Rzym 1-10.02.2019
- Jak się mówi po włosku “Jak dostanę niedobre piwo, to nie zapłacę”? - pytał w samolocie podekscytowany B., kiedy maszyna AlItalii wiozła nas z Warszawy na lotnisko Fumicino.
Wyjazd był trudny, bo ja musiałam podopinać wiele zawodowych spraw, nasz kundelek miał po raz pierwszy trafić do hotelu, więc z nerwów wieczorem wypiłam za dużo wina, i rano bolała mnie głowa, a już dosłownie chwilę przed wyjazdem okazało się, że sukienka w której planuję lecieć ma plamę…. Zamiast poddać się atakowi histerii postanowiłam plamę zasłonić chustą narzuconą na szyję, a plamę zaprać już w hotelu.
Na pokładzie śmialiśmy się, że wszyscy Włosi wyglądają tak samo, czyli każdy ma koszulę, a na wierzchu grzeczny sweterek. Podano nam kawę z torebeczką biscotti i do Rzymu dolecieliśmy bez większych przygód.
Na miejscu łatwo kupiliśmy bilet na autobus do miasta, który odjechał z iście włoską punktualnością, więc mieliśmy sporo czasu na odnotowanie, że Italia powitała nas ciepłą, ale deszczową pogodą, że wokół roi się od taksówkowych naganiaczy, a idąc wzdłuż terminala wpada się w chmury na przemian dymu tytoniowego i glikolowego z e-papierosów, co jest bardzo nieprzyjemne.
Na tłocznym Termini, porównanym przez B. trafnie do Warszawy Wschodniej, przecisnęliśmy się najpierw do baru, bo porządnie zdążyliśmy już zgłodnieć, i dopiero z ciepłymi panini w brzuszkach poszliśmy do naszego pensjonatu.
Zmienialiśmy rezerwację parę tygodni przed wyjazdem, bo to miejsce wydawało nam się lepsze niż poprzednio znalezione. Teraz już sama nie wiem. Napewno na początku rozczarował nas pokój, mały ciemny, pozbawiony ozdób, ale teraz kiedy zza otwartych okiennic wlewa się słońce, które w końcu dziś wyszło na dłużej, to chyba nie mamy na co narzekać.
Pensjonat, z nazwy sądząc i wyglądu gospodarza, arabski, znajduje się na trzecim piętrze kamienicy i składa z trzech czy czterech pokoi, z których każdy posiada własną łazienkę. Pomieszczenia są malutkie, ale bardzo nowe i czyste, meble w większości łatwo rozpoznać jako projekty IKEA. Na pewno lokalizacja liczy się na plus, w większość miejsc jesteśmy w stanie dotrzeć na piechotę.
Spacerowanie zaczęliśmy zresztą już pierwszego wieczora po regenerującej po podróży drzemce, i żeby rozprostować nogi, i żeby poznać okolicę, i kolację upolować.
Od samego początku jakoś na bakier tu mamy z mapą. My naprawdę mamy niezłe poczucie kierunku, a tu gubimy się co chwila. Mimo papierowego planu miasta i googlowej nawigacji, co chwila skręcamy nie tu, zaskakuje nas gdzie się pojawiliśmy, idziemy wszędzie na około. Ale to też ma swój urok.
Po drodze natykamy się na sklep z nietypowymi winami. Patrzymy, i oczom nie wierzymy. Na wystawie Mussolini obok Hitlera, Lenina, Ché, Stalina - wszyscy na etykietach.
Zastanawiamy się, kto to kupuje. Po co. Skąd taki pomysł i taka potrzeba, czy to ma szokować, bawić, czy przestraszać. I czy w Polsce by to przeszło, czy jednak byłyby protesty.
Pierwszą kolację jemy w Trattorii Luzzi, wypełnionej po brzegi, a poleconej nam przez koleżankę B. z pracy. Znajduje się niedaleko Koloseum. No, nie koleżanka, trattoria rzecz jasna! Nie bardzo skupieni na pracy, a raczej na życiu towarzyskim Włosi, podają nam cannelloni, lasagne, bruschetty (choć o te ostatnie musimy się upomnieć, bo przy pierwszym zamówieniu zapomnieli - czym nie przejęli się w najmniejszym stopniu), i creme de la creme: pyszne domowe wino, ½-litrowa karafka za €2.5. B. ma mniej szczęścia do piwa- sączy je długo i z raczej niezadowoloną miną. Taka sytuacja niestety tutaj będzie go prześladować.
Wracamy oczywiście także korzystając z siły własnych nóg, zastanawiając się jakie pierwsze wrażenie wywarło na nas miasto. Nie żyje się tu chyba dobrze, jest brudno, głośno i chaotycznie. Widać wielu bezdomnych śpiących na ulicy. Można by zwalić na imigrantów, których jest tu bardzo wielu, ale Włosi sami nie dbają o porządek. Pani w restauracji poprosiła o popielniczkę, pokazano jej gestem, że miejsce niedopałków jest na podłodze. Jeden z ulicznych handlarzy upuścił foliową torebkę pod Koloseum, kilku przewodników przeszło obok nie reagując, a jeden, który jak mi się zdawało szedł ją podnieść i wrzucić do kosza, po prostu w nią kopnął i poszedł dalej. Przy krawężnikach roi się od śmieci, od papierków, przez butelki, po skórki z pomarańczy.
-Chyba na następne wakacje pojedziemy do Szwajcarii, na odtrutkę. - wzdycha B.
Następny dzień wita nas deszczem, na przemian intensywnym i ulewnym, przerwy w dostawie wody są tak krótkie, że nie warto o nich wspominać.
Nie wiem jeszcze, co nas czeka: że już na wysokości Piazza del Quirinale wleje mi się woda do butów, i to chlupanie będzie mi towarzyszyć do końca dnia. Mam parasolkę, w ostatniej chwili wrzuconą do walizki, ale plecak B. przemoknie tak, że zdecydujemy się kupić pelerynę, żeby chronić jego zawartość. Niestety dla tkwiącej w nim książki, na ten krok zdecydujemy się za późno, co odkryje B. dopiero wieczorem patrząc na pofalowane strony.
Budzik dzwoni o dziewiątej, ale ja wstaję dopiero pół godziny później, co zmusza mnie do pójścia na śniadanie (serwowane do dziesiątej w zaprzyjaźnionym z pensjonatem barze) w dresie naciągniętym na piżamę. Na miejscu serwują nam kawę i rogalik.
-To jest śniadanie ludzi, którzy nie muszą nic robić. - wzdycha B.- Proszę, tu mamy ruiny, popatrzcie sobie, a ja posiedzę na krzesełku. Przecież to jest ilość jedzenia poniżej czułości mierników w organizmie!
Śmieję się, ale w duchu przyznaję mu rację.
Zawsze mówię, że jesteśmy pogodoodporni, więc i tego dnia nie dajemy sobie zepsuć. Ruszamy dziarsko w miasto, mijając skrzyżowanie Czterech Fontann, które natychmiast przywodzi nam na myśl Quattro Canti z Palermo. Idziemy w dół, do słynnej fontanny di Trevi.
-O co chodzi z popularnością tej fontanny? - pyta B. - Znaczy, no, ładna, ale przecież wszystkie inne po drodze są tak samo piękne.
Rzeczywiście, kto zna Rzym, ten rozumie jak ciężko jest tu oprzeć się pokusie zobaczenia wszystkiego, choćby wetknięcia głowy do każdego otwartego kościoła, przeczytania przynajmniej akapitu o każdej mijanej rzeźbie. Ale tak się nie da! Przez tą obfitość wszystko zacznie się zlewać w jeden obraz, i w efekcie nie zapamięta się nic.
A propos tego. To mój chyba trzeci pobyt w Rzymie, i startowałam z pozycji “znam, znam, widziałam, teraz będę oprowadzać męża”. A guzik. Okazało się, że pamiętam bardzo mało, i bardzo wiele rzeczy mnie zaskakuje. I teraz zwiedzając z B. te wszystkie miejsca odkrywam Wieczne Miasto zupełnie na nowo.
Dochodzimy do Piazza di Spagna, wspinamy się po słynnych schodach do kościoła na górze. Kiedy wychodzimy, niezwykła panorama Rzymu widoczna z tarasu zalewa się na chwilę słońcem. Radość z przejaśnienia nie trwa długo, ponieważ większość drogi dalej, do bliźniaczych kościołów na Piazza del Popolo i wzdłuż Tybru do Zamku Anioła, idziemy w deszczu. Na wysokości Ponte Umberto I, zachłannie skanując wzrokiem bogato zdobioną fasadę sądów, rozważamy różnice między lokalnym zbytkiem a surową architekturą Szkocji. Z żalem mijam karuzelę, na którą PESEL nie pozwala mi wsiąść, i między rzeźbami Ponte Sant’ Angelo wchodzimy w małą uliczkę, gdzie możemy w tłumnej restauracyjce przysiąść na pizzę na spółkę i troszkę się podsuszyć. W trochę lepszym stanie idziemy w stronę Piazza Navona, po drodze natykając się na moje nowe ulubione miejsce w Wiecznym Mieście.
Kto mnie zna, ten wie, że wcale nie jest ze mnie pies na słodycze. Wolę inne trucizny, wszystko z kartofli, mąki, smażone, sery i czerwone wino - to są moje grzechy główne. Ale jest jeden wyjątek.
Tiramisu.
Nie bardzo umiem sobie wyobrazić taką jego ilość, żebym mogła powiedzieć: “Nie, wiesz, już jakoś nie mam ochoty”. Jemy je tutaj codziennie i wszędzie. Każde jest inne. Bardziej puszyste i cięższe, z biszkoptem wyraźnie odcinającym się od kremu i prawie jednolite, słodsze, mocniej kawowe, na talerzyku i w słoiku. I oto w tę deszczową sobotę oczom naszym ukazuje się miejsce o nazwie Two sizes. Sprzedają wyłącznie tiramisu, w dwóch rozmiarach, w plastikowych kubeczkach na wynos. Ale te smaki! Klasyczne, pistacjowe, orzechowe…. Kiedy wzrok mój pada na tiramisu na maśle z orzechów ziemnych wiem, że wybór został dokonany. Nie żałuję. Duża porcja znika w oka mgnieniu w naszych brzuszkach. Cud, że kubka nie zjedliśmy…
Zadowoleni i uśmiechnięci idziemy dalej. Piazza Navona, barokowy kościół św. Agnieszki w Agonie, później imponujący Panteon, który na B. robi wielkie wrażenie. Na ostatnich nogach wchodzimy jeszcze do kościoła św. Ignacego, gdzie największą atrakcją jest ogromny fresk, który w zbliżeniu można obejrzeć dzięki wielkiemu lustru, które przybliża i powiększa namalowane postacie.
Nie da się dłużej ignorować chlupotu w butach, wracamy na suszenie do pokoju, łapiąc po mału orientację w mieście. Wieczorem tylko wyjście na kolację do restauracji znalezionej na Trip Advisorze (klucz wyszukiwania: “w pobliżu”, bo niewiele już sił nam zostało), gdzie domowy makaron ja oceniam na pyszny, a B. na “może być”. Próbujemy jeszcze znaleźć kraftowe piwa dla mojego męża- idziemy z mapą do obiecującego lokalu Habemus Birram, ale na miejscu znajdujemy tylko sklep z piwami, bez szalonego wyboru, więc wracamy spać, po drodze zaopatrując się w supermarkecie w wodę.
Niedzielny poranek staramy się zorganizować sprawnie, z wrodzonego skąpstwa chcąc skorzystać jak najwięcej z dnia darmowego wstępu do muzeów. Bilety do atrakcji w Rzymie są bardzo drogie, dla naszej dwójki robi to już dużą różnicę w budżecie. Bo my, wiadomo, wolimy tą kasę przejeść ;-)
Metrem szybko dostajemy się do Koloseum i mimo bardzo wczesnej pory, musimy ustawić się w imponującej kolejce, która otacza już cały gigantyczny gmach. Stoimy i stoimy, a zastępy przewodników próbują namówić nas na kupienie biletu priorytetowego wstępu, strasząc, że spędzimy w kolejce dwie godziny. No i niechby, myślimy. Trochę gadamy, trochę na zmianę chodzimy sobie wokół patrząc na widoki. W końcu do środka udaje nam się wejść w niecałą godzinę.
Ja nie planowałam ponownie odwiedzać Koloseum, bo o ile warto raz je zobaczyć, to nie ma tam niczego takiego, do czego trzeba by wracać, ale skoro jest za darmo, a B. nie był... Tym razem zwiedzamy - jak to my- wolniej, spokojniej, czytając opisy przy zgromadzonych na górnym poziomie artefaktach. I robi to jednak duże wrażenie.
Na tle areny fotografują się niezliczeni turyści. Z rozbawieniem obserwuję jak uniwersalny jest język małżeńskich dysput: stoi para Japończyków, rozmawiają w swoim języku, więc poza mimiką i intonacją nie mam nic. Ale doskonale rozumiem rozmowę. Ona prosi o zdjęcie, on robi, ale nie takie, jak ona chciała, więc ona prosi o kolejne. W okolicach ujęcia dwudziestego on traci cierpliwość i zaczyna się stawiać, więc ona mówi, że dziękuje bardzo, sama sobie zrobi selfie, co niniejszym czyni, a później odchodzi obrażona. Skąd ja to znam! Chociaż nie, w zasadzie ja nie mam prawa narzekać, kiedy pojechaliśmy do Twin Peaks, B. bez mrugnięcia okiem zrobił chyba ze sto pięćdziesiąt zdjęć w tym jednym, najważniejszym miejscu.
Kiedy miejsce krwawych walk gladiatorów uznajemy za obejrzane dostatecznie dokładnie, idziemy na Palatyn, poszwędać się po ogrodach, powąchać pojedyncze pomarańcze na drzewach, rzucić okiem na piękną panoramę miasta, a w końcu zejść w dół na Via Sacra i popodziwiać ruiny miasta.
Moglibyśmy jeszcze długo tak buszować wśród kawałków ścian, kolumn, słuchać deszczu przytuleni pod jednym parasolem, ale mąż mój ma jedno marzenie, dziwne dość jak na osobę niewierzącą, ale z marzeniami się nie dyskutuje.
Papież. On chce zobaczyć papieża.
Jedziemy więc na plac świętego Piotra, bo w końcu niedziela, i Franciszek będzie wygłaszał orędzie z okna. Mamy moment niepewności, czy się uda? Oczywiście jesteśmy tuż przed dwunastą, i plac jest już odgrodzony, strażnik odpowiada mi po włosku coś bardzo szybko i wydaje się, że nie uda nam się dostać vis a vis słynnego okna. Ale okazuje się, że po prostu musimy wejść od strony wschodniej na plac, więc biegniemy co sił w nogach i przed bazylikę wpadamy już dosłownie w trakcie odliczania do pojawienia się papieża.
Atmosfera jest radosna i ciepła, Franciszek błogosławi zebranym, prosi o modlitwę za pokój w Jemenie. Na koniec w niebo wypuszczane są balony, i wkrótce okno ponownie się zamyka. Zaglądamy do papieskiej księgarni, kupujemy pocztówkę dla Babci, i trochę już zmęczeni, ale dalej pełni zapału, idziemy w stronę Zamku Anioła.
Kolejne trzy kwadranse w drugiej tego dnia kolejce umilają nam grajkowie. Pan na gitarze, której nie ma (jakby sam obrys, bez pudła rezonansowego) gra Bohemian Rhapsody, i szybko cała zgraja czekających dołącza się do śpiewu. Stragany sprzedają tradycyjne badziewie, z którego najbardziej interesują mnie uwielbiane przez nas magnesy. Nie mogę się zdecydować, kupuję kilka. Ciemnoskórzy sprzedawcy koniecznie chcą mi wcisnąć składaną na płasko miskę na orzeszki, ale jestem dzielna. Nogi trochę już bolą, ale czego się nie robi w imię dobrze zwiedzonego miasta.
Środek zamku niczym nie imponuje - niczym, poza widokiem, który rozciąga się z góry. Na miasto, na Watykan, na rzekę i mosty. Przepięknie. Na tarasie jest kawiarnia, i wyobrażamy sobie, że w upalny letni dzień stoliki przy blankach zapewniają cudowny powiew wiatru na ogorzałej twarzy. W lutym jednak na siadanie przy nich jest zbyt chłodno.
Kiszki już mocno marsza nam grają, więc biegniemy do kolejnej poleconej restauracji, Alla Rampa dei Gracchi. Jest dość elegancko, współcześnie, ruchliwie. Część ścian pozostawiono z cegłą na wierzchu, na innych wiszą lustra w złotych ramach. Nad barem dziesiątki win i wiszące kieliszki. Czas na owoce morza i moje ukochane spaghetti alle vongole, czyli z małżami. Obowiązkowo tiramisu. Wino też nie do pogardzenia.
Siły nam wróciły, ale nie na tyle, żeby piechotą lecieć na drugi koniec miasta, a ambitnie bardzo chcemy jeszcze wejść do Villa Borghese. Zależy nam już nawet nie na zaoszczędzeniu na bilecie, ale jest ostatni dzień wystawy Picassa. Wsiadamy w pierwszy autobus, na który już trzeba się było naczekać, a jeszcze czeka nas drugi, który tak długo i tak uparcie nie przyjeżdża, że zastanawiamy się czy w ogóle zdążymy. Ale udaje się. Z wywieszonym językiem wpadamy w ostatnim sensownym momencie, żeby myśleć o podziwianiu wystawy, prosto na kartkę, że biletów brak, ale jeszcze są na… czwartek.
Widząc moją smutną minę, kasjer pyta ile nas jest osób. Mówię, że dwie, a on uśmiecha się do mnie i mówi:
- Trzy bilety jeszcze mam...
Wchodzimy!
Picassa albo się kocha, albo wręcz przeciwnie. We mnie budzi przynajmniej dużą ciekawość. Miałam okazję kilka miesięcy wcześniej widzieć jego cudowną wystawę w Tate Modern w Londynie, poświęconą szczególnemu rokowi w jego życiu, 1932. Tutaj jego rzeźby przedstawiające ludzi i zwierzęta w sposób jemu właściwy skontrastowane były z klasycznym ujęciem tematu.
Jak mam być szczera, tym razem sztuka klasyczna wygrała…
W Villa Borghese podobało nam się również bardzo malarstwo, ale mieliśmy już tak pełną głowę wiadomości, wrażeń i obrazów, że zdecydowaliśmy się zostawić szczegółowe oglądanie na następny raz. Uśmiechając się do kilkuletniej, lokowanej blondyneczki, która -jak wszystkie dzieci świata- zafascynowana patrzyła na B., wyszliśmy.
W zapadającym zmierzchu poszliśmy parkiem w dół, aż do schodów hiszpańskich, szczelnie o tej porze obsadzonych zarówno turystami, jak i Rzymianami, i jeszcze dalej do słynnej Café Greco, gdzie Gogol pisał “Martwe Dusze”, gdzie śmietanka artystów, również polskich, chętnie spędzała długie godziny, i której Miłosz poświęcił wiersz. Miejsce to funkcjonuje od ćwierćwiecza! Obejrzeliśmy obwieszone portretami sale, odetchnęliśmy literackim powietrzem, ale dziesięć euro za espresso i dwadzieścia jeden za prostego drinka dość skutecznie odstraszyły nas od zostania tam na dłużej.
Wieczór zakończyliśmy w Luppolo 12, deską lokalnych przysmaków tagliere rustico, ja z kieliszkiem wina, B. z piwem, które podejrzanie uczynna barmanka pomogła mu wybrać z dość dużego repertuaru. W tle leciał mecz Roma-Milano, a ja z rozbawieniem obserwowałam prawdziwego fana, który wszedł z nikim się nie witając, nie zdjął kurtki ani szalika, zamówił focaccię z prosciutto, ale jadł ją bezwiednie, oczu nie spuszczając z sytuacji na boisku, zżymając się, kiedy jego drużynie nie szło tak, jakby sobie życzył. Patrzenie na niego było ciekawsze niż patrzenie na piłkarzy, aż szkoda było wychodzić po pierwszej połowie.
Nikogo chyba nie zdziwi, że po tylu wrażeniach w niedzielę, nie zerwaliśmy się w poniedziałek o siódmej zwiedzać. Przeciwnie, poza wyskokiem na to, co miejscowi nazywają śniadaniem, przewalaliśmy się w łóżku do popołudnia, i ostatecznie około czternastej wyruszyliśmy niespiesznie na miasto.
Zajrzeliśmy do Santa Maria Maggiore, do której idzie się od nas kilka minut dosłownie. Mniej pamiętamy z wnętrza, bo kościoły zlewały się nam już w niekończącą się, barokowo obfitą całość, bardziej wspominamy wojsko stojące u wejścia, prześwietlające wszystkich po kolei.
Tych oddziałów jest pełno w całym mieście. Obstawiają wszystkie główne i poboczne atrakcje, zawsze kilka osób z karabinami, samochód pancerny, i bramki jak na lotnisku w prowizorycznych namiotach. Strach przed terroryzmem dotarł już tu, do serca Europy. Signum temporis. Niestety.
Lunch zjedliśmy w uroczej knajpce z fajną atmosferą, której nie dorównywała objętość podawanych dań, dopchnęliśmy więc pizzą sprzedawaną na kawałki w barze obok Forum Trojana, jednoznacznie niesmaczną. W ostrym słońcu zrobiliśmy sobie kilka fotek na tle ruin, i wdrapaliśmy się na taras widokowy w słynnym Vittoriano.
Ołtarz Ojczyzny, czyli pomnik Wiktora Emanuela II, to okazały i dość szpetny budynek na Kapitolu w Rzymie, powstały według projektu Giuseppe Sacconiego. Autor chciał alegorycznie przedstawić cały kraj i użył rzeźb symbolicznych. Najlepsze, co można o nim powiedzieć to to, że zapewnia za darmo piękną panoramę miasta.
Vis a vis znajduje się plac z balkonem, z którego swoje słynne przemówienia wygłaszał Benito Mussolini, choć nie mogliśmy sami rozsądzić, czy był to ten balkon po prawej czy po lewej, i dopiero moja włoska rodzina uświadomiła nam później, że jednak po prawej, tyłem do Vittoriano stojąc.
Spacerem poszliśmy dalej w dół, do fontanny żółwi. Nagle B. złapał mnie za łokieć i jednym zgrabnym ruchem odprowadził na drugi koniec chodnika. Znamy się na tyle długo, że wiedziałam, że nie robi tego ot tak, tylko coś obrzydliwego musiało stanąć mi na drodze, i mój rycerz w lśniącej zbroi właśnie mnie ratuje.
- Mysz? - zapytałam.
- Nie. - odpowiedział krótko.
- Ptak? Zdechły?
- Skrzydło.
Fuuuuuuj. Dzięki Bogu za spostrzegawczego męża!
Jak ktoś naogląda się za dużo Rzymskich wakacji z Hepburn i Peckiem, to tak sobie marzy, że zabierze tą ukochaną osobę do ust prawdy i ona tam włoży tą rękę głęboko, w przerażającą czeluść gęby posągu, i wyzna wieczną miłość, nawet przez chwilę się nie martwiąc, że zostanie bez dłoni. I prawie by mnie ta przyjemność ominęła, bo dotarliśmy do La Bocca della Verità ze dwadzieścia minut przed zamknięciem, natykając się na imponującą kolejkę. Stres jest, bo każdy chce zdjęcie, które wyjdzie super, a czasu jest mało, stoi pan specjalnie po to zatrudniony, żeby studzić zapały tych, co lubią mieć fafnaście ujęć, żeby sobie najlepsze wybrać.
I nikt nie uwierzy, że DOKŁADNIE w momencie, kiedy przypadało naszych kilka sekund na zrobienie sobie zdjęcia, zadzwonił mój wuj potwierdzić godzinę kolacji.
Przed atakiem histerii uchroniła mnie tylko obietnica B., że możemy wrócić do kolejki innego dnia i zrobić to moje wymarzone, piękne zdjęcie do ramki.
Zrobiło się późno, i chcieliśmy odpuścić już ostatni punkt programu, czyli Circo Massimo, ale pogubiliśmy się w uliczkach, i i tak wylądowaliśmy w okolicy, więc rzucając okiem na starożytny tor wyścigowy, spokojnie doszliśmy do pobliskiej stacji metra.
Dopadliśmy hotelu koło 19, i szybko przyszykowaliśmy się na kolację, na którą miała zabrać nas moja włoska rodzina. Kuzyn mojej Babuni wyemigrował do Rzymu, i nadal mieszka tu jego syn z czwórką swoich dzieci, które są mniej więcej z mojego pokolenia, i ich matką. Nie mówią po polsku, ale ich znajomość kultury i historii naszego kraju, oraz poczucie więzi nim, mogłyby zawstydzić niejednego członka Młodzieży Wszechpolskiej.
Stefano, mój wuj, powitał mnie bukietem biało czerwonych tulipanów, my dla nich mieliśmy torcik wedlowski i Soplicę, co okazało się (zwłaszcza wódka) strzałem w dziesiątkę, bo rodzina rozsmakowała się w rodzimych produktach alkoholowych przy okazji ostatniego pobytu na południu Polski.
- Dzisiaj zabieramy was do restauracji, żeby zobaczyć co lubicie jeść. Do domu przyjdziecie następnym razem. - powiedział Stefano na wstępie.
No i zabrali nas. Do miejsca, gdzie byli sami Włosi, a o jedzeniu do tej pory snujemy fantazje w długie wieczory po pracy.
Ilość jedzenia przekroczyła nasze, wcale nie skromne, możliwości.
Na przystawkę oczywiście pasta, przede wszystkim cudowna amatriciana, która na stałe weszła do naszego domowego menu, ale także carbonara i jeszcze makaron z podrobami, które jak się okazało stanowią mocną podstawę rzymskiej kuchni. Nie ukrywam, że nie przekonaliśmy się, ani w przystawkach ani daniu głównym, do flaków i ogonów. Natomiast saltimbocca i jagnięcina wystawiły na próbę pojemność naszych żołądków. Nie na tyle, żeby tiramisu nie weszło, umówmy się, jakieś standardy trzeba trzymać. I wino, dużo wina.
- W Polsce ciągle ktoś mi mówił “Piwo? Ale ty prowadzisz!” - śmiał się Stefano. Żaden Włoch nie zrozumie korelacji prowadzenie - brak alkoholu. Inna kultura.
Najedzeni do granic przyzwoitości daliśmy się jeszcze zabrać na spacer po getcie, i przyjemnie wykończeni wróciliśmy do hotelu na zasłużony odpoczynek.
Bo przecież rano czeka nas kolejne wielkie przeżycie - Watykan i jego bezbrzeżne muzea.
Natychmiast po wyjściu z metra opadają nas tłumy naganiaczy: nie wiadomo, którzy legalnie kierują do nowego wejścia i zarządzają tłumem, żeby nie zakorkował się Plac św. Piotra, a którzy próbują sprzedać swoje usługi, bilety bez kolejki i podejrzane zniżki. Przed wejściem kłębi się chmara turystów, choć jak na Włochów to trzeba im oddać, że nieźle zarządzana, i szybko znajdujemy się w środku, z prześwietlonym bagażem i internetowym voucherem wymienionym w automacie na bilet wstępu.
Tyle, że już czujemy się zmęczeni. Ludzie płyną koło nas wartkim strumieniem, rozdzielani tylko chorągiewkami, które trzymają w górze przewodnicy, żeby nie zgubić swojego stada.
Najpierw dziedziniec z wielką szyszką i kulą w kuli. Dalej sale rzeźb greckich i rzymskich ciągną się w nieskończoność. Wśród miriad podobnych popiersi ciężko coś zapamiętać. Jest personifikacja Nilu, wielki brodacz, którego obsiadło szesnaścioro dzieci, a każde symbolizuje co innego: dobre zbiory, deszcze, suszę. Jest też Herkules z synem. A może Herakles? Już sami nie wiemy, popychani co chwilę przez płynące tłumy. W Sali Okrągłej zastanawiamy się, czy misa na środku jest fontanną, czy może chrzcielnicą. Kiedy szukam informacji w internecie wychodzi na to, że jest po prostu misą… Ożywiamy się przy obrazie Matejki, bo jednak co patriotyzm, to patriotyzm i trafnie rozszyfrowujemy łacińską sekwencję Non nobis, Domine, non nobis, sed nomini tuo da gloria: bitwy przecież nie tylko Sobieski i nie tylko pod Wiedniem zawsze toczyli nie dla siebie, a dla Boga…
Zaskakuje mnie pawilon z malarstwem współczesnym: Chagall, Matisse czy Gaugin to nie są nazwiska, które kojarzę z Watykanem. Okazuje się, że i mój kochany Van Gogh może narysować coś, co jest po prostu brzydkie (Pieta), ale za to pasuje do wielu innych nieładnych obrazów w tych salach. Nie mogę tylko podjąć decyzji co do Miękkiego potwora w anielskim krajobrazie - obraz Salvadora Dalí jest co najmniej intrygujący, a to już chyba połowa sukcesu dla sztuki?
Podobno korytarze muzeów watykańskich to przeszło siedem kilometrów. Nie da się tego ogarnąć umysłem przy jednej wizycie. Ani dwóch. Marzą nam się dawne czasy, kiedy normalnym elementem wychowania (jeśli człowiek urodził się w wystarczająco uprzywilejowanej kaście) były półroczne pobyty w europejskich stolicach, z codzienną wizytą w znanych muzeach. Idąc przez salę map, z każdym krokiem czuję się mniejsza, widzę, ile nie wiem, chcę zapisać się na kolejne kursy, studia, tracę oddech myśląc, że życia nie starczy…
Ukojeniem jest wizyta w Kaplicy Sykstyńskiej, tyle razy widzianej, opisywanej, omawianej, że umysł łapie się tych kotwic wiedzy. B. patrzy na nią na żywo po raz pierwszy, i decyduje, że teoria o tym, że Michał Anioł ukrył dokładny kształt mózgu za Bogiem tworzącym Adama, jest prawdziwa, i artysta przemycił w ten sposób pierwiastek ateistyczny do samego jądra chrześcijaństwa. Ja koncentruję się na rozszyfrowaniu poszczególnych scen na freskach. Razem prowadzimy długie dyskusje dlaczego nie ma nigdzie obrazu ukrzyżowania, i czy nierówność w oddaniu dwóch skrzydeł drzwi jest wynikiem błędu w perspektywie czy symetrii. Co kilka minut grzmi z mikrofonu głos jednego ze strażników.
-Silencio.- odbija się od ścian i robi iście lynchowskie wrażenie. I co chwila powtarzana jest prośba, żeby nie stawać od razu w drzwiach z rozdziawioną buzią, tylko przechodzić do przodu i w prawo.
Bardzo miło jest wyjść potem na zalany słońcem dziedziniec, popatrzeć na drzewa pomarańczowe w donicach i poczuć ciepło na twarzy. Stamtąd schodzimy do pawilonu pojazdów, gdzie czekają na nas papamobile: od karoc, przez mercedesy z papieskim fotelem w środku, aż do słynnego pojazdu, w którym Wojtyła został postrzelony przez Mehmeta Ali Agcę w ‘81. Nad autem zapętlony wyświetla się film z zamachu, muszę przyznać, że poruszający i bardzo działający na wyobraźnię.
B. rozpromienia się najpierw przy kierownicy Formuły 1 podarowanej papieżowi w czasie prywatnej audiencji kogoś tam z Ferrari, a później przy obrazie z cesarzem Franciszkiem Józefem. Zaglądamy do papieskich limuzyn, komentujemy wyposażenie. W końcu wychodzimy i planujemy na koniec zwiedzić jeszcze Pinakotekę.
-No.- komentuje B.- wejście tu teraz to jest ekwiwalent tego, jak sobie wczoraj jeszcze na koniec dołożyłem karczochów.
Jeśli mogę być szczera, tryptyki z wieków dwunastych czy trzynastych nic mi nie robią ani estetycznie, ani intelektualnie. Jeśli już coś mnie tu porusza, to liczne Madonny z XVIII wieku. B. stoi dłużej przed podobnie datowanymi martwymi naturami i rajskim ogrodem Petera Wenzela. Ale niewiele już przyciąga naszą uwagę, gobeliny ledwo omiatamy wzrokiem, zwłaszcza, że dzieciak w wózku pewnej hinduski drze się niemiłosiernie: pewnie też ma już dość.
Po prawie sześciu godzinach przenosimy się zatem słynną spiralną klatką schodową najpierw przed wejście do muzeum, a później prosto do kolejki do Bazyliki św. Piotra. Na szczęście idzie bardzo sprawnie, więc w niecałe 20 minut jesteśmy w środku.
B. rozgląda się krytycznie po wnętrzu. Wzrok jego pada na skrzynię na datki.
- Jeszcze tu mają czelność brać na tacę? W tym zbytku? Do pierwszego im nie starcza? - mruczy pod nosem.
Obchodzimy gigantyczną świątynię, schodzimy do podziemi, szukając oczywiście grobu papieża Polaka. Ku naszemu zdumieniu, dochodzimy do wyjścia nie znajdując go. Zawracać nie wolno, planujemy więc jeszcze raz zrobić kółko, po drodze zatrzymując się przy słynnej Piecie. B. kpi z opisu rzeźby mówiąc, że jakoś nie widzi “subtelnego dialogu między dwiema twarzami”, ja też nie do końca rozumiem dlaczego wzbudza ona takie zachwyty...
Okazuje się, że grób Wojtyły jest zaraz obok, przeniesiony z dolnej kondygnacji. Cieszę się, że miałam okazję zobaczyć go i w tej, i w poprzedniej odsłonie.
Wykończeni tym dniem wychodzimy z Bazyliki, na odchodnym B. rzuca jeszcze:
- Mają rozmach, skurwysyny - cytując Siarę w słynnym kinowym hicie.
Przed wejściem zostaje nam jeszcze pośmiać się ze szwajcarskiego gwardzisty, którego grupa latynoskich turystów próbuje pozbawić profesjonalnej maski pokerzysty- z sukcesem zresztą rozśmieszając go, aż czerwienieje na twarzy.
Później, robiąc kilka zdjęć placu, idziemy koło Zamku Anioła w stronę poleconej restauracji Il Corallo. Jest zamknięta, otwierają dopiero za godzinę, więc decydujemy się na aperitivy w pobliskim barze. B. pije jakieś kraftowe dziwadła, ja zaczynam wieczór od Apperolu. Planujemy dzień, zapisujemy wydatki i ani się obejrzymy, a nadchodzi pora kolacji.
Tak, to prawda, tuż przed 19.00 w lokalu więcej jest turystów, niż Włochów, dla których to jeszcze za wcześnie na jedzenie, ale stoliki zapełniają się szybko. Jemy bardzo dobrą pastę, a na drugie po pizzy - moja smakuje mi najbardziej na świecie, B. narzeka, że jego jest niesmaczna (rzeczywiście, pieczarki na pizzy rzadko są dobrym pomysłem, a dodatkowo kucharz przypalił cieniutkie jak opłatek ciasto). Mój jedyny zarzut polega na tym, że vino della casa sprzedają wyłącznie na butelki, więc muszę zdecydować się na kieliszek droższego Chianti. Ale miła atmosfera włoskiej knajpki rekompensuje wiele.
Zaraz po wyjściu z restauracji rozładowują nam się telefony, więc żeby wrócić do hotelu musimy włączyć mózgi i uzyskaną przez ostatnie dni wiedzę o topografii Rzymu. Nie umiem opisać ile uroku ma plątanie się za rękę z ukochanym po oświetlonych uliczkach, pozowanie przed pomnikiem Giordano Bruno na Campo di Fiori, patrzenie, jak ożywiają się miejsca jeszcze przed chwilą zamknięte na popołudniowy odpoczynek.
- No popatrz jacy z nas już dzielni Rzymianie - mówię, kiedy jesteśmy na tyle blisko, że wiem z całą pewnością, że się nie pogubimy.
Następnego dnia jedziemy metrem do Circo Massimo, obejrzeć okolicę za dnia. Biegają psy, spacerują ludzie, słońce grzeje. Nie bardzo chce się zwiedzać, cisnąć. Siadamy na murku i wystawiamy buzie do wiosennego już słońca.
Kiedy dalsze lenienie się wydaje się być już dość oburzające, pniemy się powoli po Awentynie do Giardino degli Aranci - ogrodu pomarańczy, który słynie z oszałamiającego zapachu tych owoców w sezonie. Teraz, w lutym, możemy cieszyć się tylko pojedynczymi owocami na drzewach i niesamowitą panoramą miasta z tarasu na końcu parku.
Idąc dalej uliczką, dochodzimy do najsłynniejszej rzymskiej dziurki od klucza. W zielonych drzwiach należących do zakonu kawalerów maltańskich jest otwór jak wiele innych, z tym, że przysunięcie do niego oka daje niesamowity widok na Watykan, otoczony zielenią ogrodu znajdującego się po drugiej stronie. Wrażenie jest magiczne. Chce się patrzeć i patrzeć… A nie zawsze można, bo w lecie do drzwi stoi pokaźna kolejka turystów!
Wśród uroczych budynków schodzimy w dół, trochę na około, ale nie chcemy wracać tą samą drogą. Idziemy po raz drugi do Ust Prawdy po moje wymarzone zdjęcie - i tym razem udaje się je zrobić bez przeszkód.
Na Zatybrze trafiamy wielkim łukiem przez Ponte Sublicio i natykamy się od razu na pierwszy zaznaczony zabytek: Porta Portese. Pozostałość po bramie i murze być może przyciągnęłaby wzrok w innym mieście, ale w Rzymie gdyby ktoś nie pokazał nam jej palcem, nie zwrócilibyśmy uwagi.
W ogóle pierwsze wrażenia z tej dzielnicy nie są dobre, wbrew obiegowej opinii jak tu jest pięknie i ciekawie. Idziemy niekończącą się ulicą sklepików z łańcuchami na koła, kaskami i innymi równie fascynującymi produktami. Pub, w którym zaplanowaliśmy lunch jest zamknięty, idziemy więc dalej i trafiamy do uroczego ogródka, w którym brakuje turystów, co zwykle dobrze wróży jedzeniu.
Decyduję się na sałatkę, żeby sprawdzić czy organizm jeszcze pamięta jak trawić witaminy. B. zjada amatricianę i pędzi do jakiegoś sklepu z płytami. Ja prowadzę cichą wojnę z grzeczną obsługą: oni chcą zamykać na siestę i iść do domu, ja chcę siedzieć w ich ogródku i pisać bloga. Przecież nie zjem im tego kieliszka, niech mnie zostawią w spokoju, sprzątną, jak wrócą przed kolacją. Poddają się jeden po drugim, więc ja z niewinną miną piszę dalej.
Wygania mnie dopiero pełny pęcherz, przenoszę się do kawiarni po drugiej stronie placu i tam nad kawą czekam na B. Miło tak spędzić dwie godziny z własnym blogiem i myślami, było mi to potrzebne.
Kiedy znowu jesteśmy razem, wspinamy się na szczyt Janikulum, ósmego wzgórza Rzymu, żeby zobaczyć panoramę miasta rozciągającą się przed nami. Po drodze mijamy kręte uliczki i niezliczone schody, w tym takie, na których w wymyślny sposób wymalowana jest kobieca twarz, którą widać tylko wtedy, jak stanie się pod odpowiednim kątem.
Wpadam na genialny pomysł, żeby po tych schodach wbiec, i dobrą chwilę mi zajmuje odzyskanie później spokojnego oddechu.
Na górze jesteśmy o kwadrans za późno, żeby zrobić piękne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu, ale oko jeszcze widzi mimo zmierzchu, a u stóp mamy całe miasto. Nasyceni widokiem, schodzimy w końcu, częściowo uliczkami, a częściowo stromymi schodami, które zbudowano żeby skrócić drogę w dół.
I właśnie tam, na dole, zaczynamy rozumieć o co chodzi w zachwytach nad Zatybrzem. Miriady maleńkich knajpek, z płonącymi parasolami grzewczymi w ogródkach, wejściami ozdobionymi zielenią i lampkami. Zwiedzamy bazylikę Najświętszej Marii Panny, podziwiając na posadzce mozaikę Cosmatich, na fasadzie panny mądre i głupie, a w środku obraz maryjny datowany na VI-IX wiek, ale sercem jesteśmy już w tych lokalach…
Idziemy więc najpierw do uroczego pubu z wyborem piw kraftowych (wreszcie!), o dźwięcznej nazwie Ma Che Siete Venuti a Fà, gdzie klientela z kuflem piwa stoi głównie na ulicy przed wejściem, o ile właśnie nie tłoczy się przy barze, a sale z wygodnymi krzesłami na dole pozostają zupełnie puste. Później przenosimy się na kolację do Da Carlone, trattorii chwalącej się najlepszą carbonarą w mieście. Udaje nam się dostać ostatni stolik, bo choć o naszej porze kolacji jest jeszcze pusto, to wszystko jest porezerwowane, i w ciągu kilkudziesięciu minut sala zapełnia się niemal po brzegi. Jeden kelner i starszy właściciel biegają z winem, talerzami z pastą, i tradycyjnymi rzymskimi potrawami. B. denerwuje się, że na rachunek musimy długo czekać, nie rozumie, że Da Carlone to rodzinne miejsce, gdzie codziennie przychodzą ci sami ludzie, a nie biznes z hasłem “klient nasz pan”, w którym wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Czuję już przejedzenie, więc proponuję, żebyśmy zamówili jedną carbonarę na dwoje, a później zobaczymy. Porcja jest ogromna, i po tej połowie mówię stop, a B. nie chce jeść dalej sam, więc wracamy autobusem do hotelu. Chodzić też już nie mogę.
Na dworcu Termini chcemy kupić wodę i wino, co udaje nam się połowicznie, bo okazuje się, że w tej okolicy obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu po 21, potwornie irytujący zwyczaj, który znamy już z Anglii i Szkocji. Tym sposobem ze zdrowym sokiem pomarańczowym pod pachą wracamy do naszego pokoju.
Czwartek, a na pewno lwia jego część, to czas spędzony w Muzeach Kapitolińskich. Uwielbiam samo wejście do nich, po tych bezkresnych schodach, po których przejściu normalny człowiek łapie zadyszkę.
W środku oglądamy konia i pół byka z brązu z vicolo delle Palme, później idziemy dalej w stronę fundamentów świątyni Jupitera, średnio nas ciekawiących. Patrzymy na klasyczne rzeźby, na kolekcje monet. Niewiele nas zachwyca, chyba najbardziej sam budynek - może dlatego, że jest tej sztuki tak strasznie, strasznie dużo, że trzeba skoncentrować się na konkretnych wybranych dziełach, bo wszystkiego nie sposób ogarnąć myślą i okiem.
Natomiast nasuwa mi się refleksja, że tyle przemocy, gwałtu i rozwiązłości na próżno by szukać w kinie, ile w muzeum stoi na każdym kroku. Czy to okrucieństwo jest dla nas łatwiejsze, ponieważ zostało wykute w marmurze? Czy mniej kłuje nas w oczy, bo namalowano je dawno temu? Na te same sceny w filmie nie pozwalamy dzieciom patrzeć, do muzeów prowadzimy je dumni i przekonani o walorze edukacyjnym sztuki.
Z wizyty pamiętam dobrze majestatyczną rzeźbę Marforio, przedstawiającą bóstwo rzeczne w zrelaksowanej pozie na brzegu fontanny. Moi dziadkowie i siostra cioteczna mają w tym miejscu zdjęcie z lat 80.tych, siedzą we troje na tym brzegu i pozują do obiektywu. Teraz siadać już nie wolno. O tempora, o mores!
Kiedy oglądamy ten piękny dziedziniec, nagle rozlega się ogłuszający alarm. Czy ktoś próbuje coś ukraść? Mało prawdopodobne, zwłaszcza w biały dzień. Raczej jakiś niefrasobliwy turysta oparł się o coś, o co nie powinien.
Między jednym a drugim budynkiem muzeów przejście prowadzi przez podziemia, które mają w sobie dużo tajemnicy i uroku, a z bocznej odnogi roztacza się przepiękny widok na ruiny Forum Romanum.
Jeszcze zdążamy zachwycić się Amorem i Psyche, zdziwić, że Umierający Gal zdobył taką sławę, do Pinakoteki zajrzeć, ale zmęczenie sztuką wypływa nam każdym porem.
Idziemy na zasłużoną kawę i drinka z Aperolem, po drodze mijając mimów - ruchome pomniki (naprawdę się przestraszyłam, kiedy się poruszył!) i parę robiącą pokaz tango na ulicy. Zaglądamy jeszcze po drodze do Bazyliki św. Piotra w Okowach, która robi na nas dobre wrażenie, nie tylko ze względu na rzeźbę Mojżesza z rogami, która raz na zawsze dowodzi, że tłumaczyć nie każdy może (być może tu należy się wyjaśnienie: Michał Anioł dorobił Mojżeszowi rogi prawdopodobnie przez błędne łacińskie tłumaczenie Biblii). W środku kościotrupy, łańcuchy św. Piotra, śmierć, ale wszystko zwieńczone jasnymi, przestrzennymi łukami, i nie robi przygnębiającego wrażenia.
W drodze do domu zaliczamy kolejny sklep z płytami, i próbujemy kupić wino, żeby zabrać ze sobą na kolację do mojej włoskiej rodziny.
I tu ciekawostka: weszliśmy naprawdę do paru ładnych sklepów, wszędzie sprzedawali wina tylko…. włoskie. Nie mam nic przeciwko, ale myślałam, że kupię coś z moich ulubionych chilijskich, bo jak to tak? z włoskim winem do Włochów?... Niestety, z tego pomysłu nici.
Z włoskim winem więc pojechaliśmy na proszoną kolację, okraszoną wieloma rodzinnymi historiami, oglądaniem wielkiej, typowej dla rzymskiego domu, ruchomej szopki bożonarodzeniowej, pamiątek z Polski i zdjęć. Samo jedzenie -tradycyjnie już- wielokrotnie przekroczyło nasze możliwości kulinarne (po prosecco i przystawkach, w tym pieczonych śliwkach w boczku i oliwkach, mozzarella i prosciutto; dalej - lasagne, po nim drugie danie mięsne, a dalej kolejno sałatka, owoce i deser w postaci babki Panettone polanej waniliowym sosem; wszystko z niekończącym się winem, a na koniec - espresso). A wszystko było przepyszne!
Półprzytomni z przejedzenia daliśmy się zabrać jeszcze na długą przejażdżkę po mieście, w tym na patrzenie na Rzym z czubka wzgórza po drugiej stronie Tybru. Do hotelu wróciliśmy grubo po północy.
Po późnym powrocie ledwo zwlekamy się na śniadanie. Cornetti już uszami nam wychodzą, ile można na litość boską słodkich bułek zjeść? Serka! Jajeczka! Królestwo za owsiankę! Kulinarnie sfrustrowani wracamy do pokoju wykąpać się i wyszykować, co w moim wydaniu często oznacza wpadnięcie do łóżka z tabletem i odpłynięcie w moją pisaninę.
Nie w porę pomyślałam, że trochę za słodko mi się robi na tym blogu i przydałyby się jakieś przygody…
Dosłownie w tej sekundzie wykąpany B. wychodzi z łazienki i mówi “za półtorej godziny zamykają tą bibliotekę, którą chciałem zobaczyć.”
Ja w proszku. Wściekam się. Tak, mówił, że ta durna biblioteka jest do 13.00, parę dni temu, można chyba powtórzyć, skoro gołym okiem widać, że nie pamiętam… Moja złość przykrywa wyrzuty sumienia; wiem, że mu zależało.
W pośpiechu wpadamy na stację, ale zanim kupimy bilety, zanim uda się nam znaleźć autobus, robi się za późno żeby spokojnie zwiedzić. Porzucamy pomysł z biblioteką i wyskakujemy z metra nieopodal Bazyliki św. Jana na Lateranie. Biała fasada z postaciami na szczycie dominuje nad okolicą. W środku gdzieś podobno są święte schody, po których Chrystus wchodził do pałacu Poncjusza Piłata. W kościele wiszą telewizory, zapewne powieszone po to, żeby wyświetlać tekst pieśni w czasie mszy. Teraz pokazują niebieską planszę i napis BRAK SYGNAŁU.
-Metafora religii? - zastanawia się głośno B.
Wychodząc z kościoła spotykam mojego ucznia, co zawsze jest zdarzeniem obopólnie krępującym, bo on mnie przypomina o pracy, a do niego dociera, że ja istnieję także jako byt poza szkołą, co dzieci zawsze szalenie zadziwia (pani chodzi PO ZAKUPY? w tym basenie będzie pani PŁYWAĆ?). Witam się więc serdecznie, ale bez przeciągania i idziemy dalej na tak zwany oślep.
Pierwszy skręt jest szczęśliwy, bo trafiamy na plac za bazyliką, na który przeniesiono egipski obelisk, niby jeden z wielu w Rzymie, ale za to najwyższy. Później droga wije się przez coraz dziwniejsze i bardziej rozkopane uliczki, aż w końcu robi się tak dziwnie, że poddajemy się i wyciągamy mapę. Okazuje się, że nieopodal jest autobus, który zawiezie nas do Term Caracali, ale mnie zaczyna burczeć w brzuchu, więc wchodzimy do pierwszej knajpki z brzegu. Wystrój hipsterium modern, karta fusion włosko-lewacka. Mam ochotę od rana na owoce morza i bakłażana pod parmezanem, z czego to pierwsze figuruje w karcie, więc decydujemy się usiąść.
Jest gwarnie i pełno, wszystkie stoliki zajmują włoscy yuppies, zamawiają burgera lub pastę i wino.
Po 20 minutach zaczynam się zastanawiać, czy na naszych głowach nie tkwi przypadkiem czapka niewidka. Rudy kelner co i raz omiata nas wzrokiem, ale nawet się nie zatrzymuje. B. rośnie gula, i dyskutujemy nawet, czy nie wyjść. W końcu stanowczo przywołuję ciemnoskórą kelnerkę, która jest w defensywie, ale nie daje się wciągnąć w przekomarzanki, tylko przeprasza krótko tłumacząc opóźnienie dużym ruchem, i przyjmuje nasze zamówienie. Po dłuższej chwili jedzenie ląduje przed nami
Pierwszy kęs ośmiornicy jest pyszny, nie wiem, czy to z głodu, czy akurat trafiłam na przyprawiony kawałek, ale dalej jest tylko gorzej. Grubsze kawałki mięsa pozbawione są smaku, krewetki jeszcze się bronią, bo naprawdę niewiele im potrzeba jeśli są świeże, ale kalmar smakuje jak tekturowa podeszwa. Nie kończę. B. je burgera, moim zdaniem dobrego, ale jego nie zachwyca.
Wychodzimy żeby złapać autobus. Do term nie jest daleko, ale nie po to mamy bilet dzienny, żeby iść piechotą. Na tablicy informacyjnej wyświetla się 19 minut do odjazdu. Wszystkie inne linie 5 minut, 7, nasza - nie. Gadamy chwilę, wygłupiamy się, a na tablicy… nadal 19 minut. Wszystkie inne czasy skróciły się, nasz nie.
Po około 25 minutach autobus w końcu przyjeżdża. Z szybkiego lunchu zrobiły się niemal dwie godziny!
Wysiadamy na przystanku Termy, do którego doszlibyśmy w pięć minut, gdybyśmy nie czekali na komunikację miejską, ale wejścia nigdzie nie widać. Idziemy wzdłuż uliczki w lewo, co oczywiście okazuje się chybionym wyborem, bo wejście było w prawo, więc obchodzimy calusieńki obiekt podziwiając termy zza płotu. Widać na tyle dobrze, że ja zakładam, że już zwiedziłam, i B. ma wejść sam. Ale tak dobrze nie ma- jest zima i godziny zwiedzania są skrócone, więc całujemy klamkę. B. Jest rozczarowany, i rozważa powrót następnego dnia.
Idziemy na jakiś najbliższy przystanek, lekko już zniechęceni tym, jak ten dzień się toczy, a może bardziej ubawieni serią niefortunnych zdarzeń. Na podjeżdżającym autobusie jest napisane Piazza Argentina, co zapala mi lampkę w głowie: dojedziemy do dzielnicy Coppede, takiej nietypowej okolicy kojarzącej się głównie z Barceloną. Wsiadamy.
Otóż okazuje się, że Piazza Argentina i Piazza Buenos Aires tylko w mojej głowie są jednym miejscem. W rzeczywistości znajdują się w kompletnie innych częściach miasta…
Poddajemy się i postanawiamy zobaczyć dokąd nas ten autobus zawiezie. Tym sposobem fundujemy sobie kolejną wycieczkę krajoznawczą. Mijamy Puente de la Musica, zbudowaną na Olimpiadę w 1940 roku arenę sportową Foro Italico (dawniej znaną jako Foro Mussolini), przed którą stoją białe, kamienne figury sportowców, a nagle naszym oczom ukazuje się mijany już wczoraj obelisk z napisem Mussolini Dux.
- Czy ja widzę to, co widzę, i to znaczy to, co myślę?- pyta B.
Zaczyna googlać i dochodzi do informacji, że napis został, bo “nie da się go usunąć”. Na oko moim zdaniem wystarczyłoby pół dnia pracy i dwóch średnio wykwalifikowanych robotników z podnośnikiem, ale może ja się nie znam… Zresztą są w Rzymie inne budynki i napisy ku chwale ustroju minionego wraz z upadkiem III Rzeszy, co w połączeniu z winami, na które natknęliśmy się pierwszego wieczora daje ciekawy obraz poglądów włoskich na zbrodnie z czasów II Wojny Światowej.
Na koniec świata dojeżdżamy tym autobusem, ale wreszcie widać metro, więc wyskakujemy. Szczęśliwie dla nas objawia się poczta i możemy wysłać noszone od kilku dni w plecaku pocztówki. Później 7 stacji metrem, przeskok w autobus i już jesteśmy w sklepie z płytami na Zatybrzu, gdzie B. kilka dni wcześniej upatrzył sobie płyty- jest więc to szybki zakup.
W stronę serca dzielnicy idziemy potem niespiesznym spacerem. Po drodze obok stacji bardzo spektakularnie i filmowo awanturuje się jakaś para: raz krzyczą, raz płaczą, ona go bije i ucieka, on ją goni i przytula, ona do niego, że nie może jej tak traktować, on, że ją kocha. Spektakl po prostu!
Przypominam sobie, że jak ostatnio spacerowaliśmy po Zatybrzu, to mijaliśmy craftowy lokal w typie hole-in-the-wall, czyli małej dziupli, i że ten lokal bardzo fajnie wyglądał. Chciałabym, żeby B. jakieś jedno dobre piwne wspomnienie wywiózł z Rzymu, więc krążymy po okolicy dopóki go nie znajdziemy. Okazuje się strzałem w dziesiątkę.
Serwowanych z kija jest 12 kraftowych piw włoskich (co znamienne, bo do tej pory wszędzie rządziły importowane trunki), i są one na miejscu puszkowane w śmiesznej, kręcącej się maszynie. Napis głosi, że nie można pić w lokalu (pewnie jakiś kruczek prawny, że są sklepem a nie barem), ale wszyscy od razu otwierają puszki i opróżniają zawartość. Z sufitu zwisają snopy chmielu z szyszkami.
Można spróbować piwa przed zakupem z małych plastikowych kubeczków. B. otwiera rachunek pijąc New England IPA. Obok nas stoi Amerykanin, który pisze pracę na tutejszym uniwersytecie. Mówi po włosku z silnym akcentem, ale płynnie i bez skrępowania rozmawia z barmanem.
B. włącza się i pyta co to za muzyka co leci w tle.
- A, to moja. Takie przerośnięte ego, siebie słucham.
B. znajduje te utwory na Bandcampie, a rozmowa toczy się dalej po włosku. Barman wspomina swoje koncerty, w tym ten w… Polsce.
- Czy on powiedział “Polska”?- pyta niepewnie B.
Od słowa do słowa, okazuje się, że nie dość, że Polska, to jeszcze Wrocław, który oczywiście bardzo się barmanowi podobał, więc do miłego łechtania kubków smakowych, B. - wrocławianin z krwi i kości- dostaje w komplecie balsam na duszę.
Wypija drugie IPA, a później na koniec wychylamy na pół jakiś Sour. Wychodzimy z żalem, ale ile można stać przy barze. W końcu trzeba iść na kolację.
Nadal szukamy tego bakłażana, bo może choć to kulinarne marzenie mi się spełni, po fiasku z owocami morza. Na Zatybrzu panuje gwar, tłumy wiją się w kolejkach do restauracji. Słychać szum parasoli grzewczych, błyskają tandetne zabawki, takie same jak te, które sprzedają na placu Zamkowym w Warszawie i pod Sukiennicami w Krakowie. Globalizacja.
W końcu siadamy w jakiejś knajpce, bakłażan rzeczywiście jest pyszny, ale reszta jedzenia na 3+, maksimum na czwórkę. A może jesteśmy już rozpuszczeni kulinarnie przez Wieczne Miasto? Całkiem to możliwe….
Wraca do mnie wspomnienie tiramisu sprzed paru dni.
- Kochanie… - mówię nieśmiało- Czy wyśmiejesz mnie jeśli zaproponuję spacer na deser do Two Sizes?
B. przystaje na moją propozycję, i idziemy, rozmawiając o polityce, ekonomii, bezrobociu i PKB. Głównie ja pytam, B. opowiada.
Na miejscu okazuje się, że obydwoje mamy ochotę na truskawkową wersję deseru, a że już sprzedały się małe, kupujemy dużą porcję na spółkę. Powoli, gubiąc się już tradycyjnie w krętych, bez ładu rozrysowanych uliczkach, docieramy na jakąś większą vię i czekamy na autobus. Nie jest tak źle jak po lunchu, ale kilka chwil nam schodzi na czekaniu.
A w autobusie przygody wcale się nie kończą. Jedzie nim podchmielone damsko-męskie towarzystwo, któremu ewidentnie na wakacjach wroteczki się poodpinały, i mimo wieku raczej słusznego, dokazuje jak nieopierzone gagatki. Przerywa im dopiero kompletnie urżnięty ciemnoskóry mężczyzna krzycząc
- Shut up! I’m trying to sleep!
Ponieważ sukces odnosi tylko połowiczny, bo wesoła ferajna z emocji nie jest w stanie przestać mówić, facet wyjmuje… bęben! i zaczyna na nim co mocy w palcach grać w autobusie.
Następny dzień jest już naszym ostatnim w Wiecznym Mieście. Jedziemy autobusem do Coppedè, które rzeczywiście bardziej przypomina Barcelonę niż Rzym. Budynki wyglądają na moje oko na styl art deco, ale doczytuję, że łączą wiele stylów, w tym manieryzm, liberty i barok. Przywodzą na myśl Antonio Gaudiego, zdecydowanie.
Po krótkim spacerze wsiadamy w autobus, i wyskakujemy spontanicznie przy Villa Borghese, żeby jeszcze nacieszyć się jej ogrodami. Jest pięknie! Dużo psów i dzieci, pomniki, jakiś pan gra melodię z Blade Runnera. Siadamy na kawę, a później idziemy do tarasu nad Piazza del Popolo, skąd roztacza się piękny widok w dół. Tu naszym soundtrackiem jest Wish you were here.
W mieście od rana jakaś grupa zawodowa czy społeczna strajkuje, mijamy ich kilkukrotnie, ale za bardzo jesteśmy pochłonięci wdychaniem ostatnich haustów miasta, żeby zainteresować się o co dokładnie chodzi. Wchodzimy do księgarni, długo wybieram książkę, z jednej strony kucharską, a z drugiej opowiadającą ciekawe historie tak, żeby mój włoski coś na niej też skorzystał. Później już ostatnie spacery, jeszcze raz Koloseum, jeszcze raz obejdziemy dworzec, jeszcze pośmiejemy się z panów, którzy z udręczoną miną próbują zrobić to jedno, jedyne doskonałe zdjęcie, które żona będzie mogła wrzucić na Instagram, jeszcze tirmaisu w Pompi (Two sizes znacznie lepsze!), jeszcze ostatnia kolacja w fajnej knajpce na naszej ulicy, jeszcze jedna noc na via Varese i te wakacje przejdą do historii...