środa, 25 czerwca 2014

Szetlandy 3

23.06 - Sumburgh Head

Czy noc była ciepła i wygodna - zdania są podzielone. Większość czasu padało i krople z cudownym dźwiękiem rozbijały się o brezent czy z czego tam się teraz robi namioty. B. kilka razy mnie budził twierdząc, że gdzieś jest mokro, ale nie było, namiot ładnie wytrzymał. Zresztą nawet jakby było: wszystkie ubrania są zapakowane próżniowo a elektronika bezpieczna w żeglarskich torebkach. Nauczyliśmy się na Skye.

Wygląda, że zupełnie ciemno nie zrobiło się wcale, od około północy panuje delikatny półmrok, ale widać daleko w dal i można żyć bez latarki. Simmer dim, białe noce.

Budziliśmy się dwa razy. Najpierw o 7.00, kiedy to na wszystko było za wcześnie, później po 10.00, i to już nie pozwoliło nam na nic poza ubraniem się, wrzuceniem sera między kromki chleba i szybkim marszem do autobusu.

Wsiadamy.
- Do Sumburgh - mówię.
- Lotnisko? - pyta kierowca.
- Nie, miasto.
Spojrzenie w odpowiedzi mówi mi, że "miasto" to jest wielkie nadużycie semantyczne.

Jedziemy. Widoki piękne.
- Czy my właśnie przejechaliśmy pas startowy? - pyta B. niepewnie.
Tak! Lotnisko jest na tyle małe, albo na tyle duże na tak małą wieś, że pas krzyżuje się z drogą, i kiedy ma lądować lub startować samolot, zamyka się wjazd na pas szlabanem, jak u nas na przejeździe kolejowym.

Wysiedliśmy trochę za wcześnie, koło Old Scatness i Betty Mouat's böd, ale nie weszliśmy do środka, tylko poszliśmy w stronę hotelu. Nagle na poboczu jakiś ruch.
- Popatrz, królik!- mówi B. Ale za chwilę dodaje smutno - Coś z nim nie tak.
Rzeczywiście, biedne zwierzątko chyba wpadło pod samochód i próbuje się jeszcze ratować, ale nie ma władzy w tylnych nóżkach i przewraca się bezwładnie. Wygląda to okropnie.
- Nie możemy go tak zostawić.
No nie możemy. Pilnując, żeby nie wpadł pod pędzące samochody dzwonimy gdzie się da. Najpierw pod 999, bo to pierwszy numer, który przychodzi B. do głowy. Pani odsyła nas do RSPCA, ale nie zna numeru. Szukamy w internecie, chociaż na mojej szkockiej komórce zabiera to wieki. Jest, dzwonię.
- Jeśli dzwonisz w sprawie rannego zwierzęcia wybierz 1. Jeśli dzwo.... Marnujemy dużo osobogodzin na zwierzęta, których już nie ma w zgłoszonym miejscu. Upewnij się, że zwierzę jest tam, gdzie było, albo że masz je w zasięgu wzroku. Jeśli dzwonisz w sprawie dzikiego zwierzęcia, wybierz 1. Jeś... Jeśli dzwonisz w sprawie dużego zwierzęcia, wybierz 1. Jeśli dzwonisz w sprawie małego zwierzęcia, wybierz 2.
Nareszcie słyszę żywą osobę. Rozmowa ciągnie się niemiłosiernie. A jaki królik, a czy na pewno dziki, a w jakim kolorze, a gdzie jesteśmy, a czy możemy poczekać na patrol, to ona sprawdzi czy ma patrol. A, na Szetlandach? To nie ma. Ale może jakbyśmy sobie znaleźli numer do SRSPCA...
Królik niestety nie dożywa końca naszej rozmowy. Nieruchomieje w trawie i wiemy, że nie możemy nic już dla niego zrobić, ale odchodzimy z czystym sumieniem, że przynajmniej próbowaliśmy.

Kawałek dzielący nas od wykopalisk w Jarlshof idziemy prawie w ciszy, mocno trzymając się za ręce.

Wykopaliska to jest miejsce, w którym moja stopa bez inicjatywy B. by raczej nie postała, ale straciłabym wiele. Ludzie mieszkali w tym miejscu od ponad 4,000 lat! Ruiny z Epoki Kamienia, Żelaza, pozostałości po Wikingach i średniowieczna farma, pozostałości murów opowiadają historię tych ziem. Dostajemy audioprzewodnik czytany przez panią z najpiękniejszym szkockim akcentem i muzyką w tle. Zapadamy się w klimat. Jarlshof zainspirował Sir Waltera Scotta do napisania "Pirata" i teraz obydwoje chcemy przeczytać tę książkę.

Po wyjściu długą ścieżką wzdłuż klifu idziemy do latarni morskiej. Trasa biegnie przez pastwiska (jedno opatrzone tabliczką "uwaga na byka") i łąki. B. wyraża wątpliwość czy należytą uwagę poświęcono bezpieczeństwu prowadząc ścieżkę tak blisko urwiska. Ornitolodzy entuzjaści z długimi obiektywami fotografują liczne ptaki. W zagłębieniach na skałach osiedliły się mewy. Pod samą latarnią pasą się owce i ciężko przejść ten kawałek tak, żeby w nic nie wdepnąć. Za to przy końcu ścieżki czeka mnie nagroda. Moje wymarzone maskonury!!! Ptaszki dużo mniejsze, niż obydwoje sądziliśmy, ale i tak urocze, ze swoimi czarno-białymi ciałkami i kolorowym dzióbkiem, chętnie pozują nam do zdjęć. Wypatrujemy w morzu orki, która czasem jest tu widywana, ale musimy obejść się smakiem i zadowolić wielką kością z czaszki wieloryba ustawioną przy wejściu do latarni.

Widok z góry nieziemski.

Przez poranny popłoch nie zabraliśmy wody do picia, i już spragnieni jesteśmy bardzo, a że kupić nic nie można, pan ze sklepu z pamiątkami częstuje nas kubkiem wody. Schodzimy wzdłuż drogi, szybciej, niż pięliśmy się w górę. Znajduję skrót przez pastwisko, i muszę obiecać B., że jeśli ktoś się przyczepi, że jesteśmy na jego terenie - biorę tłumaczenie na siebie.

B. odmawia przyjęcia do wiadomości, że ziemia w Szkocji jest własnością publiczną i prawo mówi, że każdy może chodzić gdzie chce. Madonna kupiła kiedyś zamek niedaleko Edynburga, a kiedy dowiedziała się, że nie może go ogrodzić i otoczyć ochroniarzami - jeszcze szybciej sprzedała.

W ogóle B. zabrania mi wielu rzeczy. Nie wolno mi:
- muczeć do krów
- parskać na kucyki
- beczeć do owiec
- głaskać jagniątek
- podchodzić blisko klifu
- chodzić środkiem jezdni.
Jak na koloniach po prostu!

Przez cały dzień mijamy tych samych ludzi, którzy w różnej kolejności zwiedzają lokalne atrakcje. Co chwila pojawiają się też nasi znajomi motocykliści z campingu i machamy sobie radośnie.

Schodzimy do przystanku na tyle szybko, że jeszcze jest czas na piwo w hotelu.
- Macie jakieś lokalne? - pyta B.
- Mamy je wszystkie. - odpowiada ze śmiertelną powagą barman.
B. wybiera jedno, ja zostaję przy połówce Tennent'sa. Dostaję to jego piwo do spróbowania, no smak taki raczej dla koneserów, ale B. zachwycony. I jakoś w ogóle po tym piwie nam lepiej.

Autobusem jedziemy do Lerwick, ponieważ materac mimo naszych wczorajszych starań nadal nie działa. Niestety, wszystko jest zamknięte, bo już po 17.00. Zostaje nam obejść miasto, zjeść obiad i pójść do długo otwartego Tesco.

W mieście jest trochę uroczych uliczek, ładny ratusz (zamknięty) i fort. Najbardziej się cieszymy pod posterunkiem policji, jako, że jesteśmy świeżo po serialu kryminalnym BBC o tytule po prostu "Shetland", gdzie dzielny inspektor Jimmy Perez właśnie z tego posterunku rozwiązuje kolejne morderstwa na wyspach. Prawie się spodziewałam, że wyjdzie do nas i pomacha.

Na obiad miało być fish and chips, ale nawinęła się knajpka o nazwie Paparazzi, i po raz enty udowodniliśmy sobie, że jadamy rzeczy różne, ale najchętniej krowy. Burgery i ciepła herbata wróciły nam siły witalne.

Zostaje Tesco. Materaców nie mają, łatek nie mają. Jedzenie mają, łącznie z B. ukochaną kanapką z jajkiem i boczkiem. Bierzemy zapasy na kilka dni, z piwem włącznie, i dorzucamy do tego superglue i taśmę klejącą. Postanawiamy zrobić drugie podejście do naprawy materaca.


24.06 - St. Ninian's Isle

Dla takich dni jak dzisiaj warto żyć i dlatego też kilka dni temu poprosiłam B., żeby obiecał, że póki chociaż jedno z nas może chodzić i pchać wózek z tym drugim nie pojedziemy na wakacje siedzieć w jednym hotelu.

Ranek nas rozpieszcza. Materac całkiem naprawiony nie jest, ale trzyma dużo lepiej, słońce nadal się wygłupia i świeci, a my mamy plan na dzień bez napinania się, więc jemy leniwe śniadanko, czytamy przy kawie, a ja czekam, aż wyschną mi włosy. Nasi motocykliści niestety odjeżdżają.

Przed południem spokojnym krokiem zaczynamy iść w stronę St. Ninian's Isle, wyspy, którą z lądem łączy malownicze tombolo. Nie wiemy do końca jak to daleko, bo dozorca na campingu powiedział "kawałek", z mapy wynika jakieś 5 km, a ze znaków na drodze 5 mil.

Po drodze robimy zdjęcia na przystanku, na którym ktoś dla wygody wstawił wielki, obity pluszem fotel. Gdzieś na zboczu pan wielkimi nożycami strzyże owce, więc zatrzymujemy się popatrzeć, ale mimo, że nas do siebie zaprasza, nie podchodzimy. Uważam, że owce są wystarczająco zestresowane. Mijamy też zdechły drób sztuk dwie, na widok każdej z nich ja wydaję stosowny pisk oczywiście, wzdrygam się i uciekam.

Skręcamy z głównej drogi i co chwila mnie się wydaje, że już za tym wzgórzem, już obok tego zakrętu będzie widać wyspę. Ale wstążka szosy ciągnie się nieubłaganie i wcale nie jest to tak blisko. O ile wczoraj ja narzekałam na bolące mięśnie pośladków, dzisiaj B. ma spadek formy i widzę, że robi dobrą minę do złej gry.

Koło nas pasą się owce, małe tulą się do matek i próbują napić mleka. Jagniątek jest zatrzęsienie, co pewnie nie dziwne o tej porze roku. Mnie się podobają te podpalane, z ciemnymi nóżkami i głową.

Z drugiej strony jacyś ludzie kopią torf. Co kilka minut mija nas jakiś samochód, a pasażerowie uśmiechają się i machają przyjaźnie.

- Uśmiechnąć się i pomachać nic nie kosztuje - mruczy B. pod nosem z miną chmury gradowej - Zatrzymać się i zapytać czy podwieźć to już nie ma komu.

Wreszcie droga doprowadza nas do małej miejscowości o nazwie Bigton. Kiedy skręcamy już w stronę plaży, podbiega do nas ewidentnie emerytowany pies pasterski, który może najlepsze lata ma już za sobą, ale w owcach budzi jeszcze należyty respekt sądząc z tego jak uciekają w podskokach gdy tylko na nie spojrzy. Widać przypadliśmy psu do gustu, bo odtąd idziemy już we trójkę. Martwimy się trochę jak czworonóg poradzi sobie z przejściem przez kratki bydlęce uniemożliwiające owcom i krowom migrację poza swoje terytorium, ale widać mieszka tu nie od dziś bo sprawnie radzi sobie, przechodząc kilkucentymetrowym poboczem.

Tombolo jest wtedy, kiedy plażę z dwóch stron obmywa morze. Prościej mówiąc, jest to pas piasku biegnący przez wodę. Nigdy przedtem tego nie widziałam. W promieniach słońca piasek jest zupełnie biały, woda w kolorze najczystszego granatu, a wyspa zieleni się soczystą barwą. Cudo! Nie mogę odłożyć aparatu. Pies skacze wokół nas i prosi, żeby pobawić się z nim i rzucić mu do zaaportowania plastikową butelkę, którą znalazł nad wodą.

Przechodzimy na wyspę. Niepodzielnie rządzą na niej owce, chociaż króliki dorzucają swoje trzy grosze kopiąc podziemne tunele. I tak wszędzie - poza skalistymi klifami, które są królestwem rozkrzyczanych mew. Trzeba patrzeć pod nogi, żeby nie wpaść w króliczą norę, bo może się to skończyć szpitalem w Lerwick, a nie Krainą Czarów. Na początku staramy się też omijać owcze łajno, ale jest to w zasadzie awykonalne, więc szybko dajemy sobie spokój.

Na jednym zboczu góry są ruiny kaplicy z VII w., w której ponad 50. lat temu znaleziono skarb: srebro Piktów. Poza tym St. Ninian's jest wielkim, dzikim pastwiskiem.

W drodze powrotnej w Bigton wchodzimy do małego pensjonaciku. Chcę zapytać, czy pozwolą mi skorzystać z toalety. Bardzo miła pani mówi, że oczywiście, nie ma problemu i pokazuje na drzwi. Po wyjściu rozglądam się po tym cudownie ciepłym wnętrzu. Wykończone w drewnie, z wielkim oknem patrzącym na wyspę, trzema kotami ocierającymi się o ludzi w poszukiwaniu pieszczot. Jestem oczarowana. Pytam panią, czy zna rozkład autobusów jadących do głównej drogi. Odpowiada mi, że nic teraz nie jeździ, ale jak tylko poda kawę gościom, którzy właśnie przyjechali, podwiezie nas na camping.
- Nie, nie, nie trzeba, pójdziemy piechotą, nie chcemy robić kłopotu.
- Ależ to żaden kłopot moja droga, to dwie minutki, tylko na drugą stronę wzgórza. Tylko kawę zrobię. Może Wy też się napijecie kawy?
B. zaczynają świecić się oczy, więc lądujemy przy stole z właścicielką pensjonatu, jej mężem o polsko-bułgarskich korzeniach, i parą Niemców w średnim wieku. Wymieniamy doświadczenia i anegdotki nad kubkiem cudownie aromatycznej kawy, której tak bardzo nam tu brakuje (pijamy na campingu rozpuszczalną, i bardzo nam to doskwiera, bo z kawą taki napój ma mało wspólnego). W między czasie wpada z wizytą 84-letni sąsiad, którego angielski (?) jest kompletnie dla nas obcym językiem. Na koniec pani rzeczywiście odwozi nas na sam camping, tym samym podarowując nam długie popołudnie, z którym nie do końca wiemy co zrobić.

Wiemy natomiast, że wyślemy jej kartkę z podziękowaniami, wszystkim będziemy polecać jej dom, a sami zatrzymamy się u niej kiedy będziemy na Szetlandach następnym razem. Chciałabym, żeby było to na Up-Helly-Aa w styczniu 2016.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz