na ochotnika, żeby zrobić mi zdjęcie, cobym nie musiała powtarzać manewru. Upadłam bardzo profesjonalnie, nie zrobiłam sobie absolutnie nic!

Wyjeżdżając widzieliśmy pociąg, którym można przyjechać z Williams do Kanionu, i muły, na których można zejść w jego głąb, z tym, że taka wycieczka podobno wymaga rezerwacji z ponad półrocznym wyprzedzeniem. Potem droga powrotna, z obiadem w Kingman (McDonald’s). Jak lubię fastfoody, tak dzisiaj mam dosyć. Obiadu już nie dałam rady tam zjeść, jutro chyba normalnie jakieś owoce czy warzywa będę konsumować…

Cała trasa to prawie 600 mil. Pani przewodnik / kierowca bardzo miła i dużo ciekawych rzeczy mówiła. Najsmutniejsze dla mnie tylko, że oni się biedni tak muszą o te napiwki dopominać. Tutaj napiwki daje się dosłownie KAŻDEMU, a turyści są nieprzyzwyczajeni i trzeba od nich kulturalnie kasę wyciągnąć. Dla urozmaicenia czasu puszczono nam kino familijne Secondhand Lions, jak ktoś nie widział, gorąco polecam, zwłaszcza dla dzieci, ale ja tez się popłakałam….

Dotarliśmy do Las Vegas grubo po 21. Nie miałam siły jechać dwie i pół godziny do Barstow, zaczęłam więc rozmyślać nad jakimś motelem. A potem mnie olśniło. Motele, hotele, w dupach się poprzewracało. Przecież tu jest hostel! Prawda, w nie najfajniejszej części miasta, ale jadę samochodem przecież, parking zamykany jest, internet darmowy jest, a nocleg kosztuje $15. Czego tu nie lubić? Jeśli w wystroju wnętrz jest różnica między Saharą a tym miejscem, to na korzyść tego ostatniego. Karaluchów nie stwierdzono.

Przed przyjazdem tutaj oczywiście wstąpiłam do kasyna. Przegrałam $2 na automatach, wygrałam 7 w ruletkę, więc postanowiłam jeszcze dolara przepuścić na automatach. Wyszłam wygrana, tak jak zawsze kazała mi Babunia, którą jak opowiadała Dziadziuś siłą wyciągał z wyścigów konnych póki miała zwycięską passę.

Ja się na hazardzistę zresztą nie nadaję. Tak się ucieszyłam z tych czterech dolarów, że na myśl o ich stracie ogarniał mnie smutek i odchodziła ochota do gry. To chyba nie najgorsza cecha. Ech, wieczna realistka!

22.02

Spokojny dzień.

Noc niestety nie. Kiedy przyszłam do hostelu, trzy dziewczyny już spały. Starałam się być cicho, ale musiałam się rozpakować. Przebudziły się i nie były przesadnie wylewne. Mimo, że okazało się, że byłyśmy razem na wycieczce w Kanionie. No nic. Jak się mieszka w hostelu, różnie bywa.

Usnęłam po drugiej, a przed czwartą obudziły mnie panienki, które wyraźnie miały poranny samolot, i w przeciwieństwie do mnie dwie godziny wcześniej nie przykładały się zbytnio do szanowania faktu, że śpię. Ze czterdzieści minut kąpały się, rzucały po pokoju, wymieniały rzeczami… W końcu poszły w cholerę.

Nie zadzwonił budzik. Miałam małe starcie z iPhone’m wieczorem. W Arizonie przestawił się na lokalny czas, i nie chciał zrozumieć, że jesteśmy z powrotem w Nevadzie. W końcu wyłączyłam mu automatyczne wykrywanie strefy czasowej, a on się obraził i rano nie zadzwonił. Miałam wyjechać o ósmej, obudziłam się o dziewiątej.

Otworzyłam pierwsze oko. To, jaki burdel zostawiły po sobie panienki nie daje się nawet opisać. Patyczki do uszu, butelki, kubki, paragony – na całej podłodze. Prosięta. Na szczęście postanowiły chyba kupić sobie drogie butki na raciczki, bo zostawiły wielką, parcianą torbę, którą natychmiast przygarnęłam, żeby łatwiej było mi się spakować.

Wykąpałam się powolutku i zeszłam na naleśnikowe śniadanie (skoro plan i tak już wziął w łeb, nie było sensu się stresować od rana). Potem odpisałam w recepcji na maile i przejrzałam Facebooka. Pan w recepcji (bardzo w moim typie, a moją Mamę przyprawiłby o zawał serca) pięknym, głębokim głosem nucił bluesowe piosenki, to i siedziało mi się dobrze. Ale nic nie trwa wiecznie, zebrałam się w końcu i już prawie wyruszałam w stronę autostrady….

….kiedy przypomniało mi się, że o tej porze są już otwarte sklepy i mogę zajrzeć do outletu jednej z moich ulubionych firm robiących bieliznę, którą koniecznie muszę kupić. Najpierw trafiłam nie do tego outletu, ale skoro już byłam na miejscu, to go obeszłam. Dojechałam do drugiego, zaczęło się wybieranie, przymierzanie, w końcu zgłodniałam. Zjadłam w Chińczyku najlepszą rzecz, jaką ktokolwiek kiedykolwiek zrobił z (podobno) kurczakiem: orange chicken, w słodkiej, chrupiącej panierce. Mmmmmmniam! Koniec końców zrobiło się skandalicznie późno, zatankowałam jeszcze rumaka, na autostradzie byłam 14.20! Wyjazd z Las Vegas o ósmej rano! A świstak siedzi i zawija w te papierki….

Droga była płaska i nudna. Ustawiłam tempomat na 70 mil na godzinę i rozglądałam się wokół po pustyni Mojave. Niczego nowego nie było, poza jednym fajnym fragmentem, gdzie nacieszyłam oczy dziesiątkami Joshua Trees, które tak naprawdę nie są drzewami, tylko odmianą yukki. Zauważyłam (już wcześniej, ale dzisiaj było apogeum) jak dużo samochodów nie ma tablic rejestracyjnych. Dziwne. W Barstow złapałam Latte Venti w Starbucksie.

Do Los Angeles dojechałam koło piątej, do Hollywood przebijałam się do siódmej. Zupełnie jak nasza Puławska. Znalazłam Banana Bungalow, zameldowałam się na dwie noce, bo później mają komplet, ale może coś się uda. I zaczęłam wypakowywać bagażnik, bo jutro oddaję samochód.

Boże jedyny, skąd tyle tych rzeczy!

Coraz bardziej przerażona wyciągałam kolejne torby. Sweterki, torebki, bluzeczki, bluzy, spodnie jedne i drugie…. Trzeba będzie kupić jeszcze jedną walizkę.

Samo miejsce jest bardzo żywe, pełne ludzi, gra muzyka, w pokoju jest jeszcze pięć dziewczyn, każda z toną ciuchów, więc łatwo sobie wyobrazić, jaki mamy porządek. Ale nic to, damy radę.

Część poszła w tak zwane miasto, została jedna Angielka, z którą wybieramy się socjalizować w hostelowej dyskotece. Ale nie za długo, bo jutro do szesnastej chcę jeszcze skorzystać z samochodu i objechać co się da.

23.02

Ale dzień!

Aha, ale jeszcze nie napisałam nic o wczorajszym wieczorze. No otóż hostel całkiem za darmo rozdawał piwo, oraz zaprosił lokalnych komików, którzy robili stand-up. Dla niezorientowanych: to taki one man show, facet, mikrofon, i ma być śmiesznie. Pierwszy gość był rewelacyjny, potem już równia pochyła niestety. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.

Dzisiaj w pokoju ruch zaczął się koło siódmej, więc wstałam, wzięłam prysznic, zrobiłam oko i włos i poszłam na śniadanie. Żadnych naleśników, hurra! Tosty z masłem z orzeszków ziemnych, pycha. Podszedł do mnie chłopak pracujący w hostelu udzielić mi mniej lub bardziej cennych rad. Stanowił dokładne przeciwieństwo chłopaka z Las Vegas: blondynek-cherubinek, słodziutki, nie w moim typie, Mama byłaby zachwycona. Przed wpół do dziewiątej ja i mój Chevy wyruszyliśmy na ostatnią wspólną wędrówkę.

Pojechałam najpierw na Mulholland Drive, pogapić się na Hollywood z góry. Rzeczywiście piękny widok, chociaż unosiła się jeszcze poranna mgła i zdjęcia nie oddają rzeczywistości. Potem krętymi dróżkami zjeżdżałam przez Hollywood Hills, jadąc 15 mil na godzinę i powodując pianę na ustach panów w sportowych kabrioletach, którzy nijak na tej wąskiej wstążce nie mogli mnie ominąć. Kiedy osiągali stan przedzawałowy, zjeżdżałam uprzejmie w jakąś zatoczkę i dawałam się wyprzedzić.

Dojechałam w końcu do Beverly Hills, przejechałam Rodeo Drive. Zachwyt w najczystszej postaci. Palmy, równa trawka, eleganckie sklepy, high life na najwyższych obrotach, a wszystko skąpane w słońcu.

Dalej droga zaprowadziła mnie do Santa Monica, i wybrzeżem aż do Malibu. Lokalnych plaż chyba nie trzeba zachwalać. Szerokie, piaszczyste, piękne, otoczone wysokimi palmami. Poleniłam się trochę na molo w Malibu, poobserwowałam surferów i psy bawiące się na plaży i zawróciłam w kierunku Venice Beach. Nie miałam drobnych na parkometr, więc weszłam do sklepu muzycznego rozmienić, ale nie chcieli mi pomóc, za to jakiś starzejący się rockman opróżnił kieszenie i uzbierał dla mnie 75 centów. Chciałam mu dać dolara w papierku, ale nie przyjął, więc podziękowałam, uśmiechnęłam się jak najładniej i wyszłam.

Venice to jest perełeczka. Plaża oczywiście super, ale nie o to chodzi. Wzdłuż wybrzeża ciągną się kolorowe budynki mieszczące knajpeczki, salony tatuażu, sklepy dla surferów, sklepy z medyczną marihuaną (!), pamiątki, płyty, obrazy, zdjęcia…. Cokolwiek można sobie wymarzyć. Taki asortyment oczywiście ściąga wszelkie możliwe grupy ludzi. WSZELKIE. Dlatego nie zaleca się wycieczek do Venice po zmroku ;-) Ale w dzień można poobserwować półnagiego Murzyna ze sztucznymi wężami wykrzykującego coś ze stołka, na którym stoi; bezdomnych śpiących pod palmami; nastoletnich uciekinierów, którzy szukają celu w życiu; skaterów szalejących na deskorolkach na specjalnie przygotowanych torach; miejscowych uprawiających jogging; artystów z Jamajki, którzy próbują sprzedać swoje dzieła; no i oczywiście turystów.

Kiedy już napatrzyłam się na ludzi, zdjęłam buty i poszłam w stronę oceanu. Jakie to cudowne poczuć pod stopami ciepły piasek. Zwłaszcza w lutym… Otaczały mnie mewy, jakaś Chinka (Koreanka, Japonka, Tajka – nie wiem, nie odróżniam i już się chyba nie nauczę) ćwiczyła jogę, w oddali siedzieli ratownicy jak żywcem wyrwani ze słonecznego patrolu. Aż szkoda było odjeżdżać.

W ramach lunchu złapałam kawałek pizzy z pepperoni i kiełbasą, czyli moim zdaniem z dwoma rodzajami kiełbasy, a ponieważ czas jeszcze mnie nie gonił pokręciłam się trochę samochodem wokół mariny i okolicznych dzielnic. Zastanawiałam się dlaczego niektórzy mają tyle szczęścia, żeby się urodzić w takiej bombowej części świata, a ja jestem skazana na wieczną zimę i deszczowe lato nad Bałtykiem. Nie ma sprawiedliwości.

W końcu trzeba było odprowadzić Chevy’ego. Dojechaliśmy na lotnisko godzinę przed czasem, oddałam go całego i zdrowego panu w wypożyczalni, który w zamian dał mi kwitek, na którym stoi napisane, że samochód cały i zdrowy, a razem zrobiliśmy 1365 mil. To prawie 2197 kilometrów, proszę państwa. Nie najgorzej jak na pierwszy road trip.

Z wrodzonego skąpstwa nie wsiadłam w shuttle z lotniska, tylko ambitnie wróciłam do Hollywood komunikacją miejską, jako, że przebicie na bilecie było dziesięciokrotne. Podróż trwała ponad dwie godziny, ale nie spieszyło mi się, a i nadgoniłam trochę zaległości w lekturze. Miałam szczery zamiar odpocząć po przyjściu do hostelu.

Ale zaraz mi się przypomniało, że na jutro i pojutrze nie mam noclegu, bo tutaj mają komplet. Ponieważ łącze internetowe jest niezabezpieczone i nie chciałam w związku z tym wbijać numeru karty kredytowej, postanowiłam podjechać do drugiego hostelu i zarezerwować pokój osobiście. Jak zwykle nie chciało mi się czekać na autobus, i poszłam piechotą. Minęłam przecznicę, w którą miałam skręcić, bo zaczytałam się w gwiazdach na bulwarze (tak, to tutaj, na ulicy, gdzie mieszkam!) i nagle znalazłam się już tak blisko Kodak Theater, że szkoda było nie podejść. Oczywiście do środka już nie wpuszczają, bo w niedzielę wielki dzień, Oskary, i przed wejściem budują już scenę i czerwony dywan, po którym –a właściwie po folii okrywającej który- przeszłam. Obejrzałam, co się dało i poczułam podekscytowanie na myśl, że ta noc już tak blisko, i poczucie winy, że jeszcze dwa albo trzy oskarowe filmy czekają na dysku. No nieprzygotowana jestem skandalicznie!

W końcu dotarłam do hostelu, cudem się udało coś zarezerwować, co prawda będę zmieniać pokój dwa razy, ale na ulicy spać nie będę, to najważniejsze. Zlokalizowałam też sklep z tanimi walizkami, muszę jedną dokupić, nie ma wyjścia. Wróciłam oczywiście piechotą, więc zamiast popołudnia lenia wyszedł spacer sześć kilometrów. Ale ja już tak mam.

Słyszę, że za ścianą już rozkręca się impreza. Muszę jeszcze zdecydować, czy mam ochotę na jakiś obiad, bo w sumie zjadłam dwa tosty, porcję pizzy i bajgla przez cały dzień, ale strasznie nie chce mi się organizować żadnego żarcia. Może po prostu dopiję winko i zabiorę się za te filmy. Może pójdę na to karaoke, co to dzisiaj ma być w hostelu.

Zobaczymy.

24.02

Wstałam rano i stawiłam czoła smutnej konieczności przeniesienia rzeczy do drugiego hostelu. Spakowałam wszystko w walizkę, plecak, torebkę i wielką parcianą torbę i właśnie rozważałam jak to wszystko dociągnąć do autobusu, kiedy podsłuchałam w recepcji parę Australijczyków, dopytujących się gdzie tu w pobliżu są jakieś hostele. Od słowa do słowa, zaproponowałam, żebyśmy wspólnie wzięli taksówkę, co wyniosło nas po $3, łącznie z pięćdziesięcioprocentowym napiwkiem dla taksówkarza, który nieźle się namęczył pakując cały nasz majdan do bagażnika, na oko dwa razy zbyt małego jak na tyle dobytku.

Lubię ten hostel. Mają takie same fajne łóżka jak w San Francisco, z lampkami dla każdego (moja co prawda nie działa, ale nie będę robić z tego zagadnienia…), półeczką, kawałkiem ścianki zapewniającej minimum prywatności, dwoma kontaktami. Kontakty są także w środku w zamykanych na kłódkę szafkach, co jest bardzo praktyczne, i aż dziwne, że szerzej nie praktykowane.

Rozpakowałam się i ruszyłam w miasto. Najpierw kilka zdjęć ekipy budującej oprawę oskarową. Zdjęcia gwiazd na Bulwarze. Porównanie moich dłoni do odciśniętych rąk Johnny’ego Deppa. Kilka fotek przy Chinese Theatre. A potem w metro i do centrum.

Niestety, jak chodzi o tak zwany downtown, nie ma w nim zbyt wiele atrakcji. Ładny ratusz, który zresztą grał w Supermanie siedzibę The Daily Planet. Ciekawa sala koncertowa Walta Disneya. Ale mnie od razu czujny nos zawiódł do Grand Central Market. I to jest jedno z najbardziej urokliwych miejsc w tym mieście. W wielkiej hali sprzedają świeże owoce, mięso, egzotyczne przyprawy, oraz dania wszelkich możliwych kuchni. Kupiłam świeże, piękne truskawki, zrobione na miejscu sushi, smażony ryż z warzywami i kurczaka w pomarańczy. Oparłam się pokusie pochłonięcia owoców od razu, bo Mamusia od dziecka mnie straszy durem brzusznym, ale sushi zniknęło w trzy minuty, a ciepłe danie tylko skubnęłam, po czym doszłam do wniosku, że jestem już pełna i postanowiłam je odgrzać na kolację.

Wsiadłam w autobus, który przewiózł mnie najpierw przez bardzo rozczarowujące Chinatown (właściwie nic z tego, czego się spodziewałam, po prostu dzielnica zamieszkana przez Azjatów i trochę napisów w robaczkach), a potem w okolice Griffith Park. Próbowałam się dostać jak najbliżej, bo słyszałam, że miejsce robi wrażenie, a z jakichś przyczyn główny jego punkt, obserwatorium, dostępny jest autobusem tylko w weekendy. Takie przeszkody mi nie straszne. Najpierw co prawda wysiadłam w złym miejscu, ale za to obejrzałam mnóstwo dzieci jeżdżących na kucykach i kilka ciekawych fontann. Potem podjechałam od lepszej strony i zaczęłam pieszą wędrówkę do obserwatorium.

Jeśli stoi napisane w przewodniku, że park ma powierzchnię pięć razy większą od nowojorskiego Central Parku, to powinno mi to dać do myślenia, że może nie być to spacer, tylko wyprawa. Niestety, nie dało. Szłam wzdłuż ulicy, którą jeżdżą samochody, pnącej się serpentyną wokół kolejnych wzgórz i przecinającej jedno z nich tunelem. Półtorej godziny, albo lepiej. Ale na początku człowiek nie wie, potem szkoda mu już zrobionych kilometrów.

Widok na górze wart takiego poświęcenia. Całe – CAŁE – LA u stóp, widok na napis Hollywood, i to wszystko skąpane w czerwieni zachodzącego słońca. Przy obserwatorium stoi popiersie Jamesa Deana, bo budynek grał rolę w Buntowniku bez powodu. W środku różne wystawy i instalacje, mnie najbardziej podobało się wahadło, które podwieszone u sufitu na magnesie, pozbawione jest zewnętrznych bodźców i porusza się zawsze w tym samym kierunku. Ale ponieważ Ziemia kręci się wokół własnej osi, wydaje się, że wahadło zmienia tor, po drodze co siedem minut strącając jeden z ustawionych na podłodze klocków. Jest tam także planetarium, ale ponieważ uświadomiłam sobie, że wejść pod górę to jedno, a trzeba jeszcze wrócić, dałam spokój. Zapytałam jednego ze strażników parku którędy najszybciej na dół. Skierował mnie na ubitą ścieżkę. W międzyczasie miasto rozbłysło milionem świateł i wiedziałam, że do zmroku mam jakieś dwadzieścia minut. Chciałam dojść do ulicy zanim zniknie ostatni promień słońca, bo przebywanie w lesie, samej, po ciemku, to żadna przyjemność. Adrenalina i stromy spadek dodały mi skrzydeł, drogę pokonałam błyskawicznie. Może też dlatego, że szelesty w krzakach przypominały, że takie parki są dzikie i mają lokatorów w postaci mniej lub bardziej dzikiej zwierzyny.

No ale nie ma co się nad tym rozwodzić. Dotarłam do Los Feliz, dzielnicy, gdzie chyba rzeczywiście mieszkają ludzie szczęśliwi, a na pewno bogaci. Piękne wille ocienione ogromnymi drzewami miały już zapalone w środku światła, widać było więc piękne wnętrza w kolonialnym stylu, chłopaka grającego na fortepianie i słuchającego go z pluszowego fotela starszego mężczyznę. Co chwila mijał mnie ktoś z psem. Niektóre rezydencje miały rozmiar przeciętnej wielkości hotelu.

Z głową pełną wrażeń i w szoku tlenowym wsiadłam do autobusu, który dowiózł mnie prosto do Hollywood. Weszłam do hostelu na trochę tylko, odpocząć, odłożyć rzeczy. Już nie wyszłam. Zeszłam tylko do kuchni odgrzać kolację, potem wspięłam się na górę do telewizyjnego, gdzie akurat oglądali Sherlocka Holmesa, a ponieważ mam słabość do Roberta Downey’a Jr., kupiłam piwo, usiadłam na jednym z foteli i dołączyłam do widowni. Prawdą jest, że drzemałam przez pół filmu, ale ja po prostu tak już mam. Zrobiła się prawie północ. Zanim dotarłam do pokoju popatrzyłam chwilę przed hostelem na dziewczynę wykonującą akrobacje płonącą z dwóch stron pochodnią. Pościeliłam łóżko i z westchnieniem rozkoszy wyciągnęłam się na nim. Przedostatnia noc przede mną, a na jutro wielkie plany.

25.02

Piosenka It never rains in southern California wydaje się dzisiaj jednym wielkim dowcipem… Leje. Po prostu leje. Miejscowi mówią, że tak fatalnej pogody nie było tu nigdy, odkąd pamiętają, o żadnej porze roku.

Ale prawdziwy podróżnik zawsze tak zorganizuje sobie czas, żeby pogoda nie krzyżowała planów, prawda?

Jak LA to Hollywood, jak Hollywood to filmy, a jak filmy to studia filmowe. Najpopularniejsze tutaj jest Universal, ale zalatuje mi to z daleka rodzinnym dniem w wesołym miasteczku, a filmami tylko lekko pachnie… Po dokładnej analizie rynku zdecydowałam się na Warner Bros VIP Tour i był to strzał w dziesiątkę.

Okazało się, że wszystkie urocze nowojorskie uliczki, knajpeczki z Chicago pełne uroku i stacje metra z Sacramento znajdują się właśnie tu, w LA. Ogrom przestrzeni, jaką zajmuje studio jest nie do opisania. Nauczyłam się, że są cztery rodzaje planu: fasada (do zdjęć tylko z zewnątrz), skorupa (do zdjęć z zewnątrz, ale ze środka mogą wychodzić ludzie), plan praktyczny (z zewnątrz i w środku) i studio dźwiękowe (wnętrza). Warner ma całe ulice pełne kamienic z gipsu i dykty, jak najmniej charakterystycznych, które w razie potrzeby zamienia się a bary, apteki, szkoły i szpitale. Mają nawet własną dżunglę, gdzie dokręcano sceny do Jurassic Park, gdzie stoi bar Merlotte’s i przyczepa Sama (fani Prawdziwej krwi wiedzą, o czym mówię…). Z czynnych planów pozwolono nam obejrzeć biura CBI z Mentalisty, razem ze słynną kanapą, na której rozmyśla Simon Baker. A z planów już zamkniętych –co wzruszyło mnie prawie do łez – Central Perk z Przyjaciół, w każdym szczególe takie, jak w serialu. Oprócz tego ściana, gdzie Spiderman całował Kirsten Dunst, zaułek, którym uciekał Tom Cruise w Raporcie mniejszości, dywan, który wyściełał podłogę „kasyna” w Ocean’s 11… Poza tym hangar pełen pojazdów filmowych, w tym superancki Batmobil z Jedynego Słusznego Batmana, i muzeum filmu, gdzie podziwiałam kostiumy gwiazd, a na drugim piętrze Tiara Przydziału umieściła mnie w Griffindorze.

Jednym słowem, dla mojej filmowej duszy – balsam!

Ponieważ o ile pogoda przedstawiała jakąkolwiek tendencję, była to tendencja zniżkowa, udałam się do świata magii numer 2: na zakupy. Dwie pieczenie przy jednym ogniu stanowiło przeurocze centrum handlowe The Grove, z fontannami udającymi te pod Bellagio (w zmniejszonej skali, rzecz jasna), i Farmers Market, rozwinięcie wczorajszego Grand Central.

Muszę tu wtrącić, że mimo deszczu ludzie uśmiechnięci są szeroko, i chyba dlatego tak kocham Stany. Bezinteresowne pozdrowienia, zagadywanie, to wszystko tutaj jest na porządku dziennym. Tutaj w Kaliforni, bo już na przykład w Nowym Jorku obozwiązuje zasada Ja-Nie-Widzę-Ciebie-Ty-Nie-Widzisz-Mnie. A im mniejsze miasteczko, tym częściej kelnerki zwracają się do Ciebie per sweetie albo honey, i właściwie nie mija się nikogo na ulicy nie mówiąc choćby kurtuazyjnego dzień dobry.

W The Grove odbyłam bardzo nieowocną i rozczarowującą wizytę w iSpocie, a potem jak najbardziej udane dwie: Victoria’s Secret i Abercrombie&Fitch. Na Farmers Market kupiłam dawno poszukiwaną przyprawę Old Bay, która –jak twierdzi moje guru Nigella- jest niezbędna do odpowiedniego przygotowania kalmarów. Na koniec w lokalnym supermarkecie zaopatrzyłam się w kolację: sałatka ze świeżego szpinaku z truskawkami w sosie balsamicznym z dodatkiem malin, sushi california rolls, butelka lokalnego wina i ser na przegryzkę. W końcu to zielona noc, można sobie podogadzać…

Niestety kiedy wracałam do hostelu okazało się, że sklep z tanimi walizkami jest już zamknięty, co nieco komplikuje mi jutrzejszy poranek, ale tak naprawdę na jutro większych planów już nie mam. Jeśli pogoda pozwoli, podjadę pod znak Hollywood, ale w końcu już go sto razy widziałam i nie ma palącej potrzeby. Spróbuję kupić jakieś prezenty dla najbliższych, chociaż naprawdę ciężko tu o nietandetną pamiątkę. Od kilku dni szukam, rezultaty mierne. I może spacer po Sunset Strip. I tyle. A potem już długi lot i wieczna zima………..

26.02

Wstałam rano, zapakowałam co się dało do dużej walichy, resztę w torbę parcianą, ważne i cenne rzeczy w plecak, i z tym plecakiem ruszyłam na podbój znaku Hollywood. Długo czekałam na autobus Dash, za to bilet był śmiesznie tani. Dojechałam do uroczej dzielnicy, lubianej przez gwiazdy, i spacerkiem ruszyłam pod górę.

De facto jest to ten sam Griffith Park, w którym już byłam, tylko z drugiej strony. Wędrówka była krótka, ale męcząca, bo wyszło słońce i okazało się, że w płaszczu się nie da. Rozebrałam się, przepakowałam, i w dwadzieścia minut byłam przy punkcie widokowym, gdzie mogłam do woli napstrykać sobie zdjęć.

Zejście było łatwiejsze. Zastanawiałam się nad kawą w Village Café, byłam bardziej na nie, mimo, że w hostelu dzisiaj popsuł się ekspres i musiałam wypić herbatę (fuuuu….), ale przez okno zobaczyłam, że w środku siedzi niejaki Julian McMahon (gwiazda serialu Bez Skazy), i nie mogłam odpuścić sobie przyjemności ukradkowego pogapienia się. Podtatusiał trochę, lekko posiwiał i wyraźnie dzisiaj się nie golił, ale było na co ślepe oko wytrzeszczyć. Był z córeczką i chyba żoną, chociaż tą ostatnią zasłaniały mi plecy ławy, na której siedziała. Trudno, w końcu nie na nią miałam patrzeć.

Z żalem wyszłam po kwadransie i pojechałam w stronę Sunset Strip. Pospacerowałam trochę, zjadłam lody i już była pora wracać do hostelu. Szybko kupiłam walizkę, z którą nadal nie wierzę, że wpuszczą mnie do samolotu, bo moim zdaniem strasznie wielka, ale wymiary się zgadzają…Zapakowałam wszystko jak leci, chłopak, który wyjmował moją walichę z przechowalni mało się nie zarwał pod jej ciężarem i zapytał, czy przewożę trupa.

Shuttle przyjechał na czas, korki były względne i na lotnisku byłam z dużym zapasem czasu. Na drżących nogach poszłam zważyć walizki. Trafiłam idealnie z wagą, bagaż rejestrowany 22 kg na 23 możliwe, podręczny 11.5 na 12. Yay, me! Zrobiłam trochę zakupów w wolnocłowym, zjadłam ostatniego hamburgera (z bekonem i pieczarkami, pycha!), kupiłam kawę i obiecany przyjaciółce kubek w Starbucksie (już miałam tego nie robić, bo z miejscem krucho, ale przypomniało mi się, że miała urodziny, to niech ma…), podłączyłam laptopa do prądu, żeby jak najwięcej go nałapać na podróż i przepakowałam podręczny. Dalej się boję, że jest za duży i nie puszczą mnie przez bramkę do samolotu. Dziesięć minut do wejścia na pokład. Kto jeszcze nie trzyma kciuków, niech zacznie!

27.02

Udało się! Uff. Nie wiem jak udało mi się przybrać 22 kilogramy bagażu, ale najważniejsze, że pozwolili nam podróżować razem.

Lot był bardzo miły, bo głównie spałam. Trochę za ciepło było w samolocie, ale za to francuska kuchnia się bardzo sprawdziła, podali wołowinę mieloną zapiekaną pod puszystym, kremowym puree z serem. Niebo w gębie mało. I szampan w ramach aperitifu też był.

Na dobranoc obejrzałam Toy Story 3 i płakałam jak dziecko. Ja już nic nie mogę obejrzeć, żeby się nie wzruszyć. Naprawdę chyba czas poszukać jakiejś terapii.

Szybko odświeżyłam się w łazience, przeszłam sto kilometrów do drugiej bramki (mają tu ciekawe urządzenie, którego jeszcze nigdzie nie widziałam: skanuje się kartę pokładową, a to to mówi, do której bramki się kierować i gdzie ona jest; praktyczne wielce) i już niedługo będę lecieć do Warszawy.

Już tęsknię za Stanami. Od jutra rozglądam się za następnym biletem. Nie znam fajniejszego kraju. Już kilka wizyt za mną, a jeszcze tyle mi zostało: Alaska, Chicago, Floryda, Hawaje, Seattle z wycieczką do kanadyjskiego Vancouver… Nie wspominając już, że do Nowego Jorku mogę wracać zawsze. Teraz zresztą pokochałam też Kalifornię. Oby rozłąka nie trwała za długo!