podróże świat campingi wakacje - wszystko, co w życiu najlepsze!
wtorek, 1 maja 2012
Wiedeń 4
Otworzyłam oczy o 10:22. Wiem napewno, bo uderzyla mnie mysl, ze mam osiem minut do końca śniadania. Gdyby nie było święta pracy, i wszystko nie było na głucho zamknięte, pewnie kupiłabym kanapkę w supermarkecie obok i nie robiła z tego afery. A tak, w popłochu i pidżamie, rzuciłam się na dół na resztki bufetu.
Udało się. Z pełnym żołądkiem poczułam się leniwa, wybierałam się wolno jak mucha w smole, i dopiero w południe zamknęły się za mną hostelowe drzwi.
Dwie minuty później kupowałam bilety i vouchery na dzisiejszą wycieczkę. Może nie najtańsze, ale na pewno korzystniej, niż gdyby płacić za wszystko osobno.
O 12:18 mknęłam klimatyzowanym pociągiem w stronę Melk. Po drodze dooglądałam na iPadzie film, przy którym wczoraj zasnęłam i ani się obejrzałam jak dojechaliśmy na miejsce.
Nad całym miastem króluje opactwo znane z Imienia Róży. Przeszłam przez centrum i, ignorując na razie główny punkt programu, poszłam na przystań upewnić się, o której odpływa mój statek. Na dworcu w Wiedniu nikt sobie za to ręki uciąć by nie dał.
Ustaliwszy co należało, wróciłam leśną, pachnącą ścieżką do miasta, myśląc po drodze, że skoro "modry" znaczy"niebieski" chyba, to dlaczego Dunaj jest taki zielony?!
Centrum- z braku lepszego słowa- Melk to kilka knajpek na wąskich brukowanych uliczkach, grono turystów, pensjonaty, kelnerki ubrane w ludowe stroje i jedna fontanna.
Żar lał się z nieba. Z trudem pokonywałam kolejne schodki na skrótowej drodze do opactwa. Usprawiedliwiając się koniecznością robienia zdjęć dolinie rzeki, odpoczywałam co chwilę. W końcu dotarłam na miejsce.
Bez problemu wymieniłam voucher na bilet wstępu i udawałam, że nie widzę plastikowych leżanek pod baldachimami w otoczeniu palm w donicach... Później. Bo nie wstanę.
Od razu po przekroczeniu progu opactwa widać, że jest co najmniej jedna instytucja, która opiera się od dwóch tysięcy lat wszelkim kryzysom. W przewodniku napisano "baroque gone mad", w wolnym tłumaczeniu barok bez piątej klepki lub rozszalały barok. Oba określenia pasują. Freski, złoto, anioły, kielichy, monstrancje- wszystko, aby pokazać siłę ekonomiczną kościoła. Mimo durnych przepisów o zakazie używania statywu (doprawdy, o co im chodzi? rozumiem, flesz niszczy obrazy, ale statyw?...) zrobiłam sobie kilka zdjęć na dziedzińcu i krużgankach. Zachwyciłam się imponującą biblioteką z rzędami ksiąg aż po sufit. Dałam się oczarować prostej sztuczce na kręconych schodach: na dole umieszczono lustro, które powoduje, że wydaje się, iż schody nigdy się nie kończą, choć naprawdę to tylko półtora piętra. Zamyśliłam się w nawie kościelnej nad granicami przepychu.
Przy wyjściu leżanki wygrały na kilka minut, ale potem pomaszerowałam do nowo otwartej części - baszty widokowej. Mój bilet zadziałał w bramce z potakującym piknięciem, i wjechałam na górę na taras. Stamtąd zawołały mnie ogrody, postanowiłam do nich zajrzeć. Kolejna bramka, ale i tu ten sam bilet załatwił sprawę. Brakowało mi czasu, aby porządnie powłóczyć się po wypielęgnowanym parku, ale podeszłam do murów, przemierzyłam labirynt starannie przyciętych żywopłotów i sfotografowałam różowy pawilon przerobiony na kawiarnię.
Schody do miasta w dół pokonywało się zdecydowanie szybciej. Po drodze na statek przekonana, że tłum nie może się mylić, kupiłam sobie lody, i na tyle wolno na ile pozwalała pogoda, delektowałam się smakiem wanilii i truskawek.
Przed samą przystanią dwóch chłopaków na rowerach poprosiło, aby zrobić im zdjęcie. Śmiali się, że chcą mieć pamiątkę po gejowskim wypadzie we dwóch. Od stóp do głów ubrani bardzo profesjonalnie jak uczestnicy tour de cokolwiek, mieli jakieś ultra lekkie, nowoczesne rowery ze stopów, których nazwy normalnemu człowiekowi nic nie powiedzą. Na zdjęciu wyszli uroczo.
Odpłynęliśmy ze skandalicznym jak na Austrię cztero minutowym opóźnieniem. Na pokładzie serwowano spritzer z białego wina, więc postanowiłam nie składać zażalenia ;-) Mijaliśmy kościoły, klasztory i twierdze położone na soczyście zielonych zboczach. W Spitz, gdzie lepszą część widoku zajmują winnice, zmienialiśmy statek, był więc czas na podziwianie zbocza tysiąca baryłek, które podobno w dobrym roku produkuje 57 000 litrów wina.
Po osiemnastej dobiliśmy do Krems. Tablice informowały, że do centrum niecałe dwa kilometry, więc mimo obtartych już od klapek stóp ruszyłam przed siebie. Miasto sprawiało wrażenie opustoszałego i nieszczególnego. Tak, czyste, zadbane, ale jakieś bez życia. Nawet ciekawej knajpy nie udało mi się dostrzec. A miałam mocne postanowienie zjeść dziś o normalnej porze. Zrezygnowana pod samym dworcem weszłam do sieciówki typu Mc Donalds serwującej austriacką kuchnię.
Sznycel był wielkości Holandii i smakował wyśmienicie. W dodatku było WiFi.
Pociąg do Wiednia pojawił się na peronie bez najmniejszego opóźnienia. Napisałam większość bloga i zaczęłam rozmyślać o reszcie wieczoru. Mogłam wysiąść na Spittelau, gdzie wiem, że są rowery, ale trasa jest długa i pod górę. Dojechałam więc do końca do Franz Josefs Bahnhof, zapytałam pierwszej napotkanej osoby w którą stronę do centrum i ruszyłam.
Plan był taki, żeby bilet na metro kupić na ostatnie 24 godziny. Ponieważ chcę jutro odwiedzić miejsce jeszcze za Grinzing, a więcej piechotą tam nie idę, oraz z walizką wieczorem też chętnie bym już nie szła, to pozwalam sobie na ten luksus. Nie chcę go nadużyć, bo z biletem w kieszeni wszędzie piechotą czy rowerem robi się daleko, i nie poznaje się miasta.
A do wyjazdu jeszcze 25 i pół godziny było. Dzięki czemu poznałam miłą Porzellangasse, wiem już, gdzie jest muzeum Freuda oraz w którym miejscu w mieście sprzedają cupcakes. Po znanych mi już z widzenia wieżach kościoła trafiłam do parku Freuda i mimo, że gołym okiem widać było rower na stanowisku 20-tym, głupia stacja twierdziła, że jest pusta. Wzruszyłam ramionami i poszłam dalej, przez Schottentor pełen stolików i ludzi, przez Cafe Central, którą właśnie zamykano i w której miły kelner gej odmówił już podania ostatniej kolejki, aż do miejsc które już pamiętałam, żeby w końcu przysiąść na Graben.
Nad spritzerem obmyśliłam gry plan na jutro i wreszcie legalnie, metrem wróciłam do siebie.
Oj, nie będę miała jutro ochoty na jechanie do domu!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz