podróże świat campingi wakacje - wszystko, co w życiu najlepsze!
czwartek, 3 maja 2012
Wiedeń 5
Zmieniłam wczoraj łóżko na takie na parterze, bo Chinka się wyprowadziła. Spałam źle. Bolało mnie wszystko, budziłam się co chwilę, a od siódmej denerwował mnie kręcący się Azjata, który jak się okazało zgubił klucz i nie mógł się dostać do swojej szafki. Wstałam na długo przed alarmem, zrezygnowałam z mycia włosów, zawiązałam kok, spakowałam się i zeszłam na śniadanie.
Punkt dziesiąta z biletem dobowym w kieszeni ruszyłam na tak zwane miasto.
Najpierw pojechałam tramwajem do Schönbrunn, ale idąc za radą autorów mojego przewodnika wysiadłam na stacji Hietzing, żeby do pałacu dojść przez park. To dobry pomysł, alejki są szerokie, wysypane żwirem, otoczone pięknie przyciętymi krzewami i żywopłotami. Po kilku minutach po lewej stronie wyłania się imponująca siedziba Habsburgów. Ale mnie oczy rozbłysły w przeciwnym kierunku.
Po pierwsze, labirynt. Taki prawdziwy, w którym można się zgubić w ślepych zaułkach, a jeśli poprawnie odgadnie się drogę, można w samym środku wejść na wysoki podest, z którego widać całą tą plątaninę ścieżek. Najpierw człowiek idzie spokojnie, ale z czasem adrenalina mu wzrasta gdy kolejny raz odbija się od ściany zieleni. W końcu mi się udało, przytuliłam się zgodnie z zaleceniem do głazu harmonii kobiecej (męska harmonia też była, a jakże) i zrobiłam zdjęcia. Uśmiałam się na widok wiewiórki, która niosła w pyszczku starannie zwinięty snopek trawy, ale zanim wyjęłam aparat, po zwierzątku zostało tylko wspomnienie rudej kity.
Dalsze labirynty są dla dzieci głównie, pochowane wśród nich są gry: matematyczne układanki, rury do wspinania się, lustra-kalejdoskop, cymbały, na których gra się nogami, w końcu rodzaj równoważni, której ruch wzbudza pobliską fontannę. Czułam się jak pięciolatka w Smyku zostawiona sama sobie.
Wyszłam drogą oznaczoną jako "dłuższa", z dopiskiem "10 minut", co nie wydało mi się możliwe, bo labirynt był niewielki. Okazało się zarówno możliwe jak i irytujące pod koniec.
Zwróciłam uwagę, że bilet kasuje się nie tylko wchodząc, ale i wychodząc- widać martwią się, że ktoś im się w tych krzakach zawieruszy.
Dalej idzie się do fontanny Neptuna, która pięknie lśni w blasku słońca, a za nią trzeba się wdrapać na szczyt wzgórza, do urokliwej Gloriety, i odwrócić się, żeby zobaczyć u stóp całe miasto i pałac w pełnej krasie. A później w dół, przez ogrody przystrzyżone do nieprzyzwoitości równiutko, aż do wyjścia.
Następny punkt programu to pałac Belweder, równie piękny co Schönnbrun, z gigantycznym stawem i wieloma fontannami, ze Sfinksami strzegącymi ogrodu. Podsłuchałam przewodnika wycieczki, który mówił, że kiedy skończyła się wojna, władca nie rozwiązał armii, tylko trzymał ich jako ogrodników. Tysiąc pięćset chłopa. No, ale obok jeszcze palmiarnia, ogrody botaniczne, więc chłopaki raczej się nie nudzili.
Przy wyjściu natknęłam się na pokaźny monument czegoś radzieckiego, niestety nie wiedziałam czego, bo wszystko w cyrlicy, a rosyjski jest mi językiem idealnie obcym. Internet wyjaśnia, że to pomnik żołnierza sowieckiego, wystawiony rękami Więźniów wojennych w 1945 gdy Armia Czerwona zajęła miasto.
Wzięłam rower ze stojaka i przejechałam krótką trasę dzielącą mnie od Stadtpark, czyli parku miejskiego. Pół miasta leżało tam na kocykach, konsumowało lunch albo karmiło zwierzęta. Do dyspozycji nad czymś, co przypominało wielką kałużę, w której ktoś rozpuścił tonę chleba, były kaczki z małymi, gołębie i gigantyczne- nie wiem, karpie chyba? - walczące o te same okruszki. Stawowi wyciągniety w marmurowej pozie przygląda się na wieki impresjonista J.E.Schindler, a Strauss nieopodal na złotych skrzypcach gra wieczną melodię.
Z parku czas ruszyć na słynne targowisko Naschmarkt, które rzeczywiście może się poszczycić imponującym asortymentem przypraw, warzyw i owoców morza. Najładniej jednak prezentują się sprzedawane głównie przez Turków nadziewane serkami warzywka. Musiałam być głodna, bo skusiłam się na spróbowanie, potem kazałam sobie nałożyć porcję, moim zdaniem sprzedawca oszukał mnie na wadze i przepłaciłam, a po trzecim gryzie doszłam do wniosku, że to jednak niejadalne i większość wylądowała w koszu. Wstyd się przyznać, ale czasami z głupoty takie rzeczy się przydarzą.
Żeby zrekompensować sobie gorycz porażki zjadłam sushi na targu, było niezłe, ale bez owacji. Stamtąd chciałam pojechać na słynny cmentarz, ale zła passa trwała.
Jakoś daleko było do stacji, więc chciałam podjechać tramwajem, który jak się okazało nie był tym, na który wyglądał. Poznałam nowe dzielnice, w końcu zdecydowałam się wysiąść, doszedłszy do wniosku, że to nie ma sensu. Na przystanku znikąd pojawił się drugi tramwaj i o dziwo miał wypisaną na tablicy nazwę rzeczonego cmentarza. Wsiadłam. Wlókł się jak to tramwaj. Po nieskończenie długim czasie konduktor ogłosił koniec trasy. Wysiadłam i spojrzałam na mapę, do cmentarza jeszcze kawałek. Kiedy zaczęłam iść minął mnie kolejny tramwaj o tym samym numerze, ewidentnie jadący tam, gdzie ja chcę. Przeszłam przystanek do końca, w Billi kupiłam wodę (przez ten upał chyba wypijałam po kilka litrów dziennie!) i wsiadłam w następny pojazd. Nie byłam pewna, czy wysiąść przy bramie pierwszej czy trzeciej. W rezultacie okazało się, że oczywiście przy drugiej, więc spacer miałam dość solidny.
Ale ładny. Zentralfriedhof jest zentral tylko z nazwy. Nawet gdyby jechać normalnie, a nie tak jak ja, to na ostatniej stacji metra trzeba się jeszcze przesiąść w tramwaj 71. Wiedeńczycy nawet mówią o kimś kto umarł: "ach, wiesz, no on wsiadł w tramwaj 71..." Czyż to nie ładniej niż kopnąć w kalendarz? Czyż nie romantyczniej?
Wracając do cmentarza- jak pisałam ładny, prawie jak nasze Powązki. Udało mi się niedaleko głównego kościoła wypatrzeć strzałkę z napisem MUSIKER, a po chwili już podziwiałam nagrobki Bethovena, Brahmsa, Mozarta, Shuberta i Straussa. Jeden obok drugiego, wokół małego placyku, Mozart honorowo na środku. Bethoven ma tu tylko pamiątkowy posąg, pochowany jest w masowym grobie zgodnie z ówczesnymi przepisami. Ale mnie nie daje spokoju co innego: gdzie się podziali Bach i Wagner?!... Muszę to kiedyś ustalić.
(Już wiem. Wagner leży w Bawarii, a Bach, który zmarł na wylew- w Lipsku. To tak na wypadek, gdyby ktoś był równie dociekliwy jak ja...)
Powrót był znacznie szybszy, po blitzkriegu na centrum (Pandora i Starbucks- dlaczego ja zawsze zostawiam takie rzeczy na ostatnią chwilę? w dodatku nie kupiłam rodzinie czekoladek, bo gdybym je w tym momencie zabrała do plecaka, w Warszawie wyjęłabym roztopionego gluta) zaczęła się moja walka z zachodzącym słońcem. Chciałam zdążyć na Kahlenberg.
Najpierw znany mi już tramwaj 38 do Grinzing. Tam przesiadka w autobus. Na przystanku poznałam trójkę Polaków, którzy 300 km trasy z domu zrobili na rowerach! Chłopak to chłopak, ale dziewczyny mi zaimponowały.
38A jedzie na wzgórze ponad 20 minut, serpentynami pośród niczego. Dobrze, że nie wpadłam na genialny pomysł, żeby iść pieszo! Dojeżdża się na szczyt Kahlenberg i mija kościół poświęcony pamięci króla Sobieskiego. Coś zaczyna mi się kołatać w historycznie niedouczonej głowie: Wiedeń, król Sobieski, bić Turka... Znowu podsłuchuję przewodnika, który opowiada o szarży i pokazuje odkąd dokąd było wtedy miasto. Pokazuje, bo z tarasu widokowego obok kościoła widać wszystko: i Wiedeń, i winnice, i Dunaj, i dolinę. Słońce pomarańczowo zachodzi mi za plecami. Cudownie kończy się dzień.
Za dwie godziny odjeżdża mój autobus do Polski, więc nie mam czasu zabawić w Grinzing na wino, ale postanawiam postawić kropkę z szarlotki nad i wyjazdu. Wchodzę do jednej z winiarni- właścicielka okazuje się Polką, a gości, w tym miejscowych, tłum. Gdyby nie ten upiorny ruch chętnie poznałabym jej historię, ale tak nie mam serca jej zagadywać. Kelnerzy miotają się jak w ukropie, nosząc półmisy mięs, dzbany wina i miski kapusty. Muzyka gra na żywo. Mój apfelstrudel jest bardzo smaczny, mimo, że bez zbędnego ukrywania się, na moich oczach sos waniliowy nalano z kartonu.
Z dobrym zapasem czasu wracam po walizkę, po drodze gawędząc jeszcze ze znaną mi już trójką Polaków. Żegnam hostel, wychodzę uśmiechnięta do metra. Mam godzinę.
Taka jestem z siebie zadowolona, że wsiadam w złą linię, w złą stronę. Biorąc pod uwagę czas czekania na pociągi, to mimo, że zorientowałam się po jednej stacji, tracę 20 minut. Kolejne pięć minut biegnę na inny peron. Walizka ma zepsutą rączkę, ani się składa, ani rozkłada, biegnę więc zgięta w pół ciągnąc ją za sobą. Nawet nieuszkodzona nie prowadziła się najłatwiej, bo coś ma ze środkiem ciężkości, ale czego się spodziewać po jankeskim badziewiu kupionym na Hollywood Boulevard za $15... W obecnym stanie manewrowanie nią to horror.
Zastanawiam się nad zmianą planu dostania się na dworzec, bo wiem, że jeździ tam też autobus. Nie wiem tylko, jak często. Tak czy siak, dwa kwadranse przed odjazdem jestem pół miasta dalej, mam przed sobą dwie przesiadki, a żeby było weselej nie jestem stuprocentowo pewna, czy jadę w dobre miejsce, bo na bilecie nie napracowali się z oznaczeniem i po prostu założyłam, że odjadę z tego miejsca, w które przyjechałam. Powoli zaczyna się panika. Opanowuję ją głębokimi wdechami, powoli, konsekwentnie, po kilka razy sprawdzając każde metro, w które wsiadam, brnę do celu. Oczywiście, że wychodzę na złym końcu stacji, oczywiście, że kilka razy potykam się o tą cholerną walizkę. Ale najważniejsze, że cztery minuty przed odjazdem dopadam autobusu.
Tak się rozpisałam, że Austria się skończyła. Patrzę przez okno, pewnie już zaraz będziemy w Bratysławie. Zdrzemnę się i obudzę już w domu. Cieszę się, że udało mi się zrealizować chyba wszystkie plany na tę podróż. Cieszę się, że mam jeszcze po co wracać, przecież nie liznęłam nawet wiedeńskich wnętrz, poznałam tylko fasady. Cieszę się, że w tym mieście organizują jarmark bożonarodzeniowy- chociaż nie potrzebuję pretekstu, żeby nie raz jeszcze tu wrócić.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz