Nie wiem, czy nie była to najbardziej egzotyczna z moich
wypraw.
Ale po kolei.
Wszystko zaczęło się kilka(naście?) tygodni temu, kiedy ze
względu na zmianę sytuacji życiowej odkryłam, że znowu mam czas na fitness.
Zbiegło się to z ochami i achami mojej szacownej sąsiadki na temat nowo
otwartego klubu w naszej okolicy. Ponieważ
od lat płacę za karnet, który do tej pory pomagał mojej formie tylko jako
dodatkowe obciążenie torebki, poszłam w końcu. Na próbę. Jedne zajęcia, drugie,
te fajniejsze, tamte słabsze, w końcu złapałam się na tym, że najbardziej lubię
zumbę, chociaż nie koniecznie daję na niej radę – bo raz kondycja mi siadła,
dwa moja koordynacja ręce-nogi od zawsze pozostawia wiele do życzenia. Ale bawiłam
się na tyle dobrze, że niezrażona chodziłam, coraz częściej i do różnych
miejsc.
Po kilku dramatycznych pomyłkach (kluby bez klimatyzacji,
instruktorzy bez ikry itp.) wyodrębniłam trzech świetnych prowadzących i
ustaliłam sobie zajęcia tak, żeby codziennie na jakąś zumbę się załapać.
Uzależnienie rosło, muzyka z zajęć towarzyszyła mi przez pół dnia, zdarzało się,
że chodziłam dwa razy dziennie, bo organizm się szybko przyzwyczaił do wysiłku.
I wtedy nastąpiła tragedia.
Urlop.
Na myśl o dziesięciu dniach bez zumby oblał mnie zimny pot.
Ale od tego jest wujek Google. Wstukałam nazwę najbliższego mojej działce
miasteczka razem z hasłem „zumba” i ku mojemu zdumieniu: jest! znalazłam! są zajęcia
dwa razy w tygodniu!
Przyjechałam na działkę w czwartek, zaliczając rano poranną
zumbę na wylocie ze stolicy. Piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek
przesiedziałam jak na szpilkach, ratując się bieganiem i tańczeniem ukochanego
No Behavior przy myciu zębów i nie tylko. We wtorek weszłam na stronę lokalnego
klubu (która jest zarazem stroną sklepu odzieżowego, bo pani instruktor ma dwa
zawody…), wyszukałam numer telefonu i zadzwoniłam.
Odebrano za drugim razem. Bardzo miły głos powiedział, że
tak, oczywiście, są zajęcia, w dodatku pierwsze gratis, można przyjść, jak
najbardziej, jak mi się spodoba, to się mogę zapisać. Wyjaśniłam szybko, że ja
przyjezdna, i pewnie tylko ten raz, no może jeszcze w czwartek, ustaliłyśmy
gdzie mam dojechać i pomysł mój zaczął nabierać realnych kształtów.
Kwadrans przed 19.00 dotarłam na miejsce. W szatni grupa
poddenerwowanych nowicjuszek, boją się, czy dadzą radę, bo na „jutube” to tak
strasznie ciężko wyglądało. Nie ma zamykanych szafek, tylko haczyki na których
wszyscy zostawiają rzeczy, ale ja- nieufna warszawianka- zabieram torebkę ze
sobą.
Przy wejściu na salę trzeba uważać, żeby nie potknąć się o
wieżę, z której leci muzyka, a którą instruktorka przynosi ze sobą w
niebieskiej ikeowskiej torbie. Pomieszczenie nie jest wielkie, półokrągłe, w
jednym kącie nie wiedzieć czemu leżą pozwijane wykładziny, na ścianach
pojedyncze lustra, rozmieszczone tak, że może co czwarta pani ma szansę patrzeć
na siebie. Tłumek dosyć spory. Miła odmiana po Warszawie: zero lansu. Ani
jednej sztuni w getrach w panterkę, ani jednej w wieczorowym makijażu, żadnych
dekoltów do pasa. Wszyscy uśmiechnięci. Wiek: od siedmiu do czterdziestu pięciu
lat (to znaczy ta najstarsza pani dla mnie miastowej wyglądała na zdrowe 60,
ale wiem, że tutaj przy ciężkiej pracy niestety kobiety inaczej się trzymają).
Atmosfera bardzo sympatyczna.
Pani instruktor patrzy po sali i zauważając wiele nowych
twarzy mówi, że chce zrobić krótkie wprowadzenie. Czekam na formułkę o fuzji
tańca i aerobiku i absolutnej konieczności uśmiechania się (czego zwykle nie
robię, koncentrując się na nie zabiciu się o własne nogi), i szczerze mówiąc
już mam nie słuchać, a tu okazuje się, że same nowości. Na zumbie nie robimy
przerw (o?!), piosenki lecą jedna po
drugiej, jest ich zawsze dziesięć i zawsze z jednej płyty, ta płyta zmienia się
raz na miesiąc, no chyba, że kursanci oporni i się w miesiąc nie nauczą, to
wtedy nie ma po co zmian wprowadzać. Zaczynam się bać, cholera, czego to można
w miesiąc nie ogarnąć, staje mi przed oczami znienawidzona lambada z trzy razy
powtarzanym krokiem samby, którego żaden NORMALNY człowiek nie zrobi. Może
takich kroków jest więcej?...
- Która pani do mnie dzisiaj dzwoniła? – pyta instruktorka.
Nieśmiało podnoszę rękę.
-A pani przyjezdna, tak? A skąd, jeśli mogę zapytać?
-Z Warszawy – przyznaję przepraszającym głosem. Od razu
wbija się we mnie kilkanaście par ciekawych oczu, jak to taka z Warszawy z
bliska wygląda.
-Nooo, to zobaczymy – uśmiecha się pani instruktor – jak sobie
Warszawa na zajęciach poradzi.
Matko Boska, jaka presja.
Zaczynamy. Szybko się okazuje, że martwiłam się na zapas.
Podstawę stanowi V-step oraz krok podwójny. Dochodzą do tego elementy flamenco
w wydaniu regionalnym, oraz kilka kroków typu „hip-hop”, nie bez znaczenia
pozostaje użyty przeze mnie cudzysłów. Najbardziej skomplikowany układ obejmuje
chassé, mambo w tył, chassé, mambo w tył, chassé i… uwaga! mambo w przód!
Ponieważ wieża moc ma jaką ma, tańczące panie zagłuszając muzykę nie trafiają w
jeden, ale przecież nie o to chodzi, żeby się koniecznie z rytmem zgadzało.
Zagadką do końca pozostają dla mnie lokalne zwyczaje w kwestii wyboru nogi,
ponieważ ze względu na brak lustra za sobą prowadząca jest do nas zawsze
przodem, co w moim mniemaniu oznacza, że ja i ona zawsze będziemy tańczyć od
nogi przeciwnej, bo ona powinna być moim odbiciem, ale ona zaczynając od lewej
do nas też mówi „lewa”, więc mam niezlą zagwostkę. Reszta sali dzieli się w tej
kwestii na dwa obozy, nie pomagając mi nijak w podjęciu decyzji.
Obserwuję instruktorkę z ciekawościa. Muszę z bloggerskiego
obowiązku bycia obiektywną napisać, że wdzięku niestety jej brakuje. Jest dobrze po trzydziestce na oko, zbudowana
proporcjonalnie, ale zeszpecona nieładnym tatuażem. I widać, że muzyki nie
czuje. Momentami liczy pod nosem i widać, że koncentruje się bardzo na tym,
żeby nie zgubić kroku. W ruchach bardzo toporna, nawet jeśli nie porównywać jej
do „moich” warszawskich instruktorów, którzy jak już pisałam są najlepsi na
świecie J i
muzyka płynie przez nich tak samo, jak oni płyną przez muzykę. W duchu po raz
n-ty w życiu poddaję w wątpliwość wagę oficjalnych licencji, bo jakby ktoś nie
wiedział zumba jest bardzo sformalizowaną dyscypliną i każdy prowadzący
powinien posiadać akredytację, którą ta pani (sprawdziłam) jakoś uzyskała.
Zanim zdążyłam się obejrzeć –albo zmęczyć- zaczyna się
piosenka do rozciągania. Patrzę na zegarek: tak, rzeczywiście minęła
godzina. Rozprostowuję mięśnie i
rozglądam się po sali.
I robi mi się trochę wstyd. Wstyd, że w głowie tak mocno
wyśmiałam te zajęcia. Bo może dla mnie to jest tylko godzina na przetrwanie
tego tygodnia, nijak nie przystająca do standardu zajęć, na które chodzę, ale
wokół mnie widzę ponad dwadzieścia uśmiechniętych kobiet, dla których ta zumba
jest jedyną, na jaką kiedykolwiek dotrą. Daje im staysfakcję, radość, odrywa od
codziennego życia w małym mieście i daje im poczucie, że robią coś, co jest modne
i na topie teraz na świecie. Daje im pozytywną energię, czyli de facto wywiązuje
się ze swojej zumbowej misji. I zaczynam gdzieś tam w środku podziwiać i
szanować tę instruktorkę, że stara się jak może propagować na – bez urazy-
prowincji tak rewelacyjną formę ruchu. Wychodzę życząc jej w duchu jak
najwięcej sukcesów.
Ale sama nie mogę się doczekać poniedziałku… J