B. poszedł spać, a ja nad ostatnim piwem imbirowym na Szetlandach siadam do ostatniego wpisu na bloga. Za niecałe osiem godzin wsiądziemy do samolotu i polecimy do Edynburga.
Wczesna pobudka nam nie wyszła. Budzik zadzwonił o 7.00, otworzyłam jedno oko, pomarudziłam, że głowa mnie boli i na prędce wymyśliłam plan B, czyli jak tu jeszcze pospać, a niczego nie stracić. B. powątpiewał w plan B, ale że sam był nieprzytomny, to chętnie przystał na dłuższe spanie.
Obudziliśmy się o 9, we trójkę, ja, B. i pulsujący ból głowy. Kawa czy raczej produkt kawopodobny ("za produkcję tego ktoś powinien pójść siedzieć" - B., 2014) skończył się wczoraj i zostaje nam herbata, w dodatku zielona. Ych.
Prysznic w Skeld to jakiś luksus, bo trzeba za niego zapłacić aż funta (gdzie indziej 20 pensów), za to woda leci całe 11 minut, postanawiamy się więc podzielić prysznicem na pół: ja wchodze pierwsza, a B. zmienia mnie po 5 minutach.
Wyjeżdżamy nie przed ósmą, a po w pół do dwunastej. Jedziemy do Lerwick przedłużyć samochód, i wbrew wcześniejszym deklaracjom pobierają od nas jakąś śmiesznie małą kwotę. Jestem ciekawa, czy się zorientują i ściągną sobie później z karty. Póki co jesteśmy na plus. Dogaduję się też, że sami sobie zatankują samochód, bo tutaj przed 6 rano nie znajdę im żadnej otwartej stacji. Stacji zresztą nie ma, zwykle jest dystrybutor obok sklepu lub knajpy.
Upewniam się też, że samochód mam oddać zostawiając go otwarty, gdziekolwiek na lotnisku, z kluczykami za osłonką przeciwsłoneczną. Pani się śmieje z mojej nieufności. Ale tutaj ludzie raczej nie są podejrzliwi. Na campingach są skrzynki, do których wrzuca się pieniądze za pobyt, bo nie ma żadnych recepcji, a na pracownika obsługi można po prostu nie trafić. Ser, który kupowaliśmy wczoraj, był w wielkim pojemniku, obok pudełko z pieniędzmi: wybierz, zapłać, wydaj sobie resztę.
- No a właściwie ukradniesz samochód i co? - mówi B. rozsądnie - Gdzie nim niby uciekniesz?
Poczta, drobne zakupy i wracamy na nasz pierwszy camping rozbić namiot na ostatnią noc. Słońce od rana szaleje, więc jemy lunch na ławeczce na powietrzu, która zresztą dość spektakularnie pod nami się łamie. Zmurszała.
Później skok na południe, żeby odwiedzić croft zamieniony w muzeum. Mijamy go za pierwszym razem i musimy zawrócić. Wzdłuż wąskiej drogi biegają króliki i owce, i bardziej niż zwykle muszę uważać, żeby czegoś nie ubić. Chociaż może obiad by był. Wczoraj jechaliśmy szosą, przez którą szła kaczka z małymi.
- Zobacz jakie śliczne! - mówi B. i zaraz płynnie dodaje zmienionym głosem- Ale bym zjadł kaczkę.
Croft, czyli dom wiejski, jeszcze do niedawna był bardzo typowym domostwem na Szetlandach. W środku izba z płonącym zawsze ogniem, pachnąca dymem, łóżka i krzesła z drewna wyrzuconego przez morze, bo o inne tu trudno. Nie ma więcej turystów, siadamy przy kominku, a pani przewodnik opowiada: o tym, jak kopało i suszyło się torf na całą zimę, o odejściu od kościoła, o biedzie i emigracji, o tkaniu swetrów jako sposobie na przetrwanie, o odkryciu ropy, które zmieniło gospodarkę wyspy.
Możnaby tak siedzieć i siedzieć. Ale plan dalej napięty, więc jedziemy na północ. Po kilkudziesięciu minutach mijamy napis WELCOME TO NORTHMAVINE, jak czasem nazywa się północny mainland. W Brae zatrzymujemy się po kawę i upewniamy, że restauracja, w której planujemy kolację będzie otwarta odpowiednio długo. Mijamy punkt, z którego świetnie widać ten terminal paliwowy, który oglądaliśmy jadąc na Yell. W końcu droga doprowadza nas do Eshaness.
Jak pomyślę, że prawie zrezygnowaliśmy z pojechania na północ, to aż mi się zimno w środku robi. Czerwone klify, skały wystające z wody, skąpane w słońcu; do tego widok na inne wyspy, coraz bardziej blade aż do horyzontu. Pierwsza sesja zdjęciowa z farmy, na której pasą się gigantyczne, budzące respekt świnie. Dalej droga wiedzie aż do latarni morskiej, gdzie morze otwiera się w pełni, skały tworzą labirynty w morzu, ptaki lęgną się w zagłębieniach kamienia, a ja nie wierzę jak pięknie może być na świecie i aż płakać mi się chce z radości. Koło urwiska stoi ławka z widokiem na te cuda, tak, jakby ktoś przewidział, że tu nie wystarczy spojrzeć, pstryknąć zdjęcie. Trzeba siedzieć i chłonąć.
Zjeżdżamy w końcu, chcemy rzucić okiem na Ronas Hill, najwyższe wzniesienie archipelagu. Wejść nie mamy czasu ani chyba ochoty, ale popatrzeć? Czemu nie.
Okazuje się, że nie dość, że góra, nie dość, że te czerwone klify, to jeszcze fjord się znalazł.
- Wstydu nie mają. - mruczy B. na siedzeniu pasażera.
Od tych wszystkich atrakcji burczy nam w brzuchu, więc wracamy do Frankie's, podobno drugiej najlepszej restauracji fish and chips w Wielkiej Brytanii, a pierwszej na Szetlandach. Ja decyduję się na mule, które są wielkie i przepyszne, a na deser dzielimy się ciastem czekoladowym. Wszystko to mimo protestów głosu rozsądku w postaci B., który zawsze próbuje oszczędzać, a ja mu to zawsze utrudniam...
Po kolacji jedziemy na wyspę Muckle Roe, obejrzeć most i widoki. Jest ślicznie. Zwłaszcza marina na samym początku, gdzie z nadzieją - niestety płonną - wypatruję wydr.
Kończy się dzień i słońce co raz czerwieńsze, ale nie chcemy jeszcze jechać spać. Wracamy do Lerwick obejrzeć lodberries, domy nad samą wodą, do których można przypłynąć lódką, zacumować na prywatnym molo, albo przywieźć ładunek niemalże wpływając do garażu. Pałętamy się po porcie ile się da. Jest po 22, ale nadal jasno.
Jadąc autem mijamy znak N60st i wdajemy się w długą i żenującą dyskusję o południkach, równoleżnikach, długości i szerokości geograficznej. W końcu jednak uzyskujemy jakiś konsensus.
Kiedyś musi nastąpić camping i pakowanie. Nie można odwlekać w nieskończoność. Sprawnie i efektywnie napełniamy plecak. Rano tylko namiot, śpiwory i w drogę. Przekonuję B., żeby się już położył, ja chcę napisać bloga. B. patrzy na łunę na ciemnym niebie.
- To wschód czy zachód?- pyta.
A ja nie umiem mu odpowiedzieć. Bo to jest tu najpiękniejsze. Ten niekończący się dzień, i zmrok tylko po to, żeby zachwycić się wędrówką słońca za horyzont, a zanim przyjdzie nostalgia, znowu niebo pęka powoli, zalewa stopniowo jasnością i zachęca, żeby zacząć nową przygodę.