podróże świat campingi wakacje - wszystko, co w życiu najlepsze!
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Wiedeń 3
Rano obudziłam się, i zaczęłam liczyć rany wojenne. Raz: siniec na łydce, uderzyłam się o pedał. Dwa: tyłek obolały od siodełka. Trzy: kolano stłuczone przy próbie szybkiego zsiadania. Cztery: spalone czoło, dekolt i przedramiona. Pięć: mięśnie i kręgosłup sztywne. Sześć: kilka pęcherzy na stopach. Siedem:...
Oj tam, oj tam! Nowy dzień, i wcale nie wczesny wstał- obudziłam się przed dziesiątą. Uwinęłam się, żeby zdążyć na śniadanie, które choć dodatkowo płatne, to warte swojej ceny. Cudne pieczywo, sery, wędliny, jajeczka cieplutkie, owoce świeże, nutella, masło orzechowe, a co najważniejsze: prawdziwa kawa.
Rzadko widuje się taką w hostelu. W skrajnych przypadkach podają napój instant o aromacie zbliżonym do kawowego, co to ja nie rozumiem jak można to dobrowolnie pijać. Najczęściej jest przelewowa lura, która w nagłych wypadkach może kawę zastąpić. A tu- naciskasz guzik w porządnym ekspresie, a w kubku pojawia się doskonale spienione mleko, do którego dolewany jest strzał solidnego espresso. Wychyl i powtórz.
Z kofeiną radośnie pląsającą w żyłach wsiadam na rower, ale siodełko ma tak niskie, że muszę go wymienić, bo wyregulować się nie da. Tak się jakoś składa, że najbliższa stacja jest w samiusieńkim środku dzielnicy handlowej. Co poradzić, siła wyższa. Racjonalizując konieczność zakupów potrzebą posiadania eleganckiej bluzki do opery i brakiem takowej w walizce, spędzam trochę czasu w sklepie, a że przy okazji kupuję sportowe, dawno potrzebne spodnie no to o mój Boże... Zaglądam do Pandory obejrzeć zawieszki kojarzące się z Wiedniem. Jakiś czas temu odkryłam, że taka pamiątka najbardziej mnie cieszy i nie zajmuje miejsca w domu. Nie decyduję się jeszcze na nic, ale obiecuję sobie wrócić. Po drodze w aptece kupuję filtr trzydziestkę z szacunku dla mojej skóry, też trzydziestki, zresztą z plusem. Wsiadam znowu na rower i mimo nieludzkiego upału powoli, acz stanowczo jadę.
Na Prater.
Tym razem ja i mapa rozumiemy się lepiej, z małą pomocą pani w informacji znajduję stację i odstawiam jednoślad, a potem wchodzę do słynnego wesołego miasteczka.
Atmosfera jest tak staroświecka, że przestawiam kolory w aparacie na sepię.
Gra klasyczna muzyka, majestatycznie kręcą się diabelskie koła, na strzelnicach chłopcy próbują trafić misia, a dzieci biegają wokół z lodami w rożkach.
Oczywiście jest też dynamiczna strona tego miejsca: wyjąca muzyka disco, zamki strachu i superszybkie karuzele, na widok których uderza mnie fala lodowatego chłodu. Nie wiem, kiedy mi się tak zrobiło, kiedyś lubiłam horrory i dziką jazdę rollercoasterem, kiedyś nawet namówiłam na przejażdżkę moją siostrę we Władysławowie, co pewnie do dzisiaj nie zostało mi wybaczone... Teraz nie. Jedyne, na co mam ochotę, to diabelski młyn. Wolno, statecznie, w kółeczko, bez niespodzianek.
Wsiadam, zaczynam jechać w górę, i niespodziewanie czuję, że zaraz odpłynę. Trzymam się kurczowo pobielałymi dłońmi. -No nie wygłupiaj się- mówię do siebie- Idiotka. Przecież nic się nie stanie. Zdjęcia rób, zobacz, jaki widok.
Puszczam niepewnie jedną rękę. Koło jedzie wolno, już jestem w połowie, postanawiam to drugie pół z godnością przyjąć na klatę. Niestety, okazuje się, że po pierwszym okrążeniu są następne trzy, szybsze, a jeszcze pan z obsługi podkręca koszyczek, w którym siedzę. Strach w końcu puszcza, ale nie do końca, i chyba przy wyjściu jeszcze dość blada jestem, bo pan pyta, czy będę żyła.
Uśmiecham się, niepewna odpowiedzi, i kończąc spacer po Praterze znajduję miejsce na rozłożenie kocyka i wyjęcie mini-wina kupionego rano w markecie. Siedzę w cieniu, wiaterek wieje, obok kilku chłopców gra na gitarze, pije piwo i bawi się z psami. Kwadranse mijają, a ja nie wracam do zgiełku miasta.
W końcu jednak trzeba. Biorę rower i jadę obejrzeć dzieła Hundertwassera. Muzeum stoi za rozłożystymi drzewami, więc nie da się w pełni docenić architektury, ale już drugi budynek w całej krasie pokazuje, co robi architekt jak mu zabrać linijkę. Kolorowa fasada z ciekawymi zdobieniami pięknie odbija promienie słońca.
Następny przystanek jest pod operą, odstawiam rower, bo kończy się godzina, ale nie wracam na niego po kwadransie. Wciąga mnie centrum. Słynny tort u Sachera nie rozczarowuje, dalej sklepy z luksusowymi markami zachęcają do odwiedzenia mojej przyszłej torebki u Luis Vuitton. Przy okazji zachwycam się mozaikowym dachem katedry św. Stefana, którego nie zauważyłam zwiedzając kościół od środka. Przechodzę obok hiszpańskiej szkoły jazdy, robię zdjęcia przy uroczej fontannie, mijam kilkunastu "Mozartów" sprzedających bilety na koncerty. W końcu robi się tak późno, że nie mam czasu wrócić do hostelu i idę prosto do opery kupić za 4 euro stojący bilet na wieczorne przedstawienie.
Udaje się. Przebieram się w łazience w nową bluzkę i idę na widownię. Część z miejscami stojącymi jest vis a vis sceny, ze świetnym widokiem i poręczami, o które można się oprzeć. Niestety, miejsca są w większości zaklepane, o czym świadczą przewieszone niedbale szale na barierkach. Informuje mnie o tym Strasznie Upierdliwa Kobieta Administracyjna, z którą wdaję się w przegraną dyskusję o różnicy między moim małym plecakiem (podobno: śmiertelnym zagrożeniem na widowni), a gigantyczną torebką pani obok. Przez cały czas później obserwuję, jak ta osoba rzuca się na kogokolwiek, kto próbuje usiąść na podłodze, bo nie wolno.
A przestać całą operę w trzech aktach, bez przerwy, to nie jest hop siup.
Dobrze, że Boris Godunov chociaż na tyle ciekawy, żeby człowiek na chwilę zapomniał, że nogi wołają o pomstę do nieba. Wczytuję się w tłumaczenie na małym ekraniku i dochodzę do wniosku, że naprawdę dorosłam do opery.
Nie wszyscy w sekcji stojącej dotrwali do samego końca. Ja byłam dzielna. Z zainteresowaniem obserwuję końcowe pokłony: najpierw opada kurtyna. Wychodzi plącząc się przez nią solista. Znika. Kurtyna unosi się. Oklasujemy cały zespół. Kurtyna opada. Wychodzi ten sam solista, ciągnąc przez opuszczoną kotarę inne główne postaci. Najpierw sznurem, potem po kolei, wychodzą, kłaniają się, a światło się pali i widownia pustoszeje. Hm. Co kraj to obyczaj.
Definiujący moment dla charakteru każdej osoby następuje wtedy, kiedy trzeba po całym dniu jeżdżenia i łażenia, oraz po przestaniu na baczność opery, wsiąść na rower i wrócić do hostelu, pokonując te ostatnie głupie trzy kilometry. Tramwaj! Metro! Taksówka choćby!- krzyczy każda część ciała. Z westchnieniem wsiadam na rower uznając, że twardym trzeba być a nie miętkim.
Po sprawdzeniu fejsbuka i wrzuceniu kilku zdjęć przypominam sobie, że nic nie jadłam, idę więc w lewo od hostelu, gdzie nigdy jeszcze nie byłam i znajduję pub, który- co nie dziwne o 23- ma już w zasadzie zamkniętą kuchnię, ale udaje mi się nakłonić panią, żeby przyniosła mi parówki do wina. W podobnej cenie jadałam parówki tylko w Warsie, wszędzie indziej można za ekwiwalent najeść się jeśli nie kawioru, to chociaż łososia.
Co prawda zostałam uprzedzona, że będą z musztardą i chrzanem, ale kiedy wjeżdżają na stół, biorę chrzan za tartą rzodkiew i nakładam sobie pełny widelec do ust.
Język wypala mi natychmiast, więc dyskretnie odkładam chrzan tam, skąd przyszedł. Mam nadzieję, że nie mają w zwyczaju podawać nietkniętych na oko dodatków kolejnemu klientowi.
Przy płaceniu okazuje się, że tylko gotówka (nawet mam przypadkiem, a rzadko mi się to zdarza- uważam, że fizyczne pieniądze to relikt przeszłości). Kelnerka tłumaczy się, że American Express zdziera z nich 10%, a Visa i Master 7-8. Czy to w ogóle jest możliwe?
Zamykają, więc ja też stąd zmykam. Trochę snu zresztą się przyda, jutro kolejny cudny dzień!
niedziela, 29 kwietnia 2012
Wiedeń 2
Pierwsze wrażenie to była czystość ulic. Ale nie do końca tak jest jak dobrze się przyjrzeć. Rzeczywiście wszystko wygląda na niedawno myte, ale walają się papiery, niedopałki i niestrawione jedzenie z poprzedniego dnia. Drugie wrażenie- tym razem trwałe- to soczysta zieleń wszędzie.
Bez problemu zalogowałam się do systemu darmowych rowerów miejskich i po kilku chwilach mknęłam wzdłuż Mariahilferstraße w stronę centrum, bez większego planu czy rozkładu dnia.
Chciałam poznać miasto.
Ponieważ rower trzeba odstawić co godzinę na kwadrans, żeby system był darmowy, po kilkudziesięciu minutach krążenia z rozdziawioną buzią zatrzymałam się w parku Freuda (nieziemsko mnie ubawiło, że dojechałam właśnie tam). Nie oparłam się pokusie ułożenia na leżaczku chociaż na kilkanaście minut.
Wracając do poprzedniego zdania- dlaczego mianowicie z buzią elegancko zamkniętą się nie da. Całe miasto wygląda jak Nowy Świat czy Aleje Ujazdowskie, każdy niemal budynek jest ucieleśnionym peanem na temat dokonań w architekturze. Jedna myśl kołacze się w głowie: tego się nie da obejrzeć w cztery dni!
Ale nic nie szkodzi, wiem już, że wrócę, i to niebawem. Póki co szkoda mi pogody na muzea, jest koło 30st w cieniu, park obok parku i milion ścieżek rowerowych. Któż w tej sytuacji wybierze Tycjana czy Moneta?!...
Po ponownym wypożyczeniu roweru starałam się dojechać do Stephansplatz i katedry. Mówię "starałam się", bo z mapą zupełnie się nie dogadujemy. Jest nieczytelna, a ta w iPhonie działa kiepsko, bo dzielnica 1- ścisłe centrum- to plątanina małych uliczek.
Kilka razy w pędzie minęłam Hofburg, gdzie pachnie bzami, hiszpańską szkołę ujeżdżania koni, fontannę, której architekt ewidentnie zapatrzył się na diTrevi (w ogóle porównań z Rzymem uniknąć się nie da), aż w końcu dotarłam. Znalezienie stacji, na której mogłabym oddać rower nie było łatwe, ale pomogła mi policja, którą bliżej poznałam jeżdżąc po strefie dla pieszych ;-) W końcu- przypadkiem niedaleko Starbucksa- rower został zaparkowany, a ja -po kawie rzecz jasna- poszłam zwiedzać katedrę.
Niby nie różni się od innych monumentalnych, gotyckich kościołów, ale wrażenie robi nieziemskie. Czy to witraże, czy strzeliste łuki - nie wiem, ale podobało mi się.
Dalej spacer przez Graben i Kärtnerstraße, ulice handlowe, miłe, ale niczym szczegölnym nie wyróżniające się, a tłumem nieopisanym zawładnięte. I nagle niemiła niespodzianka: doszłam do pięknie położonego ratusza, a tu stacja rowerowa puściutka. To samo przy muzeach i na pierwszej stacji Mariahilfer. Dopiero kilka przecznic przed hostelem dorwałam wolne dwa kółka, pewnie się już nie opłacało wsiadać, ale iść już nie mogłam.
Wreszcie dostałam klucz do pokoju, i pomyślałam, że zdrzemnę się kilka minut. Z moich współlokatorów zastałam tylko jakiegoś Turka czy Araba, wszystko jedno, który jak usłyszał, że jestem Polką spojrzał tak, jakbym miała jednocześnie trąd i pchły. Wzruszyłam ramionami, omiotłam wzrokiem pokój, stwierdziłam, że reszta to głównie baby. Położyłam się na chwilunię dosłownie.
Minęły trzy godziny. Spałam jak kamień.
Prysznic, i czas na kolację. Janek polecał Grinzing, zachęcając młodym winem, spojrzałam więc na tą durną mapę, wsiadłam na rower i pojechałam.
Miało być: długo prosto, potem w lewo.
Długo prosto było. Na szczęście z górki, bo już dzisiaj 10 km marszu i co najmniej drugie tyle na rowerze miałam za sobą. Ścieżka rowerowa to była, to nie, to wyskakiwała nagle po drugiej stronie ulicy, kiedy próbowałam jechać szosą zebrałam cięgi w postaci klaksonów i pukania się w czoło.
Godzina powoli mijała, wydawało mi się, że jestem już blisko, więc na stacji rowerowej koło chyba Spittelau odstawiłam kółka i podążyłam per pedes, bo to już tuż tuż...
Po czterdziestu minutach zaczęłam się zastanawiać, czy Grinzing to nie jest jakaś mityczna kraina.
Miałam momenty euforii i zwątpienia. Szłam głównie przez dzielnice mieszkalne. Każdy neon był niespełnioną obietnicą, że to już tu. Niestety. W końcu zaczęłam śledzić znaki drogowe i tramwaje, i tą metodą za siedmioma wzgórzami, za kilkoma parkami, co najmniej jednym lasem i Bóg wie czym jeszcze znalazłam krainę, gdzie młode wino i śpiew wyznaczają rytm życia.
Może gdybym była mniej zmęczona, mniej głodna (w końcu dwa banany i jeden gorący kubek to nie jest przesadnie pożywny dzień), to dłużej szukałabym tej Jedynej knajpki. A tak, zajrzałam do czterech, wybrałam jedną, i nie mogę narzekać. Heuriger Hans Maly to winodajnia położona w pięknym ogrodzie, oświetlona lampionami. Wino nie jest drogie, za to orzeźwiające, do jedzenia do wyboru dania z bufetu. Mimo, że podgrzane w mikrofali i że ziemniaczki nieszczególne, to sama świnia i kapusta rewelacyjne i w sensownej cenie.
Kiedy już nacieszyłam się muzyką na żywo i osuszyłam kufel wina (tak, kufel wina), postanowiłam, że absolutnie żadną piechotą do domu nie wracam. Wsiadłam w tramwaj i zjechałam do miasta. Wysiadłam na znanym mi placu obok freudowskiego parku, na szczęście rower jakiś się znalazł na stojaku. Pojechałam znaną już trasą, koło Rathausu, muzeów i dalej już tylko Mariahilfer w górę.
To jest najdłuższa ulica na świecie, a ja mieszkam na samym końcu....
Nogi odmawiały współpracy. Trochę jechałam, trochę pchałam rower, trochę odpoczywałam. Dotarłam do hostelu koło północy.
Zanim usiadłam do bloga, z rozbawieniem słuchałam rozmowy trójki młodych ludzi. Ona żaliła się, że jak mówi, że jest z Trynidadu, to nikt nie wie skąd. On pierwszy, że jest z Kanady i nikt go nie rozumie. On drugi, że jest z Chin i tutaj musi używać anglosaskiego imienia Donald, bo jego chińskiego imienia nikt nie wymówi. Potem nastąpiła seria nieudanych prób opanowania chińskiej wymowy, ale skończyło się fiaskiem.
A ja spokojnie zaczęłam moją godzinę blogowania, którą niniejszym wraz z małym piwem kończę i idę spać.
sobota, 28 kwietnia 2012
Wiedeń 1
Po niewygodnej nocy w autobusie, obudziłam się gdzieś w Wiedniu. iPhone tak długo się zastanawiał, gdzie my właściwie jesteśmy, że autokar zdążył odjechać i straciłam WiFi. Na szczęście w takich sytuacjach, chociaż nie portafi wyznaczyć trasy, to przynajmniej pokazuje lokalizacje. Krytycznie rzuciłam zaspanym okiem na mapę. Pójdę piechotą, to tylko kilka kilometrów, a cóż tu innego robić o 6 rano?!...
Podejrzliwie przyjrzałam się okolicy. Nie mam zaufania do poranków, odkąd jakiś oberwaniec próbował mnie okraść o 5 rano w Madrycie. Ale w Wiedniu już ulice budziły się do życia, więc spokojnym krokiem turkocząc kółkami walizki o płyty chodnika zaczęłam wędrówkę wzdłuż Favoritenstraße (prawda, że ładna nazwa?).
Po drodze otwierały się pierwsze piekarnie, ale ku mojemu rozczarowaniu nie znalazłam otwartej kawodajni. Poza McDonald's, ale ta restauracja ma dla mnie sens tylko w USA.
Mijałam jakiś klub nocny, z którego chwiejnym krokiem wytaczali się ostatni goście. Jeden mocno chyba zdesperowany, bo koniecznie chciał się zaprzyjaźniać, a ja po całej nocy w autobusie nie wyglądałam ani swieżo, ani zachęcająco, co wydawało mu się zupełnie nie przeszkadzać. Na wszelki wypadek wyparłam się znajomości jakiegokolwiek cywilizowanego języka i z uśmiechem poszłam dalej.
Około 7.30 dotarłam do hostelu, zjadłam przywiezione ze sobą banany na śniadanie i odświeżyłam się w łazience. Na prysznic muszę poczekać do 14, póki co chyba zostawię bagaż i zacznę zwiedzać miasto. Mam ochotę na rower, kawę, lenistwo, zieleń i piękne widoki :-)
Podejrzliwie przyjrzałam się okolicy. Nie mam zaufania do poranków, odkąd jakiś oberwaniec próbował mnie okraść o 5 rano w Madrycie. Ale w Wiedniu już ulice budziły się do życia, więc spokojnym krokiem turkocząc kółkami walizki o płyty chodnika zaczęłam wędrówkę wzdłuż Favoritenstraße (prawda, że ładna nazwa?).
Po drodze otwierały się pierwsze piekarnie, ale ku mojemu rozczarowaniu nie znalazłam otwartej kawodajni. Poza McDonald's, ale ta restauracja ma dla mnie sens tylko w USA.
Mijałam jakiś klub nocny, z którego chwiejnym krokiem wytaczali się ostatni goście. Jeden mocno chyba zdesperowany, bo koniecznie chciał się zaprzyjaźniać, a ja po całej nocy w autobusie nie wyglądałam ani swieżo, ani zachęcająco, co wydawało mu się zupełnie nie przeszkadzać. Na wszelki wypadek wyparłam się znajomości jakiegokolwiek cywilizowanego języka i z uśmiechem poszłam dalej.
Około 7.30 dotarłam do hostelu, zjadłam przywiezione ze sobą banany na śniadanie i odświeżyłam się w łazience. Na prysznic muszę poczekać do 14, póki co chyba zostawię bagaż i zacznę zwiedzać miasto. Mam ochotę na rower, kawę, lenistwo, zieleń i piękne widoki :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)