Wypożyczenie samochodu nie zawsze jest tak łatwe, jak powinno być.
Mamy w planach położony wysoko w górach klasztor Ostrog, do którego co prawda można dojechać i pociągiem, ale później według mapy trzeba iść około czterech kilometrów w górę, co w tym upale nie koniecznie jawi się jako świetna rozrywka, a po drugie warto by było wykorzystać ten dzień także na to, żeby chociaż z samochodu zeksplorować interior i najgłębszy kanion w Europie - kanion Tary.
Jako ludzie jako tako obyci w podróżach, idziemy do informacji turystycznej, bo tam na pewno doradzą, wskażą, powiedzą, gdzie lepsze ceny, a gdzie pełniejsze ubezpieczenie. Trochę więc jesteśmy rozczarowani, że jedyne, czym służą w „informacji” to kartka ksero z listą wypożyczalni (większość na lotnisku) i zdanie, że „ta chyba jest najbliżej, gdzieś koło dworca”. Indagowana uparcie przez nas pani niechętnie podchodzi do planu miasta, na którym nie umie znaleźć nawet naszej obecnej lokalizacji, o dworcu nie wspominając. Wychodzimy.
Mamy przecież mapy Google. Wpisujemy „rent a car” i pojawia się kilka lokalizacji, zaczynamy więc je obchodzić. To znaczy próbujemy. Kiedy nie znajdujemy pierwszej, myślimy: zlikwidowali się, bywa. Drugiej - może coś źle szukamy. Trzeciej wypatrujemy jak pierwszej gwiazdy w Wigilię. No nie ma. Po prostu nie ma tych biur. W czwartym miejscu jest hotel i kiedy pytamy o wypożyczalnię, pani pisze nam na karteczce post-it numer do Miloša, bo Miloš to spoko gość i jak się powołamy na Marinę, to da nam spoko cenę. Kto poznał mojego Męża, ten już widzi jak żyłka mu pulsuje na myśl, że ma wynajmować cokolwiek w ten sposób, więc numer ląduje w koszu na śmieci. Przy dworcu znajdujemy w końcu jakieś biuro, ale zostało im tylko landarowate BMW, 200 euro za dzień i 1200 euro depozytu. Pal licho cenę, ale jak się taką krową zmieścić w tych wąskich uliczkach???
W dniu wycieczki zdobywamy się na desperacki krok pojechania na lotnisko - przypominam, że z miastem nie łączy go żaden autobus, taksówka kosztuje kilkanaście euro (jeśli uda się ją zdobyć), więc teoretycznie zostaje pociąg, który jedzie tylko kilka razy w ciągu dnia, i zatrzymuje się w polu, półtora kilometra od lotniska. Ale co tam, hej, przygodo, idziemy dwa kilometry do pociągu, przyjeżdża w miarę na czas stary, zbombiony* skład, który w 7 minut dowozi nas w to pole obok lotniska. Dwadzieścia minut spaceru i jesteśmy.
(*Zbombiony to moje ulubione i jedno z nielicznych hip hopowych słów, które podłapałam od B. - używam, kiedy tylko mogę, a Mąż się śmieje ;) Oznacza pociąg pokryty graffiti.)
Na lotnisku najpierw chcemy sprawdzić w informacji, czy jeśli nie uda się nam wynająć auta, możemy liczyć na pociąg do Ostroga, więc pytamy panią o rozkład.
- No, nie wiem, nie znam rozkładu, trzeba by sprawdzić w internecie - rozkłada ręce i dopiero, kiedy B. wymownie patrzy na smartfona, którym pani się bawi, oferuje - Mogę popatrzeć.
Pociąg ma być, więc spokojnie zaczynamy obchodzić biuro za biurem, ale nigdzie nie ma wolnych samochodów na jeden dzień, w jednym tylko miejscu coś tam mają, ale w absurdalnej cenie. Nie mając nic do stracenia, siadam i przez internet rezerwuję przez carjet.com samochód na za godzinę, z odbiorem na lotnisku. Z duszą na ramieniu płacę online, bojąc się, że nie zobaczymy ani pieniędzy, ani samochodu, ale więcej pomysłów nie mamy. Jest długa chwila niepewności, bo nie przychodzi mailem informacja jak i od kogo odebrać samochód, ale kiedy już mamy się poddać - jest! Biuro, którego nazwa widnieje na voucherze nie ma stoiska na lotnisku, więc wychodzimy przed terminal, żeby nas stamtąd odebrali.
Od tej pory dzień przebiega sprawnie, choć tyle już się działo, a dopiero dziesiąta…. Odbieramy białego Citroena, który ma tyle odprysków i zadrapań, że pan nawet nie próbuje się bawić we wpisywanie ich na kartę odbioru, prosi nas tylko, żebyśmy zrobili video pokazujące w jakim stanie go odbieramy :) Wsiadamy, włączamy klimatyzację, i w drogę.
Zrobiłam B. najgorsze świństwo na tych wakacjach. Zapomniałam prawa jazdy. Nie ma wyjścia, prowadzi on.
Czarnogórcy jeżdżą jak wariaci, więc po pierwszych rondach jesteśmy lekko spoceni, ale w końcu trafiamy na drogę przelotową i robi się całkiem przyjemnie. B. jest zdeterminowany, żeby dobrze się bawić; „ludzie nie popsują mi tych widoków” - mruczy.
W końcu zaczynamy piąć się w górę. Jest coraz piękniej, coraz węziej, coraz stromiej i bardziej kręto. Mamy kilka chwil zwątpienia zanim zaparkujemy na klasztornym parkingu.
Stamtąd jeszcze kilometr trzeba piąć się schodami w górę i w trakcie tej wędrówki dziękujemy opatrzności, że udało się z tym samochodem i durny pomysł spaceru od stacji, której nota bene nigdzie nie widać, ulotnił się jak zły sen.
Pod klasztorem tłumy pielgrzymów rozłożonych na materacach i kocach, kolejka do wejścia, kolejka do kupienia świec. Dla nas, osób niewierzących, dzieje się wiele szokujących rzeczy. Wszyscy po kolei całują framugę drzwi, święte obrazy, usta za ustami, jakby Covid nigdy nie istniał. Najbardziej porusza mnie niepełnosprawna dziewczynka, którą ojciec co chwila zmusza do całowania kolejnego miejsca, a ona tego nie rozumie, wyrwa się, krzyczy. Przy każdym miejscu do całowania jest też oczywiście skarbonka, bo jak kościół kościołem - każdy - przychylność Boga ma swoją cenę w monetach.
Sam klasztor jest przyklejony do pionowej skalnej ściany, a z tarasów roztacza się zapierający dech widok na góry i doliny. W środku ikony, relikwie, malowidła na kamiennych ścianach. Niektóre balkony porasta pnące się wino. Przez tłumy i niesmak wywołany rytuałami, których nie potrafimy zrozumieć ani zaakceptować, nie zostajemy tam długo.
Dalsza część dnia to road trip przez góry do miejscowości Žabljak, przez przewodnik porównanej do Zakopanego, o tyle słusznie, że też toczy ją rak reklamozy, chaosu i brzydoty niemal zagłuszającej naturalne piękno przyrody. Nie zatrzymujemy się. Po drodze obserwujemy, jak dużo nowych domków (chyba turystycznych) buduje się wokół miasteczka.
Wysiadamy dopiero przy cudownym moście na Tarze, i mimo, że tu łapie nas burza, z zachwytem robię kilka zdjęć. Ulewny deszcz z przerwami towarzyszy nam przez całą drogę wzdłuż kanionu, co przekłada się także na absolutnie magiczne mgły. Droga pocięta jest tunelami, a po obu stronach pionowo wznoszą się ściany kanionu. Jedno z najpiękniejszych miejsc tutaj.
W drodze powrotnej odkrywamy, że przewodnik kłamie, i jednak są w Czarnogórze drogi płatne. Dużo buduje się pięknych autostrad, jest więc nadzieja, że kiedyś cała infrastruktura kraju dogoni XXI wiek.
Kiedy parkujemy samochód w mieście (kilkukrotnie, bo każdy mówi co innego o parkowaniu na ulicy, parkomat nie działa, a wszystkie napisy na nim i tak są tylko w lokalnym narzeczu), B. oddycha z ulgą. Naprawdę miał chrzest bojowy na tych serpentynach! Na szczęście reszta wieczoru upływa spokojnie, obydwoje delektujemy się kalmarami w restauracji Lupo di Mare, którą możemy gorąco polecić.
Następnego dnia bez przygód oddajemy samochód przy lotnisku, a sami przepełnionym pociągiem ze stacji w polu jedziemy na wybrzeże. Kierunek: Bar.





















