piątek, 27 czerwca 2014

Szetlandy 6

27.06 - Yell i Fetlar

B. ma zawsze racje i trzeba go zawsze słuchać, bo moje pomysły nie działają tak, jak powinny i później jest o tak:

Wstajemy rano, autobus po 9.00, więc budzik na 7.00. Nic nie spakowane, chociaż B. mówił święte słowa, że rano to nagle, a co nagle to po diable. Skracając historię, kończy się na wpychaniu wszystkiego nogą do plecaka, zwijaniu namiotu byle jak, a i tak w ręku zostają trzy buty, które się nigdzie nie mieszczą.

Samo zwijanie namiotu też w atmosferze lekkiego focha, bo ja mam taki charakter, że jak jest sytuacja kryzysowa to przejmuję kontrolę, dowodzenie i zarządzam pozostałymi osobami efektywnie i rozsądnie. Tyle, że pozostałe osoby w ogóle zwykle tego nie doceniają, twierdząc, że rozkazuję i się wydzieram. Na szczęście w tym przypadku nie gniewamy się długo, bo my chyba nie umiemy się pokłócić na więcej niż 5 minut.

Na autobus szczęśliwie zdążamy, wysiadamy tylko nie wiedzieć czemu dwa przystanki za wcześnie, chyba lubimy sobie tak z rana polatać z plecakiem po mieście. Co jest niebezpieczne, bo można się potknąć i wywrócić.

Na szczęście udaje nam się dojść do wypożyczalni w całości, a tam czeka na nas niebieska KIA Picanto, która nam jawi się jako Rols Royce po prostu, bo z samochodem to jednak łatwiej, co stwierdzamy zgodnym chórem. Chwilę zajmuje mi przypomnienie sobie, że po prawej to mam drzwi, skrzyni biegów natomiast należy szukać z drugiej strony, ale po kilku minutach już nieźle się czuję za kierownicą. B. rzuca jeszcze tym swoim poważnym tonem czy pamiętam, że jak chcę skręcić w prawo, to muszę wrzucić lewy kierunek, i przez chwilę poważnie się zastanawiam o co chodzi, aż obydwoje wybuchamy śmiechem.

Prowiant kupujemy w Tesco i mkniemy na Północne Wyspy. Po drodze rzut oka na terminal na ropę w Sollum Voe z wysokim kominem, z którego bucha płomień, a później już 20 minut na promie i jesteśmy na Yell.

W tej wyspie uderza mnie to, jak bardzo jest ukwiecona. Żółty, fiolet, wrzosowy, biel i róż zdominowały niekończące się łąki. Jedziemy Drogą Wschodnią, węższą i bardziej krętą, krajobraz przypomina nam Hebrydy i podoba nam się bardziej niż Maindland, na którym byliśmy do dziś.

Zjeżdżamy małą dróżką i idziemy w dół po pastwisku, żeby obejrzeć White Wife, rzeźbę z zatopionego statku postawioną na pamiątkę na klifie. Wygląda jak zjawa i na tym pustkowiu robi dość upiorne wrażenie.

Pałętamy się po oślepiająco białej plaży Sands of Breckon, a później wspinamy się ścieżką na klify.

Przejeżdżamy przez główne osady i oglądamy pomnik ku pamięci rybaków, którzy zginęli na morzu w 1881 roku.

I okazuje się, że w zasadzie jak chodzi o Yell to wszystko, więc wskakujemy na drugi prom i płyniemy na Fetlar.

Jeśli myśleliśmy, że na Yell zbyt wiele nie ma, to Fetlar pokazało nam co to znaczy nic.

Ok. Przesada. Jest plaża, jest mały malowniczy loch (jezioro), jest kościół. Trudno wypatrzeć dwa domy obok siebie. Cała wyspa ma dwie mile na pięć, więc godzina to świat i ludzie, żeby wszystko objechać. Chcemy i tak zdążyć na prom, bo camping, który tu był został zamknięty.

Droga wiedzie nas aż do miejsca, gdzie stoi dom, nad którym powiewa niemiecka flaga, a zaparkowany nieopodal samochód ma flagę z symbolami, które obojgu nam skojarzyły się z nazistami. Nie jesteśmy pewni, ale fakt, że to takie odludzie w połączeniu z PODEJRZENIEM nawet, że zaraz natkniemy się na takich, co to uważają, że wojna powinna się była skończyć inaczej powoduje, że szybciutko zawracamy do promu.

Wracamy na Yell a stamtąd od razu dalej, na Unst. W porcie jak wariaci rzucamy się na WiFi, ale po chwili rozum nam wraca i jedziemy szukać naszego campingu.

I znajdujemy.

O krok jesteśmy od popłakania się ze szczęścia.

Nad samą plażą, w pięknym ogrodzie, w zaciszu kwitnących krzewów rozbijamy namiot z widokiem na wodę i statek w marinie. Nieopodal stoi budynek hostelu, w którym jest dostępna dla nas wielka, w pełni wyposażona kuchnia z wyspą na środku i jadalnią z widokiem na morze. Są też oczywiście prysznice, pralnia i czego tylko dusza zapragnie.

No, poza WiFi......

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz