Wyprawą samą w sobie jest dojazd do Modlina. Skoro samolot odlatuje o szóstej, a ja zumbę skończyłam na Tarchominie o 22.30, to nie widzę powodu się kłaść. Pakuję się i sprzątam dom, nocnym o 2:35 jadę na Centralny, stamtąd pociągiem (trzeba oddać, że nowym, czystym i niedrogim - 12 zl) do Modlina, a ostatni odcinek do terminalu pokonuję wahadłowym autobusem, opłaconym w cenie pociągu.
Samo lotnisko już aż tak się nie broni, godzinę spędzam w kolejce do oddania bagażu i kontroli dokumentów, a ostatnie pół godziny już dosłownie dogorywam, bo sen mnie morzy, a sklepy i knajpy są, tyle, że w planach. Moja energia spada wprost proporcjonalnie do blasku wschodzącego słońca.
Orio al serio zorganizowane jest bosko. Dwie minuty zajęła mi adaptacja do włoskiego zgiełku, a potem bez problemu kupiłam bilet do miasta za dwa euro. W autobusie przepakowałam się, zamieniłam adidasy na klapki, schowałam dżinsową kurtkę i zlikwidowałam bagaż podręczny.
Wysiadłam obok stacji pociągu, obok informacji turystycznej i jak się okazało obok przechowalni bagażu. Wszystko blisko, wszystko dobrze, a w dodatku na tym samym bilecie mogłam po zasięgnięciu języka w kwestii miejsc do zobaczenia podjechać na starówkę tak zwaną, do Alta Città. Zabytkowa część Bergamo leży bowiem malowniczo na wzgórzu.
Wysiadłam na ostatnim przystanku linii 1A i zrobiłam to, co zawsze w nowym mieście: poszłam się zgubić. Sposób jest prosty: nie patrzy się na mapę, tylko na każdym skrzyżowaniu wybiera się najładniejszą uliczkę i właśnie w nią się skręca. A miejscowe zaułki naprawdę urzekają. Te patia, te kwiaty, te kamienne mury, brukowane jezdnie, bramy, podcienia... I te cudowne sklepy, z wędlinami, z tradycyjnymi ciastami, z ręcznie robionymi kolczykami. Ach! I jest ta atmosfera, stali klienci z czworonożnymi przyjaciółmi plotkujący z właścicielem, stali bywalcy w barach, zamawiający to, co zwykle, siedemdzisięciolatek na skuterze, który jeszcze próbuje podrywać mnie puszczając oczka.... Niebo. Przy okazji znalazłam kwintesencję Italii: knajpeczkę ze stolikami wokół fontanny, gdzie za trzy euro dostałam cappuchino, rogalika z budyniem i sok pomarańczowy. Południowe śniadanie. Nad kawą zaczęłam studiować mapę. Bergamo jest malutkie, to znaczy ta część historyczna, więc długiej listy zwiedzania nie stworzyłam. Główny plac mijałam już po drodze, do bazyliki Santa Maria Maggiore weszłam tylnymi drzwiami, których podobnie jak frontowych strzegą marmurowe lwy, ale białe a nie różowe. W środku barok, czyli jak dla mnie wszystkiego za dużo, ale na arrasy spojrzałam łaskawym okiem, bo w stylu bardzo przypominały gobeliny z mojego rodzinnego domu, więc dotknęły sentymentalnej nuty. I o ile wszystko w tym kościele było pięknie opisane, to jedyna rzeźba, która przykuła mój wzrok pozostawiona była bez komentarza. Obstawiam, że ukazywała Chrystusa, siedzącego na piętach, ale w modlitewnej pozie, z lekko pochyloną głową, nagiego, z kawałkiem sukna przerzuconym w poprzek ud. Czarny kamień. Bardzo liryczna i bardzo piękna, nienachalnie sakralna, ludzka i wzruszająca.
Zaraz obok jest katedra. Zanim weszłam do środka, zrobiłam ze schodów zdjęcie wolnostojącej chrzcielnicy, rozumianej jako budynek, nie zaś naczynie, której różowy marmur lśnił w południowym słońcu. W katedrze zaciekawił mnie restaurowany obraz przedstawiający przejście Żydów przez Morze Czerwone, nie tyle samo płótno, co cudowne fiolki i buteleczki z masą fascynujących, kolorowych preparatów, które panowie konserwatorzy ze sobą przywieźli.... Poza tym nic niezwykłego.
Minęłam wieżę-symbol miasta w surowym średniowiecznym kształcie, podobną do tych w San Giminiano, dobrowolnie rezygnując z przyjemności pokonania iluśtam set schodów za trzy euro. Wróciłam spacerem do okolic przystanku, zachwycając się błyszczącą, czerwoną Vespą zaparkowaną obok uroczej knajpeczki, i postanowiłam wjechać kolejką linową w okolice zamku - najwyższego punktu w mieście. Nie zawiodłam się, widok zapierał dech w piersiach. Jak weselny tort, Bergamo ma kilka poziomów, ja ze szczytowego mogłam podziwiać leżącą niżej starówkę, ale i dolne, nowoczesne miasto, a z drugiej strony wzgórza, do których poprzyklejały się luksusowe wille. Chwila dla fotoreportera, i ten sam wagonik zawiózł mnie w dół, a potem drugi aż w okolice stacji.
Zrobiło się wczesne popołudnie, więc usiadłam w małej restauracyjce koło stacji na lunch i pierwszą połóweczkę włoskiego wina. Boska carbonara. Najedzona i rozleniwiona, i troszeczkę na rauszu, zabrałam plecak z depozytu i poszłam na stację, żeby zdecydować gdzie dalej. Pamiętałam, że campingi w dużej liczbie wyskakiwały w internetowych wyszukiwarkach koło Peschery del Garda, więc zapytałam o bilet właśnie tam. Czas rozsądny, cena sensowna, kupiłam. Zapamiętałam, który pociąg, ale zapomniałam gdzie się mam przesiąść. Co i tak nie szkodzi, bo od razu usnęłam, mimo, że wrzuciłam na uszy zumbową muzykę, żeby utrzymać adrenalinę na wyższym poziomie. Lipa. Sen mocniejszy, ale za to śniło mi się, że tańczę.... ;-) Na szczęście konduktor miał wyczucie czasu, i obudził mnie do kontroli biletowej tuż przed właściwą stacją. W drugim pociągu usnęłam jeszcze szybciej, i jeszcze mocniej. Dlaczego obudziłam się akurat wtedy, kiedy pociąg wjeżdżał na stację Peschera del Garda pewnie nigdy się nie dowiem.
Zarzuciłam dobytek na ramiona i wolniutko poszłam na nos w stronę jeziora. Ja wyczuwam wodę, ciągnie mnie do tego żywiołu, racza moja natura silna jest, że hej... Mijałam znaki na campingi, na jakimś etapie trzeba było zdecydować, czy iść w stronę tych w prawo, czy w lewo, w końcu skręciłam w prawo, bo pokrywało się to z kierunkowskazami na plażę.
Pierwszy rzut oka na Gardę zniewala. Ośnieżone góry topiące się w lazurowej wodzie. Tak, jak sobie wyobrażałam przez te lata, kiedy planowałam tu przyjechać. Niestety wrażenie słabło z każdym krokiem. Liczba plażowiczów i tandetnych barów, oraz tłum w wodzie, przekraczały ludzką zdolność pojmowania. Campingi co krok, głośne, pełne i nijakie, a ceny w okolicach 40 do 100 (!) euro. Dodam, że nie przyjechałam camperem z szóstką dzieci, chodzi o miejsce o wymiarach 2.5x1 m dla mojego namiotu i dla mnie. Oburzona szłam tak dobre półtorej godziny, wolniutko, bo słońce mocno przygrzewało, a plecak sam się nie chciał nieść. Wbrew moim przewidywaniom na końcu drogi nie było autobusu, który zawiózłby mnie z powrotem do centrum, więc stanęłam przed koniecznością pokonania tej samej trasy drugi raz. Pomyślałam wtedy, że to dobrze być samemu, bo człowiek sam sobie sterem i okrętem, a ktoś drugi mógłby zacząć fochy strzelać, że sytuacja jest jaka jest, spać gdzie nie ma, a bagaż to coraz cięższy się robi... Bo tak było. Na znak protestu w połowie na plaży zrzuciłam plecak, oraz ubranie, wygrzebałam kostium i zanurzyłam się w szumiącej Gardzie. Woda jest woda, odświeża, chłodzi i koi. Nawet jeśli zarówno wybrzeże jak i dno są usiane kamieniami, bez klapek nie staniesz, a księżniczka na ziarnku grochu już ma oczywiście kilka nowych siniaków.
Tym nie mniej w znacznie lepszym nastroju po tej półgodzinnej przerwie ruszyłam eksplorować drugi brzeg. Nie wiem, czy on rzeczywiście ładniejszy, czy humor mi wrócił, ale zakochałam się znowu. Lepsza perspektywa na góry, ludzi mniej, rybak na kukurydzę próbuje zwabić kolację, promenada obsadzona pięknymi drzewami. Na początku droga wiedzie przez urokliwe centrum, jest nawet informacja, chociaż pani wyjątkowo jest niezadowolona z klientki, która nie dość, że coś w ogóle chce, to uparcie twierdzi, że mówi wyłącznie po włosku, i w tym języku należy się do niej zwracać, z tym, że cierpliwie i powoli. W końcu ustalam gdzie jest camping, o którym czytałam w necie i idę. Śliczny jest. Blisko ładna, choć kamienista plaża. Pytam o cenę, pani w recepcji mówi, że 20 euro za miejsce plus 10 za osobę. Niepomalowanymi dzisiaj, ale jednak dość długimi rzęsami trzepoczę do właściciela, dorzucam smutną minkę i wcale nie symulowany ból nóg i ramion, i cena spada o 1/3. Deal. Rozbijam namiot w kilka minut, mimo pogiętych masztów i śledzi. Oczywiście ziemia jak skała więc od sąsiadów pożyczam młotek. Jak zwykle na campingu wszyscy są mili, pomocni i uśmiechnięci. Kiedy mój domek już stoi, wypełnia mnie takie szczęście, że nie chcę od niego odejść nawet na kolację. Kupuję w campingowym sklepie paczkę prosciuto crudo, chipsy i wino, siadam przed domem, otwieram butelkę (tak, wreszcie kupiłam wielofunkcyjny scyzoryk) i zabieram się do bloga. W iPadzie z zaskoczeniem znajduję zumbową składankę, którą jak myślałam mam tylko w iPhonie, chwilowo odzyskującym w recepcji siły życiowe. Włączam więc i piszę. Tak zastaje mnie zmierzch.
To jest jeden z tych durnych momentów, kiedy nie liczą się wszystkie problemy, wątpliwości, smutki i tęsknoty. Jestem szczęśliwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz