niedziela, 7 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 3

 Wypożyczenie samochodu nie zawsze jest tak łatwe, jak powinno być.

Mamy w planach położony wysoko w górach klasztor Ostrog, do którego co prawda można dojechać i pociągiem, ale później według mapy trzeba iść około czterech kilometrów w górę, co w tym upale nie koniecznie jawi się jako świetna rozrywka, a po drugie warto by było wykorzystać ten dzień także na to, żeby chociaż z samochodu zeksplorować interior i najgłębszy kanion w Europie - kanion Tary.


Jako ludzie jako tako obyci w podróżach, idziemy do informacji turystycznej, bo tam na pewno doradzą, wskażą, powiedzą, gdzie lepsze ceny, a gdzie pełniejsze ubezpieczenie. Trochę więc jesteśmy rozczarowani, że jedyne, czym służą w „informacji” to kartka ksero z listą wypożyczalni (większość na lotnisku) i zdanie, że „ta chyba jest najbliżej, gdzieś koło dworca”. Indagowana uparcie przez nas pani niechętnie podchodzi do planu miasta, na którym nie umie znaleźć nawet naszej obecnej lokalizacji, o dworcu nie wspominając. Wychodzimy.


Mamy przecież mapy Google. Wpisujemy „rent a car” i pojawia się kilka lokalizacji, zaczynamy więc je obchodzić. To znaczy próbujemy. Kiedy nie znajdujemy pierwszej, myślimy: zlikwidowali się, bywa. Drugiej - może coś źle szukamy. Trzeciej wypatrujemy jak pierwszej gwiazdy w Wigilię. No nie ma. Po prostu nie ma tych biur. W czwartym miejscu jest hotel i kiedy pytamy o wypożyczalnię, pani pisze nam na karteczce post-it numer do Miloša, bo Miloš to spoko gość i jak się powołamy na Marinę, to da nam spoko cenę. Kto poznał mojego Męża, ten już widzi jak żyłka mu pulsuje na myśl, że ma wynajmować cokolwiek w ten sposób, więc numer ląduje w koszu na śmieci. Przy dworcu znajdujemy w końcu jakieś biuro, ale zostało im tylko landarowate BMW, 200 euro za dzień i 1200 euro depozytu. Pal licho cenę, ale jak się taką krową zmieścić w tych wąskich uliczkach???


W dniu wycieczki zdobywamy się na desperacki krok pojechania na lotnisko - przypominam, że z miastem nie łączy go żaden autobus, taksówka kosztuje kilkanaście euro (jeśli uda się ją zdobyć), więc teoretycznie zostaje pociąg, który jedzie tylko kilka razy w ciągu dnia, i zatrzymuje się w polu, półtora kilometra od lotniska. Ale co tam, hej, przygodo, idziemy dwa kilometry do pociągu, przyjeżdża w miarę na czas stary, zbombiony* skład, który w 7 minut dowozi nas w to pole obok lotniska. Dwadzieścia minut spaceru i jesteśmy.





(*Zbombiony to moje ulubione i jedno z nielicznych hip hopowych słów, które podłapałam od B. - używam, kiedy tylko mogę, a Mąż się śmieje ;) Oznacza pociąg pokryty graffiti.)


Na lotnisku najpierw chcemy sprawdzić w informacji, czy jeśli nie uda się nam wynająć auta, możemy liczyć na pociąg do Ostroga, więc pytamy panią o rozkład.

- No, nie wiem, nie znam rozkładu,  trzeba by sprawdzić w internecie - rozkłada ręce i dopiero, kiedy B. wymownie patrzy na smartfona, którym pani się bawi, oferuje - Mogę popatrzeć.

Pociąg ma być, więc spokojnie zaczynamy obchodzić biuro za biurem, ale nigdzie nie ma wolnych samochodów na jeden dzień, w jednym tylko miejscu coś tam mają, ale w absurdalnej cenie. Nie mając nic do stracenia, siadam i przez internet rezerwuję przez carjet.com samochód na za godzinę, z odbiorem na lotnisku. Z duszą na ramieniu płacę online, bojąc się, że nie zobaczymy ani pieniędzy, ani samochodu, ale więcej pomysłów nie mamy. Jest długa chwila niepewności, bo nie przychodzi mailem informacja jak i od kogo odebrać samochód, ale kiedy już mamy się poddać - jest! Biuro, którego nazwa widnieje na voucherze nie ma stoiska na lotnisku, więc wychodzimy przed terminal, żeby nas stamtąd odebrali.


Od tej pory dzień przebiega sprawnie, choć tyle już się działo, a dopiero dziesiąta…. Odbieramy białego Citroena, który ma tyle odprysków i zadrapań, że pan nawet nie próbuje się bawić we wpisywanie ich na kartę odbioru, prosi nas tylko, żebyśmy zrobili video pokazujące w jakim stanie go odbieramy :) Wsiadamy, włączamy klimatyzację, i w drogę.





Zrobiłam B. najgorsze świństwo na tych wakacjach. Zapomniałam prawa jazdy. Nie ma wyjścia, prowadzi on.


Czarnogórcy jeżdżą jak wariaci, więc po pierwszych rondach jesteśmy lekko spoceni, ale w końcu trafiamy na drogę przelotową i robi się całkiem przyjemnie. B. jest zdeterminowany, żeby dobrze się bawić; „ludzie nie popsują mi tych widoków” - mruczy.


W końcu zaczynamy piąć się w górę. Jest coraz piękniej, coraz węziej, coraz stromiej i bardziej kręto. Mamy kilka chwil zwątpienia zanim zaparkujemy na klasztornym parkingu.





Stamtąd jeszcze kilometr trzeba piąć się schodami w górę i w trakcie tej wędrówki dziękujemy opatrzności, że udało się z tym samochodem i durny pomysł spaceru od stacji, której nota bene nigdzie nie widać, ulotnił się jak zły sen.


Pod klasztorem tłumy pielgrzymów rozłożonych na materacach i kocach, kolejka do wejścia, kolejka do kupienia świec. Dla nas, osób niewierzących, dzieje się wiele szokujących rzeczy. Wszyscy po kolei całują framugę drzwi, święte obrazy, usta za ustami, jakby Covid nigdy nie istniał. Najbardziej porusza mnie niepełnosprawna dziewczynka, którą ojciec co chwila zmusza do całowania kolejnego miejsca, a ona tego nie rozumie, wyrwa się, krzyczy. Przy każdym miejscu do całowania jest też oczywiście skarbonka, bo jak kościół kościołem - każdy - przychylność Boga ma swoją cenę w monetach. 






Sam klasztor jest przyklejony do pionowej skalnej ściany, a z tarasów roztacza się zapierający dech widok na góry i doliny. W środku ikony, relikwie, malowidła na kamiennych ścianach. Niektóre balkony porasta pnące się wino. Przez tłumy i niesmak wywołany rytuałami, których nie potrafimy zrozumieć ani zaakceptować, nie zostajemy tam długo. 


Dalsza część dnia to road trip przez góry do miejscowości Žabljak, przez przewodnik porównanej do Zakopanego, o tyle słusznie, że też toczy ją rak reklamozy, chaosu i brzydoty niemal zagłuszającej naturalne piękno przyrody. Nie zatrzymujemy się. Po drodze obserwujemy, jak dużo nowych domków (chyba turystycznych) buduje się wokół miasteczka.


Wysiadamy dopiero przy cudownym moście na Tarze, i mimo, że tu łapie nas burza, z zachwytem robię kilka zdjęć. Ulewny deszcz z przerwami towarzyszy nam przez całą drogę wzdłuż kanionu, co przekłada się także na absolutnie magiczne mgły. Droga pocięta jest tunelami, a po obu stronach pionowo wznoszą się ściany kanionu. Jedno z najpiękniejszych miejsc tutaj.


 







W drodze powrotnej odkrywamy, że przewodnik kłamie, i jednak są w Czarnogórze drogi płatne. Dużo buduje się pięknych autostrad, jest więc nadzieja, że kiedyś cała infrastruktura kraju dogoni XXI wiek.


Kiedy parkujemy samochód w mieście (kilkukrotnie, bo każdy mówi co innego o parkowaniu na ulicy, parkomat nie działa, a wszystkie napisy na nim i tak są tylko w lokalnym narzeczu), B. oddycha z ulgą. Naprawdę miał chrzest bojowy na tych serpentynach! Na szczęście reszta wieczoru upływa spokojnie, obydwoje delektujemy się kalmarami w restauracji Lupo di Mare, którą możemy gorąco polecić.


Następnego dnia bez przygód oddajemy samochód przy lotnisku, a sami przepełnionym pociągiem ze stacji w polu jedziemy na wybrzeże. Kierunek: Bar.

środa, 3 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 7

 Niby dzień siódmy, a obydwoje czujemy się, jakbyśmy byli tu od dziesięciu lat…

Dziś kolej na rejs do Budvy. Sama organizacja tego przedsięwzięcia wyssała z nas siły witalne, bo niby bilety można kupić co krok na promenadzie, ale nigdy nie ma sprzedających, a jeśli już zostawiają przy stoiskach namiar na swojego FB lub Whatsappa, to rozmowa czasem urywa się po kilku zdaniach. W końcu wczoraj udało się zdobyć bilety i stawiliśmy się przed 8 rano na plaży, żeby wsiąść na łódź.

Mimo że naszym zdaniem przypłynęła już pełna, to i nas udało się dopchnąć, i jeszcze dobrych trzydzieści osób na kolejnych przystankach! Zajęliśmy strategiczne miejsce na rufie i cieszyliśmy się słońcem.




Szybko okazało się, że miejsca, które w naszym rozumieniu miały być przystankami mijamy tylko i zwiedzamy z wody, ale zmęczeni upałem i Czarnogórą machnęlośmy na to ręką, bo w sumie co można jeszcze było zrobić.

Na szczęście na zwiedzanie samej Budvy dostaliśmy prawie trzy godziny na lądzie, co dało nam czas na spacer i kawę na- zatłoczonej jak wszędzie- promenadzie, zwiedzanie starówki i szybkie piwo oraz kawałek pizzy do ręki.





Starówka to niewielki cypel otoczony murami obronnymi, z których roztacza się niesamowity widok na morze i pobliskie wysepki (na jednej z nich znajduje się plaża zwana Hawajami, którą mieliśmy w planach zwiedzać, dopóki nie okazało się, że można tam płynąć ZAMIAST zostawać w Budvie…). Wewnątrz murów plączą się wąziutkie uliczki, tak ciasne, że nigdy nie wiadomo, czy doprowadzą do jakiegoś placyku czy czyjejś kuchni. Zadbane, upiększone kwiatami, ocienione wysokimi palmami, skrywają kościoły, cerkwie i cytadelę, a wszystko to upchnięte wokół jednego niedużego placu. Wyobrażam sobie, że nocą w świetle girland wiszących wszędzie żarówek jest jeszcze bardziej magicznie.

W drodze powrotnej do portu irytuje nas jeszcze kilka razy tłum, brak możliwości zapłacenia kartą za wodę, syf i “mielnizacja” wybrzeża, ale udaje nam się zdążyć na czas na łódkę. Ku naszemu zdumieniu nie wracamy na Hawaje po resztę pasażerów, nie wiadomo, co się z nimi stało, ale faktem pozostaje, że w drogę powrotną jedzie nas tylko mniej więcej połowa

.



Tym razem zatrzymujemy się jednak na planowych przystankach: najpierw w Petrovacu, który jest kolejnym nadmorskim kurortem, ale w przeciwieństwie do rozległej Budvy stłoczył się w niewielkiej zatoczce. Ma też więcej uroku i charakteru, może to przez kamienne budynki, a może kameralną atmosferę. Daną nam tu godzinę spędzamy pijąc napoje chłodzące, choć rozważamy też kąpiel w morzu. Kiedy wracamy na łódkę okazuje się, że przynajmniej część zaginionych na Hawajach w niewytłumaczony sposób się odnalazła. 

Ostatni przystanek to Plaża Królowej, gdzie rzeczywiście trochę piasku jest, ale głównie na zboczu góry- resztę pokrywa nadal żwir, choć może drobniejszy niż u mas w Barze, to dalej nie bardzo przyjemny dla stóp. Ludzi jest zatrzęsienie, wokół mnóstwo drobnych śmieci (kiepy, kapsle, chusteczki…), ale sama kąpiel w morzu daje nam upragnione ochłodzenie.




Wracamy, rozwożąc pasażerów po wybrzeżu. Ostatni rzut oka na wyrastające z morza skały i góry puszące się w tle. Było fajnie, ale hałas, ludzie, muzyka, silnik łodzi i palone mimo zakazu przez pasażerów papierosy dają się mocno we znaki. Z ulgą wysiadamy na ląd.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Czarnogóra - dzień 2

 Dzień 2

Początek tego dnia upłynął nam na szukaniu wypożyczalni samochodów, ponieważ bardzo chcieliśmy pojechać na wycieczkę, ale cała sprawa robiła się tak absurdalna, że Bareja by tego nie wymyślił. Więcej napiszę o tym później, a dziś skoncentruję się na naszym piątku, czyli spacerze po zachodnim brzegu Moračy.


Zaczęliśmy dzień przechodząc przez most Milenijny i odbywając naszą doroczną kłótnię, czy skoro ja nie mam kieszeni (złośliwie), a B. ma, i to kilka, to może nieść mój telefon, czy jednak jest to wykluczone. Dzięki tym złośliwostkom droga minęła szybko i zaraz znaleźliśmy się w miejscu bonusowym i nieplanowanym, czyli cudnym parku tuż nad rzeką, z wielką huśtawką i drewnianymi leżakami z widokiem na góry. 




Kiedy nacieszyliśmy się atrakcjami, poszliśmy obejrzeć sobór, który przez otoczenie i monumentalność przywiódł nam na myśl warszawską Świątynię Opatrzności. Budynek jest ogromny, w środku bogato zdobiony, ale nie stary - powstał w latach 90. Przy bocznym wejściu fotografowała się młoda para, z której najbardziej zapamiętałam bardzo odważny dekolt panny młodej. Obeszliśmy świątynię, pocmokaliśmy, po raz setny odbyliśmy rozmowę czym się różni sobór od cerkwi (nie dochodząc do jednoznacznych wniosków, choć to chyba jak kościół i katedra) i w palącym słońcu poszliśmy dalej. Upał tego dnia doskwierał niemiłosiernie, każdy przystanek w klimatyzowanym czy zacienionym miejscu jawił się jako błogosławieństwo.





Jednym z takich miejsc był położony w parku pałac króla Mikołaja. Sam park - jak wszędzie tutaj - to piękne drzewa i wypalona na popiół słońcem trawa. Oko instagramerki przyciągnęła urocza altanka, gdzie nie dość, że pstryknęliśmy dość udane w moim odczuciu zdjęcia, to jeszcze zatańczyliśmy do taktu wyimaginowanej muzyki. 




Budynek pałacu to galeria sztuki, tym razem goszcząca bardzo dziwną i niepokojącą wystawę Igora Bošnjaka pod tytułem FUTURE REPEATS ITSELF MORE THAN HISTORY USED TO (przyszłość lubi się powtarzać bardziej niż kiedyś historia). Składały się na nią filmy ukazujące monumentalne pomniki wojenne w byłej Jugosławii, filmowane z drona i przez sposób uchwycenia lekko odrealnione. Wnętrza z pięknym, drewnianym parkietem i białymi portalami skrywały małe pokoje, w których projektory pokazywały niepokojące, ale na swój sposób wciągające obrazy. Może to zasługa klimatyzacji i wygodnych siedzisk, ale nawet trzynastominutowy film obejrzeliśmy w całości.



Po wszystkim wróciliśmy łukiem na stare miasto, czując się już jak w domu na dobrze znanych ulicach. Łuk ten natomiast prowadził przez nowo budowane bloki i świeżo otwarte sklepy, a chodnik bezlistośnie odsłonięty przed słońcem nie zapewniał ani grama cienia. 


Znaleźliśmy dworzec i podjęliśmy kolejną (nieudaną) próbę wynajęcia auta, po czym zrezygnowani wróciliśmy „do siebie” w okolice placu Republiki, gdzie kierowani nie wiem czym zjedliśmy jedną z gorszych kolacji. Nie wdając się w drobne szczegóły, B. dostał inną pizzę, niż zamówił, a kiedy uparł się, że jednak chciałby właściwą, to - sądząc z wyglądu i smaku oraz czasu na wymianę - dostał tę samą z podpieczonymi na górze właściwymi dodatkami. Także tak.

Na koniec dnia zostawiliśmy sobie pobliski deptak, który tętnił życiem, ludźmi, barami i głośną muzyką. Jednym słowem: horror. Natychmiast uciekliśmy czytać :)