niedziela, 13 maja 2018

Stan Waszyngton, 13-19.01.2018



Seattle


Jesteśmy w Ameryce! Cieszę się, jak dziecko. Nie mogę uwierzyć. Tak bardzo, bardzo tęskniłam! Nawet nie wiedziałam, że aż tak.

Bez nerwów się nie obyło. Ja, po zmianie nazwiska, wyrobiłam nową wizę. Mąż miał starą w paszporcie już nieaktualnym, i paszport nowy - codziennie sprawdzaliśmy na stronie konsulatu, że to jest ok, ale im bliżej wyjazdu, tym więcej mieliśmy wątpliwości. A co jeśli na granicy ktoś nie będzie wiedział, że tak można? Co jeśli B. nie wpuszczą?


Obiecaj mi, że pojedziesz sama jakby co - powtarzał jak mantrę.
Mowy nie ma. Z mężem, albo wcale.

Prawdziwy atak paniki zaczął się, kiedy próbowaliśmy odprawić się online. Komunikat “nie znaleziono ważnej wizy” był jak cios obuchem w łeb. Klops. Koniec. Krew w piach, bilety do kosza, marzenia do ścieków. Ja postulowałam, żeby pojechać odprawić się na lotnisku, z żywym człowiekiem pogadać, bo może system po prostu ma numer wizy przypisany do innego paszportu, a człowieki powiążą fakty i będzie ok. W końcu w przypływie jasności umysłu mąż wyskoczył z łóżka i krzyczy:

- Słuchaj, a jakby jako kraj wydający wizę wpisać USA, a nie Polskę?!

Zadziałało. Ale stres pozostał.

I ja się tylko pytam: skoro jedynym państwem wydającym wizę do USA jest USA, to po cholerę jasną dawać ludziom do wyboru listę wszystkich krajów świata? Żeby im w głowie mieszać? Test na inteligencję to był? Co za bzdura!

Z tego wszystkiego spać nie poszliśmy - samolot o 7.00, na lotnisko na 5.00, a tu już 23 z minutami… Lepiej nie spać. Ja dotrzymałam, zrobiłam pranie, pochowałam ozdoby choinkowe, prysznic wzięłam. B. usnął na kanapie z książką na twarzy. Niech śpi.

Kiedy wybiła zaplanowana czwarta, poderwał się jak oparzony. Uber zawiózł nas za szybko i za wcześnie, kolejki nie było, i przyszło nam czekać długo pod gejtem. Wyłożyłam się na metalowym siedzeniu i przycięłam komara, bo już nie zapałki, a pale i filary mostu nie utrzymałyby moich powiek. Małżonek za to już obudzony był, stres go trzymał kolejny - bez sensu podżegany przez osoby trzecie - że Frankfurt duże lotnisko, nie zdążymy na przesiadkę, nie polecimy.

- Ale kotuś - próbuję logicznej perswazji - to Lufthansa, i to Lufthansa, bagaż nadany na Seattle, poczekają, jeśli będzie trzeba, jak tfu tfu coś, to muszą nas w następny lot wsadzić.

Nic nie docierało. Nie zdążymy, koniec kropka, nerwy, stres. Mogę sobie gadać.

W rzeczywistości jeszcze się naczekaliśmy pod gejtem znowu, chociaż mój żarcik, że to ja może jeszcze wolnocłówki oblecę, nie trafił na wdzięczną publiczność…

Lot dziwnie. Bo ja zwykle wykonuję akcję teleportację, usypiam przy starcie, budzą mnie jak trzeba wysiadać. A tu nie, sen nie przychodził. No to poćwiczyłam włoski na jakiejś lekkiej komedii, później drugi film przespałam niby, ale zaraz znowu się wybudziłam, więc wybrałam coś z Reese Witherspoon (ja wiem, może ona nie jest jakaś ach ach, ale lubię ją niezmiernie i niezmiennie), później jako chyba pierwsza osoba w historii zrobiłam cały zestaw ćwiczeń z flyrobicu, żeby się całkiem nie zastać w jednej pozycji, i posłuchałam wywiadu z Emmą Thomson. Ostatnia godzina lotu wlokła się bardziej niż lekcja z klasą, która nic nie wie, nic nie chce, nic jej nie interesuje…

Ale dolecieliśmy. Po dziesięciu godzinach wstałam z krzesła, tyłka nie czując, kostki straciwszy już gdzieś nad Islandią. Ale nic to, opuchlizna zejdzie, a my zaraz będziemy w Ameryce!

Zaraz. Ha. Ha ha ha. 2 godziny to było. Kolejki, sto razy pokazywanie paszportu, automatyczny kiosk do odprawy wizowej, nieautomatyczni funkcjonariusze, sto pytań do, w walizce jak wyrzut sumienia ptasie mleczko dla przyjaciół, ale czy przez to ptasie mleczko to ja muszę zaznaczyć na deklaracji, że wwożę owoce, warzywa, jedzenie lub insekty?! Przecież jak zaznaczę, że tak, to oni tych insektów w walizce będą szukać do wieczora, umrę na tym lotnisku, nieba nie zobaczę. Ale zaznaczyć, że nie? Okłamać rząd amerykański? Na szczęście inne pytania łatwe, krów nie dotykałam, sadzonek nie wiozę, mięsa w skarpetki poupychanego też nie mam.

Zostaliśmy przestępcami. Ptasie mleczko pozostało niezadeklarowane. Trudno, raz się żyje, Alcatraz już zamknięte, może będą dla nas łaskawi. Jeszcze w dodatku słuchawki z samolotu nam się zaplątały do plecaka…. Prawdę mówią, ci Polacy to jednak sami przemytnicy i złodzieje…

W końcu wyszliśmy na światło dzienne. Bez kłopotu znaleźliśmy pociąg z Tacomy do Seattle, podoba nam się bardzo, że bilet kosztuje $3, nie ma skubania turystów jak to bywa na lotniskach, że nagle 20 euro autobus kosztuje, bo jak turysta, to go stać. Podziwiamy widoki.

Góry takie, że dech zapiera, konkurs kto pierwszy zobaczy słynną Space Needle B. wygrał bezapelacyjnie, nasz wynajęty apartament rzeczywiście jest krótki spacer tylko oddalony od stacji, i był gotowy, kiedy dojechaliśmy.

I teraz jest tak: zegarek pokazuje 14.00, słońce świeci, a organizm wrzeszczy, że jest 22, i po tylu emocjach, podróżach i stresach ciężko nie paść na twarz.

To znaczy nie mój organizm, bo ja się szczycę tym, że jet lag nigdy mnie nie dotyczy; to jest przypadłość dla tych, co nie są pracoholikami, nie daj Boże regularny tryb życia prowadzą, i nie zdarza im się usiąść na dwie godziny do komputera, a wstać po szesnastu. Więc mój osobisty organizm to szepce tylko “laska, ale bez przeginki, dwa dni na nogach, nie mamy już dwadzieścia lat, żeby brak snu ogarnąć godzinką w saunie i wrócić na najwyższe obroty, szanujmy się…”

Więc postanowiliśmy się szanować i aktywności ograniczyć do zwiadu po najbliższej okolicy i zjedzenia kolacji.

A ponieważ ja mam zawsze takie szczęście, że w fajnym miejscu nocleg wyszukam, najbliższa okolica to tarasy nad wodą i słynny Pike Market.

Cały czas czuję się, jakbym chodziła po Hollywoodzkim filmie. Seattle to takie duże-nieduże miasto, z ulicami biegnącymi w górę i w dół, tramwajami, słynną kolejką monorail, kilkunastoma wieżowcami, ulicami, na których jest bardzo dużo pasów, ale zawsze któryś jest zamknięty. To znaki drogowe, które częściej przyjmują formę napisów niż piktogramów. To dymiące studzienki, dlaczego u nas tak nie dymią? To wąskie, zaśmiecone zaułki, w których raz po raz widać interweniującą policję. To w końcu tygiel rasowy, pachnący co krok legalną tutaj marihuaną. Chodziłam i się zachwycałam, chłonęłam każdym zmysłem zapachy, kolory, fakturę.




Pierwszym miejscem, które obejrzeliśmy był Pike Place Market, ciągnący się wzdłuż wybrzeża zatoki Elliott pasaż handlowy, gdzie są i pamiątki dla turystów, i organiczne warzywa w najpiękniejszych kolorach świata, i lokalne przyprawy, miody, konfitury, wina i- a może przede wszystkim- owoce morza i ryby. Oczu nie można oderwać! Te homary takie dorodne, przegrzebki wielkie, mule, łososie, ośmiornice…! Ślinka cieknie. Ale to na konfitury się skusiliśmy.

- Przepraszam bardzo- mówię do sprzedawcy - czy ta marmolada z malin z papryczką habanero to jest ostrzejsza niż ta z truskawek z pieprzem, której tutaj spróbowałam?
- Jest jest - odpowiada mi z uśmiechem - spróbuj tej.
Podaje mi małą, plastikową łyżeczkę, a na niej odrobinę intensywnie czerwonego przetworu.
- To jest, powiedziałbym, moc dwa. Mamy do szóstki.
Próbuję. Najpierw nic, ale za chwilę czuję charakterystyczne mrowienie na języku. Rewelacja.
-To ja chcę teraz spróbować szóstki - mówię pewnie, bo ja lubię ostre.
Trzeba się było tak nie wyrywać.

Paliło koncertowo, i lassi z mango by się przydało do ugaszenia tego pożaru. Ale trzymam fason.
-To ja jednak tę dwójkę wezmę - mówię, a sprzedawca uśmiecha się pod nosem.

Przy wyjściu z targowiska natykamy się na antykwariat. Wystarczy mi jeden rzut oka na liczbę książek, żeby pospiesznie ucałować męża w policzek i zapewnić, że w pobliskim Starbucksie poczekam ile będzie trzeba, natomiast uczestniczyć w przeglądaniu tego wszystkiego - odmawiam.






I tak on zostaje z książkami, ja - z kawą.

Słynny Starbucks właśnie tu miał swoją pierwszą kawiarnię, otwartą w 1971 roku. Nie ma jej już, a znajdowała się właśnie na Pike Place Market. Przeniesiono ją później poza obręb targowiska, i tam tkwi do dzisiaj, zwana “oryginalnym Starbucksem”. Łatwo ją rozpoznać po nieludzkiej kolejce, jak po naleśniki w Manekinie. Ale elementy oryginalnego wyposażenia, i charakter pierwszego lokalu, widać bardziej w Starbucksie po drugiej stronie targowiska, i to tam zapadam się w skórzany fotel w rogu, obserwując ludzi siadających przy postawionym centralnie wielkim, drewnianym stole. Robię swoje rzeczy, korzystając z darmowego internetu. B. wpada raz, z szałem w oczach opowiada coś o science fiction z lat 60., a później biegnie do kolejnego antykwariatu. Kiedy pojawia się wreszcie z upolowanymi pozycjami, i prośbą, żeby wrócić z nim do sklepu i zrobić mu zdjęcie wśród książek, wychodzę i spełniam jego prośbę.





Słońce zaczęło zachodzić, zrobiła się szesnasta z minutami, posprzeczaliśmy się żartobliwie o zrobienie zdjęcia pod słońce na tle słynnego neonu PUBLIC MARKET przy wejściu na targowisko,a później “na czuja” poszliśmy malowniczymi uliczkami szukać hamburgerowni, bo obydwojgu nam w duszy wołowina grała.



I jakąś w końcu znaleźliśmy, ani najlepszą, ani najtańszą; zakupy też zrobiliśmy w sklepie pod domem, pewnie przepłacając. Ale zawsze tak jest w pierwszy dzień wakacji, zanim poznamy nowe miejsce, musimy zapłacić frycowe. Do końca nie żałuję, bo upolowałam lokalne wino, od którego kolejną już godzinę oderwać się nie mogę…

Co się naoglądaliśmy miasta po drodze, to nasze, i fasad przepięknych, i sylwetki miasta na tle horyzontu, i nowego projektu Amazona- Seattle Spheres ( budowli w kształcie trzech kopuł, z mikroklimatem i tropikalnymi roślinami w środku; budowa zostanie zakończona w tym roku, a pracownicy będą mogli w środku miasta lunch zjeść na łonie natury).





Kiedy wróciliśmy do pokoju, była 18.30. Walcząc ze zmęczeniem przegadaliśmy jeszcze plan na jutro. Mąż padł o 19.30, po nierównej walce z prysznicem (wygranej!), który nie chciał się uruchomić (kto by pomyślał, że kran trzeba w całości pociągnąć do siebie…?). Ja zasiadłam do bloga. Mam wrażenie, że jest nad ranem, ale zegarek mówi nieubłaganą prawdę: wybiła 21:49…

Następnego dnia wstaliśmy wcześniej niż słońce, bo ono wschodzi dopiero przed 8.00. Zresztą w naszym mieszkaniu i tak ciężko o światło dzienne, bo widok mamy na wewnętrzne patio z systemami ogrzewania.

Na śniadanie obłędna, paląca konfitura z malin z najostrzejszą papryczką habanero, i kawa. Za słaba, nie umiemy w ekspresy przelewowe. Zatęskniłam za naszą domową maszyną.

Wyszliśmy, kierując się na północny zachód. Cały dzień miał nam upłynąć na szwendaniu się po mieście, nadal twierdzimy, że to najlepsza metoda poznania nowego miejsca: z buta. Szok tlenowy gwarantowany, za to widzi się wiele rzeczy, które w autobusach czy samochodzie po prostu umykają. I ludzie, którzy przechodzą, którzy zagadują, których mijamy siedzących na ławkach - oni także dokładają się do tego kompletnego obrazu miasta.

W Seattle - jak się wydaje - każdy ma psa. Poubierane w fantazyjne pelerynki chroniące przed chłodem i deszczem, małe, duże, rasowe, kundelki, ładne, ładne inaczej, mijają nas co krok. Do każdego musimy się uśmiechnąć, zagadać, niektóre pomiziać chociaż troszkę. Siedzą w parkach, kawiarnianych ogródkach, biegają z właścicielami.

Nie wiem, czy to norma, czy fakt, że dzisiaj było święto, urodziny Martina Luthera Kinga jr., ale Seattle - a jesteśmy przecież w samym jego centrum- nie zrobiło na mnie wrażenia metropolii, w której wszyscy się dokądś spieszą. A przecież to tu mieszkają najbogatsi ludzie świata, Bill Gates i Jeff Bezos, to tu siedzibę ma Amazon, to stąd pochodzi wiele znanych firm.

Zauważyliśmy sporo osób w kryzysie bezdomności, i sporo chorych psychicznie, biegających po ulicy w rozchełstanej koszuli z obłędem w oku, lub mamroczących do siebie pod nosem. Każda godzina tutaj pogłębia moje wrażenie, że jestem na gigantycznym planie filmowym produkcji pt. “Oto USA”. Takie moje prywatne Truman show.

Ale co dziwne - albo i nie - urzeka mnie ta część Stanów niewyobrażalnie. Jest doskonałą mieszanką wszystkiego, co kocham w tym kraju. Z parku olimpijskiego jest taki widok na ośnieżone, majestatyczne góry, że dech zapiera! A sam park zachwyca rzeźbami, kamienistą plażą, na której podobno można spotkać foki (zmówiły się z reniferami islandzkimi i pochowały przede mną), ścieżkami do biegania i jeżdżenia na rowerze. W tle słynna Space Needle, symbol miasta. Mąż chciał zrobić mi niespodziankę i zabrać tam na kolację, ale restauracja akurat jest w remoncie - z opcji zostało nam wjechanie na taras widokowy i podziwianie panoramy miasta. Uznałam jednak, ku radości B., że przejażdżka windą to nie najlepsze zastosowanie dla $50, i zdecydowaliśmy się podjąć większy wysiłek i wejść na górę do Kerry Park, skąd całe miasto widać jak na dłoni. Zupełnie za darmo.




Doszliśmy także, klucząc po dzielnicach mieszkalnych i fantazjując o posiadaniu tu domu z kuchnią z widokiem na Mt. Ranier, do Union Park nad jezioro. Fajnie mieć takie miejsca w mieście. Obok znajduje się siedziba wspomnianego już Amazonu, bez wielkich szyldów, można ją zlokalizować tylko po adresie. Zataczając koło znaleźliśmy się obok naszego mieszkania, i wpadłam na szatański pomysł, żeby wejść na chwilę.

Usnęłam w ciągu pięciu minut. B. obudził mnie po godzinie, sugerując wyjście na kolację, bo poza kawałkiem nowojorskiej pizzy na pół od śniadania nie jedliśmy nic. Zbyt zmęczeni żeby iść do chińskiej dzielnicy, jak planowaliśmy wcześniej, wylądowaliśmy w głośnej, meksykańskiej knajpie obok Pike Market: marguerity, piwo z limonką, tacos, nachos i burritos- jednym słowem: klasyki. Pyszne.

Zaskoczyło nas, że około 18 poza tą knajpą na targowisku i w okolicach niewiele już zostało otwartych lokali. Widać jest to miejsce, które zamiera po zmroku. Za to nie było kolejki w pierwszym Starbucksie, i udało nam się wreszcie do niego wejść.
Wieczór po powrocie do domu był krótki: kieliszek ulubionej trucizny i sen spadł na nas jak jastrząb na zająca. O 22 państwo G. pogrążeni już byli głęboko w objęciach Morfeusza.

Poza tym, że Seattle to kolejne miasto, które zawsze chciałam zobaczyć, bo wiadomo, Grey’s Anatomy, Tom Hanks i Nirvana, to w jego położeniu jest coś bardzo dla mnie szczególnego. Otóż nieopodal leży miejsce, o którym śniłam i marzyłam od bardzo wielu lat...

Był koniec roku ‘90, a może już ‘91. Miałam jakieś 11 lat. Mieszkałam obok moich Dziadków, wystarczyło przejść przez ogrody i już można było spędzać czas razem. Dziadziuś odkąd pamiętam co tydzień zaznaczał czerwonym długopisem ciekawsze pozycje w programie tv. Któregoś razu powiedział:

Będzie nowy, amerykański serial, który zdobył wszystkie nagrody. Możemy obejrzeć razem.

I tak pewnego wieczora pierwszy raz zobaczyłam rudodrozda, który w rytm pięknej muzyki Angelo Badalamenti patrzy w prawo siedząc na gałęzi, potem pojawiły się cięte piłami pnie w tartaku Packardów, a zaraz w następnym ujęciu znak Witaj w Twin Peaks.

I wsiąkłam kompletnie.

Dziadziuś wytrzymał ze trzy odcinki, później mamrocząc coś o wariatach z Ameryki oddelegował się do własnych zajęć. Ale ja nadal (nie wiem dlaczego, mieliśmy przecież w domu telewizor) na każdy odcinek przychodziłam do Dziadków, i trzęsłam ze strachu wracając przez ciemny ogród wśród stuletnich dębów, żywo przypominających mi wtedy jedlice Douglasa.

Później oglądałam ten serial na Polsacie- do dziś uważam, że miał najlepsze tłumaczenie (#cozafuszerkeodwalajawtymszalasie), na żywo i z kasety, aż nie zgrała się tak zupełnie, że ledwo było widać, kto jest na ekranie.

Ale to nam nie przeszkadzało. Nam, bo w liceum dołączyła do mnie A., do dziś serdeczna moja przyjaciółka, świadkowa na moim ślubie, która wieczór panieński zorganizowała mi - jakżeby inaczej- w twinpeaksowym klimacie.
I tak żyjemy sobie, my dwie wariatki, co znają serial na pamięć, Lynchowi się nie dziwią, każdą postać wymienią z imienia, nazwiska i aktora, i czasem w środku nocy muszą ze sobą się wymienić jakimś nowym przemyśleniem, które podczas pierdylionowego oglądania któregoś tam odcinka spłynęło na nie jak boskie objawienie. I tak już dwadzieścia parę lat…

I ja to wszystko po to piszę, że ja dzisiaj do Twin Peaks pojechałam.

Opisać się tego nie da. Być tam dla mnie to spełnienie jednego z najdawniejszych marzeń.

Serialowe Twin Peaks, czyli w prawdziwym życiu miejscowości Fall City, Snoqualmie i North Bend, to maleńkie mieściny, o których nikt by nie usłyszał, gdyby nie David Lynch. Wśród lasów, odcięte od świata, na uboczu głównych tras. Przepiękne - z czystymi rzekami, huczącymi wodospadami, u podnóży majestatycznych gór. A co fani serialu mogą dziś tam zobaczyć z filmowej rzeczywistości?

Po pierwsze, Salish Lodge & spa, czyli hotel Great Northern. Co prawda grał tylko z zewnątrz, ale właściciele chętnie przyznają się do związków z serialem i zbijają pieniądze na sprzedawaniu pamiątek. Wiem, że przepłaciłam, ale cóż, mam swój breloczek z pokojem numer 315, jak Agent Cooper. Wnętrze hotelu - jak już wspominałam - kręcone było gdzie indziej, ale to tutejsze też jest bardzo w klimacie: kominek z prawdziwym ogniem, miękkie fotele, drewniane wnętrza. Warto zajrzeć do środka.

Byle tylko nie zapomnieć pójść na tyły, gdzie huczy dobrze znany wszystkim, którzy Twin Peaks widzieli, wodospad. To był pierwszy moment, kiedy myślałam: “to tu, to naprawdę tu, naprawdę tu jestem”.


Pojechaliśmy dalej. W Fall City stoi The Roadhouse Restaurant and Inn - czyli bar, miejsce akcji scen nocnych i hulaszczych, miejsce pracy Jacques’a Renault. Znowu mówimy o samej fasadzie, zresztą na tyle zmienionej kolorem (no i brakiem słynnego neonu), że ostatecznie upewniliśmy się co do tego, że to właściwe miejsce porównując w domu zdjęcia nasze i screenshoty z serialu.

Dalej nad rzeką w głębi lasu wyszukaliśmy most Ronette, niedoszłej drugiej ofiary zabójcy Boba. Most naprawdę nazywa się Reinig Bridge, i nie ma już na nim torów kolejowych. Wyróżnia się swoją rdzawą konstrukcją wśród dziewiczych gór i lasów. Widok z niego i spacer nim- serial czy nie serial- to prawdziwa uczta dla oka.





Potem należy skręcić w prawo i dziurawą asfaltówką pojechać do szkoły sportowej jazdy Dirt Fish. A po co? No a po to, że to właśnie budynek, który grał posterunek, na którym stróże porządku zalewając kawą kolejne pączki szukali mordercy Laury Palmer. Przed wejściem stoi nawet terenowy samochód jak żywcem z ekranu wyjęty (może i wyjęty, z emocji nie dopytałam czy oryginalny), z naklejką szeryfa na bocznych drzwiach. Kolory budynku są zmienione, ale bryła jest nie do pomylenia z niczym.

Obmyślałam strategię na wejście do środka, czy iść w zaparte i pytać o jazdę samochodem, czy w otwarte karty na progu powiedzieć, że ja fanka i czy ja bym mogła szybką fotkę strzelić. Okazało się, że podchody całkiem niepotrzebne. Bardzo są otwarci na te tłumy, co im spadają na głowę, można chodzić, fotografować, pani nawet sama z siebie zaproponowała mi, żebym usiadła na jej miejscu w recepcji i poudawała Lucy! Oczywiście, nie wahałam się ani minuty.



Można też kupić breloczek lub naszyjnik z - uwaga - kawałkiem oryginalnego blatu, przy którym siedziała Lucy, ponieważ został on wymieniony przy remoncie. Wysoka obrzydliwość wizualna wyrobu porównywalna tylko z idiotyczną ceną skutecznie zniechęciły mnie do zakupu.

Z “posterunku” pojechaliśmy do Twede’s café, serialowego RR. Po pożarze i remoncie jest to restauracja, która w całości jest hołdem dla serialu- i oczywiście serwuje słynny placek z wiśniami (rzeczywiście pycha) i kawę.

-Ironia- powiedział mój małżonek- że ta kawa wcale nie jest “cholernie dobra”, tylko raczej całkiem przeciętna.

MNIE SMAKOWAŁA.

Poza tymi oczywistościami zamówiliśmy jeszcze bardzo sycącą zupę z warzywami i wołowiną, później B. czytał, a ja studiowałam każdy centymetr kwadratowy tego miejsca: czerwone stołki,czarno-białą podłogę, ledowe oświetlenie nad barem, przeszklone gabloty z ciastem, fotosy z filmu i filmem inspirowane, widok z okna, stoliki (przypominałam sobie gdzie kto siedział w której scenie, przyznaję), widok na skrzyżowanie. Oczy świeciły mi się do wszystkiego.

Z zewnątrz też czułam, że jestem tu po raz setny. Jak powrót do domu. Chociaż muszę przyznać, że myślałam, że budynek jest wyższy, a szyld wyżej nad nim umieszczony. Tylko góry te same…

Ostatni serialowy punkt na naszej mapie to miejsce, w którym stał znak Witaj w Twin Peaks. Stał nawet w rzeczywistości, ale komuś przeszkadzał, został zniszczony i nie ma po nim śladu. To nie szkodzi, miejsce jest nie do pomylenia…

Czy nie powinniśmy zacząć stąd? Wjechać, jak agent Cooper, od północnego zachodu? Może. Ale to o dziwo to miejsce wywołało we mnie największą lawinę emocji. I tak, łzy. Ponieważ wygląda DOKŁADNIE tak, jak widać na ekranie. Do ostatniego drutu linii energetycznej. Więc gdybyśmy stąd zaczęli, nie byłoby na koniec tej wielkiej kulminacji.

Zawsze marzyłam, że pojawię się tu z ręcznie zrobioną tabliczką, dokładnym odwzorowaniem znaku wjazdu do miasta. Takie zdjęcie chciałam mieć od ponad dwudziestu lat. Później, jak wspominałam, znak powstał naprawdę, i mimo, że wiedziałam, że padł ofiarą wandali, nie zadbałam o to, żeby go zrobić na własny użytek i przywieźć ze sobą. Z odsieczą w ataku paniki przyszedł mój nieoceniony B. Zaproponował, żeby zrobić zdjęcie z tabletem w ręku, z wyświetloną na nim tabliczką wjazdu do miasta.

I tak, 27 lat po tym jak w dziadkowym telewizorze rudodrozd spojrzał w prawo, a tarcze pił rozcięły grube pnie drzew, zrobiłam to wymarzone, wyczekane zdjęcie.

Mówi się, że za każdym udanym zdjęciem w internecie jest instagramowy mąż. Mój zasłużył dziś na medal. Żebym mogła mieć te wymarzone ujęcia zniósł długie godziny pouczania jak stanąć, skąd pstryknąć, w którą stronę trzymać aparat. Bez jednego słowa protestu zrobił kilkadziesiąt (a może kilkaset) zdjęć. Kocham Cię, B.





Serialowe miasteczko ciągnie się także po zupełnie drugiej stronie miasta, trzeba popłynąć promem na zachód do Kingston i odnaleźć kurort Kiana Lodge. To tam jest plaża, i tak, wielki pień, przy którym Pete Martell odkrywa zwłoki. I to ten budynek użyczył swoich wnętrz i został hotelem Great Northern. Zabawne, bo są to parterowe bungalowy, i teraz jak oglądam serial widzę, że to, co za oknem nie mogło być nijak kręcone tam, gdzie fasada, ale… magia kina. Miejsce jest dosyć wyludnione, zdaje się, że żyją z wynajmowania się na wesela, a w tygodniu świeci tam pustkami. Możemy dzięki temu pozaglądać do środka ile wlezie i popodziwiać charakterystyczne malowidła na ścianach.

Apetyt na Twin Peaks zostaje w końcu nasycony. No, o tyle o ile, bo natychmiast odpalam na Netflixie pierwszy sezon i chłonę… Teraz zupełnie innym okiem.

Wracamy do miasta. Kolejnych kilka dni zwiedzamy lokalnie. Niewiarygodne, ile jeszcze wydarzyło się w czasie tego krótkiego pobytu!

Samochód

Poruszanie się samochodem po mieście jest dosyć przyjemne, chociaż wymaga mentalnego przestawienia się na tryb amerykański. Są ułatwienia, jak na przykład to, że większość znaków to polecenia, a nie ikonki - jest po ludzku napisane: lewy pas musi skręcić w lewo; ustąp drogi; brak skrętu w prawo. Są też zagadki - nie rozwiązaliśmy kwestii pierwszeństwa na skrzyżowaniu, za każdym razem po prostu obserwowaliśmy kto jedzie, a kto się zatrzymuje. Zasada puść z prawej nie sprawdzała się kompletnie.

Czerwone światła uliczne wydają się nie dotyczyć skrętu w prawo, chyba, że jest napisane “brak skrętu w prawo na czerwonym”. Tego dowiedzieliśmy się, kiedy zostaliśmy obtrąbieni. A trąbione jest często i bez skrupułów: że za wolno, że za szybko, że nie tym pasem, że w ogóle coś się komuś nie podoba.

Jak chodzi o dopuszczalną prędkość, to na autostradach jest to zwykle 65 mil na godzinę, a w strefach newralgicznych (osiedla, okolica szkoły) nawet bolesne 15-20 mil. Ale jest sporo tzw. stref zmiennej prędkości, gdzie po prostu wyświetla się ile można jechać w danej chwili. Mało kto przekracza limity, policji jawnej i tajnej jest mnóstwo.
Ale prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero przy parkowaniu.

Otóż można oszaleć.

Większość stref w mieście albo w ogóle nie pozwala na parkowanie na ulicy, albo ogranicza je do dwóch godzin, za wniesieniem słonej opłaty parkingowej (np. koło Pike Market- $12 za 40 minut). W dodatku parkowanie to łączy się z ryzykiem: najwyraźniej lokalna młodzież bawi się niszcząc samochody, a włamywacze kradną wszystko, co się w środku zostawi.

Nie zostawiajcie nic, nawet długopisu, żadnych drobnych monet, kompletnie niczego i powinno być ok - powiedziała pani w wypożyczalni.

I zaryzykowalibyśmy, bo w końcu auto nie nasze i ubezpieczone, ale i tak nie udało nam się znaleźć strefy, w której możnaby parkować całą noc.

W takiej sytuacji nikogo chyba nie zdziwi, że kwitnie biznes parkingowy. Opłaty są idiotyczne. Na parkingu obok wypożyczalni za dwie noce zapłacilibyśmy $72! To oznacza, że cena za postój jest w zasadzie taka sama jak za wypożyczenie. Co za absurd.

Uparłam się znaleźć rozwiązanie na stronie Parkopedii - nie pamiętam gdzie i kiedy pierwszy raz trafiłam na ten internetowy serwis, ale rzeczywiście działa: wyszukuje parkingi w okolicy i podaje ceny. Tylko, że nie sprawdziliśmy tego przed wyjazdem, więc kiedy wieczorem, zmęczeni po wycieczce, w lejącym deszczu wjechaliśmy do miasta, szukaliśmy jeszcze w popłochu jakiegoś miejsca z wifi, żeby móc znaleźć potrzebne informacje w internecie.
Udało się w supermarkecie. Wyszukiwarka pokazała, że za $16 możemy zaparkować pod budynkiem biblioteki miejskiej. Pojechaliśmy zatem. Cennik nie mówił nic o nocnym parkowaniu, ale cenę za 24 godziny podawał i tak niższą niż nasze wyjściowe $36- dokładnie o jedną szóstą.

Wjechaliśmy, zaparkowaliśmy, i postanowiliśmy jeszcze dopytać u parkingowego jak to działa. Starszy czarnoskóry mężczyzna powiedział:

Och, tak, możecie tu zostawić samochód, to będzie jakieś 12-13 dolarów, o ile odbierzecie go przed 8.00. Teraz nie płacicie nic, ja tylko włożę wam taką karteczkę za szybę - pokazał na pomarańczowy stosik - i jutro z waszym biletem wjazdu i tą karteczką przyjdźcie zapłacić.

Uspokojeni poszliśmy spędzać miło wieczór.

Rano rzeczywiście zastaliśmy pomarańczową karteczkę za szybą, ale lekko zmroziła nas jej treść: opłata $30 plus $60 kary za nieopłacony parking nocny.

-Kochanie, nie denerwuj się, ja to będę wyjaśniać - powiedziałam szybko do mojego męża, któremu już na skroniach zaczęły niebezpiecznie rysować się żyły.

Podeszłam do parkingowego, już oczywiście innego, i jakby nigdy nic podałam wszystkie kwitki, mówiąc, że wczoraj nam WYRAŹNIE powiedziano, że tak mamy zrobić. Pan postukał w klawiaturę komputera, coś zeskanował, coś kliknął i powiedział:

- Ok, $30.

Uf. Przynajmniej nie dziewięćdziesiąt. No to pociągnijmy to dalej.

-Ale ten pan wczoraj powiedział, że będzie 12-13.

Klik klik. Zmarszczenie brwi. Klik.

- Ok, to 13.

Z ulgą zapłaciliśmy i wyjechaliśmy na zwiedzanie. Drugą noc nasz Hyundai także spędził w bibliotece.


Jedzenie

O ile lubimy jeść zdrowo, myślimy o tym, co zjemy i planujemy wszystkie posiłki, zwracamy uwagę, żeby w diecie znalazły się warzywa, kasze i inne niezbędne składniki, to bardzo kochamy fast foody, rzeczy kaloryczne i pyszne.

Dieta oparta na ziemniakach, głównie w formie frytek, i mięsie (hamburgerach) wydawała nam się zawsze marzeniem, którego nie spełniamy tylko z powodu zdrowego rozsądku. W rzeczywistości zmęczyło nas takie jedzenie w ciągu kilku dni. Marzenia o bulgurze z pastą warzywną stały się faktem...

Co rzekłszy, muszę dodać, że Dick’s w Seattle, restauracja z bardzo krótkim menu, (dosłownie cztery pozycje), zauroczyła nas bardzo. Ich sekret leży w świeżych, prostych składnikach. Naprawdę godna polecenia burgerownia! Tutaj też po raz pierwszy natknęliśmy się na informację o niedawno wprowadzonym podatku lokalnym. Otóż lokalne władze obłożyły dodatkowym kosztem wszystkie napoje słodzone. Bardzo podniosło to ich cenę. To chyba dobry pomysł, jeśli chociaż kilkanaście procent klientów przestanie żłopać coca colę na przemian z fantą.

Taco w Seattle też było bardzo zacne: wypełnione pulled pork, wieprzowiną gotowaną w zalewie z coca coli tak długo, aż zacznie się dosłownie rozpadać. To jedno z moich ukochanych dań.

Z lokalnych specjalności spróbowaliśmy jeszcze ryby z frytkami i gęstej zupy z małżami (clam chowder) w barze Ivar’s przy porcie. Wszystko takie świeże, takie pyszne… Nie starczyło nam czasu na miejscowe osławione hot dogi, zostawiamy je na następny raz.

Poszliśmy za to do chińskiej dzielnicy, zwanej tu bardziej poprawnie politycznie dzielnicą międzynarodową. Zdecydowaliśmy się na kurczaka teriyaki, również popularnego w tym regionie. Wybór knajpy nie był łatwy, bo wszystkie wyglądają tak samo. Pomaga trochę narzucony przez władze plakat przy drzwiach, mówiący o wyniku ostatnich kontroli: jedzenie jest klasyfikowane według skali doskonałe - dobre - ok - musi się poprawić. Ocena nie zależy od smaku, ale od czystości jedzenia. Wydaje się to bardzo dobrą praktyką, klient wie od razu, czy sanepid uważa, że przeżyje ten posiłek. Przydałoby się u nas.

Drugim wskaźnikiem, czy lokal jest w porządku, jest obecność… policji. Stróże prawa wiedzą gdzie dobrze i niedrogo zjeść. Mijaliśmy taką śniadaniownię, w środku kilku chłopa w mundurach, przed wejściem zaparkowane samochody ze specjalnymi wywietrznikami, a na siedzeniach spały zwinięte w rogalik policyjne labradory i wilczury. Boski widok!

Niezmiennie bardzo nas cieszą klasyczne lokale. Raz w Georgetown trafiliśmy do świetnego dinera, trochę ponurego, ale z klimatem. Byliśmy zachwyceni. W takich miejscach panują jasno ustalone zasady: wodę dostajesz od razu (za darmo, w USA pije się raczej kranówkę), kawę zaraz potem (tu już się płaci, ale niewiele, a dolewki są w cenie). Do jedzenia najtaniej zawsze wychodzi zupa dnia (zwykle pełna mięsa i/lub warzyw, w zasadzie bardziej eintopfgericht niż pierwsze danie) lub chili con carne. W menu królują kanapki, zdolne wykarmić całą rodzinę, obsypane hojnie frytkami. Warzywa pojawiają się rzadko, w deserach najłatwiej znaleźć placki z owocami i lody.

Drugi typ lokalu to bar lub pub. Z dużym wyborem lokalnych piw, atmosferą, którą tworzy się tylko mając stałych gości. Seattle jest światową stolicą piw kraftowych, więc miło jest ich popróbować. Bardzo liczył na to mój mąż, ale... w sklepach nie można kupić jednego piwa- sprzedają tylko szceściopaki! Wyjątkiem są bardzo duże puszki, ale kiedy dochodzi się do ich dna, picie wygazowanego sikacza nie sprawia już radości. Zresztą cała idea próbowania opiera się na tym, żeby wypić małe ilości różnych trunków, a nie ożłopać się do nieprzytomności jednym. Niestety, takie cuda tylko w barach.

Trafiliśmy na taki jeden klimatyczny lokal niedaleko Pioneer Square - McCoy’s Firehouse. Aż chciało się siedzieć, pić kolejne krafty. Wyszłam na lekkim rauszu, ja amatorka win, piłam piwo.

Rausz nie potrwał długo.

Na ulicy zobaczyłam tłusty zadek przeciskający się pod ogrodzeniem budowy, za nim łysy ogon.
Szczur.

Nie ma miejsc idealnych.


Popiłam także trochę lokalnych win. Nie są to moi faworyci, bo chociaż ja lubię wytrawne, to wolę, jeśli nie jest cierpkie, a łagodny, lecz jednak nie rozpieszczany klimat nie wydaje takich winorośli. Tym nie mniej wino o nazwie Snoqualmie, nawiązujące do okolic Twin Peaks, wypiłabym znowu z uśmiechem na twarzy nawet, gdyby smakowało jak hit imprez z mojej podstawówki, czyli Warka Truskawkowa.

Bruce Lee

Wiedzieliśmy na którym cmentarzu pochowany jest słynny karateka Bruce Lee. Pojechaliśmy tam autobusem, bo było to solidny kawałek od centrum. Wydawało nam się, że grób znajdziemy bez problemu.

Jakież było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że napisy na nagrobkach są wyłącznie w alfabetach nam niedostępnych…! Wysilałam się jak mogłam, żeby przywołać w pamięci ten nagrobek. Jakoś utkwiło mi w głowie, że ma kształt miecza, i widziałam go oczami wyobraźni. Ale nic takiego nie wyrastało przed nami. Z coraz większą desperacją krążyliśmy po cmentarzu, już mieliśmy się poddać, a tu - jest!

Zażądałam sesji zdjęciowej w pozie Han Dan Bu, odbyła się krótka awantura małżeńska o roboczym tytule “czy to hołd czy profanacja”, ale jak już się nawywalałam oczami i nawydymałam ustami, to zdjęcia zostały zrobione.

Po powrocie do domu jeszcze raz weszłam w internet, żeby sprawdzić jakiś fakt do bloga, i co się okazało? Że to w ogóle nie ten nagrobek.

Z dużą mocą oświadczyłam, że wrócimy tam jeszcze i znajdziemy ten prawdziwy.

- Jaja chyba sobie robisz - mruknął B. z pogardą, i naprawdę myślał chyba, biedny, że ja odpuszczę. Nie zna żony, czy jak?

Za drugim razem pojechaliśmy autem. Zrobiliśmy nadprogramowe kółko po dzielni, bo nawigacja prowadziła na cmentarz do środka, a głupie europejczyki nie przyzwyczajone zasuwać samochodem między grobami. W końcu się okazało, że tak, na cmentarz wjeżdża się po prostu, nikt się nie oburza, amerykanin przecież do mogiły pielgrzymki nie będzie urządzał, musi podjechać pod adres, dziw aż, że nie wymyślili jak wystawić zapalony znicz nie wysiadając z samochodu.

Trochę się naszukaliśmy, ale tym razem znaleźliśmy właściwe miejsce bez wątpliwości, i zdjęcie było, i litery nasze, można było więc z czystym sumieniem powtórzyć sesję fotograficzną...





Zwiedzanie

Włócząc się po mieście napędem własnych nóg (czyli naszym najukochańszym), obejrzeliśmy katedrę, w której B. zrobił przepiękne, klimatyczne zdjęcie Madonny w otoczeniu płonących świec, ratusz, wieżowiec Smith Tower w stylu Art Deco i okolice Pioneer Square.

Ale najbardziej urzekła nas dzielnica Capitol Hill. Z co najmniej trzech powodów, i nie wliczam tu wspomnianego już wcześniej lokalu z hamburgerami Dick’s…

Pierwszy to kroki na chodniku - mosiężne stopy z numerami i strzałkami pokazujące jak tańczyć Broadwayowskie hity. Trzeba być złym człowiekiem, żeby chociaż w głowie nie spróbować wyobrazić sobie tego tańca, albo wręcz na żywo nie spróbować go odtworzyć.

Drugi - to sklep z płytami, w którym można kupić więcej krążków, niż wydawało mi się kiedykolwiek wydano na świecie.

A trzeci to najbardziej urokliwy antykwariat, Twice sold tales. Pełen książek, ludzi kochających książki i kotów kochających ludzi kochających książki. Pierwszy mruczek, który niepostrzeżenie wysunął się zza rzędów literatury napędził mi niezłego stracha, przy siódmym wiedziałam już czego się spodziewać. Natomiast nie wiedzieliśmy jak - ograniczeni wielkością walizek i zdrowym rozsądkiem - mamy wybrać tych kilka książek, które pojadą z nami z setek tych, które chcieliśmy mieć. Magiczne miejsce, dla moli książkowych absolutnie nie do ominięcia!

Samoloty

Dla mnie było Twin Peaks, dla B. dwa miejsca związane z samolotami: Future of flight obok fabryki Boeinga, i Muzeum lotnictwa.

Jeśli mam być zupełnie szczera, to o ile z racji zawodu jestem przygotowana na zainteresowanie się dowolnym tematem, bo nigdy nie wiadomo z czego da się zrobić lekcję, to nigdy nie przypuszczałam, że zaciekawię się budowaniem samolotów. Błąd.

Pierwsza rzecz, która utkwiła mi w głowie, to oglądanie linii produkcyjnej Boeingów. Samoloty te robi się zawsze na konkretne zamówienie linii, i to od operatora zależy, czy będziemy mieć miejsce na nogi czy nie, bo fabryka w ten jeden i taki sam pokład wepchnie tyle siedzeń, ile klient zażyczy.

Poza tym żyłam w przekonaniu, że samoloty robi się głównie maszynowo, a tym czasem na własne oczy zobaczyłam, że taką maszynę skręca pan Zenek śrubokrętem. To prawda, śrubokręt jest najwyższej klasy, a panów Zenków setki i każdy wkręca bardzo wyspecjalizowane śrubki, tym niemniej fakt pozostaje faktem. Nie wiem, czy podwyższa to czy obniża moje zaufanie do latania…

Sama fabryka robi wrażenie. Zdjęć nie wolno robić, ale są to hangary o powierzchni zdolnej pomieścić Disneyland, pracownicy mają na miejscu restauracje i kawiarnie. Praca zwalnia lub przyspiesza w zależności od liczby zamówień, ale dba się o wolne niedziele i higienę życia pracowników.

Są części samolotu nie produkowane na miejscu, i te trzeba dowieźć - dostawcy zlokalizowani są na całym świecie. Czym dowieźć? No, oczywiście, samolotem. Ale jaki samolot może przewieźć kadłub czy skrzydło Boeinga? Jeden jedyny: Dreamlifter. Mieliśmy szczęście, akurat nadleciał. Jak zahipnotyzowani oglądaliśmy procedurę wyciągania samolotu z samolotu, bo tutaj już pan Zenek nawet zmultiplikowany na plecy nie zarzuci… Fascynujące!




Muzeum lotnictwa natomiast ma na stanie samoloty wszelkiej maści: myśliwce, szybowce, wojenne. Ogrom informacji jest taki, że nie ma szans przyjąć tego wszystkiego w czasie jednej wizyty. Najbardziej wyryły mi się w pamięci trzy rzeczy.

Pierwszą była pogadanka jednego z przewodników, który opowiedział nam o historii i kolejnych krokach poczynionych przez człowieka, żeby polecieć w kosmos. Fascynujące było patrzenie na artefakty i słuchanie jak wiele rzeczy wyliczyć musiano ręcznie (ówczesne komputery nie radziły sobie jeszcze z tematem), żeby w dobrym momencie opuścić orbitę.

Drugą - pierwszy samolot bojowy. Wykonali go włosi. Z właściwą sobie finezją i precyzją, postawili karabin maszynowy na samolocie i doczepili sznurek do spustu.

Trzecią - słynne samoloty Air Force One. Świetnie było popatrzeć czym podróżowali Prezydenci Stanów Zjednoczonych, gdzie siedziała prasa, jak wyglądał podniebny gabinet owalny.

B. dopatrzył się jeszcze gdzieś tam w muzeum pocztówki z życzeniami świątecznymi podpisanymi przez Hitlera, ale ja już chyba byłam zbyt zmęczona, żeby przyswajać informacje.

Następna samolotowa rzecz, jaką odnotowałam, to to, że Virgin Airlines wywiozło nas ze stanu Washington prosto do słonecznej Kalifornii.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Kalifornia 20-28.01.2018


Przyjechaliśmy do Kalifornii już pełni pytań, które chcieliśmy zadać naszym amerykańskim przyjaciołom po pobycie w stanie Waszyngton. Mimo ich anielskiej cierpliwości w udzielaniu nam odpowiedzi, mam wrażenie, że z dnia na dzień rozumieliśmy mniej….

Znaleźliśmy się tu, ponieważ B. studiował z Andrew: Andrew mieszka w Riverside razem ze swoją żoną Alex i dwuletnim synkiem, Liamem. Panowie przez lata od zrobienia magisterki utrzymują regularny kontakt przez Skype. Przyszedł czas, żeby znowu zobaczyć się na żywo.

domy

W Riverside, w którym mieszkają nasi przyjaciele, i z tego, co widzieliśmy w reszcie Kalifornii także, blok czy mieszkanie są raczej rzadkością. Amerykański sen: dom i samochód. Zacznijmy od domu.

Buduje się dużo, więc łatwo mogliśmy podpatrzeć sam proces. A jest on mało skomplikowany: płyta pilśniowa i siding. Szybko, tanio, dla każdego. Dom na jedno pokolenie. Cegła? Głównie do dekoracji, pojedyncze ściany. No chyba, że to rezydencja bogaczy, wtedy się zdarza. Czy to źle? Chyba nie. Jest ziemia, jest przestrzeń, w zasadzie każdy, kto pracuje powyżej szczebla najemnego robotnika na domek i pasek trawy będzie sobie mógł pozwolić. Nie to, co u nas, 30 lat kredytu na kawalerkę z myszami.


Architektura jest zbliżona do polskich osiedli, rozmiary domów nieprzesadzone, ale jednak przyzwoite. No chyba, że wrócimy do tych bogaczy: tam aż zęby bolą. Styl włoski lub grecki króluje, pasujący do reszty jak kwiatek do kożucha, obowiązkowo lwy przed wejściem i co najmniej jedna fontanna.

Najbardziej podobały nam się domy wyższej klasy średniej, które bryłę miały spokojną, ale ogród trochę większy, i co najważniejsze, lokalizację z pięknym widokiem i w pięknym otoczeniu. Można by się przyzwyczaić…

samochód

Smutna konieczność. Bez auta ani rusz, bo transport miejski istnieje tylko teoretycznie. Nawet do sklepu po drugiej stronie ulicy jedzie się samochodem. Kiedy któregoś dnia postanowiłam zabrać się z naszą gospodynią, a wrócić piechotą, byłam jedynym pieszym w zasięgu wzroku.

Do każdego miejsca prowadzą autostrady, szerokie na 4, a czasem i 6 pasów. Tymi autostradami dojeżdża się nawet blisko 100 km w jedną stronę do pracy- w masakrycznych korkach. Przejazd z Los Angeles do Riverside w godzinach szczytu zabrał nam około 3 godzin- dla wielu osób jest to smutna codzienność. Żeby się z niej wyrwać, choć trochę skrócić czas za kółkiem, płacą za korzystanie z pasa pośpiesznego. Pierwszy raz widziałam coś takiego: użytkownik zarejestrowany w systemie, wyposażony w nadajnik umieszczony za szybą, może przejechać pasem ekspresowym uiszczając dość słoną opłatę. Czasem było to ponad $18! Niby nie majątek, ale jak przemnożyć to przez liczbę dni pracy i dwa przejazdy dziennie, może się zakręcić w głowie.

Poza tym premiuje się car pooling- wspólne przejazdy. Jest dodatkowy pas dla samochodów, w których są co najmniej 2 osoby. Z tą ideą akurat bardzo się zgadzam, tak samo jak z buspasami w Warszawie.

jedzenie

Że o prawdziwym chlebie nikt tu nie słyszał, to żadna nowość. Że jajka można kupić w opakowaniu minimum 12 sztuk, daje się przyzwyczaić. Że piwo występuje tylko w sześciopakach było jednak dla mojego męża nie lada udręką. Bo on lubi sobie popróbować różnych lokalnych kraftowych browarków. Najchętniej w sexy-objętości 0,33. A tu nici. Kup pan sześciopak, trzy litry piwa, a czasem trzy i pół, bo puszki 0.6-0.7 są bardzo popularne.
- A skąd ja mam wiedzieć, że mi to piwo będzie smakować?- narzekał.

Ale nie to, że w Ameryce nie mają dobrych ofert. Na przykład jak kupisz cztery sześciopaki, to dostajesz dolara zniżki. Taki rynek, panie kochany. W lokalnym sklepie była przynajmniej opcja złożenia sobie sześciopaku różnych piw. To największa wolność i swoboda w tym temacie, na którą udało nam się natrafić.

Supermarkety sprzedają także gotowe miksy alkoholowe: margaritę w puszce (!) lub półtoralitrowej plastikowej butelce, gotową do wylania na lód. To samo z mojito, krwawą mary, cuba libre. W ogóle słowo “łatwy” wydaje się być kluczowe: warzywa umyte, owoce pokrojone, ser starty, szczypiorek suszony… Z tego ostatniego nawet skorzystałam, kupiłam do domu. Za absolutny hit uznaję jednak ugotowane i obrane jajka na twardo. Koniec świata.

Jeśli dom naszych przyjaciół może być wyznacznikiem, to kupuje się (za) dużo, sporo wyrzuca, stawia się na gotowe produkty jak nuggetsy, nawet w diecie dzieci, resztki z restauracji zawsze zabiera w specjalnych pudełkach, ale później rzadko dojada. Kiedy zatęskniliśmy po Seattle za czymś “normalnym” do jedzenia, nasze krojone melony i jogurty, sałata i pomidory były chyba jedynymi nieprzetworzonymi produktami w lodówce.

Wszystko można kupić gotowe: sosy, mieszanki przypraw, panierkę do kurczaka i sosy do sałatek. W sumie tak, jak w Polsce, ale mam wrażenie, że u nas nadal łatwiej, a na pewno taniej, jeść przyzwoicie- bez glutaminianu sodu, E, gumy arabskiej. Tu wszystko, co nie jest z plastiku, kosztuje bardzo słono. W tym względzie nad Amerykanami mamy bezapelacyjną przewagę.

Ale pyszne i zdrowe to nie zawsze synonimy - nasz gospodarz robi nam rano najpyszniejszą jajecznicę według przepisu Gordona Ramseya, ze śmietaną i szczypiorkiem. Do tego dostajemy pieczony, chrupiący bekon. Jakże dużym wyzwaniem będzie powrót do naszej domowej, dużo chudszej kuchni!

Kalifornia jest tak blisko granicy, że nikogo chyba nie zdziwi, że meksykańskie jedzenie jest tu na najwyższym poziomie. Mieliśmy okazję cieszyć się nim w San Diego, w restauracji Casa Guadalajara. Ta knajpka urzeka autentycznością, rozmiarem porcji i ogólną atmosferą. Średnia margarita okazała się być nie do wypicia, a zjedzenie całej swojej porcji głównego dania przypłaciłam uczuciem, że żołądek mi eksploduje. Ale to taco było takie pyszne! I to pikantne chile relleno! Ach, ach!


Najczęściej jadaliśmy w słynnej kalifornijskiej burgerowni, In-N-Out. Nie chciało nam się znudzić. Proste, świeże, autentyczne; w menu hamburger, cheeseburger i tzw. double-double, czyli burger z dwoma kawałkami mięsa i podwójnym serem. Koktajle mleczne w trzech smakach, napoje gazowane te, co wszędzie, frytki. Nic poza tym.

Rozczarowaniem dla B. okazał się natomiast Taco Bell- mój mąż nie załapał się w Polsce na krótki okres, w którym i u nas działali. I bardzo chciał spróbować, więc wzięliśmy mocno przekrojowy zestaw miękkich i chrupiących tacos, dorito taco i burritos. Te ostatnie nie smakowały żadnemu z nas, ale dla mnie kurczakowe taco było pyszne. Małżonek stwierdził natomiast kategorycznie, że woli kuchnię Tex-Mex w moim wykonaniu.

hokej


Andrew jest fanem zespołu Anaheim Ducks. Zostaliśmy zatem ku naszej radości zabrani na stadion, ja dwa razy, a B. nawet trzy.

I okazało się, że te mecze są porywające!

Gra jest szybka, krążek przesuwa się jak błyskawica, panowie na łyżwach śmigają jak frygi, podnoszą się z upadków naprawdę imponująco. Poza tym jest dużo testosteronu, czasem ktoś komuś kijem przyłoży, a czasem walka na pięści się wywiąże. Bramki padają dosyć często, nie jak w piłce nożnej, że latają, latają, a na koniec jest 0:0…


Na ostatnim meczu Kaczek przepisowy czas zakończył się remisem, więc doszło najpierw do doliczenia pięciu minut, a później do karnych, i ze zdumieniem odkryłam, że podskakuję z emocji i zaciskam mocno pięści. Wciągnęłam się! A małżonek to nawet się odgraża, że będzie w domu NHL oglądał.

Poza samą grą mieliśmy okazję do badań antropologicznych. Hokej to po prostu forma spędzania wolnego czasu. Całe rodziny kupują karnety na sezon, a później ubrani w barwy swojego klubu zaopatrują się w idiotycznie drogie piwo, drinki, przekąski, śpiewają hymn z ręką na piersi, i kibicują swojej drużynie. Nie rozstają się przy tym ze swoim smartfonem. W przerwach oglądają karnie reklamy, oddają cześć amerykańskim żołnierzom (na każdym meczu przedstawiana jest sylwetka jednego żołnierza, który wsławił się broniąc ojczyzny), wygłupiają i tańczą, żeby trafić na chwilę na wielkie ekrany powieszone nad płytą lodowiska. Można na nich także śledzić wynik gry, statystyki, sylwetki graczy. Nie brakuje skandowania, okrzyków i gwizdów. Jest zabawa.

pogoda

Słońce. Nuda. Czasem chmura. Jeden deszczyk, w drodze do Los Angeles. Temperatury dla miejscowych zimowe (“o Boże, ale lodowato”), dla nas - wczesne lato nad Bałtykiem, czyli około 20 stopni. Po zmroku gwałtowny zanik ciepła, kurtki i grube bluzy się przydają.

W Polsce właśnie spadł śnieg. Jak Bóg da, stopnieje do naszego powrotu.

zwiedzanie


  • ·         Zoo w San Diego

Słynne na cały świat, położone w wielkim parku, zoo z San Diego zajmuje się nie tyle pokazywaniem zwierząt, co ich ochroną. Z zasady nie przepadam za zoo, bo uważam, że zwierzęta powinny żyć na wolności, ale jeśli gdzieś udało się stworzyć im przyzwoite warunki, to właśnie tutaj.

- Nie masz wrażenia, że tu jest więcej chodzenia niż oglądania zwierząt? - zapytał B., a ja pomyślałam, że to właśnie ta cena, którą płacimy za przestrzeń dla futrzaków. Trzeba liczyć się z tym, że części dzikich okazów nie zobaczymy w porze drzemki, mają swoje kryjówki, z dala od ludzkich oczu.

Całe zoo dzieli się na strefy tematyczne: Azja, Australijskie bezdroża, Afrykańska sawanna, zaginiony las, woliera z papugami. Niektóre zwierzęta widziałam po raz pierwszy, na przykład diabła tasmańskiego (zupełnie nie podobny do tego z kreskówki!). Muszę też z dumą przyznać, że nasze wrocławskie afrykanarium zdecydowanie przewyższa jakością to amerykańskie, chociaż tu także można podziwiać hipopotamy “od dołu”, co w przypadku stworzeń rzadko pokazujących nad wodą cokolwiek poza czubkiem ucha i okiem jest nie bez znaczenia.


Duży nacisk kładzie się na edukację ekologiczną i pro-zwierzęcą, liczne tablice informują o zagrożeniach dla poszczególnych gatunków, o postępującej degradacji naszego środowiska. Bardzo zainteresował mnie także projekt "Przyjaciele": dzikie zwierzę od maleńkości przyzwyczaja się do towarzystwa psa. Psa przyzwyczaja się także do przebywania wśród ludzi. W rezultacie dzikie zwierzę można wyprowadzić z klatki i pokazać odwiedzającym z bliska: jest spokojne, bo jego pies przyjaciel się nie denerwuje. W zoo stoją zdjęciach tych niecodziennych par, ewidentnie najlepiej udaje się to z dzikimi kotami.

Dla leniwych - lub jako podsumowanie całego dnia wrażeń - kursuje autobus, który obwozi turystów wokół głównych stref ogrodu, a kierowca przewodnik snuje opowieść, zwracając uwagę na najciekawsze gatunki i przybliżając topografię tego miejsca. Po paru godzinach głowy mieliśmy pełne wrażeń, a nogi solidnie nas bolały. Było sporo zachwytów i wzruszeń, ale i sporo śmiechu (na przykład przy pawianie-gołodupcu z erekcją czy przy spółkujących pingwinach). Zanim zebraliśmy się do wyjścia, słońce zaczynało już pomarańczowieć i opadać w stronę horyzontu.


  • ·         Midway

Midway to lotniskowiec zwodowany w 1945 r., który brał udział w wojnie w Wietnamie i w operacji Pustynna Burza. Od 2004 r stoi w porcie i jest udostępniony zwiedzającym.

Kiedy jest się na pokładzie, ciężko sobie wyobrazić, że taka kolubryna może się w ogóle poruszać. Stojące na niej myśliwce wyglądają jak zabawki, a przecież jest tu i znany z Top Gun F-14, i North American T-6 Texan i wiele, wiele innych.

Największe wrażenie robi zejście pod pokład, do centrum dowodzenia. Radary, mapy, rury do przesyłania wiadomości wewnątrz statku i teleksy do wysyłania ich na zewnątrz. Pokoje konferencyjne i kajuty dowództwa. Przedobrzyli tylko z pierwszym oficerem: otóż jest to przedziwna, ożywiona kukła, która opowiada zza biurka o swoich obowiązkach i o ciężarze, jaki spoczywa na marynarzach. Sprawia to wrażenie taniego horroru, sama narracja z głośników wystarczyłaby, bez niezdarnej woskowej figury kłapiącej szczęką na zawiasach.

  • ·         winiarnia i winnica Ponte (Temecula)


Dla nikogo nie jest niespodzianką, że pomysłodawcą tej wycieczki byłam ja. Kraina winnic o tej porze roku to równe rzędy bezlistnych winorośli, ale wyobrażam sobie, że w lecie uginają się one pod ciężarem dojrzewających owoców.

Nasz gospodarz zabrał nas do jednego z licznych w tej okolicy miejsc, gdzie można wykupić degustację. On i mój mąż udali się od razu do ogrodów na ławeczkę, ciężar próbowania lokalnych specjałów zostawiając mnie.

Co było robić, przeszłam przez sześć idiotycznie małych próbek win czerwonych wytrawnych (białe i słodkie omijam z zasady). Najbardziej smakowały mi (jak zwykle) Montepulciano i Zinfandel, do tego stopnia, że po degustacji skusiłam się jeszcze na dwa, już solidne, kieliszki serwowane w restauracji należącej do winnicy. Przegryzałam krakersami, oglądałam asortyment miejscowego sklepu. Spacerowałam po ogrodach z kieliszkiem w dłoni, napawając się powoli zachodzącym słońcem. Jeśli raj istnieje - mój wygląda właśnie tak. Na bardzo przyjemnym, leciutkim rauszu z żalem opuściłam mury gościnnej winnicy.

  • ·         browar Karl Strauss

Miałam swoje wino, czas, żeby B. napił się piwa. Zbyt wiele nie powiem, bo to nie mój trunek, ale widziałam, że można zamówić menu degustacyjne, cztery różne gatunki; wiem, że pije się od najniższego IBU, jednostki oznaczającej stopień nachmielenia, a więc i goryczy piwa, do wartości najwyższych; zapamiętałam, że jedno z piw nazywa się Follow the sun, próbowałam go nawet i było smaczne.

Ale kiedy za wiele lat będziemy z B. rozmawiać o tym wieczorze, wspominając naszą podróż, pierwsze, co powiemy to będzie zdanie:
- A pamiętasz te skrzydełka w Karlu Straussie?

Ponieważ takich skrzydełek, bezkostnych, pikantnych, z sosem z pleśniowego sera, nie jedliśmy nigdy dotąd. Dosłownie wylizywaliśmy talerze. Po pierwszej porcji natychmiast zamówiliśmy drugą. Quesadilla też była smaczna, ale król jest tylko jeden. Te skrzydełka, diablo ostre, długo zostaną nam w pamięci…

  • ·         Mount Rubidoux

Andrew i Alex mają psy. Sztuk trzy. Najstarszy jest Winston Churchill, siedmioletni shih-tzu, lider sfory, który uważa, że jest dużym stworzeniem i nieustraszony rzuca się na zwierzaki dziesięciokrotnie przewyższające go masą.

Druga w kolejności jest Eleanor Roosevelt, malutka czarna sunia z puszystym ogonkiem, na której zaufanie trzeba zasłużyć, bo chyba dużo zła spotkało ją od człowieka kiedy była mała. Wyjątkowo nieufna jest w stosunku do śniadych mężczyzn z brodą. Ale kiedy raz się przełamie, jest ogromną pieszczochą.

Najnowszy nabytek rodziny to Duch (tak, tak, na cześć słynnego wilkora z Gry o tron), adoptowany ze schroniska jednooki Husky (gdyby nie niebieskie oko, powiedziałabym, że owczarek szwajcarski). Drugie oczko zniszczyła jaskra i musiało zostać usunięte, teraz lekarze czekają i obserwują, bo może się niestety okazać, że choroba przeniosła się na drugie. Póki co bądźmy optymistami, Duch ma się dobrze i sieje spustoszenie gryząc i zjadając co tylko w zęby mu wpadnie, jak na szczeniaka siedmiomiesięcznego przystało.

A piszę o całej gromadce, bo psy jak to psy, muszą się wybiegać, i pewnego dnia rano postanowiliśmy zabrać całą sforę na spacer na Mount Rubidoux.


Trasa nie jest długa, to trochę powyżej mili w jedną stronę, ale jednak Kalifornijskie słońce, zimowe czy nie, to jednak solidne, droga pod górę, trzy psy, z czego jeden rwący do przodu, a dwa plączące się między nami, rozkrzyczane dziecko, przez większość trasy niezadowolone z wycieczki, brak wody (nie pomyśleliśmy) - to wszystko dało nam w kość. Na szczęście cel wszystko wynagrodził.

Na górze są dwa szczyty. Na jednym stoi krzyż, na drugim powiewa amerykańska flaga.
- Albo Bóg, albo rząd, co? - śmiał się z przekąsem B.

Z każdego z tych szczytów cudownie widać całe Riverside, budynki mieszkalne, magazyny, szkoły, szpitale, parki, prawie wyschnięte koryto rzeki. Andrew opowiadał nam co jest czym, a my układaliśmy sobie w głowie topografię miasta, w którym byliśmy już od kilku dni.

Jak na piątek, godzinę dziesiątą rano, ruch spacerowy był zatrważający. Pieszo, z psami, rowerem, z dziećmi - tuziny ludzi przetaczały się koło nas. Większość po amerykańsku życzliwa, uśmiechnięta, chwaląca urodę naszych czworonogów. Nawet mały Liam rozczmuchał się w drugiej połowie wycieczki. Zmęczeni, głodni, spoceni, ale zadowoleni z życia wróciliśmy do domu na bardzo późne śniadanie.

  • ·         Joshua Tree


Jeden z dni w Kalifornii spędziliśmy sami, wynajętym samochodem pojechaliśmy do Parku Narodowego Joshua Tree. Jeśli spojrzeć na mapę USA wydaje się, że to rzut kamieniem. W rzeczywistości w obie strony czekało nas ponad 400 km w samochodzie.


Andrew zawiózł nas rano do wypożyczalni, która mimo, że wyszukała się jako “lokalna”, oddalona była o dobrych 20 minut autostradą. Pierwszy zgrzyt nastąpił, kiedy okazało się, że do bardzo przyzwoitej ceny wynajmu, $21 za dzień, nagle doliczono nam drugie tyle opłaty wynikającej z tego, że nasze prawo jazdy jest zagraniczne.

Ja rozumiem, że mają prawo, ale chciałabym poznać finalną cenę, łącznie z dopłatami, w momencie rezerwacji, a nie kiedy stoję pod wypożyczalnią na środku pustyni i na szali leży cały jeden cenny dzień wakacji. I nie chodziło o głupich $20, tylko o zasadę. Więc mocno obrażona, nie bacząc na wczesną porę, kazałam wydzwaniać managera, który co prawda opłaty narzuconej z góry przez Avis anulować nie mógł, ale wynalazł jakąś zniżkę, żebyśmy z ceną spotkali się w pół drogi.

Wyjechaliśmy wkrótce na trasę naszym Fordem Fiestą. Nie lubię samochodów w automacie, nudzę się, wolę sama zmieniać biegi. Dodać do tego idiotycznie proste, bezkolizyjne, amerykańskie drogi, i nie dziwię się, że Tesla uważa, że samochód może być maszyną bezobsługową.

Jak na nas, do wycieczki przygotowani byliśmy bardzo słabo, zaczęliśmy więc od centrum informacji dla zwiedzających, gdzie pani zaznaczyła nam na mapie dokąd pójść piechotą, dokąd podjechać, gdzie zatrzymać się i podziwiać widok.

Joshua tree, po polsku drzewo Jozuego albo jukka krótkolistna, to bardzo charakterystyczna roślina: raz zobaczona, nie może być pomylona z niczym innym. Rośnie na pustyni Mojave na całej jej rozciągłości, ale to tu, w parku narodowym tworzy - z braku lepszego słowa - lasy. Nie jest na tyle wysoka, ani nie rośnie na tyle gęsto, żeby utworzyć las w naszym rozumieniu, ale są miejsca, gdzie jej okazy ciągną się po horyzont.


Poza tym można podziwiać kaktusy, wodopoje dzikich zwierząt, formacje skalne, a w tle wysokie góry. Można spacerować szlakiem dawnych tam, z czasów, kiedy próbowano tu hodowli bydła, zanim pustynia przegnała pasterzy na mniej niedostępne tereny. Można zasłuchać się w ciszę, odetchnąć pełną piersią, a na skałach odnaleźć petroglify pozostawione przez rdzennych mieszkańców. Można wjechać na najwyższe wzgórze i podziwiać panoramę tak rozległą i majestatyczną, że łzy same napływają do oczu. Można też zasmucić się znakiem, który opowiada historię smogu, który osiada w dolinie i tęże panoramę czyni coraz mniejszą i mniejszą. I w końcu można zapomnieć, że gdzieś jest cywilizacja, pośpiech, wyścig szczurów.


  • ·         Santa Monica

- Jak to, nie pojedziecie do Beverly Hills? - nie dowierzała moja mama, która swoje wspomnienia z LA hołubi jak cenne skarby.

A my już widzieliśmy Miasto Aniołów, przepych i luksus drogich ulic, mamy zdjęcie koło gwiazd hollywoodzkich ulubieńców i staliśmy pod Kodak Theater, gdzie rozdają Oscary.

W ogóle tym razem nie ciągnęło nas do tych rzeczy.

Pojechaliśmy tylko do Amoeba Records, legendarnego sklepu z płytami, gdzie mąż mój dostał kociokwiku od nadmiernego wyboru, a ja zostawiłam go na półtorej godziny, żeby mógł zdecydować, które winyle i które kompakty pojadą z nami do domu.

Ja zapakowałam Liama w spacerówkę i bez większego celu poszwendałam się po Sunset Boulevard, robiąc kilka fotek, w tym z majaczącym daleko w tle sławnym znakiem Hollywood złożonym z białych liter.


Ale główna atrakcja tej wycieczki była jeszcze przed nami.

Ocean.




Że mnie woda uszczęśliwia, to wszyscy wiedzą. Im większa, tym lepsza. Martensy pirzgnęłam w piach i bosymi stopami zapadając się w biały piasek pobiegłam do wody. Nic, że sukienka trochę zmokła. Nic, że woda była tak lodowata, że ucinało nogi. To był mój moment szczęścia, co podobno wyraźnie malowało się na mojej twarzy. Usiedliśmy z B. na plaży, przytuleni patrząc to na fale, to na palmy, to na ludzi, którzy zajmowali się swoimi sprawami: biegami, spacerem, paleniem trawki, spaniem, piciem piwa.

Bardzo ciężko było stamtąd odjechać.



  • ·         Mission Inn

Mission Inn jest największym zabytkiem Riverside, budynkiem datowanym na 1876 rok, co jak na USA jest zamierzchłą historią. Mogłabym napisać, że to hotel i spa, ale to Europejczykowi nie da pojęcia o tym miejscu. Są tu krużganki, ogrody, kaplica, w której udziela się ślubów. Małżonkami zostali zresztą w tym miejscu państwo Nixon, a prezydent Roosevelt spędził tu miesiąc miodowy (Mission Inn gościła jeszcze aż ośmiu prezydentów przy różnych okazjach). Nakręcono tu wiele filmów, zatrzymywały się w tych murach największe gwiazdy.

Zwiedzanie zaczęliśmy wchodząc głównym wejściem obok klatki z papugą, która chętnie powtarza wypowiadane do niej powitania. Podziwialiśmy imponujący hall, z portretami prezydentów USA i krzesłem Tafta, dwudziestego siódmego z nich, wystarczająco dużym, aby zmieścić dwóch mniejszych mężczyzn.


Andrew i Alex poprowadzili nas plątaniną korytarzy i schodów na tarasy, z których roztaczał się widok na miasto, do miejsca, gdzie Andrew spędził wieczór kawalerski z przyjaciółmi, whisky i dobrym cygarem. Niestety nie udało nam się wejść do samej kaplicy, gdzie brali cztery lata temu ślub, ponieważ właśnie trwała ceremonia, ale widzieliśmy imponujące wejście i dziedziniec z krużganka na górze.


Liam najbardziej zainteresował się moczeniem rączek w fontannie, i jego mama zrobiła mu piękne zdjęcia. My napawaliśmy się widokiem, kwiatami i urokiem tego magicznego, i bardzo niezwykłego jak na Stany miejsca.

zakupy

Każdy, kto był w Stanach zna złotą zasadę- jedziesz z pustą walizką, wracasz z nową szafą.
Gdyby nie mój małżonek, pewnie dni zakupowe miałabym co najmniej dwa lub trzy, a tak tylko raz skorzystałam z tego, że chłopcy pojechali na mecz, i poprosiłam Alex, żeby zabrała mnie do jakiegoś outletu.

Zawsze obstawiam te same marki: Calvin Klein, Tommy Hilfiger i Gap. Lubię ich jakość, a w Stanach ceny są kompletnie nieporównywalne do polskich. Udało mi się nawet namówić B. na krótką rewizytę w tychże sklepach następnego dnia, i mimo, że ponarzekał i był umierający pod koniec, to jednak klika jego zakupowych potrzeb udało nam się także załatwić.

Ostatniego dnia trafiliśmy do centrum handlowego tuż koło domu naszych gospodarzy, ponieważ mój Tata zażyczył sobie “prawdziwe jeansy z USA”, a ja odkryłam, że podkłady M.A.C. są ponad 100 zł tańsze niż w Warszawie, więc grzechem byłoby nie zrobić zapasów. I to centrum okazało się bardzo fajne, na tyle fajne, że smutek nas ogarnął, że znaleźliśmy się tam dopiero tuż przed wylotem i trzydzieści minut przed zamknięciem. Gdyby było więcej czasu, nasze karty kredytowe niechybnie poszłyby w ruch.

plus tax

Mało co mnie tak irytuje.

Wszystkie ceny podawane w restauracjach i sklepach są cenami netto, do których trzeba doliczyć lokalny podatek od sprzedaży. Zmienia się on co parę miesięcy czy rok, obecnie wynosi tuż poniżej 8%.

Jest to wyjątkowo niewygodne, bo człowiek nigdy do końca nie wie, ile zapłaci. Niepodobna przecież wszystkiego liczyć na bieżąco na kalkulatorze. Kiedy na lotnisku wydawałam ostatnie dolary, żeby nie wozić waluty w tę i na zad, kupowałam Time’a i Economista, okazało się, że przez głupi podatek-dodatek zabrakło mi końcowych czterech centów. Na szczęście sprzedawczyni okazała się nie być zbyt zasadnicza.

do domu

Wszystko, co piękne kiedyś się kończy. Ze łzami w oczach patrzyłam na szybko przesuwające się za oknami palmy, kiedy Andrew wiózł nas na LAX. Liam spał w foteliku obok mnie, ale kiedy wysiadaliśmy przebudził się na tyle, żeby dać mi buziaka i pomachać nam na do widzenia. Wyściskaliśmy się z naszym kierowcą, obiecując sobie kolejne spotkanie, tym razem w Warszawie.

Nie obyło się bez stresu, bo dostaliśmy smsa o opóźnieniu lotu o 45 minut, co zważywszy, że na przesiadkę we Frankfurcie mieliśmy mieć raptem godzinę,  było dla nas różnicą bardzo znaczną. Ja przyjęłam taktykę “to jest jedna linia, oni się muszą martwić, jeśli nie dowiozą nas na czas”, ale B. snuł czarne scenariusze.

Skończyło się tym, że samolot większość opóźnienia nadrobił, a później obsługa lotniska zajęła się tym, żeby sprawnie dostarczyć nas do drugiego samolotu. I tak jesteśmy już w podróży dziewiętnaście godzin, ale - niemal dosłownie - na horyzoncie widać już Warszawę. Póki co latania mi wystarczy na jakiś czas. Ale nie wierzę, że jutro już będę w pracy.