poniedziałek, 30 czerwca 2014

Szetlandy 9

30.06 - Northmavine

B. poszedł spać, a ja nad ostatnim piwem imbirowym na Szetlandach siadam do ostatniego wpisu na bloga. Za niecałe osiem godzin wsiądziemy do samolotu i polecimy do Edynburga.

Wczesna pobudka nam nie wyszła. Budzik zadzwonił o 7.00, otworzyłam jedno oko, pomarudziłam, że głowa mnie boli i na prędce wymyśliłam plan B, czyli jak tu jeszcze pospać, a niczego nie stracić. B. powątpiewał w plan B, ale że sam był nieprzytomny, to chętnie przystał na dłuższe spanie.

Obudziliśmy się o 9, we trójkę, ja, B. i pulsujący ból głowy. Kawa czy raczej produkt kawopodobny ("za produkcję tego ktoś powinien pójść siedzieć" - B., 2014) skończył się wczoraj i zostaje nam herbata, w dodatku zielona. Ych.

Prysznic w Skeld to jakiś luksus, bo trzeba za niego zapłacić aż funta (gdzie indziej 20 pensów), za to woda leci całe 11 minut, postanawiamy się więc podzielić prysznicem na pół: ja wchodze pierwsza, a B. zmienia mnie po 5 minutach.

Wyjeżdżamy nie przed ósmą, a po w pół do dwunastej. Jedziemy do Lerwick przedłużyć samochód, i wbrew wcześniejszym deklaracjom pobierają od nas jakąś śmiesznie małą kwotę. Jestem ciekawa, czy się zorientują i ściągną sobie później z karty. Póki co jesteśmy na plus. Dogaduję się też, że sami sobie zatankują samochód, bo tutaj przed 6 rano nie znajdę im żadnej otwartej stacji. Stacji zresztą nie ma, zwykle jest dystrybutor obok sklepu lub knajpy.

Upewniam się też, że samochód mam oddać zostawiając go otwarty, gdziekolwiek na lotnisku, z kluczykami za osłonką przeciwsłoneczną. Pani się śmieje z mojej nieufności. Ale tutaj ludzie raczej nie są podejrzliwi. Na campingach są skrzynki, do których wrzuca się pieniądze za pobyt, bo nie ma żadnych recepcji, a na pracownika obsługi można po prostu nie trafić. Ser, który kupowaliśmy wczoraj, był w wielkim pojemniku, obok pudełko z pieniędzmi: wybierz, zapłać, wydaj sobie resztę.
- No a właściwie ukradniesz samochód i co? - mówi B. rozsądnie - Gdzie nim niby uciekniesz?

Poczta, drobne zakupy i wracamy na nasz pierwszy camping rozbić namiot na ostatnią noc. Słońce od rana szaleje, więc jemy lunch na ławeczce na powietrzu, która zresztą dość spektakularnie pod nami się łamie. Zmurszała.

Później skok na południe, żeby odwiedzić croft zamieniony w muzeum. Mijamy go za pierwszym razem i musimy zawrócić. Wzdłuż wąskiej drogi biegają króliki i owce, i bardziej niż zwykle muszę uważać, żeby czegoś nie ubić. Chociaż może obiad by był. Wczoraj jechaliśmy szosą, przez którą szła kaczka z małymi.
- Zobacz jakie śliczne! - mówi B. i zaraz płynnie dodaje zmienionym głosem- Ale bym zjadł kaczkę.

Croft, czyli dom wiejski, jeszcze do niedawna był bardzo typowym domostwem na Szetlandach. W środku izba z płonącym zawsze ogniem, pachnąca dymem, łóżka i krzesła z drewna wyrzuconego przez morze, bo o inne tu trudno. Nie ma więcej turystów, siadamy przy kominku, a pani przewodnik opowiada: o tym, jak kopało i suszyło się torf na całą zimę, o odejściu od kościoła, o biedzie i emigracji, o tkaniu swetrów jako sposobie na przetrwanie, o odkryciu ropy, które zmieniło gospodarkę wyspy.

Możnaby tak siedzieć i siedzieć. Ale plan dalej napięty, więc jedziemy na północ. Po kilkudziesięciu minutach mijamy napis WELCOME TO NORTHMAVINE, jak czasem nazywa się północny mainland. W Brae zatrzymujemy się po kawę i upewniamy, że restauracja, w której planujemy kolację będzie otwarta odpowiednio długo. Mijamy punkt, z którego świetnie widać ten terminal paliwowy, który oglądaliśmy jadąc na Yell. W końcu droga doprowadza nas do Eshaness.

Jak pomyślę, że prawie zrezygnowaliśmy z pojechania na północ, to aż mi się zimno w środku robi. Czerwone klify, skały wystające z wody, skąpane w słońcu; do tego widok na inne wyspy, coraz bardziej blade aż do horyzontu. Pierwsza sesja zdjęciowa z farmy, na której pasą się gigantyczne, budzące respekt świnie. Dalej droga wiedzie aż do latarni morskiej, gdzie morze otwiera się w pełni, skały tworzą labirynty w morzu, ptaki lęgną się w zagłębieniach kamienia, a ja nie wierzę jak pięknie może być na świecie i aż płakać mi się chce z radości. Koło urwiska stoi ławka z widokiem na te cuda, tak, jakby ktoś przewidział, że tu nie wystarczy spojrzeć, pstryknąć zdjęcie. Trzeba siedzieć i chłonąć.

Zjeżdżamy w końcu, chcemy rzucić okiem na Ronas Hill, najwyższe wzniesienie archipelagu. Wejść nie mamy czasu ani chyba ochoty, ale popatrzeć? Czemu nie.
Okazuje się, że nie dość, że góra, nie dość, że te czerwone klify, to jeszcze fjord się znalazł.
- Wstydu nie mają. - mruczy B. na siedzeniu pasażera.

Od tych wszystkich atrakcji burczy nam w brzuchu, więc wracamy do Frankie's, podobno drugiej najlepszej restauracji fish and chips w Wielkiej Brytanii, a pierwszej na Szetlandach. Ja decyduję się na mule, które są wielkie i przepyszne, a na deser dzielimy się ciastem czekoladowym. Wszystko to mimo protestów głosu rozsądku w postaci B., który zawsze próbuje oszczędzać, a ja mu to zawsze utrudniam...

Po kolacji jedziemy na wyspę Muckle Roe, obejrzeć most i widoki. Jest ślicznie. Zwłaszcza marina na samym początku, gdzie z nadzieją - niestety płonną - wypatruję wydr.

Kończy się dzień i słońce co raz czerwieńsze, ale nie chcemy jeszcze jechać spać. Wracamy do Lerwick obejrzeć lodberries, domy nad samą wodą, do których można przypłynąć lódką, zacumować na prywatnym molo, albo przywieźć ładunek niemalże wpływając do garażu. Pałętamy się po porcie ile się da. Jest po 22, ale nadal jasno.

Jadąc autem mijamy znak N60st i wdajemy się w długą i żenującą dyskusję o południkach, równoleżnikach, długości i szerokości geograficznej. W końcu jednak uzyskujemy jakiś konsensus.

Kiedyś musi nastąpić camping i pakowanie. Nie można odwlekać w nieskończoność. Sprawnie i efektywnie napełniamy plecak. Rano tylko namiot, śpiwory i w drogę. Przekonuję B., żeby się już położył, ja chcę napisać bloga. B. patrzy na łunę na ciemnym niebie.
- To wschód czy zachód?- pyta.
A ja nie umiem mu odpowiedzieć. Bo to jest tu najpiękniejsze. Ten niekończący się dzień, i zmrok tylko po to, żeby zachwycić się wędrówką słońca za horyzont, a zanim przyjdzie nostalgia, znowu niebo pęka powoli, zalewa stopniowo jasnością i zachęca, żeby zacząć nową przygodę.

niedziela, 29 czerwca 2014

Szetlandy 8

29.06 - West Mainland

Ciężko było pożegnać się z Zielonym Wzgórzem, jak zaczęłam nazywać nasz camping na Unst.

Zanim się wykokosiliśmy, była dwunasta, a prom jak się okazało kazał na siebie czekać prawie do drugiej, bo niedziela, więc zabijałam czas grając na łodzi zamienionej w gigantyczne cymbałki. Później nagle pojawiło się tyle samochodów na pasie dla pasażerów z rezerwacją, że myśleliśmy, że będziemy musieli czekać na kolejny kurs, co nas lekko zirytowało. Na szczęście udało się zmieścić.

Yell minęliśmy w wielkim pędzie, żeby się załapać na dalszą podróż morską na Mainland, i ruiny nawiedzonego domu, Windhouse, oglądaliśmy tylko z szosy.

Kiedy zjechaliśmy bezpiecznie na Mainland była 15.00, więc musieliśmy zwiedzać szybciutko. Pierwszy był spacer do Burn of Lunklet, urokliwego, chociaż niedużego wodospadu, do którego idzie się wzdłuż strumienia łąką z glebą miękką jak materac. Później szybkie zakupy w Aith ( nie pamiętam, kiedy zjedliśmy tyle chrupków, czipsów i czekoladek co dziś...), rzut oka na śliczną marinę i jedyny chyba lasek na Szetlandach - Michaelswood.

Zorientowałam się, że kończy się nam benzyna, więc podjechaliśmy do Bixter, gdzie stoją dwa dystrybutory, "benzyna" i "ropa", a płaci się w supermarkecie po drugiej stronie ulicy. Okazało się, że bak to raptem 25 litrów, więc to coś czym jeździmy jest dość ekonomiczne. Tak się podekscytowałam tym faktem, że wyjeżdżając ustawiłam się na prawym pasie, prosto pod kołami pana jadącego z przeciwka. Cholerny odruch. Na szczęście miałam gdzie uciec.

Z zapasem paliwa ruszyliśmy na koniec West Mainland, do Sandness, bo B. chciał zobaczyć majaczącą na horyzoncie wyspę Papa Stour. Zerknął na domy mieszkalne i mruknął:
- Oni by już mogli przestać się wygłupiać. Po co tam mieszkać. Już tutaj to wystarczy, ale tam?!...

Na molo obok leżą kratki z krabami, i budzą się w nas zupełnie odmienne reakcje. Ja zaczynam się ślinić myśląc o nich na talerzu, B. - niejadający owoców morza - walczy z obrzydzeniem. Klatki są trzy, dwie w wodzie, a jedna na pomoście, pełna dużych okazów wystawiających szczypce przez szpary.

Krajobraz jest inny niż na północy, góry są chyba wyższe, ale łagodniejsze, i drogi biegną wzdłuż szczytów, a w nieckach między nimi błyszczą jeziora. Horyzont jest dalej, i świeci mocno słońce, zresztą ta część mainlandu nazywana jest słoneczną stroną.

Zastanawiamy się, czy tak samo wyglądał ten krajobraz kiedy 5 000 lat temu budowano Stanydale, budynek, którego ruiny odkryto w połowie ubiegłego wieku. Nazwano go świątynią, ale nie wiadomo czym był. Wokół stały domy mieszkalne, farma. Zwiedzamy i fotografujemy, trochę przytłoczeni wiekiem kamieni.

Dalej droga doprowadza nas do Skeld.
- Popatrz. - mówi B. - Te domy wszystkie mają nazwy, imiona. Są jak łodzie.

Podoba mi się to porównanie.

Rzucamy okiem na camping, na którym zamierzamy spędzić noc, i kłócimy się, czy ta plaża tuż przy nim to ta różowa plaża w Reawick, o której czytaliśmy. Oczywiście nie, i kiedy znajdujemy tą właściwą, ja pieję z zachwytu: po drugiej stronie zatoki słońce wybiórczymi plamami oświetla zbocza, na wodzie kołyszą się dwa zacumowane kutry, a piasek rzeczywiście ma barwy od czerwieni po róż. B. określa plażę jako "spoko" i nie podziela mojego szalejącego entuzjazmu.

Ostatni punkt trasy, i trochę już na siłę, to klify w Westerwick. Jakże byśmy żałowali, gdybyśmy tam nie dotarli! Ta sama czerwień co na plaży, chociaż może w głębszym odcieniu, kilkunastometrowymi ścianami opada do morza lub wystaje w postaci pojedynczych skał, które pną się ku niebu. Na urwisku pasą się owce we wszystkich owczych barwach. I nie tylko pasą, bo dwie z nich zaczynają walczyć, a patrzy się na to jak na film sensacyjny, bo ma się wrażenie, że za chwilę któraś z głośnym, żałosnym "beeee" poleci w objęcia śmierci u stóp klifu. Ale one chyba dobrze wiedzą jak się tam przemieszczać.

Wreszcie docieramy na camping. Jest mały, bardzo nowy, i pięknie położony. To, jaki widok jest z okna budynku kiedy zachodzi słońce po prostu nie daje się opisać. Światło przechodzi przez całe spektrum żółci, oranży i wreszcie czerwieni, aż koło północy zaczyna się simmer dim, biała noc pełna ptasich krzyków. Najchętniej wynajęłabym tu domek i siedziała tydzień z dobrą książką i jeszcze lepszym winem. No i oczywiście z B.

W lodówce znajdujemy pudło z szetlandzkimi serami, kupujemy jeden z nich i po prostu nie możemy się oderwać. W połowie naszej kolacji wpada pani, która zajmuje się campingiem. Załatwiamy formalności, pani jest bardzo roztrzepana, tłumaczy, że wypiła kieliszek wina do obiadu, ale śmiem podejrzewać, że nie jeden... Pokazując duńskiej parze łazienki, pani wpada pod prysznic, gdzie jakiś biedak zapomniał przekręcić klucz, i przez reszte pobytu opowiada o tym faux pas teatralnym szeptem każdemu, kto jej się nawinie. Na koniec wychodzi bez torby, z którą weszła i wraca po nią po chwili twierdząc, że na żadne wino już się nigdy nie da namówić.

sobota, 28 czerwca 2014

Szetlandy 7

28.06 - Unst

Dzień pełen wrażeń.

Wstajemy w miarę sprawnie, bo marzy nam się zdążyć na najdalej na północ położoną pocztę w kraju. Jedziemy do Baltasound, znajdujemy mały budyneczek i wypisujemy kartki pocztowe dla najbliższych. Cieszymy się na myśl, że przyjdą ze stemplem z maskonurami.

Jedziemy dalej i mijamy słynny urządzony przystanek - ktoś kiedyś wstawił tam fotel i telewizor, a później poszło już lawinowo i teraz wystrój zmieniany jest co rok. Obecnie króluje temat wolność i Nelson Mandela na wielkim plakacie, jest półka z książkami, stolik przykryty obrusem, telefon na małej komodzie, a przed wejściem ktoś zasadził kwiatki w betonowej donicy. Fotel oczywiście też nadal tam jest.

Kolejny punkt na liście zwiedzania to już grubsza sprawa. Rezerwat w Hermaness, znany z maskonurów, ale też - albo przede wszystkim - z drapieżnych ptaków Great Skua, po polsku wydrzyk wielki, ale uważam, że komizm nazwy nie oddaje ich charakteru. Ani wielkości: do 60 cm długości i do 140 cm rozpiętości uroczych, zakończonych białymi piórami skrzydeł. Zostanę przy nazwie skua.

Otóż drób to ja lubię na talerzu, najlepiej z przypieczoną skórką, podany z żurawiną, byle gorzka nie była. A tutaj jest serwowany hurtowo, i niestety z powietrza: skua to bardzo opiekuńczy rodzice, i żeby obronić pisklęta nie zawahają się zaatakować nawet człowieka. Nie szukają kłopotów, ale jak się podejdzie za blisko gniazd to przepadło. A co to znaczy za blisko i jak ominąć to gniazdo, skoro leży uwite wśród niskich roślin na ziemi? Oto wielka zagadka Hermaness.

Już przy wejściu jest napisane, żeby jakby co, machać kijem nad głową, bo to skua odstrasza. Ale pierwsza część szlaku przebiega bardzo cywilizowanie, choć droga jest dłuższa, niż sądziliśmy. Krótsza jest zamknięta. No, nie do końca zamknięta, ale proszą ładnie, żeby tamtędy nie chodzić, bo jest erozja gleby i chcą trochę ścieżkę podreperować, a zresztą i tak jest wiosna i skua się zalęgły, więc po co masz się, turysto, pchać. Okej. Idziemy dłuższą.

Po drodze mijamy pojedyncze siedzące skua i mamy momenty zawahania - przepuszczą nas czy nie przepuszczą.

W końcu szczęśliwie dochodzimy do klifów. Tam, dla osłabienia napięcia, wdzięczą się maskonury i pasą owce. Troszkę, z bardzo daleka, widać czubek latarni morskiej Muckle Flugga - najbardziej na północ wysuniętego punktu Wielkiej Brytanii. B. pyta jakiegoś pana skąd można tą latarnię lepiej zobaczyć, i pan pokazuje na ścieżkę, mówiąc, że to maksimum pół godziny drogi.

Zaczynamy powoli iść. Zbocza są bardzo strome, ale miękkie i trawiaste, więc największe niebezpieczeństwo to wejście w owcze odchody. Tyle, że na oko to jest bardzo, bardzo, BARDZO, długa trasa. A skua nad głowami jakby więcej, i jakby niżej latały.

Zawracamy.

Mija nas sympatycznie wyglądające małżeństwo. Pytamy jeszcze raz. Pokazują mapę, mówią, że w centrum dla odwiedzających im powiedzieli, że pełne koło zabiera trzy godziny, ale im się wydaje, że krócej, że tą zamkniętą ścieżką można spokojnie wrócić, no więc idą.

Decydujemy się, że my też. Raźniej jakoś jak mamy ich przed sobą.

Statyw do aparatu - jakby co - mam, i za kij przeciw skua służyć może.

Droga jest nieprawdopodobna. W oddali widzimy klify, kolonie ptaków siedzące na skałach, w końcu i samą latarnię morską. W tej bajkowej scenerii dostaję swój prezent urodzinowy... W końcu musimy zdecydować: wspiąć się do niebezpieczniejszej ścieżki, albo wrócić jak przyszliśmy, co jest znacznie dłużej.

Optuję za niepanikowaniem, zwłaszcza, że para przed nami idzie dzielnie, i co raz bardziej się od nas oddalają.

Tym bardziej, że przy tym kawałku wspinaczki mam kryzys kondycyjny i wrażenie, że dalej nie pójdę. Ale jakoś się udaje dobrnąć na szczyt, a w dół to już gładko.

No, prawie gładko, bo skua są wszędzie, latają nisko, łypią na nas niechętnie i czujemy się tak raczej mniej niż bardziej zrelaksowani. Na tym etapie statyw mam rozczapierzony trzema nogami do góry i nie wypuszczam go z ręki.

- Nie mogą zaatakować, to wbrew zasadom, jest napisane, że jak się ma kij nad głową, to nie mogą. - upieram się.
- Dobrze - niecierpliwi się B.- ale nie stój w miejscu, bo może one czekają z atakiem i liczą: one missisipi, two missisipi, three....

Staram się mieć oczy dookoła głowy, i przysięgam, że kilka razy próbowały od tyłu nas zajść, większość czasu darły się, ale nie musiałam użyć broni.

Z ulga przyjmujemy koniec kontrowersyjnej ścieżki. Teraz B. ma kryzys kondycyjny, i kiedy siadamy wreszcie w samochodzie, wielkopańskim gestem każe się wieźć do najbliższej knajpy, gdzie stawia obiad.

Najbliższa, jeśli nie jedyna, jest urokliwa Foord's Café obok fabryki czekolady. Jest przyjazna czworonogom i obwieszona ich zdjęciami. Z głośników płynie uroczy blues. Zamawiam kawę i pieczonego ziemniaka, B. bułkę z boczkiem i Deluxe Chocolate Experience.

Na widok tego ostatniego każdy dietetyk popełniłby seppuku. Wielki kubek gęstej, gorącej czekolady, z pociętymi piankami w środku, z bitą śmietaną na wysokość ładnych kilku centymetrów, posypany wiórkami czekoladowymi, podany z czekoladkami białymi, gorzkimi i mlecznymi, a obok na przegryzkę herbatniki w takichże czekoladach maczane.

Rozgrzani i najedzeni objeżdżamy resztę wyspy. Kolejność nie jest ważna. Ważne są wrażenia. Na plus - plaże, obłędny błekit morza, piasek miejscami aż niebieski, klify. Zamek, bardzo urokliwy i ładny, mimo zdechłego ptaka w sali balowej i ciemnego korytarza, w który nie chcemy się zapuścić nawet ze słabo świecącymi latarkami zostawionymi przy wejściu dla turystów. Droga do Skaw i najbardziej na północ wysuniętego domu, tak stroma, że miejscami KIA powyżej pierwszego biegu nie życzy sobie jej pokonywać. Na minus - lokalne brochy i wikingowe longhousy, wszystkie takie same, głęboko zakopane w ziemi, nic nie wnoszące.

B. jeszcze oczywiście chciał obejrzeć oba znajdujące się na Unst menhiry.

I wszędzie owce i kuce szetlandzkie. Jeden z nich tak bezczelny, że zmusił mnie do jechania za nim przez kilkaset metrów: szedł powoli, środkiem jednopasmowej drogi, nie reagował na klakson ani na silnik tuż za swoim zadem. Nie spieszy mu się i nic mu nie można zrobić. Owce za to na widok samochodu uciekają w prześmiesznym popłochu. A kiedy wchodzi się na pastwisko, czasami wszystkie na raz utkwią w człowieku oczy i zamierają w bezruchu. Efekt komiczny.

Wracamy na camping o 21, po przejechaniu wyspy kilkukrotnie wzdłuż i wszerz. Prosta kolacja z czterech puszek, piwo imbirowe (ja) lub nie imbirowe (B.) i planowanie jutrzejszego dnia zajmują resztę wieczoru.

piątek, 27 czerwca 2014

Szetlandy 6

27.06 - Yell i Fetlar

B. ma zawsze racje i trzeba go zawsze słuchać, bo moje pomysły nie działają tak, jak powinny i później jest o tak:

Wstajemy rano, autobus po 9.00, więc budzik na 7.00. Nic nie spakowane, chociaż B. mówił święte słowa, że rano to nagle, a co nagle to po diable. Skracając historię, kończy się na wpychaniu wszystkiego nogą do plecaka, zwijaniu namiotu byle jak, a i tak w ręku zostają trzy buty, które się nigdzie nie mieszczą.

Samo zwijanie namiotu też w atmosferze lekkiego focha, bo ja mam taki charakter, że jak jest sytuacja kryzysowa to przejmuję kontrolę, dowodzenie i zarządzam pozostałymi osobami efektywnie i rozsądnie. Tyle, że pozostałe osoby w ogóle zwykle tego nie doceniają, twierdząc, że rozkazuję i się wydzieram. Na szczęście w tym przypadku nie gniewamy się długo, bo my chyba nie umiemy się pokłócić na więcej niż 5 minut.

Na autobus szczęśliwie zdążamy, wysiadamy tylko nie wiedzieć czemu dwa przystanki za wcześnie, chyba lubimy sobie tak z rana polatać z plecakiem po mieście. Co jest niebezpieczne, bo można się potknąć i wywrócić.

Na szczęście udaje nam się dojść do wypożyczalni w całości, a tam czeka na nas niebieska KIA Picanto, która nam jawi się jako Rols Royce po prostu, bo z samochodem to jednak łatwiej, co stwierdzamy zgodnym chórem. Chwilę zajmuje mi przypomnienie sobie, że po prawej to mam drzwi, skrzyni biegów natomiast należy szukać z drugiej strony, ale po kilku minutach już nieźle się czuję za kierownicą. B. rzuca jeszcze tym swoim poważnym tonem czy pamiętam, że jak chcę skręcić w prawo, to muszę wrzucić lewy kierunek, i przez chwilę poważnie się zastanawiam o co chodzi, aż obydwoje wybuchamy śmiechem.

Prowiant kupujemy w Tesco i mkniemy na Północne Wyspy. Po drodze rzut oka na terminal na ropę w Sollum Voe z wysokim kominem, z którego bucha płomień, a później już 20 minut na promie i jesteśmy na Yell.

W tej wyspie uderza mnie to, jak bardzo jest ukwiecona. Żółty, fiolet, wrzosowy, biel i róż zdominowały niekończące się łąki. Jedziemy Drogą Wschodnią, węższą i bardziej krętą, krajobraz przypomina nam Hebrydy i podoba nam się bardziej niż Maindland, na którym byliśmy do dziś.

Zjeżdżamy małą dróżką i idziemy w dół po pastwisku, żeby obejrzeć White Wife, rzeźbę z zatopionego statku postawioną na pamiątkę na klifie. Wygląda jak zjawa i na tym pustkowiu robi dość upiorne wrażenie.

Pałętamy się po oślepiająco białej plaży Sands of Breckon, a później wspinamy się ścieżką na klify.

Przejeżdżamy przez główne osady i oglądamy pomnik ku pamięci rybaków, którzy zginęli na morzu w 1881 roku.

I okazuje się, że w zasadzie jak chodzi o Yell to wszystko, więc wskakujemy na drugi prom i płyniemy na Fetlar.

Jeśli myśleliśmy, że na Yell zbyt wiele nie ma, to Fetlar pokazało nam co to znaczy nic.

Ok. Przesada. Jest plaża, jest mały malowniczy loch (jezioro), jest kościół. Trudno wypatrzeć dwa domy obok siebie. Cała wyspa ma dwie mile na pięć, więc godzina to świat i ludzie, żeby wszystko objechać. Chcemy i tak zdążyć na prom, bo camping, który tu był został zamknięty.

Droga wiedzie nas aż do miejsca, gdzie stoi dom, nad którym powiewa niemiecka flaga, a zaparkowany nieopodal samochód ma flagę z symbolami, które obojgu nam skojarzyły się z nazistami. Nie jesteśmy pewni, ale fakt, że to takie odludzie w połączeniu z PODEJRZENIEM nawet, że zaraz natkniemy się na takich, co to uważają, że wojna powinna się była skończyć inaczej powoduje, że szybciutko zawracamy do promu.

Wracamy na Yell a stamtąd od razu dalej, na Unst. W porcie jak wariaci rzucamy się na WiFi, ale po chwili rozum nam wraca i jedziemy szukać naszego campingu.

I znajdujemy.

O krok jesteśmy od popłakania się ze szczęścia.

Nad samą plażą, w pięknym ogrodzie, w zaciszu kwitnących krzewów rozbijamy namiot z widokiem na wodę i statek w marinie. Nieopodal stoi budynek hostelu, w którym jest dostępna dla nas wielka, w pełni wyposażona kuchnia z wyspą na środku i jadalnią z widokiem na morze. Są też oczywiście prysznice, pralnia i czego tylko dusza zapragnie.

No, poza WiFi......

Szetlandy 5

26.06 - Lerwick

Jesteśmy najedzeni, napici i rozleniwieni...

Ranek znowu zastaje nas w głębokim śnie i budzimy się tak późno, że żeby zdążyć na autobus musimy walczyć z czasem. Kanapki robię na drogę, bo zjeść przy stole nie ma kiedy, szybka kawa, prysznic i truchtem w stronę przystanku.

Jesteśmy tu zaledwie kilka dni, a już znamy większość mieszkańców. Witamy się skinieniem głowy z panem w trzykołowym samochodzie, pozdrawia nas serdecznie pani listonosz, kłania nam się sklepikarz. Nawet kierowcy autobusu nie są nam obcy.

Chcemy popłynąć na wyspę Mousa i obejrzeć najwyższy zachowany broch. Niestety, bardzo wieje i tak jak zaczynamy podejrzewać po drodze, rejs jest odwołany. Obchodzimy marinę, robimy zdjęcia i postanawiamy zaszyć się w muzeum w Lerwick dopóki pogoda się nie unormuje.

Na przystanku w Sandwick próbujemy zjeść śniadanie. B. narzeka na szkocki chleb i widzę, że wmusza w siebie kanapkę. Jest mi przykro, bo źle go karmię od kilku już dni - przedwczoraj niesmaczne chili con carne ze słoika, wczoraj podgrzana puszka makaronu z parówkami i sosem. Postanawiam dzisiaj przerwać złą passę.

Dojeżdżamy do miasta i najpierw siadamy na pośledniej jakości, ale dużą i ciepłą kawę w barze z WiFi i widokiem na port. Ja mogłabym tak spędzić pół dnia, ale B. się niecierpliwi i goni mnie do muzeum.

Jest bardzo ciekawe, ale bardzo przeładowane informacjami. Na dwóch niedużych piętrach zebrano eksponaty związane z geologią, prehistorią, przemysłem, rozrywką, folklorem.... Nie wiadomo, na czym oko zaczepić. W pewnym momencie znajduję się między krową a jaskinią wróżek, z któregoś z multimedialnych eksponatów dochodzą dziwne dźwięki, B. nie ma w zasięgu wzroku i zaczynam się czuć niepewnie. Z lekką paniką obiegam pół sali i kiedy B. pojawia się przede mną z impetem się do niego przytulam. Od razu lepiej.

Najbardziej interesują mnie wszystkie interaktywne eksponaty: sterowanie statkiem, projektowanie swetra, wybieranie odpowiedniej łodzi do warunków pogodowych i potrzeb. Nie mogę się oprzeć pokusie i przebieram się za Wikinga korzystając z rekwizytów dla dzieci. B. oczywiście wsiąka w muzykę, ale też uważniej niż ja czyta wszystkie tabliczki. Dowiadujemy się, że drogi na Szetlandach powstały dopiero w XIX w, i że najwięcej ludzi - 30 000 - było tu mniej więcej w tym samym okresie. Że Szkocja się podnosi, a Szetlandy toną. Że do polowania na wieloryby w zasadzie potrzeba całej wsi. I takie tam.

Wychodzimy bardzo dokształceni i idziemy do Tesco, żeby kupić coś na kolację. Po drodze jest nabrzeże, na którym B. kilka dni temu dojrzał z autobusu foki. Nie mam wielkich nadziei, ale i tak chcę tam zajrzeć. I są! Chyba dziewięć sztuk, ale trudno policzyć, bo w komiczny sposób przesuwają swoje ciężkie ciałka z kamieni do wody, pływają, nurkują, znów wyczołgują się na kamienie. Nigdy nie zwróciłam uwagi jak dziwnie są zbudowane. Krótkie przednie łapy, a z tyłu tylko płetwa, co znaczy, że żeby się przesuwać po lądzie muszą się konwulsyjnie rzucać po ziemi, co trudno uznać za ruch urokliwy i pełen gracji. Tym nie mniej jestem zachwycona, bo pierwszy raz z tak bliska widzę foki na wolności. Gdyby B. mnie nie odciągnął za rękę, pewnie nadal bym tam stała.

W autobusie czuję się zmęczona.
- Odpoczniesz w kuchni - mówi B. współczująco, a ja się śmieję, bo gdyby ktoś z boku posłuchał, to pomyślałby "szowinista", a prawda jest taka, że mnie gotowanie relaksuje.

Marynuję polędwiczki z kurczaka w musztardzie, kostce rosołowej i winie. Gotuję ryż. Duszę pieczarki z groszkiem. Smażę kurczaka dodając gotowy sos carbonara. Z czerwonym winem smakuje całkiem nieźle. Na deser owoce i herbatniki w czekoladzie. Rozleniwiamy się. Chyba skończy się wczesnym pójściem spać.

czwartek, 26 czerwca 2014

Szetlandy 4

25.06 - Scalloway

Wczoraj poszliśmy spać bardzo wcześnie ze względu na mój światły pomysł, żeby wstać na wschód słońca. B. stawiał czynny opór, ale tak długo prosiłam i przekonywałam, że zgodził się nastawić budzik na 3.00, dał się wyciągnąć ze śpiwora, doprowadzić do ciepłej świetlicy, i nawet wypił podsuniętą mu pod nos gorącą herbatę. Chwilę później pogrążył się w głębokim śnie z czołem na stole, a ja czytałam Małe kobietki, co chwila na próżno wypatrując słońca za gęstymi chmurami.

B. obudził się w pół do piątej i zapytał, czy moglibyśmy się już przestać wygłupiać, a ja niechętnie przyznałam mu rację i wróciliśmy spać.

Rano wstawało nam się bardzo długo, ale program na dziś nie był napięty, więc zdążyliśmy śpiewająco. Zresztą w środę tutaj wszystko wygląda inaczej. Sklepy pracują w innych godzinach, autobusy jeżdżą według osobnego rozkładu i rejsy odbywają się o innej porze. W południe prawie wszystko jest zamknięte, tak, jakby wyspa chciała złapać oddech w połowie pracowitego tygodnia.

Przystanek w Levenwick jest koło sklepu i kiedy czekamy na autobus pojawia się pierwsza atrakcja: podjeżdża starszy pan samochodem na trzech kołach. B. mówi, że takie cudo techniki chyba nazywa się Reliant Robin i jest bardzo podekscytowany. Robimy zdjęcia. Kierowca widząc nasze poruszenie, cofa się ze sklepu, opowiada o samochodzie, a przy okazji o sobie i swoim życiu marynarza, przeprasza za pogodę i dziwi się, że my aż z Polski.

Chwilę później kiedy robi już zakupy, podjeżdża pani listonosz i widząc zaparkowany pojazd po prostu otwiera drzwi i wrzuca mu pocztę na siedzenie pasażera. Ot, mała, zgrana społeczność.

Pierwszym naszym przystankiem dziś jest Lerwick, w którym czeka nas kilka wizyt w sklepach. W turystycznym na widok cen materacy uznajemy, że nasz jednak tak bardzo nie spuszcza. W drogerii tłumaczę B. co to jest suchy szampon, a on słucha uważnie i na koniec oświadcza stanowczo, że nic takiego nie istnieje. Jeszcze wypożyczalnia samochodów, gdzie orientujemy się w naszych opcjach, i już można jechać do Scalloway.

Malownicza rybacka osada leży dosłownie za wzgórzem od obecnej stolicy, a kiedyś sama pełniła tę funkcję. Mieszkańcy żyją z połowu i przetwórstwa ryb, głównie łososi. Nad wszechobecną zatoką stoją skandynawskie domki w kolorach czerwieni i błękitu. Zgodnie uznaliśmy, że jeśli zamieszkać na Szetlandach, to tutaj. Na pewno nie na całe życie, ale zwolnić na rok czy dwa, w długie zimowe wieczory grać w szachy, a za dnia wypatrywać promów na morzu. Proste życie we dwoje. Bardzo kuszące.

Turysta do Scalloway przyjeżdża odwiedzić dwie rzeczy: zamek i muzeum, położone zresztą dogodnie obok siebie. Kiedy chodzimy po ruinach zamku, do którego B. od początku podszedł dość sceptycznie ("kto buduje zamek nie na wzgórzu?"), wyobrażam sobie ciepły ogień w wielkich kominkach, długie suto zastawione stoły i myśliwskie psy czekające w kącie na kość. Tak mnie ponosi atmosfera, że namawiam B. na krótki taniec w sali balowej, a później do końca wyczerpuję jego pokłady cierpliwości organizując długą i żmudną sesję zdjęciową.

Po tych torturach idziemy do nowo otwartego (2012 r.) muzeum. Najbardziej interesuje nas temat - też podchwycony we wspomnianym już wcześniej serialu BBC- tak zwanego Shetland Bus, łodzi rybackich, które od 1940 r z narażeniem życia załogi przewoziły broń i ludzi między portami tutaj a okupowaną przez nazistów Norwegią. Z uwagą oglądamy wystawę, a później idziemy nabrzeżem zobaczyć symboliczny mały pomnik poświęcony tym, którzy oddali życie w tej akcji. Mnie najbardziej wzruszyło to, że społeczność tutaj zaangażowana w pełni w morską kontrabandę potrafiła całą sprawę utrzymać w tajemnicy nawet przed sąsiadami z Lerwick. Jeden niedyskretny i całość przedsięwzięcia wziełaby w łeb.

Wsiadamy do autobusu i pierwszą uliczką, którą widzimy jest Lovers Lane - żal, że nie udało nam się zrobić tam zdjęcia! Po drodze zaczynają się wątpliwości - czy na karcie kredytowej mamy wystarczająco środków, żeby mogli zablokować depozyt przy wypożyczeniu samochodu? Na wszelki wypadek idziemy zapytać.
- Nie, nie blokujemy depozytu. W razie czego: będziemy was ścigać aż nie dostaniemy kasy.

Ubawieni siadamy na kawę, bo na oknie ładnej knajpki stoi napisane, że serwują WiFi, a my na tej wsi odcięci jesteśmy od wiadomości, zarówno prywatnych (ja), jak i politycznych (B.). Nie cieszymy się długo, bo zaraz przychodzi kelnerka i bezceremonialnie nas wyrzuca mówiąc, że o piątej ma autobus.

No tak. To jeszcze jedno kuriozum tej wyspy. Wszystko, absolutnie wszystko w mieście (ok, poza Tesco) zamyka się o 17.00. Zaraz później o 17.05 lub 17.10 kilka autobusów rozjeżdża się we wszystkie strony. Od tej pory miasto jest nieczynne. Później w stronę naszego campingu - a więc i lotniska - jest tylko jeden jedyny autobus o 21.05, i koniec.

Wysiadamy w naszej wsi przed szóstą i schodzimy jeszcze na plażę, zjeść kanapki, na które wcześniej nie było czasu. Później powrót, książki, kolacja przy akompaniamencie pralki, bo już pora odświeżyć zapasy czystych ubrań. Wina łyk, B. kolejne lokalne piwo i oczy same zaczynają kleić się do snu.


środa, 25 czerwca 2014

Szetlandy 3

23.06 - Sumburgh Head

Czy noc była ciepła i wygodna - zdania są podzielone. Większość czasu padało i krople z cudownym dźwiękiem rozbijały się o brezent czy z czego tam się teraz robi namioty. B. kilka razy mnie budził twierdząc, że gdzieś jest mokro, ale nie było, namiot ładnie wytrzymał. Zresztą nawet jakby było: wszystkie ubrania są zapakowane próżniowo a elektronika bezpieczna w żeglarskich torebkach. Nauczyliśmy się na Skye.

Wygląda, że zupełnie ciemno nie zrobiło się wcale, od około północy panuje delikatny półmrok, ale widać daleko w dal i można żyć bez latarki. Simmer dim, białe noce.

Budziliśmy się dwa razy. Najpierw o 7.00, kiedy to na wszystko było za wcześnie, później po 10.00, i to już nie pozwoliło nam na nic poza ubraniem się, wrzuceniem sera między kromki chleba i szybkim marszem do autobusu.

Wsiadamy.
- Do Sumburgh - mówię.
- Lotnisko? - pyta kierowca.
- Nie, miasto.
Spojrzenie w odpowiedzi mówi mi, że "miasto" to jest wielkie nadużycie semantyczne.

Jedziemy. Widoki piękne.
- Czy my właśnie przejechaliśmy pas startowy? - pyta B. niepewnie.
Tak! Lotnisko jest na tyle małe, albo na tyle duże na tak małą wieś, że pas krzyżuje się z drogą, i kiedy ma lądować lub startować samolot, zamyka się wjazd na pas szlabanem, jak u nas na przejeździe kolejowym.

Wysiedliśmy trochę za wcześnie, koło Old Scatness i Betty Mouat's böd, ale nie weszliśmy do środka, tylko poszliśmy w stronę hotelu. Nagle na poboczu jakiś ruch.
- Popatrz, królik!- mówi B. Ale za chwilę dodaje smutno - Coś z nim nie tak.
Rzeczywiście, biedne zwierzątko chyba wpadło pod samochód i próbuje się jeszcze ratować, ale nie ma władzy w tylnych nóżkach i przewraca się bezwładnie. Wygląda to okropnie.
- Nie możemy go tak zostawić.
No nie możemy. Pilnując, żeby nie wpadł pod pędzące samochody dzwonimy gdzie się da. Najpierw pod 999, bo to pierwszy numer, który przychodzi B. do głowy. Pani odsyła nas do RSPCA, ale nie zna numeru. Szukamy w internecie, chociaż na mojej szkockiej komórce zabiera to wieki. Jest, dzwonię.
- Jeśli dzwonisz w sprawie rannego zwierzęcia wybierz 1. Jeśli dzwo.... Marnujemy dużo osobogodzin na zwierzęta, których już nie ma w zgłoszonym miejscu. Upewnij się, że zwierzę jest tam, gdzie było, albo że masz je w zasięgu wzroku. Jeśli dzwonisz w sprawie dzikiego zwierzęcia, wybierz 1. Jeś... Jeśli dzwonisz w sprawie dużego zwierzęcia, wybierz 1. Jeśli dzwonisz w sprawie małego zwierzęcia, wybierz 2.
Nareszcie słyszę żywą osobę. Rozmowa ciągnie się niemiłosiernie. A jaki królik, a czy na pewno dziki, a w jakim kolorze, a gdzie jesteśmy, a czy możemy poczekać na patrol, to ona sprawdzi czy ma patrol. A, na Szetlandach? To nie ma. Ale może jakbyśmy sobie znaleźli numer do SRSPCA...
Królik niestety nie dożywa końca naszej rozmowy. Nieruchomieje w trawie i wiemy, że nie możemy nic już dla niego zrobić, ale odchodzimy z czystym sumieniem, że przynajmniej próbowaliśmy.

Kawałek dzielący nas od wykopalisk w Jarlshof idziemy prawie w ciszy, mocno trzymając się za ręce.

Wykopaliska to jest miejsce, w którym moja stopa bez inicjatywy B. by raczej nie postała, ale straciłabym wiele. Ludzie mieszkali w tym miejscu od ponad 4,000 lat! Ruiny z Epoki Kamienia, Żelaza, pozostałości po Wikingach i średniowieczna farma, pozostałości murów opowiadają historię tych ziem. Dostajemy audioprzewodnik czytany przez panią z najpiękniejszym szkockim akcentem i muzyką w tle. Zapadamy się w klimat. Jarlshof zainspirował Sir Waltera Scotta do napisania "Pirata" i teraz obydwoje chcemy przeczytać tę książkę.

Po wyjściu długą ścieżką wzdłuż klifu idziemy do latarni morskiej. Trasa biegnie przez pastwiska (jedno opatrzone tabliczką "uwaga na byka") i łąki. B. wyraża wątpliwość czy należytą uwagę poświęcono bezpieczeństwu prowadząc ścieżkę tak blisko urwiska. Ornitolodzy entuzjaści z długimi obiektywami fotografują liczne ptaki. W zagłębieniach na skałach osiedliły się mewy. Pod samą latarnią pasą się owce i ciężko przejść ten kawałek tak, żeby w nic nie wdepnąć. Za to przy końcu ścieżki czeka mnie nagroda. Moje wymarzone maskonury!!! Ptaszki dużo mniejsze, niż obydwoje sądziliśmy, ale i tak urocze, ze swoimi czarno-białymi ciałkami i kolorowym dzióbkiem, chętnie pozują nam do zdjęć. Wypatrujemy w morzu orki, która czasem jest tu widywana, ale musimy obejść się smakiem i zadowolić wielką kością z czaszki wieloryba ustawioną przy wejściu do latarni.

Widok z góry nieziemski.

Przez poranny popłoch nie zabraliśmy wody do picia, i już spragnieni jesteśmy bardzo, a że kupić nic nie można, pan ze sklepu z pamiątkami częstuje nas kubkiem wody. Schodzimy wzdłuż drogi, szybciej, niż pięliśmy się w górę. Znajduję skrót przez pastwisko, i muszę obiecać B., że jeśli ktoś się przyczepi, że jesteśmy na jego terenie - biorę tłumaczenie na siebie.

B. odmawia przyjęcia do wiadomości, że ziemia w Szkocji jest własnością publiczną i prawo mówi, że każdy może chodzić gdzie chce. Madonna kupiła kiedyś zamek niedaleko Edynburga, a kiedy dowiedziała się, że nie może go ogrodzić i otoczyć ochroniarzami - jeszcze szybciej sprzedała.

W ogóle B. zabrania mi wielu rzeczy. Nie wolno mi:
- muczeć do krów
- parskać na kucyki
- beczeć do owiec
- głaskać jagniątek
- podchodzić blisko klifu
- chodzić środkiem jezdni.
Jak na koloniach po prostu!

Przez cały dzień mijamy tych samych ludzi, którzy w różnej kolejności zwiedzają lokalne atrakcje. Co chwila pojawiają się też nasi znajomi motocykliści z campingu i machamy sobie radośnie.

Schodzimy do przystanku na tyle szybko, że jeszcze jest czas na piwo w hotelu.
- Macie jakieś lokalne? - pyta B.
- Mamy je wszystkie. - odpowiada ze śmiertelną powagą barman.
B. wybiera jedno, ja zostaję przy połówce Tennent'sa. Dostaję to jego piwo do spróbowania, no smak taki raczej dla koneserów, ale B. zachwycony. I jakoś w ogóle po tym piwie nam lepiej.

Autobusem jedziemy do Lerwick, ponieważ materac mimo naszych wczorajszych starań nadal nie działa. Niestety, wszystko jest zamknięte, bo już po 17.00. Zostaje nam obejść miasto, zjeść obiad i pójść do długo otwartego Tesco.

W mieście jest trochę uroczych uliczek, ładny ratusz (zamknięty) i fort. Najbardziej się cieszymy pod posterunkiem policji, jako, że jesteśmy świeżo po serialu kryminalnym BBC o tytule po prostu "Shetland", gdzie dzielny inspektor Jimmy Perez właśnie z tego posterunku rozwiązuje kolejne morderstwa na wyspach. Prawie się spodziewałam, że wyjdzie do nas i pomacha.

Na obiad miało być fish and chips, ale nawinęła się knajpka o nazwie Paparazzi, i po raz enty udowodniliśmy sobie, że jadamy rzeczy różne, ale najchętniej krowy. Burgery i ciepła herbata wróciły nam siły witalne.

Zostaje Tesco. Materaców nie mają, łatek nie mają. Jedzenie mają, łącznie z B. ukochaną kanapką z jajkiem i boczkiem. Bierzemy zapasy na kilka dni, z piwem włącznie, i dorzucamy do tego superglue i taśmę klejącą. Postanawiamy zrobić drugie podejście do naprawy materaca.


24.06 - St. Ninian's Isle

Dla takich dni jak dzisiaj warto żyć i dlatego też kilka dni temu poprosiłam B., żeby obiecał, że póki chociaż jedno z nas może chodzić i pchać wózek z tym drugim nie pojedziemy na wakacje siedzieć w jednym hotelu.

Ranek nas rozpieszcza. Materac całkiem naprawiony nie jest, ale trzyma dużo lepiej, słońce nadal się wygłupia i świeci, a my mamy plan na dzień bez napinania się, więc jemy leniwe śniadanko, czytamy przy kawie, a ja czekam, aż wyschną mi włosy. Nasi motocykliści niestety odjeżdżają.

Przed południem spokojnym krokiem zaczynamy iść w stronę St. Ninian's Isle, wyspy, którą z lądem łączy malownicze tombolo. Nie wiemy do końca jak to daleko, bo dozorca na campingu powiedział "kawałek", z mapy wynika jakieś 5 km, a ze znaków na drodze 5 mil.

Po drodze robimy zdjęcia na przystanku, na którym ktoś dla wygody wstawił wielki, obity pluszem fotel. Gdzieś na zboczu pan wielkimi nożycami strzyże owce, więc zatrzymujemy się popatrzeć, ale mimo, że nas do siebie zaprasza, nie podchodzimy. Uważam, że owce są wystarczająco zestresowane. Mijamy też zdechły drób sztuk dwie, na widok każdej z nich ja wydaję stosowny pisk oczywiście, wzdrygam się i uciekam.

Skręcamy z głównej drogi i co chwila mnie się wydaje, że już za tym wzgórzem, już obok tego zakrętu będzie widać wyspę. Ale wstążka szosy ciągnie się nieubłaganie i wcale nie jest to tak blisko. O ile wczoraj ja narzekałam na bolące mięśnie pośladków, dzisiaj B. ma spadek formy i widzę, że robi dobrą minę do złej gry.

Koło nas pasą się owce, małe tulą się do matek i próbują napić mleka. Jagniątek jest zatrzęsienie, co pewnie nie dziwne o tej porze roku. Mnie się podobają te podpalane, z ciemnymi nóżkami i głową.

Z drugiej strony jacyś ludzie kopią torf. Co kilka minut mija nas jakiś samochód, a pasażerowie uśmiechają się i machają przyjaźnie.

- Uśmiechnąć się i pomachać nic nie kosztuje - mruczy B. pod nosem z miną chmury gradowej - Zatrzymać się i zapytać czy podwieźć to już nie ma komu.

Wreszcie droga doprowadza nas do małej miejscowości o nazwie Bigton. Kiedy skręcamy już w stronę plaży, podbiega do nas ewidentnie emerytowany pies pasterski, który może najlepsze lata ma już za sobą, ale w owcach budzi jeszcze należyty respekt sądząc z tego jak uciekają w podskokach gdy tylko na nie spojrzy. Widać przypadliśmy psu do gustu, bo odtąd idziemy już we trójkę. Martwimy się trochę jak czworonóg poradzi sobie z przejściem przez kratki bydlęce uniemożliwiające owcom i krowom migrację poza swoje terytorium, ale widać mieszka tu nie od dziś bo sprawnie radzi sobie, przechodząc kilkucentymetrowym poboczem.

Tombolo jest wtedy, kiedy plażę z dwóch stron obmywa morze. Prościej mówiąc, jest to pas piasku biegnący przez wodę. Nigdy przedtem tego nie widziałam. W promieniach słońca piasek jest zupełnie biały, woda w kolorze najczystszego granatu, a wyspa zieleni się soczystą barwą. Cudo! Nie mogę odłożyć aparatu. Pies skacze wokół nas i prosi, żeby pobawić się z nim i rzucić mu do zaaportowania plastikową butelkę, którą znalazł nad wodą.

Przechodzimy na wyspę. Niepodzielnie rządzą na niej owce, chociaż króliki dorzucają swoje trzy grosze kopiąc podziemne tunele. I tak wszędzie - poza skalistymi klifami, które są królestwem rozkrzyczanych mew. Trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść w króliczą norę, bo może się to skończyć szpitalem w Lerwick, a nie Krainą Czarów. Na początku staramy się też omijać owcze łajno, ale jest to w zasadzie awykonalne, więc szybko dajemy sobie spokój.

Na jednym zboczu góry są ruiny kaplicy z VII w., w której ponad 50. lat temu znaleziono skarb: srebro Piktów. Poza tym St. Ninian's jest wielkim, dzikim pastwiskiem.

W drodze powrotnej w Bigton wchodzimy do małego pensjonaciku. Chcę zapytać, czy pozwolą mi skorzystać z toalety. Bardzo miła pani mówi, że oczywiście, nie ma problemu i pokazuje na drzwi. Po wyjściu rozglądam się po tym cudownie ciepłym wnętrzu. Wykończone w drewnie, z wielkim oknem patrzącym na wyspę, trzema kotami ocierającymi się o ludzi w poszukiwaniu pieszczot. Jestem oczarowana. Pytam panią, czy zna rozkład autobusów jadących do głównej drogi. Odpowiada mi, że nic teraz nie jeździ, ale jak tylko poda kawę gościom, którzy właśnie przyjechali, podwiezie nas na camping.
- Nie, nie, nie trzeba, pójdziemy piechotą, nie chcemy robić kłopotu.
- Ależ to żaden kłopot moja droga, to dwie minutki, tylko na drugą stronę wzgórza. Tylko kawę zrobię. Może Wy też się napijecie kawy?
B. zaczynają świecić się oczy, więc lądujemy przy stole z właścicielką pensjonatu, jej mężem o polsko-bułgarskich korzeniach, i parą Niemców w średnim wieku. Wymieniamy doświadczenia i anegdotki nad kubkiem cudownie aromatycznej kawy, której tak bardzo nam tu brakuje (pijamy na campingu rozpuszczalną, i bardzo nam to doskwiera, bo z kawą taki napój ma mało wspólnego). W między czasie wpada z wizytą 84-letni sąsiad, którego angielski (?) jest kompletnie dla nas obcym językiem. Na koniec pani rzeczywiście odwozi nas na sam camping, tym samym podarowując nam długie popołudnie, z którym nie do końca wiemy co zrobić.

Wiemy natomiast, że wyślemy jej kartkę z podziękowaniami, wszystkim będziemy polecać jej dom, a sami zatrzymamy się u niej kiedy będziemy na Szetlandach następnym razem. Chciałabym, żeby było to na Up-Helly-Aa w styczniu 2016.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Szetlandy 2

Szetlandy
22.06 - Levenwick

Noc na promie była okropna.

Zjedliśmy kolację, B. fish& chips, a ja pół porcji kurczaka Tikka Masala, popiliśmy piwem i próbowaliśmy się rozłożyć na naszych fotelach lotniczych. Nie było wygodnie, za to było pioruńsko zimno. Między fotelami szeroka przegroda, więc nie było nawet jak grzać się od siebie. Światła na suficie świeciły nam prosto w oczy, a rozbawiony tłum hałasował w barze obok. Budziliśmy się co chwila, mnie się wydawało, że ta noc się nie skończy. Łzy cisnęły mi się do oczu.

Ponieważ wszystko się kończy, nawet najdłuższa żmija jak mawia Jonek, to i noc ustąpiła miejsca świtowi. I to jakiemu! Morze zalało się słońcem, które rozgrzało od razu nasze zziębnięte ciała i wszystko znowu zaczęło mieć radosne kolory.

Na horyzoncie majaczy już port w Lerwick, w końcu dobijamy do przystani. Chcemy jechać na Unst. Tak, jest autobus, tak tak, codziennie. A, w niedzielę? No w niedzielę to akurat nie. A gdzie można dojechać w niedzielę, pytamy pana w hotelu po drugiej stronie drogi. Szuka w internecie, ale mówi, że nic z tej strony z rozkładem nie rozumie (!) i proponuje, żebyśmy poszli na dworzec i tam popytali.

Idziemy. Pod górę, objuczeni do nieprzytomności, przez całkiem wymarłe miasto. Ale pachnie morzem, przestrzenią i mewy drą się w niebogłosy, więc mało narzekamy. Na dworcu sytuacja jest następująca: drzwi zamknięte są na klucz ORAZ na kratę z kłódką, wisi znak, że toalety nieczynne do odwołania, na tablicy wyświetlają się odjeżdżające dziś autobusy (pierwszy za godzinę), a na ławeczce siedzi pani z dużym plecakiem.

Pani okazała się być Niemką po czterdziestce, jadącą z Orkney do znajomej gdzieś na południu wyspy. Chyba nie była z tych, co się bardzo przejmują, bo opatrzyła swój plecak kartką: PROSZĘ NIE RUSZAĆ, WRÓCĘ NA AUTOBUS O 15.00 i poszła zwiedzać miasto.

Nam zabrakło tak ułańskiej fantazji, więc ja zostaję z bagażami, a B. idzie szukać kawy. Wraca po kwadransie, ponieważ absolutnie wszystko jest zamknięte. Chyba rzeczywiście, bo Niemka wraca tuż za nim i jedzie razem z nami pierwszym autobusem.

Zdecydowaliśmy się odwrócić kolejność zwiedzania i zacząć od najdalej na południe wysuniętego campingu, w Levenwick. Autobus dowiózł nas pod sklep we wsi, a stamtąd - oczywiście pod górę- pięliśmy się piechotą.

Ale warto było! Widok na morze dech w piersiach zapiera, wokół pastwiska pełne owiec. Wybieramy najbardziej od wiatru osłonięte miejsce na maleńkim polu, być może za blisko kolejnego namiotu, bo kiedy wracają jego właściciele, wyrażają swoje niezadowolenie z powodu naszego bliskiego sąsiedztwa. Gdyby byli milsi, pewnie bym się przesunęła, ale ponieważ zdecydowali się być opryskliwi - będą żyć z nami pod nosem.

Rozkładamy namiot, robimy wytworny posiłek (kluski instant z torebki plus puszka kremu z kurczaka plus druga z ciecierzycą) i kładziemy się na chwilkę na maleńką drzemkę.

Trzy godziny mijają jak z bicza strzelił i B. w końcu zaczyna gwałtownie domagać się zwiedzania.

No to idziemy. W dół drogą do białej plaży, łukiem przez owcze pastwisko na cmentarz, na którym wszystkie nagrobki mają napis od wschodu, drogą która kończy się niczym, i kolejną, która doprowadza nas do campingu. Wygląda na to, że każde trzy domy stanowią odrębną miejscowość, do której prowadzi osobna droga, zawsze kończąca się owcami. Niby wszystko blisko, niby w zasięgu wzroku, ale po tych dwóch godzinach wracamy zmęczeni jak psy.

Po drodze wizyta w wiejskim sklepie. Pan za ladą, sześćdziesiąt kilo nadwagi, sapie jak parowóz, ale wita nas uprzejmym hello. Asortyment to trochę chemii, jakieś gazety, od Bóg raczy wiedzieć jak dawna stojące jajka, chleb, słodycze, napoje, ale piw niestety żadnych. W rogu dwie duże zamrażarki, obok sprzedawcy chłodnia, a w niej zamiast wędlin i serów połamane okulary, stare paragony i dziwne przedmioty nieznanego pochodzenia i zastosowania. Zapach w sklepie sugeruje, że coś tu zdechło, a teraz leży w kącie i gnije.

Najbliższe Tesco jest 17 mil stąd, więc wybrzydzać nie ma jak. Bierzemy chleb, wodę i jakieś smakołyki i z ulgą wychodzimy na zewnątrz. Na oknie wisi ogłoszenie o zumbie. Na Szetlandach! Co ciekawe, to B. zauważył, nie ja.

Na campingu szykujemy ciepłą kolację, i grzejemy się herbatą, bo mimo słońca i naprawdę ciepłych dni, jeszcze nie przywykliśmy do outdoorowych warunków. Siedzimy w małym pomieszczeniu, które jest biblioteką (B. już wypatrzył jakąś książke bez której żyć nie może, a że nie mamy co zostawić na wymianę, to pewnie po prostu ją wykupi), pralnią, dobrze wyposażoną kuchnią, salą video, świetlicą i centrum informacji lokalnej w jednym. Słowem, każdy musi tu przyjść.

I tak poznajemy starszego pana, który po Szetlandach przejechał 80 mil na rowerze, motocyklistę, który razem ze znajomymi przyjechał spod Edynburga, a wreszcie jednego z ochotników prowadzących camping, któremu płacimy za pobyt.

Ten "gang" motocyklowy jest bardzo imponujący. Jest ich około sześciu osób, przyjechali na wielkich, hałaśliwych, błyszczących maszynach, od stóp do głów ubrani w skórę, wyglądają wypisz wymaluj jak z amerykańskich filmów. Są bliżej 50-ki niż jakiegokolwiek innego wieku. Rozłożyli namioty i na wysokim maszcie zatknęli flagę z herbem szkocji. Kiedy się już przezwycięży strach przed pierwszym kontaktem, są bardzo mili i pomocni, oraz sypią z rękawa śmiesznymi historiami.

Pomoc przydała się o tyle, że mamy dziurawy materac.  Mieszaną metodą moją (podlać wodą, zobaczyć skąd idą bąbelki) i B. (obmacać i słuchać, gdzie syczy) zlokalizowaliśmy dziurę i próbowaliśmy ją zakleić szeroką taśmą pożyczoną właśnie od motocyklistów. Niestety taśma nie chce się kleić do gumy i obawiam się, że czeka nas noc na glebie, a jutro trzeba albo kupić dobrą łatkę, albo po prostu materac.

Leciutko kropi deszcz (nareszcie!), jest 22:40, a na zewnątrz wciąż jasno. Ja się upieram, żeby posiedzieć i zobaczyć, czy w ogóle zrobi się ciemno, ale SĄ TACY, którzy koniecznie chcą już iść spać.

sobota, 21 czerwca 2014

Szetlandy 1

Chyba złożę zażalenie po powrocie do władz Szkocji. Jest mi bez przerwy gorąco. Nie po to jadę na północ, żeby znosić upały...

Najgorzej zawsze jest w samolocie. Zawsze ten sam zestaw: wrzeszczące dzieci, jakaś zagubiona pani, która leci po raz pierwszy i nie wie jak się zachować, jakiś geniusz, który korzysta z telefonu w trakcie lotu, i dwa nieodłączne typy Polaków: klaszczący przy lądowaniu i odpinający pasy kiedy tylko koła dotkną ziemi. Tym razem obyło się na szczęście bez tej jednej osoby, która już wyjmuje bagaż z luku mimo, że samolot nadal kołuje. Uciekać, uciekać od tych postaci!

Na lotnisku małe rozczarowanie: billboard THIS IS HOME został zastąpiony nowym, już nie tak rozczulającym. A cały terminal przechodzi intensywną przebudowę.

B. zachwyca się głosem kierowcy w autobusie ("audiobooki powinien czytać"), głębokim, ciepłym, z mocnym szkockim akcentem.

Po dojechaniu do miasta idziemy do wypożyczonego mieszkania. B. ma brata, brat kolegę, kolega mieszkanie, a my klucze do tego mieszkania, bo kolega akurat nieobecny. Idzie się ciężko, nie mnie co prawda, tylko B., bo na plecach ma cały nasz dobytek. Jest po 22.00, ale jeszcze zupełnie jasno. Miejsce znajdujemy bez trudu, chociaż nerwów trochę jest, bo nie znamy numeru mieszkania, powiedziano nam, że "no jak wejdziecie na drugie chyba piętro to to jakoś najbliżej", więc B. roztacza przede mną wizję nocy na komisariacie jak będziemy się próbowali dostać do nie tego lokalu....

Udaje się, ale radość trwa krótko, bo nie działa światło. Ani - moim zdaniem - woda, w wymacanym po ciemku kranie w łazience. Wymiana smsów. Poszukiwanie korków. Jest! Woda też. Uff.

Samo mieszkanie jest małe, ale ma urok, mimo, że jeszcze nie urządzone, nie zagospodarowane. Nowe łóżko z niepowleczoną pościelą. Otwarta kuchnia i wygodna kanapa na wprost od dużego okna. Pokoje jasne, wysokie. Zapełnione kartonami pełnymi rzeczy nowych najemców i ich znajomych, którzy jeszcze nie znaleźli lokum na nowy rok akademicki. Wśród tych tobołków i nasze śpiwory, które czekają w Szkocji od roku.

Wychodzimy. Szybkie zakupy w Sainsburry's: kupuję kanapkę z serem i pomidorem, wyzutą ze wszelkiego smaku, ale i moją ukochaną Orange-Orange Vitamin Water; B. oczywiście, Irn Bru; opychamy się też Baby Bellami, których w Polsce nie wiedzieć czemu nie kupujemy nigdy... Wracając wstępujemy do pubu. Od razu zastanawiamy się, dlaczego nie ma takich miejsc w Warszawie. Ściany pomalowane na kolor głębokiej czerwieni ozdobione są starymi reklamami Guinessa. Wisi dzwonek, który tuż przed pierwszą zawoła na ostatnią kolejkę. Zamawiamy Tennant's light z kija. Wsłuchujemy się w muzykę na żywo, chociaż nie możemy jak reszta gości włączyć się do wspólnego śpiewania, bo nie znamy słów. Na niemych ekranach Honduras gra z Ekwadorem (chyba), ale mimo, że padają jakieś bramki, nikt nie zwraca na mecz uwagi.

Za barem pani w koku, w wieku mocno średnim, i najprawdopodobniej właściciel, szpakowaty pan z blizną na prawym policzku, która trochę przekornie przypomina, że nie zawsze był statecznym posiadaczem własnego lokalu. B. mówi, że każdy jego siwy włos to jest jakaś bójka w tym pubie, wyrzucona kelnerka i zawalone dostawy. Pan jest bardzo miły, ale też zdecydowany i nieugięty, kiedy uściskiem dłoni i życzeniami dobrej nocy odprawia klienta, który chce zamówić kolejne piwo, a pić już nie powinien. Tamten nie dyskutuje. Wychodzi z pubu, zarzuca go na lewo. Po kilku minutach wraca i znów wychodzi, tym razem w prawo - moim zdaniem musiał wrócić, żeby wyprostować sobie azymut na dom.

Klientela składa się głównie z panów w wieku średnim starszym, obowiązkowo z brzydkimi tatuażami, za to w dużej liczbie. Twarze przyjazne, uśmiechnięte. Jeden z nich chwali nam się świeżutką dziarą na cześć szkockiego powstańca, takiego jak Bruce czy Wallace, którego nazwiska nie udaje nam się jednak wyłapać z szorstkiego, szkockiego akcentu. Szkocja, Szkocja, precz z Anglikami.

Wracamy koło północy i zmęczeni padamy na łóżko.

Budzik chyba dzwoni o 7.00, bo mnie B. budzi kwadrans później. Ustalamy, że ja zrobię śniadanie, a on przez ten czas się wykąpie. Nie ma go dłuższą chwilę, z łazienki nie dochodzi żaden dźwięk. W końcu wychodzi.
- Słuchaj, Ty umiesz włączyć ten prysznic?
- No chyba każdy umie.
- Ale tam nie ma nic co wyzwala tą wodę...
- Kurek odkręcasz.
- Tak? To chodź.
Idę. Kurka nie ma, jakieś dwa dziwne pokrętła, jedno z napisem low-medium-high, drugie hot-cold, ale napisanym na środku. I tyle. Kręcenie nimi zmienia dokładnie nic. Oglądamy każdy centymetr kwadratowy łazienki. Metodą eliminacji na powiązany z prysznicem typujemy sznurek zwisający z sufitu w drugim jej końcu.
- Jak pociągnę, to urwę... - mówi B. niepewnie.
Raz kozie śmierć. Ciągnę. Nie urywa się, ale woda w kabinie zaczyna lecieć. Dwa pokrętła i ich wpływ na temperaturę lecącej jak krew z nosa wody pozostają enigmą do końca, wychodzimy poparzeni wrzątkiem z jednej strony i odmrożeni z drugiej.

Częstujemy się herbatą. Jemy śniadanie na sofie (bajgle z hummusem, moje ulubione!) i rozkoszujemy się słońcem za oknem, ale nie długo, bo zaraz ucieknie nam autobus do Aberdeen.

Buchanan Station leży pod górę, więc zważywszy na rozmiary plecaka postanawiamy podjechać miejskim autobusem. Na przystanku spotykamy starszą panią.
-Ooooo, jedziecie na camping?
- Tak - uśmiechamy się szeroko.
- Ja też raz byłam na campingu.
- I podobało się pani?
- O nie. Modliłam się o deszcz i kiedy wreszcie zaczęło padać powiedziałam, że musimy zabrać dzieci do domu i wróciliśmy.

W autokarze bardzo chcemy zwiedzać, ale morzy nas sen. Uśmiechamy się tylko na widok wzgórz, owiec, zamków... Na samo Aberdeen też nie mamy dużo czasu, bo musimy się, że tak powiem, zaprowiantować na najbliższe dni. B. zostaje z plecakiem, a ja biegnę po butlę z gazem, jedzenie, klapki pod prysznic i dodatkową torbę na to wszystko. Torba za dwa funty pod ciężarem licznych konserw rozrywa się jeszcze przed wejściem na statek.

Kupuję wreszcie szkocką kartę i mam swój własny szkocki numer telefonu! :)

Aberdeen na początku robi na mnie złe wrażenie, ale później, kiedy docieram na Union Street myślę sobie, że zasługuje na więcej uwagi i że musimy kiedyś tam wrócić. Mijam urocze zakątki, place, przykościelne cmentarze. Sama główna ulica po horyzont udekorowana jest maleńkimi flagami wszystkich państw, rozciągniętymi na linkach nad przechodniami i samochodami.

Czas szybko mija i z całym majdanem idziemy na przystań. Wyglądamy jak rumuńska rodzina, która pogubiła dzieci, albo rosjanie za dawnych czasów jadący na stadion X-lecia. Pada pierwszy drobny deszcz.

Sprawnie wsiadamy na pokład. Znajdujemy nasze miejsca. Zdejmujemy ciężkie buty, ja siadam do bloga, a B. piątym zmysłem wywęsza telewizor z retransmisją kwalifikacji F1 na Red Bull Ring.