poniedziałek, 20 sierpnia 2012

16.08

Rano z trudem wstaję na śniadanie. Szybkie pakowanie, prysznic i długa kawa. W jadalni zainstalowano projektor od czasu mojej ostatniej wizyty. Nie można tak cały dzień siedzieć, ech, w drogę; nadal korzystając z własnych nóg, a nie transportu miejskiego ruszam w stronę Notting Hill.

Tyle lat tu przyjeżdżam, tyle miejsc widziałam. Notting Hill oglądam po raz pierwszy. Urocze kolorowe domki, fantazyjne butiki, offowe ciuchy i dziwni ludzie. Szukam winyla z muzyką Machela Montano, bezskutecznie,ale poznaję kilku świetnych facetów prowadzących sklepy z płytami. Kupuję sobie do kolekcji magnesik na lodówkę. Zaskoczona deszczem chowam się na długą kawę w Starbucksie.

Kiedy się przejaśnia idę na drugą stronę Hyde Parku (który zeszłam już przy okazji tej wizyty wzdłuż i wszerz), tak samo jak w Central w NYC zachwycając się, ile zieleni można schować w wielkim mieście. Robię zdjęcia, śmieję się sama do siebie.

Oczywiście ten mój pozytywny vibe przyciąga natychmiast jakiegoś spóźnionego kochanka. Facet na oko bliżej 50ki, więc się jakieś 10 lat spóźnił z tym podrywem, bo od lat nie gustuję w starszych ;-) Tekst ma banalny: czy ja nie wiem co jest w tym Diana Memorial, do którego prosto się idzie? Nie wiem? A nie szkodzi. A gdzie ja idę? A po prostu? A czy on może zapytać skąd ja jestem? No z Polski, niemożliwe, on mówi po polsku (nawet nieźle, muszę przyznać, ale nie pytam, bo brzmi to jak długa historia, której nie mam siły słuchać). Ale jest pół Włochem, pół Hiszpanem (nie wydać się z hiszpańskim, bo się go nie pozbędę). I on ma takich znajomych, i żona tego znajomego.... że co? że ja przepraszam, ale już idę? a w którym kierunku? a, w przeciwnym, no to szkoda. Rozczarowany odchodzi.

A ja przez tą ucieczkę znajduję Royal Albert Hall, potem idę dalej do Muzeum Alberta i Wiktorii, którego ludzkie oko ani umysł nie ogarnie w jeden dzień. Decyduję się na rzeźbę europejską, Rafaela i historię sukien.

Ten Rafael to ciekawa sprawa. Do kaplicy sykstyńskiej potrzebne były gobeliny, no i żeby one powstały, to trzeba było zrobić swojego rodzaju szkice, po angielsku cartoons, które wyglądają niemal jak obrazy, ale przez użyte materiały są mniej trwałe i bardziej blakną. I te szkice właśnie można sobie obejrzeć w Londynie, tematyka sakralna, cuda, nawrócenie, uleczanie chorych.

Podczas mojego ukulturalniania się dostaję na telefon zaproszenie od Annie na kawę. Kolejny spacer przez Hyde i zaraz jestem przy Marble Arch. W Marksie i Spencerze kupuję nader oryginalny zestaw lunchowy: małe sushi, kanapkę z serem i cebulą i pieczoną pierś kurczaka. Sushi pycha, kanapka w 3/4 do kosza, a na pierś odchodzi mi ochota. Świetny wybór.

Kawa w Starbucksie za to jak zwykle cudna. Annie przychodzi z koleżanką Szkotką, dyskutujemy o tatuażach, a potem dziewczyny towarzyszą mi w upokarzających zakupach, na które wysłała mnie moja BFF.

Zażyczyła sobie mianowicie - w celach służbowych - flag, transparentów i parasolek z brytyjską flagą.

Tyle lat w Londynie nie zhańbiłam się stawiając choćby czubek palca w sklepie z pamiątkami, a tu wychodzę obładowana jak jakaś za przeproszeniem turystka. Wstyd.

Żegnam dziewczyny, biegnę do hostelu, Andriej już jest w pracy, więc chwilę gadamy. Sprawdzam maila, biorę plecak i decyduję się jednak pojechać autobusem na Victoria. Nie dlatego, że bym nie doszła, tylko po ciemku przez park to tak nie po zdroworozsądkowemu chyba...

Jestem na czas, autobus odchodzi jak w zegarku. W styczniu zmarzłam w nocy na tej trasie, więc teraz jestem mądrzejsza. Mam podusię pompowaną z campingu i kocyk. Przez długą część trasy dwa siedzenia dla siebie. Oglądam na dobranoc kiczowaty film Street Dance, nawet jak na moje standardy nie do przyjęcia obiektywnie. I usypiam. Budzi mnie dopiero edynburski deszcz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz