podróże świat campingi wakacje - wszystko, co w życiu najlepsze!
niedziela, 29 kwietnia 2012
Wiedeń 2
Pierwsze wrażenie to była czystość ulic. Ale nie do końca tak jest jak dobrze się przyjrzeć. Rzeczywiście wszystko wygląda na niedawno myte, ale walają się papiery, niedopałki i niestrawione jedzenie z poprzedniego dnia. Drugie wrażenie- tym razem trwałe- to soczysta zieleń wszędzie.
Bez problemu zalogowałam się do systemu darmowych rowerów miejskich i po kilku chwilach mknęłam wzdłuż Mariahilferstraße w stronę centrum, bez większego planu czy rozkładu dnia.
Chciałam poznać miasto.
Ponieważ rower trzeba odstawić co godzinę na kwadrans, żeby system był darmowy, po kilkudziesięciu minutach krążenia z rozdziawioną buzią zatrzymałam się w parku Freuda (nieziemsko mnie ubawiło, że dojechałam właśnie tam). Nie oparłam się pokusie ułożenia na leżaczku chociaż na kilkanaście minut.
Wracając do poprzedniego zdania- dlaczego mianowicie z buzią elegancko zamkniętą się nie da. Całe miasto wygląda jak Nowy Świat czy Aleje Ujazdowskie, każdy niemal budynek jest ucieleśnionym peanem na temat dokonań w architekturze. Jedna myśl kołacze się w głowie: tego się nie da obejrzeć w cztery dni!
Ale nic nie szkodzi, wiem już, że wrócę, i to niebawem. Póki co szkoda mi pogody na muzea, jest koło 30st w cieniu, park obok parku i milion ścieżek rowerowych. Któż w tej sytuacji wybierze Tycjana czy Moneta?!...
Po ponownym wypożyczeniu roweru starałam się dojechać do Stephansplatz i katedry. Mówię "starałam się", bo z mapą zupełnie się nie dogadujemy. Jest nieczytelna, a ta w iPhonie działa kiepsko, bo dzielnica 1- ścisłe centrum- to plątanina małych uliczek.
Kilka razy w pędzie minęłam Hofburg, gdzie pachnie bzami, hiszpańską szkołę ujeżdżania koni, fontannę, której architekt ewidentnie zapatrzył się na diTrevi (w ogóle porównań z Rzymem uniknąć się nie da), aż w końcu dotarłam. Znalezienie stacji, na której mogłabym oddać rower nie było łatwe, ale pomogła mi policja, którą bliżej poznałam jeżdżąc po strefie dla pieszych ;-) W końcu- przypadkiem niedaleko Starbucksa- rower został zaparkowany, a ja -po kawie rzecz jasna- poszłam zwiedzać katedrę.
Niby nie różni się od innych monumentalnych, gotyckich kościołów, ale wrażenie robi nieziemskie. Czy to witraże, czy strzeliste łuki - nie wiem, ale podobało mi się.
Dalej spacer przez Graben i Kärtnerstraße, ulice handlowe, miłe, ale niczym szczegölnym nie wyróżniające się, a tłumem nieopisanym zawładnięte. I nagle niemiła niespodzianka: doszłam do pięknie położonego ratusza, a tu stacja rowerowa puściutka. To samo przy muzeach i na pierwszej stacji Mariahilfer. Dopiero kilka przecznic przed hostelem dorwałam wolne dwa kółka, pewnie się już nie opłacało wsiadać, ale iść już nie mogłam.
Wreszcie dostałam klucz do pokoju, i pomyślałam, że zdrzemnę się kilka minut. Z moich współlokatorów zastałam tylko jakiegoś Turka czy Araba, wszystko jedno, który jak usłyszał, że jestem Polką spojrzał tak, jakbym miała jednocześnie trąd i pchły. Wzruszyłam ramionami, omiotłam wzrokiem pokój, stwierdziłam, że reszta to głównie baby. Położyłam się na chwilunię dosłownie.
Minęły trzy godziny. Spałam jak kamień.
Prysznic, i czas na kolację. Janek polecał Grinzing, zachęcając młodym winem, spojrzałam więc na tą durną mapę, wsiadłam na rower i pojechałam.
Miało być: długo prosto, potem w lewo.
Długo prosto było. Na szczęście z górki, bo już dzisiaj 10 km marszu i co najmniej drugie tyle na rowerze miałam za sobą. Ścieżka rowerowa to była, to nie, to wyskakiwała nagle po drugiej stronie ulicy, kiedy próbowałam jechać szosą zebrałam cięgi w postaci klaksonów i pukania się w czoło.
Godzina powoli mijała, wydawało mi się, że jestem już blisko, więc na stacji rowerowej koło chyba Spittelau odstawiłam kółka i podążyłam per pedes, bo to już tuż tuż...
Po czterdziestu minutach zaczęłam się zastanawiać, czy Grinzing to nie jest jakaś mityczna kraina.
Miałam momenty euforii i zwątpienia. Szłam głównie przez dzielnice mieszkalne. Każdy neon był niespełnioną obietnicą, że to już tu. Niestety. W końcu zaczęłam śledzić znaki drogowe i tramwaje, i tą metodą za siedmioma wzgórzami, za kilkoma parkami, co najmniej jednym lasem i Bóg wie czym jeszcze znalazłam krainę, gdzie młode wino i śpiew wyznaczają rytm życia.
Może gdybym była mniej zmęczona, mniej głodna (w końcu dwa banany i jeden gorący kubek to nie jest przesadnie pożywny dzień), to dłużej szukałabym tej Jedynej knajpki. A tak, zajrzałam do czterech, wybrałam jedną, i nie mogę narzekać. Heuriger Hans Maly to winodajnia położona w pięknym ogrodzie, oświetlona lampionami. Wino nie jest drogie, za to orzeźwiające, do jedzenia do wyboru dania z bufetu. Mimo, że podgrzane w mikrofali i że ziemniaczki nieszczególne, to sama świnia i kapusta rewelacyjne i w sensownej cenie.
Kiedy już nacieszyłam się muzyką na żywo i osuszyłam kufel wina (tak, kufel wina), postanowiłam, że absolutnie żadną piechotą do domu nie wracam. Wsiadłam w tramwaj i zjechałam do miasta. Wysiadłam na znanym mi placu obok freudowskiego parku, na szczęście rower jakiś się znalazł na stojaku. Pojechałam znaną już trasą, koło Rathausu, muzeów i dalej już tylko Mariahilfer w górę.
To jest najdłuższa ulica na świecie, a ja mieszkam na samym końcu....
Nogi odmawiały współpracy. Trochę jechałam, trochę pchałam rower, trochę odpoczywałam. Dotarłam do hostelu koło północy.
Zanim usiadłam do bloga, z rozbawieniem słuchałam rozmowy trójki młodych ludzi. Ona żaliła się, że jak mówi, że jest z Trynidadu, to nikt nie wie skąd. On pierwszy, że jest z Kanady i nikt go nie rozumie. On drugi, że jest z Chin i tutaj musi używać anglosaskiego imienia Donald, bo jego chińskiego imienia nikt nie wymówi. Potem nastąpiła seria nieudanych prób opanowania chińskiej wymowy, ale skończyło się fiaskiem.
A ja spokojnie zaczęłam moją godzinę blogowania, którą niniejszym wraz z małym piwem kończę i idę spać.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz