Na campingu, oglądając jednym okiem zamknięcie olimpiady i zastanawiając się jak to jest, że Spice Girls od kilkunastu lat wyglądają identycznie, zamawiam ostatnie mezzo litro, i dość skutecznie chyba mnie ono morzy, bo budze się w namiocie koło 3 w nocy, w ubraniu, wejście otwarte... Za to jakoś w ogóle nie jest mi zimno. Przebieram się w pidżamę, ustawiam budzik, zapadam znowu w sen.
Nie najsłabszy chyba, bo kiedy budzik wyje już kilkanaście minut, budzą mnie Holendrzy z przyczepy obok, którzy w międzyczasie razem z mieszkającymi w domku Anglikami uradzili, że niemożliwe, żebym ja spała przy tym huku. Porwali mnie? Umarłam? Ktoś mnie związał i trzyma mi nóż na gardle? Tłumaczą się później, że się martwili, bo ja taka sama, a to nigdy nie wiadomo. Miłe bardzo, że ktoś się interesuje.
Zjadam typowo włoskie śniadanie w barze, kawa plus rogalik, i ponieważ nie umiem sobie odmówić tej przyjemności wskakuję do basenu popływać pół godzinki.
Później już tylko prysznic, sprawne pakowanie i zwijanie namiotu, i chwilę po 11 wychodzę w stronę dworca.
Nie jest to tak daleko, jak mi się wydawało, po 20 minutach jestem na miejscu i po konsultacji z bardzo miłym, starszym kasjerem kupuję bilet na 12:21 do Milano Centrale, i stamtąd też pociągiem mam dotrzeć na Malpensę. Planowany przyjazd 15:17, trochę na styk, bo mój samolot odlatuje 16.30, ale chyba nie mam innej opcji.
Na koniec kasjer pokazuje mi trzy palce.
- Tre? - pytam niepewnie.
Kiwa głową i pyta czego trzy. Ponieważ nie wiem, wzdycha i pokazuje na ekran komputera.
- Aaa, binario 3! - mówię uszczęśliwiona, że w końcu zrozumiałam, że chodzi mu o peron.
- Ech, myślałem, że my dwoje rozumiemy się bez słów...- mówi z udawanym smutkiem i puszcza do mnie oko.
Czas pozostały do odjazdu spędzam na piciu frizzante, później punktualnie wsiadam do pociągu i próbuję czytać, a nie spać, ale przerasta to moje siły. Za mną siedzi rodzinka grająca w Milionerów na smartphonie, co zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie ta cholerna muzyczka, która leci na loopie. Jestem o krok od podejścia do nich i wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale dojeżdżamy na miejsce. Zmieniam pociąg i uświadamiam sobie, że jedzie on na Terminal 1, a ja potrzebuję na 2, oczywiście na pewno bez problemu można się między nimi poruszać, ale jeszcze skraca mi się czas, jaki mam na punktualne dotarcie do samolotu. Powoli rośnie mi adrenalina.
Na Malpensie wszystko idzie jednak gładko. Wysiadam obok schodów, które wiozą mnie na przystanek, autobus zaraz podjeżdża, zmieniam terminal, nadaję bagaż i już wiem, że teraz tak łatwo beze mnie nie odlecą. Udaje mi się nawet jeszcze kupić wino w prezencie dla Rodziny z Anglii, zjeść kanapkę, skorzystać z toalety i podłączyć się do wifi lotniskowego.
Lekko opóźniony samolot startuje, a lądujemy już o czasie.
South Terminal na Gatwick to jest jakiś gigantyczny labirynt schodów, przejść i korytarzy. Wieki idę do pasa transportowego po odbiór plecaka, ale za to pierwszy raz w życiu mój bagaż pojawia się już jako drugi.
Przy wyjściu czekają na mnie Marya i Gordon. Idziemy do samochodu, co też nie jest ani blisko, ani łatwo trafić... Jedziemy do Shripney. Dostaję ten sam pokój co kilkanaście lat temu, z wielkim łożem z baldachimem i kominkiem, o którym moja kuzynka Abby opowiadała mi poprzednio historie mrożące krew w żyłach.
Bo w Manorze są duchy, i wszyscy śmiertelnie poważnie w nie wierzą.
Jeden to duch lady Katherine, bezprawnie wyrzuconej z tego domu, a drugi - chłopca powieszonego na poddaszu. Fundamenty wiekiem sięgają szóstego stulecia, większość domu powstała w XII/XIII, tak więc atmosfera sprzyja takim niestworzonym opowieściom.
Ale mnie zawsze bardzo się tu podobało: kiedy żył jeszcze Borys, brat mojej Babuni a ojciec Marii, siadywaliśmy w salonie. Teraz popijamy wino w ogromnej kuchni, a ciotka przygotowuje kolację. Tempo picia mają zacne, nawet ja ledwo dotrzymuję kroku, a kiedy po trzeciej chyba butelce Marya się powoli poddaje, my z Gordonem pijemy jeszcze walijską whiskey. Niestety, nie znalazłam się, po trzech łykach zażądałam coli, bo jednak perfumy na czysto to nie dla mnie....
Kolejny dzień przynosi piękną pogodę, i o ile Gordon wychodzi do pracy zanim jeszcze zdążę otworzyć oko, to my z Maryą spędzamy głównie czas nad basenem ( tak, jest piękny basen, otoczony tropikalnymi roślinami, które Borys przywoził ze swojej ukochanej Afryki). Kolejno przyjeżdżają moje kuzynki, z dziećmi, i tak do wieczora, kiedy to Rodzina zabiera mnie na wspólną kolację do meksykańskiej Belle Isle w Chichester gdzie poznaję już wszystkich.
Wszystkich czyli: Maryę i Gordona. Najstarszą córkę Tanyę, jej męża Grahama i dwie córki, Amber i Eve ( ta druga jest samą słodyczą, przytula się i uśmiecha do tego stopnia, że nawet moje średnio czułe na dziewczynki w różowych sukienkach serce mięknie jak masło w trzydziestostopniowym upale). Drugą córkę Katyę, jej męża Matta i ich córki: Marię i Lucię. Oraz najmłodszą Abigail, z mężem Keithem i synkiem - jedyny rodzynek w tym pokoleniu - Lucasem. Naprawdę wszyscy są uroczy, a dzieci wyjątkowo nieupierdliwe, nawet sześciomiesięczna Lucia siedzi grzecznie w wózeczku i nie przeszkadza dorosłym w rozmowie, do tego stopnia, że zapomina się, że w ogóle tam jest.
Rozmawiamy o Polsce, o rodzinie, uzupełniamy drzewo genealogiczne, żartujemy i śmiejemy się. Jest super.
Następnego dnia pora już ruszać dalej, Londyn mnie woła. Obiecujemy sobie być w kontakcie, co powinno nam się udać, bo naprawdę się dogadujemy. Marya zawozi mnie na dworzec, wpadam prosto na spóźniony pociąg i przed 12:30 jestem na Victoria Station w Londynie.
Nie wiem dlaczego zamiast pójść do metra decyduję się na spacer. Jest pochmurno, ale ciepło, więc przemierzanie Hyde Parku sprawia mi dużą frajdę. Zapominam o plecaku i w ogóle mi nie ciąży. W moim ulubionym hostelu jestem tuż przed 14:00, więc od razu mogę się zameldować. Podładowuję telefon i dalej piechotą, konsekwentnie, idę do Marble Arch, na polowanie w Primarku. To jest sklep ze śmiesznie tanimi ubraniami, ale trzeba się naszukać, kolejki do przymierzalni są wręcz niedorzeczne, a do kasy niewiele krótsze. Natomiast poświęcone temu dwie godzinki owocują dwiema sztukami bielizny, jedną ekstrawagancką, a drugą sportową, koszulką z koronki, paskiem, T-shirtem i turbanem do suszenia włosów, łącznie na sumę £20.
Zmęczona i szczęśliwa rzucam się na sofę w Starbucksie i pijąc kawę podziwiam towarzystwo. Część na randkach, część w pracy, wszyscy prawie stukają w laptopa lub komórkę. Jakiś Hindus śpi i chrapie. Japonka rozmawia przez Skype'a. Pełen komplet, żadnych wolnych miejsc i nikt się nie spieszy...
Nawet latte w rozmiarze venti kiedyś się kończy, więc idę dalej wzdłuż Oxford Street, skręcam w prawo w Regents, uśmiecham do gigantycznego sklepu z zabawkami, który w dzieciństwie był celem moich regularnych pielgrzymek, i kieruję się na Piccadilly Circus. Amorek nadal stoi, i jak zwykle obsiada go tłum turystów.
Zaczynam się rozglądać za biletami na jakiś musical, bo co to za pobyt w Londynie bez wizyty w teatrze. Udaje mi się kupić dobre miejsca na Ducha, a wpadam do teatru cztery minuty przed spektaklem.
O ile muzyka nie miała w sobie nic porywającego, a aktorzy byli lekko drewniani, to scenografia zwala z nóg i efekty specjalne też mieli boskie. Najlepsza rola to Ana Mae, medium o afroamerykańskich korzeniach, które pomaga głównemu bohaterowi po śmierci kontaktować się z narzeczoną.
Zresztą film z Goldberg, Moore i świętej pamięci Swayze'im wszyscy widzieli, to co ja się będę rozpisywać o fabule.
W antrakcie dostaję wiadomość od Annie, która od kilku lat mieszka w Lądku, że są ze znajomymi w barze, zapraszają na drinka.
Zaletą posiadania znajomych w znacznie młodszej grupie demograficznej jest możliwość potańczenia w modnym gejowskim barze w Soho. Sama nie wpadłabym na to, żeby się tam wybrać, a miejsce naprawdę jest urocze. Zamawiam rum z colą, rozglądam się po sali. Towarzystwo jest bardzo mieszane, i oczywiście nie w 100% homoseksualne. Rozmawiam z Annie, podziwiam dwa nowe tatuaże, które przybyły jej od stycznia, zakochuję się w tym na żebrach: " Live Love Laugh". Boski!
Robi się prawie północ, więc żegnam się i - po krótkim wahaniu na widok znaku UNDERGROUND- decyduję się na powrót per pedes. Na Oxford Street jest jeszcze otwarty McDonald's, a ponieważ zapomniałam dzisiaj zjeść, nie mogę sobie odmówić zdrowej kolacji w postaci Big Maca.... W o dziwo otwartym Sainsbury's próbuję kupić piwo, ale przypominają mi brutalnie, że w tym mieście nie sprzedaje się alkoholu po 23.00. Czy tylko mnie się to kojarzy z konsumpcją od 13 i zestawem obowiązkowym kawa + WZka?
Zwykle od Marble Arch idę obok Hyde Parku, ale ponieważ jest późno, uznaję, że bezpieczniej będzie skręcić w ruchliwą Edgare Road. Okazuje się, że to libańska dzielnica, więc wszędzie pachnie shishą, a sklepy sprzedają orientalne produkty.
Tuż przed hostelem natykam się na otwarty sklep i próbuję namówić pracującego w nim Araba, żeby sprzedał mi piwo. Boi się, pokazuje na kamery monitoringu, ale widzę, że chce mi pomóc. Umawiamy się, że wrócę za pięć minut, kiedy już będzie zamykał. Kamera zostaje wyłączona, część świateł też, więc twardo stoję na progu i nie wchodzę do środka, żeby mu jakieś głupoty do głowy nie przyszły. Przepłacam za to piwo co najmniej 100%, ale dostaję je - w największej konspiracji, owinięte w czarną plastykową torbę. Razem z pakunkiem propozycja wspólnego wypicia zawartości, ale wymawiam się innymi planami i wracam do hostelu.
Spotykam Andrieja, który pracuje na nocnej zmianie. Poznaje mnie od razu, zaczynamy rozmawiać. Bardzo poukładany chłopak, chociaż młodziutki, koło 26-27 lat. Jest Rumunem, tęskni za Transylwanią, brakuje mu natury i przestrzeni. Po czterech latach w Londynie marzy tylko, żeby wreszcie mieć wystarczająco oszczędności, żeby założyć farmę u siebie w kraju. Pracuje na noce, bo lepiej płacą, i w zimie przed 5-6 dni w tygodniu nie widzi w ogóle słońca.
- Jak dajesz radę?- pytam
- W wolny dzień idę do parku i cały dzień ładuję baterie patrząc w niebo. - śmieje się.
Dobrze nam się rozmawia: o policji i milicji, o postkomunizmie w naszej części świata, o opiece zdrowotnej, o wychowywaniu dzieci w Europie wschodniej i zachodniej, o Rumunii, o Polsce, o podróżach i marzeniach. Zanim się obejrzałam - jest czwarta. Umawiamy się na dokończenie rozmowy następnego wieczora, żegnam się i idę do pokoju.
Nie najsłabszy chyba, bo kiedy budzik wyje już kilkanaście minut, budzą mnie Holendrzy z przyczepy obok, którzy w międzyczasie razem z mieszkającymi w domku Anglikami uradzili, że niemożliwe, żebym ja spała przy tym huku. Porwali mnie? Umarłam? Ktoś mnie związał i trzyma mi nóż na gardle? Tłumaczą się później, że się martwili, bo ja taka sama, a to nigdy nie wiadomo. Miłe bardzo, że ktoś się interesuje.
Zjadam typowo włoskie śniadanie w barze, kawa plus rogalik, i ponieważ nie umiem sobie odmówić tej przyjemności wskakuję do basenu popływać pół godzinki.
Później już tylko prysznic, sprawne pakowanie i zwijanie namiotu, i chwilę po 11 wychodzę w stronę dworca.
Nie jest to tak daleko, jak mi się wydawało, po 20 minutach jestem na miejscu i po konsultacji z bardzo miłym, starszym kasjerem kupuję bilet na 12:21 do Milano Centrale, i stamtąd też pociągiem mam dotrzeć na Malpensę. Planowany przyjazd 15:17, trochę na styk, bo mój samolot odlatuje 16.30, ale chyba nie mam innej opcji.
Na koniec kasjer pokazuje mi trzy palce.
- Tre? - pytam niepewnie.
Kiwa głową i pyta czego trzy. Ponieważ nie wiem, wzdycha i pokazuje na ekran komputera.
- Aaa, binario 3! - mówię uszczęśliwiona, że w końcu zrozumiałam, że chodzi mu o peron.
- Ech, myślałem, że my dwoje rozumiemy się bez słów...- mówi z udawanym smutkiem i puszcza do mnie oko.
Czas pozostały do odjazdu spędzam na piciu frizzante, później punktualnie wsiadam do pociągu i próbuję czytać, a nie spać, ale przerasta to moje siły. Za mną siedzi rodzinka grająca w Milionerów na smartphonie, co zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby nie ta cholerna muzyczka, która leci na loopie. Jestem o krok od podejścia do nich i wyrażenia swojej opinii w tym temacie, ale dojeżdżamy na miejsce. Zmieniam pociąg i uświadamiam sobie, że jedzie on na Terminal 1, a ja potrzebuję na 2, oczywiście na pewno bez problemu można się między nimi poruszać, ale jeszcze skraca mi się czas, jaki mam na punktualne dotarcie do samolotu. Powoli rośnie mi adrenalina.
Na Malpensie wszystko idzie jednak gładko. Wysiadam obok schodów, które wiozą mnie na przystanek, autobus zaraz podjeżdża, zmieniam terminal, nadaję bagaż i już wiem, że teraz tak łatwo beze mnie nie odlecą. Udaje mi się nawet jeszcze kupić wino w prezencie dla Rodziny z Anglii, zjeść kanapkę, skorzystać z toalety i podłączyć się do wifi lotniskowego.
Lekko opóźniony samolot startuje, a lądujemy już o czasie.
South Terminal na Gatwick to jest jakiś gigantyczny labirynt schodów, przejść i korytarzy. Wieki idę do pasa transportowego po odbiór plecaka, ale za to pierwszy raz w życiu mój bagaż pojawia się już jako drugi.
Przy wyjściu czekają na mnie Marya i Gordon. Idziemy do samochodu, co też nie jest ani blisko, ani łatwo trafić... Jedziemy do Shripney. Dostaję ten sam pokój co kilkanaście lat temu, z wielkim łożem z baldachimem i kominkiem, o którym moja kuzynka Abby opowiadała mi poprzednio historie mrożące krew w żyłach.
Bo w Manorze są duchy, i wszyscy śmiertelnie poważnie w nie wierzą.
Jeden to duch lady Katherine, bezprawnie wyrzuconej z tego domu, a drugi - chłopca powieszonego na poddaszu. Fundamenty wiekiem sięgają szóstego stulecia, większość domu powstała w XII/XIII, tak więc atmosfera sprzyja takim niestworzonym opowieściom.
Ale mnie zawsze bardzo się tu podobało: kiedy żył jeszcze Borys, brat mojej Babuni a ojciec Marii, siadywaliśmy w salonie. Teraz popijamy wino w ogromnej kuchni, a ciotka przygotowuje kolację. Tempo picia mają zacne, nawet ja ledwo dotrzymuję kroku, a kiedy po trzeciej chyba butelce Marya się powoli poddaje, my z Gordonem pijemy jeszcze walijską whiskey. Niestety, nie znalazłam się, po trzech łykach zażądałam coli, bo jednak perfumy na czysto to nie dla mnie....
Kolejny dzień przynosi piękną pogodę, i o ile Gordon wychodzi do pracy zanim jeszcze zdążę otworzyć oko, to my z Maryą spędzamy głównie czas nad basenem ( tak, jest piękny basen, otoczony tropikalnymi roślinami, które Borys przywoził ze swojej ukochanej Afryki). Kolejno przyjeżdżają moje kuzynki, z dziećmi, i tak do wieczora, kiedy to Rodzina zabiera mnie na wspólną kolację do meksykańskiej Belle Isle w Chichester gdzie poznaję już wszystkich.
Wszystkich czyli: Maryę i Gordona. Najstarszą córkę Tanyę, jej męża Grahama i dwie córki, Amber i Eve ( ta druga jest samą słodyczą, przytula się i uśmiecha do tego stopnia, że nawet moje średnio czułe na dziewczynki w różowych sukienkach serce mięknie jak masło w trzydziestostopniowym upale). Drugą córkę Katyę, jej męża Matta i ich córki: Marię i Lucię. Oraz najmłodszą Abigail, z mężem Keithem i synkiem - jedyny rodzynek w tym pokoleniu - Lucasem. Naprawdę wszyscy są uroczy, a dzieci wyjątkowo nieupierdliwe, nawet sześciomiesięczna Lucia siedzi grzecznie w wózeczku i nie przeszkadza dorosłym w rozmowie, do tego stopnia, że zapomina się, że w ogóle tam jest.
Rozmawiamy o Polsce, o rodzinie, uzupełniamy drzewo genealogiczne, żartujemy i śmiejemy się. Jest super.
Następnego dnia pora już ruszać dalej, Londyn mnie woła. Obiecujemy sobie być w kontakcie, co powinno nam się udać, bo naprawdę się dogadujemy. Marya zawozi mnie na dworzec, wpadam prosto na spóźniony pociąg i przed 12:30 jestem na Victoria Station w Londynie.
Nie wiem dlaczego zamiast pójść do metra decyduję się na spacer. Jest pochmurno, ale ciepło, więc przemierzanie Hyde Parku sprawia mi dużą frajdę. Zapominam o plecaku i w ogóle mi nie ciąży. W moim ulubionym hostelu jestem tuż przed 14:00, więc od razu mogę się zameldować. Podładowuję telefon i dalej piechotą, konsekwentnie, idę do Marble Arch, na polowanie w Primarku. To jest sklep ze śmiesznie tanimi ubraniami, ale trzeba się naszukać, kolejki do przymierzalni są wręcz niedorzeczne, a do kasy niewiele krótsze. Natomiast poświęcone temu dwie godzinki owocują dwiema sztukami bielizny, jedną ekstrawagancką, a drugą sportową, koszulką z koronki, paskiem, T-shirtem i turbanem do suszenia włosów, łącznie na sumę £20.
Zmęczona i szczęśliwa rzucam się na sofę w Starbucksie i pijąc kawę podziwiam towarzystwo. Część na randkach, część w pracy, wszyscy prawie stukają w laptopa lub komórkę. Jakiś Hindus śpi i chrapie. Japonka rozmawia przez Skype'a. Pełen komplet, żadnych wolnych miejsc i nikt się nie spieszy...
Nawet latte w rozmiarze venti kiedyś się kończy, więc idę dalej wzdłuż Oxford Street, skręcam w prawo w Regents, uśmiecham do gigantycznego sklepu z zabawkami, który w dzieciństwie był celem moich regularnych pielgrzymek, i kieruję się na Piccadilly Circus. Amorek nadal stoi, i jak zwykle obsiada go tłum turystów.
Zaczynam się rozglądać za biletami na jakiś musical, bo co to za pobyt w Londynie bez wizyty w teatrze. Udaje mi się kupić dobre miejsca na Ducha, a wpadam do teatru cztery minuty przed spektaklem.
O ile muzyka nie miała w sobie nic porywającego, a aktorzy byli lekko drewniani, to scenografia zwala z nóg i efekty specjalne też mieli boskie. Najlepsza rola to Ana Mae, medium o afroamerykańskich korzeniach, które pomaga głównemu bohaterowi po śmierci kontaktować się z narzeczoną.
Zresztą film z Goldberg, Moore i świętej pamięci Swayze'im wszyscy widzieli, to co ja się będę rozpisywać o fabule.
W antrakcie dostaję wiadomość od Annie, która od kilku lat mieszka w Lądku, że są ze znajomymi w barze, zapraszają na drinka.
Zaletą posiadania znajomych w znacznie młodszej grupie demograficznej jest możliwość potańczenia w modnym gejowskim barze w Soho. Sama nie wpadłabym na to, żeby się tam wybrać, a miejsce naprawdę jest urocze. Zamawiam rum z colą, rozglądam się po sali. Towarzystwo jest bardzo mieszane, i oczywiście nie w 100% homoseksualne. Rozmawiam z Annie, podziwiam dwa nowe tatuaże, które przybyły jej od stycznia, zakochuję się w tym na żebrach: " Live Love Laugh". Boski!
Robi się prawie północ, więc żegnam się i - po krótkim wahaniu na widok znaku UNDERGROUND- decyduję się na powrót per pedes. Na Oxford Street jest jeszcze otwarty McDonald's, a ponieważ zapomniałam dzisiaj zjeść, nie mogę sobie odmówić zdrowej kolacji w postaci Big Maca.... W o dziwo otwartym Sainsbury's próbuję kupić piwo, ale przypominają mi brutalnie, że w tym mieście nie sprzedaje się alkoholu po 23.00. Czy tylko mnie się to kojarzy z konsumpcją od 13 i zestawem obowiązkowym kawa + WZka?
Zwykle od Marble Arch idę obok Hyde Parku, ale ponieważ jest późno, uznaję, że bezpieczniej będzie skręcić w ruchliwą Edgare Road. Okazuje się, że to libańska dzielnica, więc wszędzie pachnie shishą, a sklepy sprzedają orientalne produkty.
Tuż przed hostelem natykam się na otwarty sklep i próbuję namówić pracującego w nim Araba, żeby sprzedał mi piwo. Boi się, pokazuje na kamery monitoringu, ale widzę, że chce mi pomóc. Umawiamy się, że wrócę za pięć minut, kiedy już będzie zamykał. Kamera zostaje wyłączona, część świateł też, więc twardo stoję na progu i nie wchodzę do środka, żeby mu jakieś głupoty do głowy nie przyszły. Przepłacam za to piwo co najmniej 100%, ale dostaję je - w największej konspiracji, owinięte w czarną plastykową torbę. Razem z pakunkiem propozycja wspólnego wypicia zawartości, ale wymawiam się innymi planami i wracam do hostelu.
Spotykam Andrieja, który pracuje na nocnej zmianie. Poznaje mnie od razu, zaczynamy rozmawiać. Bardzo poukładany chłopak, chociaż młodziutki, koło 26-27 lat. Jest Rumunem, tęskni za Transylwanią, brakuje mu natury i przestrzeni. Po czterech latach w Londynie marzy tylko, żeby wreszcie mieć wystarczająco oszczędności, żeby założyć farmę u siebie w kraju. Pracuje na noce, bo lepiej płacą, i w zimie przed 5-6 dni w tygodniu nie widzi w ogóle słońca.
- Jak dajesz radę?- pytam
- W wolny dzień idę do parku i cały dzień ładuję baterie patrząc w niebo. - śmieje się.
Dobrze nam się rozmawia: o policji i milicji, o postkomunizmie w naszej części świata, o opiece zdrowotnej, o wychowywaniu dzieci w Europie wschodniej i zachodniej, o Rumunii, o Polsce, o podróżach i marzeniach. Zanim się obejrzałam - jest czwarta. Umawiamy się na dokończenie rozmowy następnego wieczora, żegnam się i idę do pokoju.
Jakaś flądra zajęła moje dolne łóżko. Pnąc się na cholerną górę życzę jej z całego serca, żeby jej sprężyny weszły w bok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz