Seattle
Jesteśmy w Ameryce! Cieszę się, jak dziecko. Nie mogę uwierzyć. Tak bardzo, bardzo tęskniłam! Nawet nie wiedziałam, że aż tak.
Bez nerwów się nie obyło. Ja, po zmianie nazwiska, wyrobiłam nową wizę. Mąż miał starą w paszporcie już nieaktualnym, i paszport nowy - codziennie sprawdzaliśmy na stronie konsulatu, że to jest ok, ale im bliżej wyjazdu, tym więcej mieliśmy wątpliwości. A co jeśli na granicy ktoś nie będzie wiedział, że tak można? Co jeśli B. nie wpuszczą?
Obiecaj mi, że pojedziesz sama jakby co - powtarzał jak mantrę.
Mowy nie ma. Z mężem, albo wcale.
Prawdziwy atak paniki zaczął się, kiedy próbowaliśmy odprawić się online. Komunikat “nie znaleziono ważnej wizy” był jak cios obuchem w łeb. Klops. Koniec. Krew w piach, bilety do kosza, marzenia do ścieków. Ja postulowałam, żeby pojechać odprawić się na lotnisku, z żywym człowiekiem pogadać, bo może system po prostu ma numer wizy przypisany do innego paszportu, a człowieki powiążą fakty i będzie ok. W końcu w przypływie jasności umysłu mąż wyskoczył z łóżka i krzyczy:
- Słuchaj, a jakby jako kraj wydający wizę wpisać USA, a nie Polskę?!
Zadziałało. Ale stres pozostał.
I ja się tylko pytam: skoro jedynym państwem wydającym wizę do USA jest USA, to po cholerę jasną dawać ludziom do wyboru listę wszystkich krajów świata? Żeby im w głowie mieszać? Test na inteligencję to był? Co za bzdura!
Z tego wszystkiego spać nie poszliśmy - samolot o 7.00, na lotnisko na 5.00, a tu już 23 z minutami… Lepiej nie spać. Ja dotrzymałam, zrobiłam pranie, pochowałam ozdoby choinkowe, prysznic wzięłam. B. usnął na kanapie z książką na twarzy. Niech śpi.
Kiedy wybiła zaplanowana czwarta, poderwał się jak oparzony. Uber zawiózł nas za szybko i za wcześnie, kolejki nie było, i przyszło nam czekać długo pod gejtem. Wyłożyłam się na metalowym siedzeniu i przycięłam komara, bo już nie zapałki, a pale i filary mostu nie utrzymałyby moich powiek. Małżonek za to już obudzony był, stres go trzymał kolejny - bez sensu podżegany przez osoby trzecie - że Frankfurt duże lotnisko, nie zdążymy na przesiadkę, nie polecimy.
- Ale kotuś - próbuję logicznej perswazji - to Lufthansa, i to Lufthansa, bagaż nadany na Seattle, poczekają, jeśli będzie trzeba, jak tfu tfu coś, to muszą nas w następny lot wsadzić.
Nic nie docierało. Nie zdążymy, koniec kropka, nerwy, stres. Mogę sobie gadać.
W rzeczywistości jeszcze się naczekaliśmy pod gejtem znowu, chociaż mój żarcik, że to ja może jeszcze wolnocłówki oblecę, nie trafił na wdzięczną publiczność…
Lot dziwnie. Bo ja zwykle wykonuję akcję teleportację, usypiam przy starcie, budzą mnie jak trzeba wysiadać. A tu nie, sen nie przychodził. No to poćwiczyłam włoski na jakiejś lekkiej komedii, później drugi film przespałam niby, ale zaraz znowu się wybudziłam, więc wybrałam coś z Reese Witherspoon (ja wiem, może ona nie jest jakaś ach ach, ale lubię ją niezmiernie i niezmiennie), później jako chyba pierwsza osoba w historii zrobiłam cały zestaw ćwiczeń z flyrobicu, żeby się całkiem nie zastać w jednej pozycji, i posłuchałam wywiadu z Emmą Thomson. Ostatnia godzina lotu wlokła się bardziej niż lekcja z klasą, która nic nie wie, nic nie chce, nic jej nie interesuje…
Ale dolecieliśmy. Po dziesięciu godzinach wstałam z krzesła, tyłka nie czując, kostki straciwszy już gdzieś nad Islandią. Ale nic to, opuchlizna zejdzie, a my zaraz będziemy w Ameryce!
Zaraz. Ha. Ha ha ha. 2 godziny to było. Kolejki, sto razy pokazywanie paszportu, automatyczny kiosk do odprawy wizowej, nieautomatyczni funkcjonariusze, sto pytań do, w walizce jak wyrzut sumienia ptasie mleczko dla przyjaciół, ale czy przez to ptasie mleczko to ja muszę zaznaczyć na deklaracji, że wwożę owoce, warzywa, jedzenie lub insekty?! Przecież jak zaznaczę, że tak, to oni tych insektów w walizce będą szukać do wieczora, umrę na tym lotnisku, nieba nie zobaczę. Ale zaznaczyć, że nie? Okłamać rząd amerykański? Na szczęście inne pytania łatwe, krów nie dotykałam, sadzonek nie wiozę, mięsa w skarpetki poupychanego też nie mam.
Zostaliśmy przestępcami. Ptasie mleczko pozostało niezadeklarowane. Trudno, raz się żyje, Alcatraz już zamknięte, może będą dla nas łaskawi. Jeszcze w dodatku słuchawki z samolotu nam się zaplątały do plecaka…. Prawdę mówią, ci Polacy to jednak sami przemytnicy i złodzieje…
W końcu wyszliśmy na światło dzienne. Bez kłopotu znaleźliśmy pociąg z Tacomy do Seattle, podoba nam się bardzo, że bilet kosztuje $3, nie ma skubania turystów jak to bywa na lotniskach, że nagle 20 euro autobus kosztuje, bo jak turysta, to go stać. Podziwiamy widoki.
Góry takie, że dech zapiera, konkurs kto pierwszy zobaczy słynną Space Needle B. wygrał bezapelacyjnie, nasz wynajęty apartament rzeczywiście jest krótki spacer tylko oddalony od stacji, i był gotowy, kiedy dojechaliśmy.
I teraz jest tak: zegarek pokazuje 14.00, słońce świeci, a organizm wrzeszczy, że jest 22, i po tylu emocjach, podróżach i stresach ciężko nie paść na twarz.
To znaczy nie mój organizm, bo ja się szczycę tym, że jet lag nigdy mnie nie dotyczy; to jest przypadłość dla tych, co nie są pracoholikami, nie daj Boże regularny tryb życia prowadzą, i nie zdarza im się usiąść na dwie godziny do komputera, a wstać po szesnastu. Więc mój osobisty organizm to szepce tylko “laska, ale bez przeginki, dwa dni na nogach, nie mamy już dwadzieścia lat, żeby brak snu ogarnąć godzinką w saunie i wrócić na najwyższe obroty, szanujmy się…”
Więc postanowiliśmy się szanować i aktywności ograniczyć do zwiadu po najbliższej okolicy i zjedzenia kolacji.
A ponieważ ja mam zawsze takie szczęście, że w fajnym miejscu nocleg wyszukam, najbliższa okolica to tarasy nad wodą i słynny Pike Market.
Cały czas czuję się, jakbym chodziła po Hollywoodzkim filmie. Seattle to takie duże-nieduże miasto, z ulicami biegnącymi w górę i w dół, tramwajami, słynną kolejką monorail, kilkunastoma wieżowcami, ulicami, na których jest bardzo dużo pasów, ale zawsze któryś jest zamknięty. To znaki drogowe, które częściej przyjmują formę napisów niż piktogramów. To dymiące studzienki, dlaczego u nas tak nie dymią? To wąskie, zaśmiecone zaułki, w których raz po raz widać interweniującą policję. To w końcu tygiel rasowy, pachnący co krok legalną tutaj marihuaną. Chodziłam i się zachwycałam, chłonęłam każdym zmysłem zapachy, kolory, fakturę.
Pierwszym miejscem, które obejrzeliśmy był Pike Place Market, ciągnący się wzdłuż wybrzeża zatoki Elliott pasaż handlowy, gdzie są i pamiątki dla turystów, i organiczne warzywa w najpiękniejszych kolorach świata, i lokalne przyprawy, miody, konfitury, wina i- a może przede wszystkim- owoce morza i ryby. Oczu nie można oderwać! Te homary takie dorodne, przegrzebki wielkie, mule, łososie, ośmiornice…! Ślinka cieknie. Ale to na konfitury się skusiliśmy.
- Przepraszam bardzo- mówię do sprzedawcy - czy ta marmolada z malin z papryczką habanero to jest ostrzejsza niż ta z truskawek z pieprzem, której tutaj spróbowałam?
- Jest jest - odpowiada mi z uśmiechem - spróbuj tej.
Podaje mi małą, plastikową łyżeczkę, a na niej odrobinę intensywnie czerwonego przetworu.
- To jest, powiedziałbym, moc dwa. Mamy do szóstki.
Próbuję. Najpierw nic, ale za chwilę czuję charakterystyczne mrowienie na języku. Rewelacja.
-To ja chcę teraz spróbować szóstki - mówię pewnie, bo ja lubię ostre.
Trzeba się było tak nie wyrywać.
Paliło koncertowo, i lassi z mango by się przydało do ugaszenia tego pożaru. Ale trzymam fason.
-To ja jednak tę dwójkę wezmę - mówię, a sprzedawca uśmiecha się pod nosem.
Przy wyjściu z targowiska natykamy się na antykwariat. Wystarczy mi jeden rzut oka na liczbę książek, żeby pospiesznie ucałować męża w policzek i zapewnić, że w pobliskim Starbucksie poczekam ile będzie trzeba, natomiast uczestniczyć w przeglądaniu tego wszystkiego - odmawiam.
I tak on zostaje z książkami, ja - z kawą.
Słynny Starbucks właśnie tu miał swoją pierwszą kawiarnię, otwartą w 1971 roku. Nie ma jej już, a znajdowała się właśnie na Pike Place Market. Przeniesiono ją później poza obręb targowiska, i tam tkwi do dzisiaj, zwana “oryginalnym Starbucksem”. Łatwo ją rozpoznać po nieludzkiej kolejce, jak po naleśniki w Manekinie. Ale elementy oryginalnego wyposażenia, i charakter pierwszego lokalu, widać bardziej w Starbucksie po drugiej stronie targowiska, i to tam zapadam się w skórzany fotel w rogu, obserwując ludzi siadających przy postawionym centralnie wielkim, drewnianym stole. Robię swoje rzeczy, korzystając z darmowego internetu. B. wpada raz, z szałem w oczach opowiada coś o science fiction z lat 60., a później biegnie do kolejnego antykwariatu. Kiedy pojawia się wreszcie z upolowanymi pozycjami, i prośbą, żeby wrócić z nim do sklepu i zrobić mu zdjęcie wśród książek, wychodzę i spełniam jego prośbę.
Słońce zaczęło zachodzić, zrobiła się szesnasta z minutami, posprzeczaliśmy się żartobliwie o zrobienie zdjęcia pod słońce na tle słynnego neonu PUBLIC MARKET przy wejściu na targowisko,a później “na czuja” poszliśmy malowniczymi uliczkami szukać hamburgerowni, bo obydwojgu nam w duszy wołowina grała.
I jakąś w końcu znaleźliśmy, ani najlepszą, ani najtańszą; zakupy też zrobiliśmy w sklepie pod domem, pewnie przepłacając. Ale zawsze tak jest w pierwszy dzień wakacji, zanim poznamy nowe miejsce, musimy zapłacić frycowe. Do końca nie żałuję, bo upolowałam lokalne wino, od którego kolejną już godzinę oderwać się nie mogę…
Co się naoglądaliśmy miasta po drodze, to nasze, i fasad przepięknych, i sylwetki miasta na tle horyzontu, i nowego projektu Amazona- Seattle Spheres ( budowli w kształcie trzech kopuł, z mikroklimatem i tropikalnymi roślinami w środku; budowa zostanie zakończona w tym roku, a pracownicy będą mogli w środku miasta lunch zjeść na łonie natury).
Kiedy wróciliśmy do pokoju, była 18.30. Walcząc ze zmęczeniem przegadaliśmy jeszcze plan na jutro. Mąż padł o 19.30, po nierównej walce z prysznicem (wygranej!), który nie chciał się uruchomić (kto by pomyślał, że kran trzeba w całości pociągnąć do siebie…?). Ja zasiadłam do bloga. Mam wrażenie, że jest nad ranem, ale zegarek mówi nieubłaganą prawdę: wybiła 21:49…
Następnego dnia wstaliśmy wcześniej niż słońce, bo ono wschodzi dopiero przed 8.00. Zresztą w naszym mieszkaniu i tak ciężko o światło dzienne, bo widok mamy na wewnętrzne patio z systemami ogrzewania.
Na śniadanie obłędna, paląca konfitura z malin z najostrzejszą papryczką habanero, i kawa. Za słaba, nie umiemy w ekspresy przelewowe. Zatęskniłam za naszą domową maszyną.
Wyszliśmy, kierując się na północny zachód. Cały dzień miał nam upłynąć na szwendaniu się po mieście, nadal twierdzimy, że to najlepsza metoda poznania nowego miejsca: z buta. Szok tlenowy gwarantowany, za to widzi się wiele rzeczy, które w autobusach czy samochodzie po prostu umykają. I ludzie, którzy przechodzą, którzy zagadują, których mijamy siedzących na ławkach - oni także dokładają się do tego kompletnego obrazu miasta.
W Seattle - jak się wydaje - każdy ma psa. Poubierane w fantazyjne pelerynki chroniące przed chłodem i deszczem, małe, duże, rasowe, kundelki, ładne, ładne inaczej, mijają nas co krok. Do każdego musimy się uśmiechnąć, zagadać, niektóre pomiziać chociaż troszkę. Siedzą w parkach, kawiarnianych ogródkach, biegają z właścicielami.
Nie wiem, czy to norma, czy fakt, że dzisiaj było święto, urodziny Martina Luthera Kinga jr., ale Seattle - a jesteśmy przecież w samym jego centrum- nie zrobiło na mnie wrażenia metropolii, w której wszyscy się dokądś spieszą. A przecież to tu mieszkają najbogatsi ludzie świata, Bill Gates i Jeff Bezos, to tu siedzibę ma Amazon, to stąd pochodzi wiele znanych firm.
Zauważyliśmy sporo osób w kryzysie bezdomności, i sporo chorych psychicznie, biegających po ulicy w rozchełstanej koszuli z obłędem w oku, lub mamroczących do siebie pod nosem. Każda godzina tutaj pogłębia moje wrażenie, że jestem na gigantycznym planie filmowym produkcji pt. “Oto USA”. Takie moje prywatne Truman show.
Ale co dziwne - albo i nie - urzeka mnie ta część Stanów niewyobrażalnie. Jest doskonałą mieszanką wszystkiego, co kocham w tym kraju. Z parku olimpijskiego jest taki widok na ośnieżone, majestatyczne góry, że dech zapiera! A sam park zachwyca rzeźbami, kamienistą plażą, na której podobno można spotkać foki (zmówiły się z reniferami islandzkimi i pochowały przede mną), ścieżkami do biegania i jeżdżenia na rowerze. W tle słynna Space Needle, symbol miasta. Mąż chciał zrobić mi niespodziankę i zabrać tam na kolację, ale restauracja akurat jest w remoncie - z opcji zostało nam wjechanie na taras widokowy i podziwianie panoramy miasta. Uznałam jednak, ku radości B., że przejażdżka windą to nie najlepsze zastosowanie dla $50, i zdecydowaliśmy się podjąć większy wysiłek i wejść na górę do Kerry Park, skąd całe miasto widać jak na dłoni. Zupełnie za darmo.
Doszliśmy także, klucząc po dzielnicach mieszkalnych i fantazjując o posiadaniu tu domu z kuchnią z widokiem na Mt. Ranier, do Union Park nad jezioro. Fajnie mieć takie miejsca w mieście. Obok znajduje się siedziba wspomnianego już Amazonu, bez wielkich szyldów, można ją zlokalizować tylko po adresie. Zataczając koło znaleźliśmy się obok naszego mieszkania, i wpadłam na szatański pomysł, żeby wejść na chwilę.
Usnęłam w ciągu pięciu minut. B. obudził mnie po godzinie, sugerując wyjście na kolację, bo poza kawałkiem nowojorskiej pizzy na pół od śniadania nie jedliśmy nic. Zbyt zmęczeni żeby iść do chińskiej dzielnicy, jak planowaliśmy wcześniej, wylądowaliśmy w głośnej, meksykańskiej knajpie obok Pike Market: marguerity, piwo z limonką, tacos, nachos i burritos- jednym słowem: klasyki. Pyszne.
Zaskoczyło nas, że około 18 poza tą knajpą na targowisku i w okolicach niewiele już zostało otwartych lokali. Widać jest to miejsce, które zamiera po zmroku. Za to nie było kolejki w pierwszym Starbucksie, i udało nam się wreszcie do niego wejść.
Wieczór po powrocie do domu był krótki: kieliszek ulubionej trucizny i sen spadł na nas jak jastrząb na zająca. O 22 państwo G. pogrążeni już byli głęboko w objęciach Morfeusza.
Poza tym, że Seattle to kolejne miasto, które zawsze chciałam zobaczyć, bo wiadomo, Grey’s Anatomy, Tom Hanks i Nirvana, to w jego położeniu jest coś bardzo dla mnie szczególnego. Otóż nieopodal leży miejsce, o którym śniłam i marzyłam od bardzo wielu lat...
Był koniec roku ‘90, a może już ‘91. Miałam jakieś 11 lat. Mieszkałam obok moich Dziadków, wystarczyło przejść przez ogrody i już można było spędzać czas razem. Dziadziuś odkąd pamiętam co tydzień zaznaczał czerwonym długopisem ciekawsze pozycje w programie tv. Któregoś razu powiedział:
Będzie nowy, amerykański serial, który zdobył wszystkie nagrody. Możemy obejrzeć razem.
I tak pewnego wieczora pierwszy raz zobaczyłam rudodrozda, który w rytm pięknej muzyki Angelo Badalamenti patrzy w prawo siedząc na gałęzi, potem pojawiły się cięte piłami pnie w tartaku Packardów, a zaraz w następnym ujęciu znak Witaj w Twin Peaks.
I wsiąkłam kompletnie.
Dziadziuś wytrzymał ze trzy odcinki, później mamrocząc coś o wariatach z Ameryki oddelegował się do własnych zajęć. Ale ja nadal (nie wiem dlaczego, mieliśmy przecież w domu telewizor) na każdy odcinek przychodziłam do Dziadków, i trzęsłam ze strachu wracając przez ciemny ogród wśród stuletnich dębów, żywo przypominających mi wtedy jedlice Douglasa.
Później oglądałam ten serial na Polsacie- do dziś uważam, że miał najlepsze tłumaczenie (#cozafuszerkeodwalajawtymszalasie), na żywo i z kasety, aż nie zgrała się tak zupełnie, że ledwo było widać, kto jest na ekranie.
Ale to nam nie przeszkadzało. Nam, bo w liceum dołączyła do mnie A., do dziś serdeczna moja przyjaciółka, świadkowa na moim ślubie, która wieczór panieński zorganizowała mi - jakżeby inaczej- w twinpeaksowym klimacie.
Poza tym, że Seattle to kolejne miasto, które zawsze chciałam zobaczyć, bo wiadomo, Grey’s Anatomy, Tom Hanks i Nirvana, to w jego położeniu jest coś bardzo dla mnie szczególnego. Otóż nieopodal leży miejsce, o którym śniłam i marzyłam od bardzo wielu lat...
Był koniec roku ‘90, a może już ‘91. Miałam jakieś 11 lat. Mieszkałam obok moich Dziadków, wystarczyło przejść przez ogrody i już można było spędzać czas razem. Dziadziuś odkąd pamiętam co tydzień zaznaczał czerwonym długopisem ciekawsze pozycje w programie tv. Któregoś razu powiedział:
Będzie nowy, amerykański serial, który zdobył wszystkie nagrody. Możemy obejrzeć razem.
I tak pewnego wieczora pierwszy raz zobaczyłam rudodrozda, który w rytm pięknej muzyki Angelo Badalamenti patrzy w prawo siedząc na gałęzi, potem pojawiły się cięte piłami pnie w tartaku Packardów, a zaraz w następnym ujęciu znak Witaj w Twin Peaks.
I wsiąkłam kompletnie.
Dziadziuś wytrzymał ze trzy odcinki, później mamrocząc coś o wariatach z Ameryki oddelegował się do własnych zajęć. Ale ja nadal (nie wiem dlaczego, mieliśmy przecież w domu telewizor) na każdy odcinek przychodziłam do Dziadków, i trzęsłam ze strachu wracając przez ciemny ogród wśród stuletnich dębów, żywo przypominających mi wtedy jedlice Douglasa.
Później oglądałam ten serial na Polsacie- do dziś uważam, że miał najlepsze tłumaczenie (#cozafuszerkeodwalajawtymszalasie), na żywo i z kasety, aż nie zgrała się tak zupełnie, że ledwo było widać, kto jest na ekranie.
Ale to nam nie przeszkadzało. Nam, bo w liceum dołączyła do mnie A., do dziś serdeczna moja przyjaciółka, świadkowa na moim ślubie, która wieczór panieński zorganizowała mi - jakżeby inaczej- w twinpeaksowym klimacie.
I tak żyjemy sobie, my dwie wariatki, co znają serial na pamięć, Lynchowi się nie dziwią, każdą postać wymienią z imienia, nazwiska i aktora, i czasem w środku nocy muszą ze sobą się wymienić jakimś nowym przemyśleniem, które podczas pierdylionowego oglądania któregoś tam odcinka spłynęło na nie jak boskie objawienie. I tak już dwadzieścia parę lat…
I ja to wszystko po to piszę, że ja dzisiaj do Twin Peaks pojechałam.
Opisać się tego nie da. Być tam dla mnie to spełnienie jednego z najdawniejszych marzeń.
Serialowe Twin Peaks, czyli w prawdziwym życiu miejscowości Fall City, Snoqualmie i North Bend, to maleńkie mieściny, o których nikt by nie usłyszał, gdyby nie David Lynch. Wśród lasów, odcięte od świata, na uboczu głównych tras. Przepiękne - z czystymi rzekami, huczącymi wodospadami, u podnóży majestatycznych gór. A co fani serialu mogą dziś tam zobaczyć z filmowej rzeczywistości?
Po pierwsze, Salish Lodge & spa, czyli hotel Great Northern. Co prawda grał tylko z zewnątrz, ale właściciele chętnie przyznają się do związków z serialem i zbijają pieniądze na sprzedawaniu pamiątek. Wiem, że przepłaciłam, ale cóż, mam swój breloczek z pokojem numer 315, jak Agent Cooper. Wnętrze hotelu - jak już wspominałam - kręcone było gdzie indziej, ale to tutejsze też jest bardzo w klimacie: kominek z prawdziwym ogniem, miękkie fotele, drewniane wnętrza. Warto zajrzeć do środka.
Byle tylko nie zapomnieć pójść na tyły, gdzie huczy dobrze znany wszystkim, którzy Twin Peaks widzieli, wodospad. To był pierwszy moment, kiedy myślałam: “to tu, to naprawdę tu, naprawdę tu jestem”.
Pojechaliśmy dalej. W Fall City stoi The Roadhouse Restaurant and Inn - czyli bar, miejsce akcji scen nocnych i hulaszczych, miejsce pracy Jacques’a Renault. Znowu mówimy o samej fasadzie, zresztą na tyle zmienionej kolorem (no i brakiem słynnego neonu), że ostatecznie upewniliśmy się co do tego, że to właściwe miejsce porównując w domu zdjęcia nasze i screenshoty z serialu.
Dalej nad rzeką w głębi lasu wyszukaliśmy most Ronette, niedoszłej drugiej ofiary zabójcy Boba. Most naprawdę nazywa się Reinig Bridge, i nie ma już na nim torów kolejowych. Wyróżnia się swoją rdzawą konstrukcją wśród dziewiczych gór i lasów. Widok z niego i spacer nim- serial czy nie serial- to prawdziwa uczta dla oka.

Potem należy skręcić w prawo i dziurawą asfaltówką pojechać do szkoły sportowej jazdy Dirt Fish. A po co? No a po to, że to właśnie budynek, który grał posterunek, na którym stróże porządku zalewając kawą kolejne pączki szukali mordercy Laury Palmer. Przed wejściem stoi nawet terenowy samochód jak żywcem z ekranu wyjęty (może i wyjęty, z emocji nie dopytałam czy oryginalny), z naklejką szeryfa na bocznych drzwiach. Kolory budynku są zmienione, ale bryła jest nie do pomylenia z niczym.
Obmyślałam strategię na wejście do środka, czy iść w zaparte i pytać o jazdę samochodem, czy w otwarte karty na progu powiedzieć, że ja fanka i czy ja bym mogła szybką fotkę strzelić. Okazało się, że podchody całkiem niepotrzebne. Bardzo są otwarci na te tłumy, co im spadają na głowę, można chodzić, fotografować, pani nawet sama z siebie zaproponowała mi, żebym usiadła na jej miejscu w recepcji i poudawała Lucy! Oczywiście, nie wahałam się ani minuty.

Można też kupić breloczek lub naszyjnik z - uwaga - kawałkiem oryginalnego blatu, przy którym siedziała Lucy, ponieważ został on wymieniony przy remoncie. Wysoka obrzydliwość wizualna wyrobu porównywalna tylko z idiotyczną ceną skutecznie zniechęciły mnie do zakupu.
Z “posterunku” pojechaliśmy do Twede’s café, serialowego RR. Po pożarze i remoncie jest to restauracja, która w całości jest hołdem dla serialu- i oczywiście serwuje słynny placek z wiśniami (rzeczywiście pycha) i kawę.
-Ironia- powiedział mój małżonek- że ta kawa wcale nie jest “cholernie dobra”, tylko raczej całkiem przeciętna.
MNIE SMAKOWAŁA.
Poza tymi oczywistościami zamówiliśmy jeszcze bardzo sycącą zupę z warzywami i wołowiną, później B. czytał, a ja studiowałam każdy centymetr kwadratowy tego miejsca: czerwone stołki,czarno-białą podłogę, ledowe oświetlenie nad barem, przeszklone gabloty z ciastem, fotosy z filmu i filmem inspirowane, widok z okna, stoliki (przypominałam sobie gdzie kto siedział w której scenie, przyznaję), widok na skrzyżowanie. Oczy świeciły mi się do wszystkiego.
Z zewnątrz też czułam, że jestem tu po raz setny. Jak powrót do domu. Chociaż muszę przyznać, że myślałam, że budynek jest wyższy, a szyld wyżej nad nim umieszczony. Tylko góry te same…
Ostatni serialowy punkt na naszej mapie to miejsce, w którym stał znak Witaj w Twin Peaks. Stał nawet w rzeczywistości, ale komuś przeszkadzał, został zniszczony i nie ma po nim śladu. To nie szkodzi, miejsce jest nie do pomylenia…
Czy nie powinniśmy zacząć stąd? Wjechać, jak agent Cooper, od północnego zachodu? Może. Ale to o dziwo to miejsce wywołało we mnie największą lawinę emocji. I tak, łzy. Ponieważ wygląda DOKŁADNIE tak, jak widać na ekranie. Do ostatniego drutu linii energetycznej. Więc gdybyśmy stąd zaczęli, nie byłoby na koniec tej wielkiej kulminacji.
Zawsze marzyłam, że pojawię się tu z ręcznie zrobioną tabliczką, dokładnym odwzorowaniem znaku wjazdu do miasta. Takie zdjęcie chciałam mieć od ponad dwudziestu lat. Później, jak wspominałam, znak powstał naprawdę, i mimo, że wiedziałam, że padł ofiarą wandali, nie zadbałam o to, żeby go zrobić na własny użytek i przywieźć ze sobą. Z odsieczą w ataku paniki przyszedł mój nieoceniony B. Zaproponował, żeby zrobić zdjęcie z tabletem w ręku, z wyświetloną na nim tabliczką wjazdu do miasta.
I tak, 27 lat po tym jak w dziadkowym telewizorze rudodrozd spojrzał w prawo, a tarcze pił rozcięły grube pnie drzew, zrobiłam to wymarzone, wyczekane zdjęcie.
Mówi się, że za każdym udanym zdjęciem w internecie jest instagramowy mąż. Mój zasłużył dziś na medal. Żebym mogła mieć te wymarzone ujęcia zniósł długie godziny pouczania jak stanąć, skąd pstryknąć, w którą stronę trzymać aparat. Bez jednego słowa protestu zrobił kilkadziesiąt (a może kilkaset) zdjęć. Kocham Cię, B.

Serialowe miasteczko ciągnie się także po zupełnie drugiej stronie miasta, trzeba popłynąć promem na zachód do Kingston i odnaleźć kurort Kiana Lodge. To tam jest plaża, i tak, wielki pień, przy którym Pete Martell odkrywa zwłoki. I to ten budynek użyczył swoich wnętrz i został hotelem Great Northern. Zabawne, bo są to parterowe bungalowy, i teraz jak oglądam serial widzę, że to, co za oknem nie mogło być nijak kręcone tam, gdzie fasada, ale… magia kina. Miejsce jest dosyć wyludnione, zdaje się, że żyją z wynajmowania się na wesela, a w tygodniu świeci tam pustkami. Możemy dzięki temu pozaglądać do środka ile wlezie i popodziwiać charakterystyczne malowidła na ścianach.
Apetyt na Twin Peaks zostaje w końcu nasycony. No, o tyle o ile, bo natychmiast odpalam na Netflixie pierwszy sezon i chłonę… Teraz zupełnie innym okiem.
Wracamy do miasta. Kolejnych kilka dni zwiedzamy lokalnie. Niewiarygodne, ile jeszcze wydarzyło się w czasie tego krótkiego pobytu!
Poruszanie się samochodem po mieście jest dosyć przyjemne, chociaż wymaga mentalnego przestawienia się na tryb amerykański. Są ułatwienia, jak na przykład to, że większość znaków to polecenia, a nie ikonki - jest po ludzku napisane: lewy pas musi skręcić w lewo; ustąp drogi; brak skrętu w prawo. Są też zagadki - nie rozwiązaliśmy kwestii pierwszeństwa na skrzyżowaniu, za każdym razem po prostu obserwowaliśmy kto jedzie, a kto się zatrzymuje. Zasada puść z prawej nie sprawdzała się kompletnie.
Czerwone światła uliczne wydają się nie dotyczyć skrętu w prawo, chyba, że jest napisane “brak skrętu w prawo na czerwonym”. Tego dowiedzieliśmy się, kiedy zostaliśmy obtrąbieni. A trąbione jest często i bez skrupułów: że za wolno, że za szybko, że nie tym pasem, że w ogóle coś się komuś nie podoba.
Jak chodzi o dopuszczalną prędkość, to na autostradach jest to zwykle 65 mil na godzinę, a w strefach newralgicznych (osiedla, okolica szkoły) nawet bolesne 15-20 mil. Ale jest sporo tzw. stref zmiennej prędkości, gdzie po prostu wyświetla się ile można jechać w danej chwili. Mało kto przekracza limity, policji jawnej i tajnej jest mnóstwo.
I ja to wszystko po to piszę, że ja dzisiaj do Twin Peaks pojechałam.
Opisać się tego nie da. Być tam dla mnie to spełnienie jednego z najdawniejszych marzeń.
Serialowe Twin Peaks, czyli w prawdziwym życiu miejscowości Fall City, Snoqualmie i North Bend, to maleńkie mieściny, o których nikt by nie usłyszał, gdyby nie David Lynch. Wśród lasów, odcięte od świata, na uboczu głównych tras. Przepiękne - z czystymi rzekami, huczącymi wodospadami, u podnóży majestatycznych gór. A co fani serialu mogą dziś tam zobaczyć z filmowej rzeczywistości?
Po pierwsze, Salish Lodge & spa, czyli hotel Great Northern. Co prawda grał tylko z zewnątrz, ale właściciele chętnie przyznają się do związków z serialem i zbijają pieniądze na sprzedawaniu pamiątek. Wiem, że przepłaciłam, ale cóż, mam swój breloczek z pokojem numer 315, jak Agent Cooper. Wnętrze hotelu - jak już wspominałam - kręcone było gdzie indziej, ale to tutejsze też jest bardzo w klimacie: kominek z prawdziwym ogniem, miękkie fotele, drewniane wnętrza. Warto zajrzeć do środka.
Byle tylko nie zapomnieć pójść na tyły, gdzie huczy dobrze znany wszystkim, którzy Twin Peaks widzieli, wodospad. To był pierwszy moment, kiedy myślałam: “to tu, to naprawdę tu, naprawdę tu jestem”.
Pojechaliśmy dalej. W Fall City stoi The Roadhouse Restaurant and Inn - czyli bar, miejsce akcji scen nocnych i hulaszczych, miejsce pracy Jacques’a Renault. Znowu mówimy o samej fasadzie, zresztą na tyle zmienionej kolorem (no i brakiem słynnego neonu), że ostatecznie upewniliśmy się co do tego, że to właściwe miejsce porównując w domu zdjęcia nasze i screenshoty z serialu.
Dalej nad rzeką w głębi lasu wyszukaliśmy most Ronette, niedoszłej drugiej ofiary zabójcy Boba. Most naprawdę nazywa się Reinig Bridge, i nie ma już na nim torów kolejowych. Wyróżnia się swoją rdzawą konstrukcją wśród dziewiczych gór i lasów. Widok z niego i spacer nim- serial czy nie serial- to prawdziwa uczta dla oka.
Potem należy skręcić w prawo i dziurawą asfaltówką pojechać do szkoły sportowej jazdy Dirt Fish. A po co? No a po to, że to właśnie budynek, który grał posterunek, na którym stróże porządku zalewając kawą kolejne pączki szukali mordercy Laury Palmer. Przed wejściem stoi nawet terenowy samochód jak żywcem z ekranu wyjęty (może i wyjęty, z emocji nie dopytałam czy oryginalny), z naklejką szeryfa na bocznych drzwiach. Kolory budynku są zmienione, ale bryła jest nie do pomylenia z niczym.
Obmyślałam strategię na wejście do środka, czy iść w zaparte i pytać o jazdę samochodem, czy w otwarte karty na progu powiedzieć, że ja fanka i czy ja bym mogła szybką fotkę strzelić. Okazało się, że podchody całkiem niepotrzebne. Bardzo są otwarci na te tłumy, co im spadają na głowę, można chodzić, fotografować, pani nawet sama z siebie zaproponowała mi, żebym usiadła na jej miejscu w recepcji i poudawała Lucy! Oczywiście, nie wahałam się ani minuty.
Można też kupić breloczek lub naszyjnik z - uwaga - kawałkiem oryginalnego blatu, przy którym siedziała Lucy, ponieważ został on wymieniony przy remoncie. Wysoka obrzydliwość wizualna wyrobu porównywalna tylko z idiotyczną ceną skutecznie zniechęciły mnie do zakupu.
Z “posterunku” pojechaliśmy do Twede’s café, serialowego RR. Po pożarze i remoncie jest to restauracja, która w całości jest hołdem dla serialu- i oczywiście serwuje słynny placek z wiśniami (rzeczywiście pycha) i kawę.
-Ironia- powiedział mój małżonek- że ta kawa wcale nie jest “cholernie dobra”, tylko raczej całkiem przeciętna.
MNIE SMAKOWAŁA.
Poza tymi oczywistościami zamówiliśmy jeszcze bardzo sycącą zupę z warzywami i wołowiną, później B. czytał, a ja studiowałam każdy centymetr kwadratowy tego miejsca: czerwone stołki,czarno-białą podłogę, ledowe oświetlenie nad barem, przeszklone gabloty z ciastem, fotosy z filmu i filmem inspirowane, widok z okna, stoliki (przypominałam sobie gdzie kto siedział w której scenie, przyznaję), widok na skrzyżowanie. Oczy świeciły mi się do wszystkiego.
Z zewnątrz też czułam, że jestem tu po raz setny. Jak powrót do domu. Chociaż muszę przyznać, że myślałam, że budynek jest wyższy, a szyld wyżej nad nim umieszczony. Tylko góry te same…
Ostatni serialowy punkt na naszej mapie to miejsce, w którym stał znak Witaj w Twin Peaks. Stał nawet w rzeczywistości, ale komuś przeszkadzał, został zniszczony i nie ma po nim śladu. To nie szkodzi, miejsce jest nie do pomylenia…
Czy nie powinniśmy zacząć stąd? Wjechać, jak agent Cooper, od północnego zachodu? Może. Ale to o dziwo to miejsce wywołało we mnie największą lawinę emocji. I tak, łzy. Ponieważ wygląda DOKŁADNIE tak, jak widać na ekranie. Do ostatniego drutu linii energetycznej. Więc gdybyśmy stąd zaczęli, nie byłoby na koniec tej wielkiej kulminacji.
Zawsze marzyłam, że pojawię się tu z ręcznie zrobioną tabliczką, dokładnym odwzorowaniem znaku wjazdu do miasta. Takie zdjęcie chciałam mieć od ponad dwudziestu lat. Później, jak wspominałam, znak powstał naprawdę, i mimo, że wiedziałam, że padł ofiarą wandali, nie zadbałam o to, żeby go zrobić na własny użytek i przywieźć ze sobą. Z odsieczą w ataku paniki przyszedł mój nieoceniony B. Zaproponował, żeby zrobić zdjęcie z tabletem w ręku, z wyświetloną na nim tabliczką wjazdu do miasta.
I tak, 27 lat po tym jak w dziadkowym telewizorze rudodrozd spojrzał w prawo, a tarcze pił rozcięły grube pnie drzew, zrobiłam to wymarzone, wyczekane zdjęcie.
Mówi się, że za każdym udanym zdjęciem w internecie jest instagramowy mąż. Mój zasłużył dziś na medal. Żebym mogła mieć te wymarzone ujęcia zniósł długie godziny pouczania jak stanąć, skąd pstryknąć, w którą stronę trzymać aparat. Bez jednego słowa protestu zrobił kilkadziesiąt (a może kilkaset) zdjęć. Kocham Cię, B.
Serialowe miasteczko ciągnie się także po zupełnie drugiej stronie miasta, trzeba popłynąć promem na zachód do Kingston i odnaleźć kurort Kiana Lodge. To tam jest plaża, i tak, wielki pień, przy którym Pete Martell odkrywa zwłoki. I to ten budynek użyczył swoich wnętrz i został hotelem Great Northern. Zabawne, bo są to parterowe bungalowy, i teraz jak oglądam serial widzę, że to, co za oknem nie mogło być nijak kręcone tam, gdzie fasada, ale… magia kina. Miejsce jest dosyć wyludnione, zdaje się, że żyją z wynajmowania się na wesela, a w tygodniu świeci tam pustkami. Możemy dzięki temu pozaglądać do środka ile wlezie i popodziwiać charakterystyczne malowidła na ścianach.
Apetyt na Twin Peaks zostaje w końcu nasycony. No, o tyle o ile, bo natychmiast odpalam na Netflixie pierwszy sezon i chłonę… Teraz zupełnie innym okiem.
Wracamy do miasta. Kolejnych kilka dni zwiedzamy lokalnie. Niewiarygodne, ile jeszcze wydarzyło się w czasie tego krótkiego pobytu!
Samochód
Czerwone światła uliczne wydają się nie dotyczyć skrętu w prawo, chyba, że jest napisane “brak skrętu w prawo na czerwonym”. Tego dowiedzieliśmy się, kiedy zostaliśmy obtrąbieni. A trąbione jest często i bez skrupułów: że za wolno, że za szybko, że nie tym pasem, że w ogóle coś się komuś nie podoba.
Jak chodzi o dopuszczalną prędkość, to na autostradach jest to zwykle 65 mil na godzinę, a w strefach newralgicznych (osiedla, okolica szkoły) nawet bolesne 15-20 mil. Ale jest sporo tzw. stref zmiennej prędkości, gdzie po prostu wyświetla się ile można jechać w danej chwili. Mało kto przekracza limity, policji jawnej i tajnej jest mnóstwo.
Ale prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero przy parkowaniu.
Otóż można oszaleć.
Większość stref w mieście albo w ogóle nie pozwala na parkowanie na ulicy, albo ogranicza je do dwóch godzin, za wniesieniem słonej opłaty parkingowej (np. koło Pike Market- $12 za 40 minut). W dodatku parkowanie to łączy się z ryzykiem: najwyraźniej lokalna młodzież bawi się niszcząc samochody, a włamywacze kradną wszystko, co się w środku zostawi.
Nie zostawiajcie nic, nawet długopisu, żadnych drobnych monet, kompletnie niczego i powinno być ok - powiedziała pani w wypożyczalni.
I zaryzykowalibyśmy, bo w końcu auto nie nasze i ubezpieczone, ale i tak nie udało nam się znaleźć strefy, w której możnaby parkować całą noc.
W takiej sytuacji nikogo chyba nie zdziwi, że kwitnie biznes parkingowy. Opłaty są idiotyczne. Na parkingu obok wypożyczalni za dwie noce zapłacilibyśmy $72! To oznacza, że cena za postój jest w zasadzie taka sama jak za wypożyczenie. Co za absurd.
Uparłam się znaleźć rozwiązanie na stronie Parkopedii - nie pamiętam gdzie i kiedy pierwszy raz trafiłam na ten internetowy serwis, ale rzeczywiście działa: wyszukuje parkingi w okolicy i podaje ceny. Tylko, że nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem, więc kiedy wieczorem, zmęczeni po wycieczce, w lejącym deszczu wjechaliśmy do miasta, szukaliśmy jeszcze w popłochu jakiegoś miejsca z wifi, żeby móc znaleźć potrzebne informacje w internecie.
Otóż można oszaleć.
Większość stref w mieście albo w ogóle nie pozwala na parkowanie na ulicy, albo ogranicza je do dwóch godzin, za wniesieniem słonej opłaty parkingowej (np. koło Pike Market- $12 za 40 minut). W dodatku parkowanie to łączy się z ryzykiem: najwyraźniej lokalna młodzież bawi się niszcząc samochody, a włamywacze kradną wszystko, co się w środku zostawi.
Nie zostawiajcie nic, nawet długopisu, żadnych drobnych monet, kompletnie niczego i powinno być ok - powiedziała pani w wypożyczalni.
I zaryzykowalibyśmy, bo w końcu auto nie nasze i ubezpieczone, ale i tak nie udało nam się znaleźć strefy, w której możnaby parkować całą noc.
W takiej sytuacji nikogo chyba nie zdziwi, że kwitnie biznes parkingowy. Opłaty są idiotyczne. Na parkingu obok wypożyczalni za dwie noce zapłacilibyśmy $72! To oznacza, że cena za postój jest w zasadzie taka sama jak za wypożyczenie. Co za absurd.
Uparłam się znaleźć rozwiązanie na stronie Parkopedii - nie pamiętam gdzie i kiedy pierwszy raz trafiłam na ten internetowy serwis, ale rzeczywiście działa: wyszukuje parkingi w okolicy i podaje ceny. Tylko, że nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem, więc kiedy wieczorem, zmęczeni po wycieczce, w lejącym deszczu wjechaliśmy do miasta, szukaliśmy jeszcze w popłochu jakiegoś miejsca z wifi, żeby móc znaleźć potrzebne informacje w internecie.
Udało się w supermarkecie. Wyszukiwarka pokazała, że za $16 możemy zaparkować pod budynkiem biblioteki miejskiej. Pojechaliśmy zatem. Cennik nie mówił nic o nocnym parkowaniu, ale cenę za 24 godziny podawał i tak niższą niż nasze wyjściowe $36- dokładnie o jedną szóstą.
Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy, i postanowiliśmy jeszcze dopytać u parkingowego jak to działa. Starszy czarnoskóry mężczyzna powiedział:
Och, tak, możecie tu zostawić samochód, to będzie jakieś 12-13 dolarów, o ile odbierzecie go przed 8.00. Teraz nie płacicie nic, ja tylko włożę wam taką karteczkę za szybę - pokazał na pomarańczowy stosik - i jutro z waszym biletem wjazdu i tą karteczką przyjdźcie zapłacić.
Uspokojeni poszliśmy spędzać miło wieczór.
Rano rzeczywiście zastaliśmy pomarańczową karteczkę za szybą, ale lekko zmroziła nas jej treść: opłata $30 plus $60 kary za nieopłacony parking nocny.
-Kochanie, nie denerwuj się, ja to będę wyjaśniać - powiedziałam szybko do mojego męża, któremu już na skroniach zaczęły niebezpiecznie rysować się żyły.
Podeszłam do parkingowego, już oczywiście innego, i jakby nigdy nic podałam wszystkie kwitki, mówiąc, że wczoraj nam WYRAŹNIE powiedziano, że tak mamy zrobić. Pan postukał w klawiaturę komputera, coś zeskanował, coś kliknął i powiedział:
- Ok, $30.
Uf. Przynajmniej nie dziewięćdziesiąt. No to pociągnijmy to dalej.
-Ale ten pan wczoraj powiedział, że będzie 12-13.
Klik klik. Zmarszczenie brwi. Klik.
- Ok, to 13.
Z ulgą zapłaciliśmy i wyjechaliśmy na zwiedzanie. Drugą noc nasz Hyundai także spędził w bibliotece.
O ile lubimy jeść zdrowo, myślimy o tym, co zjemy i planujemy wszystkie posiłki, zwracamy uwagę, żeby w diecie znalazły się warzywa, kasze i inne niezbędne składniki, to bardzo kochamy fast foody, rzeczy kaloryczne i pyszne.
Dieta oparta na ziemniakach, głównie w formie frytek, i mięsie (hamburgerach) wydawała nam się zawsze marzeniem, którego nie spełniamy tylko z powodu zdrowego rozsądku. W rzeczywistości zmęczyło nas takie jedzenie w ciągu kilku dni. Marzenia o bulgurze z pastą warzywną stały się faktem...
Co rzekłszy, muszę dodać, że Dick’s w Seattle, restauracja z bardzo krótkim menu, (dosłownie cztery pozycje), zauroczyła nas bardzo. Ich sekret leży w świeżych, prostych składnikach. Naprawdę godna polecenia burgerownia! Tutaj też po raz pierwszy natknęliśmy się na informację o niedawno wprowadzonym podatku lokalnym. Otóż lokalne władze obłożyły dodatkowym kosztem wszystkie napoje słodzone. Bardzo podniosło to ich cenę. To chyba dobry pomysł, jeśli chociaż kilkanaście procent klientów przestanie żłopać coca colę na przemian z fantą.
Taco w Seattle też było bardzo zacne: wypełnione pulled pork, wieprzowiną gotowaną w zalewie z coca coli tak długo, aż zacznie się dosłownie rozpadać. To jedno z moich ukochanych dań.
Z lokalnych specjalności spróbowaliśmy jeszcze ryby z frytkami i gęstej zupy z małżami (clam chowder) w barze Ivar’s przy porcie. Wszystko takie świeże, takie pyszne… Nie starczyło nam czasu na miejscowe osławione hot dogi, zostawiamy je na następny raz.
Poszliśmy za to do chińskiej dzielnicy, zwanej tu bardziej poprawnie politycznie dzielnicą międzynarodową. Zdecydowaliśmy się na kurczaka teriyaki, również popularnego w tym regionie. Wybór knajpy nie był łatwy, bo wszystkie wyglądają tak samo. Pomaga trochę narzucony przez władze plakat przy drzwiach, mówiący o wyniku ostatnich kontroli: jedzenie jest klasyfikowane według skali doskonałe - dobre - ok - musi się poprawić. Ocena nie zależy od smaku, ale od czystości jedzenia. Wydaje się to bardzo dobrą praktyką, klient wie od razu, czy sanepid uważa, że przeżyje ten posiłek. Przydałoby się u nas.
Drugim wskaźnikiem, czy lokal jest w porządku, jest obecność… policji. Stróże prawa wiedzą gdzie dobrze i niedrogo zjeść. Mijaliśmy taką śniadaniownię, w środku kilku chłopa w mundurach, przed wejściem zaparkowane samochody ze specjalnymi wywietrznikami, a na siedzeniach spały zwinięte w rogalik policyjne labradory i wilczury. Boski widok!
Niezmiennie bardzo nas cieszą klasyczne lokale. Raz w Georgetown trafiliśmy do świetnego dinera, trochę ponurego, ale z klimatem. Byliśmy zachwyceni. W takich miejscach panują jasno ustalone zasady: wodę dostajesz od razu (za darmo, w USA pije się raczej kranówkę), kawę zaraz potem (tu już się płaci, ale niewiele, a dolewki są w cenie). Do jedzenia najtaniej zawsze wychodzi zupa dnia (zwykle pełna mięsa i/lub warzyw, w zasadzie bardziej eintopfgericht niż pierwsze danie) lub chili con carne. W menu królują kanapki, zdolne wykarmić całą rodzinę, obsypane hojnie frytkami. Warzywa pojawiają się rzadko, w deserach najłatwiej znaleźć placki z owocami i lody.
Drugi typ lokalu to bar lub pub. Z dużym wyborem lokalnych piw, atmosferą, którą tworzy się tylko mając stałych gości. Seattle jest światową stolicą piw kraftowych, więc miło jest ich popróbować. Bardzo liczył na to mój mąż, ale... w sklepach nie można kupić jednego piwa- sprzedają tylko szceściopaki! Wyjątkiem są bardzo duże puszki, ale kiedy dochodzi się do ich dna, picie wygazowanego sikacza nie sprawia już radości. Zresztą cała idea próbowania opiera się na tym, żeby wypić małe ilości różnych trunków, a nie ożłopać się do nieprzytomności jednym. Niestety, takie cuda tylko w barach.
Trafiliśmy na taki jeden klimatyczny lokal niedaleko Pioneer Square - McCoy’s Firehouse. Aż chciało się siedzieć, pić kolejne krafty. Wyszłam na lekkim rauszu, ja amatorka win, piłam piwo.
Rausz nie potrwał długo.
Na ulicy zobaczyłam tłusty zadek przeciskający się pod ogrodzeniem budowy, za nim łysy ogon.
Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy, i postanowiliśmy jeszcze dopytać u parkingowego jak to działa. Starszy czarnoskóry mężczyzna powiedział:
Och, tak, możecie tu zostawić samochód, to będzie jakieś 12-13 dolarów, o ile odbierzecie go przed 8.00. Teraz nie płacicie nic, ja tylko włożę wam taką karteczkę za szybę - pokazał na pomarańczowy stosik - i jutro z waszym biletem wjazdu i tą karteczką przyjdźcie zapłacić.
Uspokojeni poszliśmy spędzać miło wieczór.
Rano rzeczywiście zastaliśmy pomarańczową karteczkę za szybą, ale lekko zmroziła nas jej treść: opłata $30 plus $60 kary za nieopłacony parking nocny.
-Kochanie, nie denerwuj się, ja to będę wyjaśniać - powiedziałam szybko do mojego męża, któremu już na skroniach zaczęły niebezpiecznie rysować się żyły.
Podeszłam do parkingowego, już oczywiście innego, i jakby nigdy nic podałam wszystkie kwitki, mówiąc, że wczoraj nam WYRAŹNIE powiedziano, że tak mamy zrobić. Pan postukał w klawiaturę komputera, coś zeskanował, coś kliknął i powiedział:
- Ok, $30.
Uf. Przynajmniej nie dziewięćdziesiąt. No to pociągnijmy to dalej.
-Ale ten pan wczoraj powiedział, że będzie 12-13.
Klik klik. Zmarszczenie brwi. Klik.
- Ok, to 13.
Z ulgą zapłaciliśmy i wyjechaliśmy na zwiedzanie. Drugą noc nasz Hyundai także spędził w bibliotece.
Jedzenie
O ile lubimy jeść zdrowo, myślimy o tym, co zjemy i planujemy wszystkie posiłki, zwracamy uwagę, żeby w diecie znalazły się warzywa, kasze i inne niezbędne składniki, to bardzo kochamy fast foody, rzeczy kaloryczne i pyszne.
Dieta oparta na ziemniakach, głównie w formie frytek, i mięsie (hamburgerach) wydawała nam się zawsze marzeniem, którego nie spełniamy tylko z powodu zdrowego rozsądku. W rzeczywistości zmęczyło nas takie jedzenie w ciągu kilku dni. Marzenia o bulgurze z pastą warzywną stały się faktem...
Co rzekłszy, muszę dodać, że Dick’s w Seattle, restauracja z bardzo krótkim menu, (dosłownie cztery pozycje), zauroczyła nas bardzo. Ich sekret leży w świeżych, prostych składnikach. Naprawdę godna polecenia burgerownia! Tutaj też po raz pierwszy natknęliśmy się na informację o niedawno wprowadzonym podatku lokalnym. Otóż lokalne władze obłożyły dodatkowym kosztem wszystkie napoje słodzone. Bardzo podniosło to ich cenę. To chyba dobry pomysł, jeśli chociaż kilkanaście procent klientów przestanie żłopać coca colę na przemian z fantą.
Taco w Seattle też było bardzo zacne: wypełnione pulled pork, wieprzowiną gotowaną w zalewie z coca coli tak długo, aż zacznie się dosłownie rozpadać. To jedno z moich ukochanych dań.
Z lokalnych specjalności spróbowaliśmy jeszcze ryby z frytkami i gęstej zupy z małżami (clam chowder) w barze Ivar’s przy porcie. Wszystko takie świeże, takie pyszne… Nie starczyło nam czasu na miejscowe osławione hot dogi, zostawiamy je na następny raz.
Poszliśmy za to do chińskiej dzielnicy, zwanej tu bardziej poprawnie politycznie dzielnicą międzynarodową. Zdecydowaliśmy się na kurczaka teriyaki, również popularnego w tym regionie. Wybór knajpy nie był łatwy, bo wszystkie wyglądają tak samo. Pomaga trochę narzucony przez władze plakat przy drzwiach, mówiący o wyniku ostatnich kontroli: jedzenie jest klasyfikowane według skali doskonałe - dobre - ok - musi się poprawić. Ocena nie zależy od smaku, ale od czystości jedzenia. Wydaje się to bardzo dobrą praktyką, klient wie od razu, czy sanepid uważa, że przeżyje ten posiłek. Przydałoby się u nas.
Drugim wskaźnikiem, czy lokal jest w porządku, jest obecność… policji. Stróże prawa wiedzą gdzie dobrze i niedrogo zjeść. Mijaliśmy taką śniadaniownię, w środku kilku chłopa w mundurach, przed wejściem zaparkowane samochody ze specjalnymi wywietrznikami, a na siedzeniach spały zwinięte w rogalik policyjne labradory i wilczury. Boski widok!
Niezmiennie bardzo nas cieszą klasyczne lokale. Raz w Georgetown trafiliśmy do świetnego dinera, trochę ponurego, ale z klimatem. Byliśmy zachwyceni. W takich miejscach panują jasno ustalone zasady: wodę dostajesz od razu (za darmo, w USA pije się raczej kranówkę), kawę zaraz potem (tu już się płaci, ale niewiele, a dolewki są w cenie). Do jedzenia najtaniej zawsze wychodzi zupa dnia (zwykle pełna mięsa i/lub warzyw, w zasadzie bardziej eintopfgericht niż pierwsze danie) lub chili con carne. W menu królują kanapki, zdolne wykarmić całą rodzinę, obsypane hojnie frytkami. Warzywa pojawiają się rzadko, w deserach najłatwiej znaleźć placki z owocami i lody.
Drugi typ lokalu to bar lub pub. Z dużym wyborem lokalnych piw, atmosferą, którą tworzy się tylko mając stałych gości. Seattle jest światową stolicą piw kraftowych, więc miło jest ich popróbować. Bardzo liczył na to mój mąż, ale... w sklepach nie można kupić jednego piwa- sprzedają tylko szceściopaki! Wyjątkiem są bardzo duże puszki, ale kiedy dochodzi się do ich dna, picie wygazowanego sikacza nie sprawia już radości. Zresztą cała idea próbowania opiera się na tym, żeby wypić małe ilości różnych trunków, a nie ożłopać się do nieprzytomności jednym. Niestety, takie cuda tylko w barach.
Trafiliśmy na taki jeden klimatyczny lokal niedaleko Pioneer Square - McCoy’s Firehouse. Aż chciało się siedzieć, pić kolejne krafty. Wyszłam na lekkim rauszu, ja amatorka win, piłam piwo.
Rausz nie potrwał długo.
Na ulicy zobaczyłam tłusty zadek przeciskający się pod ogrodzeniem budowy, za nim łysy ogon.
Szczur.
Nie ma miejsc idealnych.
Nie ma miejsc idealnych.
Popiłam także trochę lokalnych win. Nie są to moi faworyci, bo chociaż ja lubię wytrawne, to wolę, jeśli nie jest cierpkie, a łagodny, lecz jednak nie rozpieszczany klimat nie wydaje takich winorośli. Tym nie mniej wino o nazwie Snoqualmie, nawiązujące do okolic Twin Peaks, wypiłabym znowu z uśmiechem na twarzy nawet, gdyby smakowało jak hit imprez z mojej podstawówki, czyli Warka Truskawkowa.
Wiedzieliśmy na którym cmentarzu pochowany jest słynny karateka Bruce Lee. Pojechaliśmy tam autobusem, bo było to solidny kawałek od centrum. Wydawało nam się, że grób znajdziemy bez problemu.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że napisy na nagrobkach są wyłącznie w alfabetach nam niedostępnych…! Wysilałam się jak mogłam, żeby przywołać w pamięci ten nagrobek. Jakoś utkwiło mi w głowie, że ma kształt miecza, i widziałam go oczami wyobraźni. Ale nic takiego nie wyrastało przed nami. Z coraz większą desperacją krążyliśmy po cmentarzu, już mieliśmy się poddać, a tu - jest!
Zażądałam sesji zdjęciowej w pozie Han Dan Bu, odbyła się krótka awantura małżeńska o roboczym tytule “czy to hołd czy profanacja”, ale jak już się nawywalałam oczami i nawydymałam ustami, to zdjęcia zostały zrobione.
Po powrocie do domu jeszcze raz weszłam w internet, żeby sprawdzić jakiś fakt do bloga, i co się okazało? Że to w ogóle nie ten nagrobek.
Z dużą mocą oświadczyłam, że wrócimy tam jeszcze i znajdziemy ten prawdziwy.
- Jaja chyba sobie robisz - mruknął B. z pogardą, i naprawdę myślał chyba, biedny, że ja odpuszczę. Nie zna żony, czy jak?
Za drugim razem pojechaliśmy autem. Zrobiliśmy nadprogramowe kółko po dzielni, bo nawigacja prowadziła na cmentarz do środka, a głupie europejczyki nie przyzwyczajone zasuwać samochodem między grobami. W końcu się okazało, że tak, na cmentarz wjeżdża się po prostu, nikt się nie oburza, amerykanin przecież do mogiły pielgrzymki nie będzie urządzał, musi podjechać pod adres, dziw aż, że nie wymyślili jak wystawić zapalony znicz nie wysiadając z samochodu.
Trochę się naszukaliśmy, ale tym razem znaleźliśmy właściwe miejsce bez wątpliwości, i zdjęcie było, i litery nasze, można było więc z czystym sumieniem powtórzyć sesję fotograficzną...

Włócząc się po mieście napędem własnych nóg (czyli naszym najukochańszym), obejrzeliśmy katedrę, w której B. zrobił przepiękne, klimatyczne zdjęcie Madonny w otoczeniu płonących świec, ratusz, wieżowiec Smith Tower w stylu Art Deco i okolice Pioneer Square.
Ale najbardziej urzekła nas dzielnica Capitol Hill. Z co najmniej trzech powodów, i nie wliczam tu wspomnianego już wcześniej lokalu z hamburgerami Dick’s…
Pierwszy to kroki na chodniku - mosiężne stopy z numerami i strzałkami pokazujące jak tańczyć Broadwayowskie hity. Trzeba być złym człowiekiem, żeby chociaż w głowie nie spróbować wyobrazić sobie tego tańca, albo wręcz na żywo nie spróbować go odtworzyć.
Drugi - to sklep z płytami, w którym można kupić więcej krążków, niż wydawało mi się kiedykolwiek wydano na świecie.
A trzeci to najbardziej urokliwy antykwariat, Twice sold tales. Pełen książek, ludzi kochających książki i kotów kochających ludzi kochających książki. Pierwszy mruczek, który niepostrzeżenie wysunął się zza rzędów literatury napędził mi niezłego stracha, przy siódmym wiedziałam już czego się spodziewać. Natomiast nie wiedzieliśmy jak - ograniczeni wielkością walizek i zdrowym rozsądkiem - mamy wybrać tych kilka książek, które pojadą z nami z setek tych, które chcieliśmy mieć. Magiczne miejsce, dla moli książkowych absolutnie nie do ominięcia!
Dla mnie było Twin Peaks, dla B. dwa miejsca związane z samolotami: Future of flight obok fabryki Boeinga, i Muzeum lotnictwa.
Jeśli mam być zupełnie szczera, to o ile z racji zawodu jestem przygotowana na zainteresowanie się dowolnym tematem, bo nigdy nie wiadomo z czego da się zrobić lekcję, to nigdy nie przypuszczałam, że zaciekawię się budowaniem samolotów. Błąd.
Pierwsza rzecz, która utkwiła mi w głowie, to oglądanie linii produkcyjnej Boeingów. Samoloty te robi się zawsze na konkretne zamówienie linii, i to od operatora zależy, czy będziemy mieć miejsce na nogi czy nie, bo fabryka w ten jeden i taki sam pokład wepchnie tyle siedzeń, ile klient zażyczy.
Poza tym żyłam w przekonaniu, że samoloty robi się głównie maszynowo, a tym czasem na własne oczy zobaczyłam, że taką maszynę skręca pan Zenek śrubokrętem. To prawda, śrubokręt jest najwyższej klasy, a panów Zenków setki i każdy wkręca bardzo wyspecjalizowane śrubki, tym niemniej fakt pozostaje faktem. Nie wiem, czy podwyższa to czy obniża moje zaufanie do latania…
Sama fabryka robi wrażenie. Zdjęć nie wolno robić, ale są to hangary o powierzchni zdolnej pomieścić Disneyland, pracownicy mają na miejscu restauracje i kawiarnie. Praca zwalnia lub przyspiesza w zależności od liczby zamówień, ale dba się o wolne niedziele i higienę życia pracowników.
Są części samolotu nie produkowane na miejscu, i te trzeba dowieźć - dostawcy zlokalizowani są na całym świecie. Czym dowieźć? No, oczywiście, samolotem. Ale jaki samolot może przewieźć kadłub czy skrzydło Boeinga? Jeden jedyny: Dreamlifter. Mieliśmy szczęście, akurat nadleciał. Jak zahipnotyzowani oglądaliśmy procedurę wyciągania samolotu z samolotu, bo tutaj już pan Zenek nawet zmultiplikowany na plecy nie zarzuci… Fascynujące!
Muzeum lotnictwa natomiast ma na stanie samoloty wszelkiej maści: myśliwce, szybowce, wojenne. Ogrom informacji jest taki, że nie ma szans przyjąć tego wszystkiego w czasie jednej wizyty. Najbardziej wyryły mi się w pamięci trzy rzeczy.
Pierwszą była pogadanka jednego z przewodników, który opowiedział nam o historii i kolejnych krokach poczynionych przez człowieka, żeby polecieć w kosmos. Fascynujące było patrzenie na artefakty i słuchanie jak wiele rzeczy wyliczyć musiano ręcznie (ówczesne komputery nie radziły sobie jeszcze z tematem), żeby w dobrym momencie opuścić orbitę.
Drugą - pierwszy samolot bojowy. Wykonali go włosi. Z właściwą sobie finezją i precyzją, postawili karabin maszynowy na samolocie i doczepili sznurek do spustu.
Trzecią - słynne samoloty Air Force One. Świetnie było popatrzeć czym podróżowali Prezydenci Stanów Zjednoczonych, gdzie siedziała prasa, jak wyglądał podniebny gabinet owalny.
B. dopatrzył się jeszcze gdzieś tam w muzeum pocztówki z życzeniami świątecznymi podpisanymi przez Hitlera, ale ja już chyba byłam zbyt zmęczona, żeby przyswajać informacje.
Następna samolotowa rzecz, jaką odnotowałam, to to, że Virgin Airlines wywiozło nas ze stanu Washington prosto do słonecznej Kalifornii.
Bruce Lee
Wiedzieliśmy na którym cmentarzu pochowany jest słynny karateka Bruce Lee. Pojechaliśmy tam autobusem, bo było to solidny kawałek od centrum. Wydawało nam się, że grób znajdziemy bez problemu.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że napisy na nagrobkach są wyłącznie w alfabetach nam niedostępnych…! Wysilałam się jak mogłam, żeby przywołać w pamięci ten nagrobek. Jakoś utkwiło mi w głowie, że ma kształt miecza, i widziałam go oczami wyobraźni. Ale nic takiego nie wyrastało przed nami. Z coraz większą desperacją krążyliśmy po cmentarzu, już mieliśmy się poddać, a tu - jest!
Zażądałam sesji zdjęciowej w pozie Han Dan Bu, odbyła się krótka awantura małżeńska o roboczym tytule “czy to hołd czy profanacja”, ale jak już się nawywalałam oczami i nawydymałam ustami, to zdjęcia zostały zrobione.
Po powrocie do domu jeszcze raz weszłam w internet, żeby sprawdzić jakiś fakt do bloga, i co się okazało? Że to w ogóle nie ten nagrobek.
Z dużą mocą oświadczyłam, że wrócimy tam jeszcze i znajdziemy ten prawdziwy.
- Jaja chyba sobie robisz - mruknął B. z pogardą, i naprawdę myślał chyba, biedny, że ja odpuszczę. Nie zna żony, czy jak?
Za drugim razem pojechaliśmy autem. Zrobiliśmy nadprogramowe kółko po dzielni, bo nawigacja prowadziła na cmentarz do środka, a głupie europejczyki nie przyzwyczajone zasuwać samochodem między grobami. W końcu się okazało, że tak, na cmentarz wjeżdża się po prostu, nikt się nie oburza, amerykanin przecież do mogiły pielgrzymki nie będzie urządzał, musi podjechać pod adres, dziw aż, że nie wymyślili jak wystawić zapalony znicz nie wysiadając z samochodu.
Trochę się naszukaliśmy, ale tym razem znaleźliśmy właściwe miejsce bez wątpliwości, i zdjęcie było, i litery nasze, można było więc z czystym sumieniem powtórzyć sesję fotograficzną...
Zwiedzanie
Włócząc się po mieście napędem własnych nóg (czyli naszym najukochańszym), obejrzeliśmy katedrę, w której B. zrobił przepiękne, klimatyczne zdjęcie Madonny w otoczeniu płonących świec, ratusz, wieżowiec Smith Tower w stylu Art Deco i okolice Pioneer Square.
Ale najbardziej urzekła nas dzielnica Capitol Hill. Z co najmniej trzech powodów, i nie wliczam tu wspomnianego już wcześniej lokalu z hamburgerami Dick’s…
Pierwszy to kroki na chodniku - mosiężne stopy z numerami i strzałkami pokazujące jak tańczyć Broadwayowskie hity. Trzeba być złym człowiekiem, żeby chociaż w głowie nie spróbować wyobrazić sobie tego tańca, albo wręcz na żywo nie spróbować go odtworzyć.
Drugi - to sklep z płytami, w którym można kupić więcej krążków, niż wydawało mi się kiedykolwiek wydano na świecie.
A trzeci to najbardziej urokliwy antykwariat, Twice sold tales. Pełen książek, ludzi kochających książki i kotów kochających ludzi kochających książki. Pierwszy mruczek, który niepostrzeżenie wysunął się zza rzędów literatury napędził mi niezłego stracha, przy siódmym wiedziałam już czego się spodziewać. Natomiast nie wiedzieliśmy jak - ograniczeni wielkością walizek i zdrowym rozsądkiem - mamy wybrać tych kilka książek, które pojadą z nami z setek tych, które chcieliśmy mieć. Magiczne miejsce, dla moli książkowych absolutnie nie do ominięcia!
Samoloty
Dla mnie było Twin Peaks, dla B. dwa miejsca związane z samolotami: Future of flight obok fabryki Boeinga, i Muzeum lotnictwa.
Jeśli mam być zupełnie szczera, to o ile z racji zawodu jestem przygotowana na zainteresowanie się dowolnym tematem, bo nigdy nie wiadomo z czego da się zrobić lekcję, to nigdy nie przypuszczałam, że zaciekawię się budowaniem samolotów. Błąd.
Pierwsza rzecz, która utkwiła mi w głowie, to oglądanie linii produkcyjnej Boeingów. Samoloty te robi się zawsze na konkretne zamówienie linii, i to od operatora zależy, czy będziemy mieć miejsce na nogi czy nie, bo fabryka w ten jeden i taki sam pokład wepchnie tyle siedzeń, ile klient zażyczy.
Poza tym żyłam w przekonaniu, że samoloty robi się głównie maszynowo, a tym czasem na własne oczy zobaczyłam, że taką maszynę skręca pan Zenek śrubokrętem. To prawda, śrubokręt jest najwyższej klasy, a panów Zenków setki i każdy wkręca bardzo wyspecjalizowane śrubki, tym niemniej fakt pozostaje faktem. Nie wiem, czy podwyższa to czy obniża moje zaufanie do latania…
Sama fabryka robi wrażenie. Zdjęć nie wolno robić, ale są to hangary o powierzchni zdolnej pomieścić Disneyland, pracownicy mają na miejscu restauracje i kawiarnie. Praca zwalnia lub przyspiesza w zależności od liczby zamówień, ale dba się o wolne niedziele i higienę życia pracowników.
Są części samolotu nie produkowane na miejscu, i te trzeba dowieźć - dostawcy zlokalizowani są na całym świecie. Czym dowieźć? No, oczywiście, samolotem. Ale jaki samolot może przewieźć kadłub czy skrzydło Boeinga? Jeden jedyny: Dreamlifter. Mieliśmy szczęście, akurat nadleciał. Jak zahipnotyzowani oglądaliśmy procedurę wyciągania samolotu z samolotu, bo tutaj już pan Zenek nawet zmultiplikowany na plecy nie zarzuci… Fascynujące!
Muzeum lotnictwa natomiast ma na stanie samoloty wszelkiej maści: myśliwce, szybowce, wojenne. Ogrom informacji jest taki, że nie ma szans przyjąć tego wszystkiego w czasie jednej wizyty. Najbardziej wyryły mi się w pamięci trzy rzeczy.
Pierwszą była pogadanka jednego z przewodników, który opowiedział nam o historii i kolejnych krokach poczynionych przez człowieka, żeby polecieć w kosmos. Fascynujące było patrzenie na artefakty i słuchanie jak wiele rzeczy wyliczyć musiano ręcznie (ówczesne komputery nie radziły sobie jeszcze z tematem), żeby w dobrym momencie opuścić orbitę.
Drugą - pierwszy samolot bojowy. Wykonali go włosi. Z właściwą sobie finezją i precyzją, postawili karabin maszynowy na samolocie i doczepili sznurek do spustu.
Trzecią - słynne samoloty Air Force One. Świetnie było popatrzeć czym podróżowali Prezydenci Stanów Zjednoczonych, gdzie siedziała prasa, jak wyglądał podniebny gabinet owalny.
B. dopatrzył się jeszcze gdzieś tam w muzeum pocztówki z życzeniami świątecznymi podpisanymi przez Hitlera, ale ja już chyba byłam zbyt zmęczona, żeby przyswajać informacje.
Następna samolotowa rzecz, jaką odnotowałam, to to, że Virgin Airlines wywiozło nas ze stanu Washington prosto do słonecznej Kalifornii.