piątek, 27 czerwca 2014

Szetlandy 5

26.06 - Lerwick

Jesteśmy najedzeni, napici i rozleniwieni...

Ranek znowu zastaje nas w głębokim śnie i budzimy się tak późno, że żeby zdążyć na autobus musimy walczyć z czasem. Kanapki robię na drogę, bo zjeść przy stole nie ma kiedy, szybka kawa, prysznic i truchtem w stronę przystanku.

Jesteśmy tu zaledwie kilka dni, a już znamy większość mieszkańców. Witamy się skinieniem głowy z panem w trzykołowym samochodzie, pozdrawia nas serdecznie pani listonosz, kłania nam się sklepikarz. Nawet kierowcy autobusu nie są nam obcy.

Chcemy popłynąć na wyspę Mousa i obejrzeć najwyższy zachowany broch. Niestety, bardzo wieje i tak jak zaczynamy podejrzewać po drodze, rejs jest odwołany. Obchodzimy marinę, robimy zdjęcia i postanawiamy zaszyć się w muzeum w Lerwick dopóki pogoda się nie unormuje.

Na przystanku w Sandwick próbujemy zjeść śniadanie. B. narzeka na szkocki chleb i widzę, że wmusza w siebie kanapkę. Jest mi przykro, bo źle go karmię od kilku już dni - przedwczoraj niesmaczne chili con carne ze słoika, wczoraj podgrzana puszka makaronu z parówkami i sosem. Postanawiam dzisiaj przerwać złą passę.

Dojeżdżamy do miasta i najpierw siadamy na pośledniej jakości, ale dużą i ciepłą kawę w barze z WiFi i widokiem na port. Ja mogłabym tak spędzić pół dnia, ale B. się niecierpliwi i goni mnie do muzeum.

Jest bardzo ciekawe, ale bardzo przeładowane informacjami. Na dwóch niedużych piętrach zebrano eksponaty związane z geologią, prehistorią, przemysłem, rozrywką, folklorem.... Nie wiadomo, na czym oko zaczepić. W pewnym momencie znajduję się między krową a jaskinią wróżek, z któregoś z multimedialnych eksponatów dochodzą dziwne dźwięki, B. nie ma w zasięgu wzroku i zaczynam się czuć niepewnie. Z lekką paniką obiegam pół sali i kiedy B. pojawia się przede mną z impetem się do niego przytulam. Od razu lepiej.

Najbardziej interesują mnie wszystkie interaktywne eksponaty: sterowanie statkiem, projektowanie swetra, wybieranie odpowiedniej łodzi do warunków pogodowych i potrzeb. Nie mogę się oprzeć pokusie i przebieram się za Wikinga korzystając z rekwizytów dla dzieci. B. oczywiście wsiąka w muzykę, ale też uważniej niż ja czyta wszystkie tabliczki. Dowiadujemy się, że drogi na Szetlandach powstały dopiero w XIX w, i że najwięcej ludzi - 30 000 - było tu mniej więcej w tym samym okresie. Że Szkocja się podnosi, a Szetlandy toną. Że do polowania na wieloryby w zasadzie potrzeba całej wsi. I takie tam.

Wychodzimy bardzo dokształceni i idziemy do Tesco, żeby kupić coś na kolację. Po drodze jest nabrzeże, na którym B. kilka dni temu dojrzał z autobusu foki. Nie mam wielkich nadziei, ale i tak chcę tam zajrzeć. I są! Chyba dziewięć sztuk, ale trudno policzyć, bo w komiczny sposób przesuwają swoje ciężkie ciałka z kamieni do wody, pływają, nurkują, znów wyczołgują się na kamienie. Nigdy nie zwróciłam uwagi jak dziwnie są zbudowane. Krótkie przednie łapy, a z tyłu tylko płetwa, co znaczy, że żeby się przesuwać po lądzie muszą się konwulsyjnie rzucać po ziemi, co trudno uznać za ruch urokliwy i pełen gracji. Tym nie mniej jestem zachwycona, bo pierwszy raz z tak bliska widzę foki na wolności. Gdyby B. mnie nie odciągnął za rękę, pewnie nadal bym tam stała.

W autobusie czuję się zmęczona.
- Odpoczniesz w kuchni - mówi B. współczująco, a ja się śmieję, bo gdyby ktoś z boku posłuchał, to pomyślałby "szowinista", a prawda jest taka, że mnie gotowanie relaksuje.

Marynuję polędwiczki z kurczaka w musztardzie, kostce rosołowej i winie. Gotuję ryż. Duszę pieczarki z groszkiem. Smażę kurczaka dodając gotowy sos carbonara. Z czerwonym winem smakuje całkiem nieźle. Na deser owoce i herbatniki w czekoladzie. Rozleniwiamy się. Chyba skończy się wczesnym pójściem spać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz