Wszystko jest zamknięte albo nieczynne. Autobusy niby chodzą, ale właściwie to udają. Wypożyczyć to można ewentualnie leżak na plaży, ale nie skuter czy samochód.
Okej, ja też się obudziłam z trochę niedzielnym podejściem do życia - długie śniadanie, chwila w internecie na ploteczkach z przyjaciółką... Zanim wyszłam na tak zwane miasto, było dobrze po 11. Bez specjalnej agendy podreptałam w kierunku centrum, ustaliłam skąd i o której odpływają łodzie i odjeżdżają autobusy. Postudiowałam mapę okolicy, nad kulką dobrych lodów zresztą, i skonfrontowałam ją z rozkładami jazdy. I ślepy by zobaczył, że cudów w kwestii liczby odwiedzonych dziś miejsc się nie zdziała.
Zdecydowałam się statkiem o 13.50 popłynąć do Bardolino, i nie była to zła decyzja. Zarówno jezioro, góry, jak i mijane po drodze miasteczka bardzo przypadły mi do gustu. Wiem, że się powtarzam, ale uwielbiam być na wodzie- ten wiatr, zapach, poczucie przestrzeni... Na Gardzie na całego odchodzi uprawianie sportów: od motorówek, które można wypożyczyć w każdym porcie (i zarzekają się, że nic nie trzeba umieć, każdy poprowadzi...), przez skutery, banany, żaglówki i czego tam jeszcze dusza zapragnie.
Po niecałej godzinie wysiadłam w Bardolino. Znowu: bez żadnego konkretnego planu obeszłam uliczki, zwiedziłam jedyne dwa kościoły, jeden z XII czy XIII w, drugi z XIX, wybudowany kiedy pierwszy okazał się niewystarczający. W duchu pochwaliłam się za przezorne zabranie narzutki na ramiona, bo inaczej mogłabym obejrzeć je tylko z zewnątrz. Zwłaszcza podobał mi się ten nowszy, w którym pachniało kadzidłem, panował uroczy chłód, a kotary, którymi zasłonięte były wejściowe drzwi, łopotały na wietrze.
Nie wiem, co mi strzeliło do blond łba, ale na widok pociągu, takiego na kółkach, co jeździ po mieście z turystami, zwłaszcza tymi w wieku przedszkolnym, poczułam, że ja muszę, no po prostu MUSZĘ. Cena nie była wysoka, więc postanowiłam sobie pofolgować, nadal nie rozumiejąc skąd ten... khm... POCIĄG do mainstreamowych atrakcji...
Zyskałam tyle, że upewniłam się, że na nogach byłam już wszędzie i nic innego to miasteczko do zaoferowania mi nie ma.
Później zrobiłam kilka rund, najpierw w poszukiwaniu idealnej knajpy, którą prawie znalazłam, ale mieli popsuty terminal, więc się zniechęciłam i kiedy wyszłam w poszukiwaniu bankomatu, to już nie wróciłam. Ten bankomat zresztą, osobna kwestia, nie dość, że chyba jeden na całą wieś, to jeszcze tak schowany, że trzy razy co najmniej go minęłam zanim wpadł mi w oko. Wróciłam do rozglądania się za restauracją, w porcie dopytałam, skąd mam powrotny autobus, w końcu postanowiłam bez obiadu pójść na przystanek, trochę rozczarowana menu, a trochę zmuszona przez fakt, że i tak większość restauracji o 17 zamknięta jest na głucho. No oczywiście, kto by jadł o tej porze...
Niedaleko przystanku trafiłam na miły bar i pocieszyłam się dwoma kieliszkami rosato, zabijając czas do odjazdu pisaniem bloga.
Dwadzieścia minut przed godziną zgodną z rozkładem wyszłam, zahaczając po drodze o tytoniowy, żeby kupić bilety. Na widok pana za ladą przypomniał mi się cały włoski, bardzo się starałam nie zrobić z siebie lingwistycznej idiotki, i chyba mówiłam składnie, bo na koniec zostałam obdarzona pięknym uśmiechem, wcale nie pobłażliwym... Aż się prosi zacytować powiedzonko mojej przyjaciółki Anety, tylko nie wiem, czy się zdecydować na "wizualnie wyjątkowo udany egzemplarz" czy na "co ja poradzę, że nie uważam, żeby on był brzydki" ;-) Ech, tak czy siak, wiadomo, o czym mówię.
Kiedy dotarłam na przystanek, obok godziny odjazdu wyświetlało się +16, później +21, a 43 minuty po czasie wyglądało, że ten autobus w ogóle nie przyjedzie i trzeba czekać na kolejny, do którego zresztą niewiele już zostało.
Może bym się wściekała, ale po pierwsze, muzyka w iPhonie do tego służy, żeby się nie nudzić, a po drugie tłumek był fascynujący na przystanku, a jak powszechnie wiadomo kocham gapić się na ludzi i wyciągać niczym nie uzasadnione wnioski ;-) Pani z maleńkim dzieckiem na ręku, trzymanym tak od niechcenia, że czekałam aż jej wypadnie. Para z lodówką turystyczną, z której ku zazdrości reszty co kilka minut wyjmowali rozmaite zimne napoje. Włoszka oburzona spóźnionym autobusem, która robiła komuś awanturę przez telefon, taką prawdziwą włoską, z krzykiem i szeroką gestykujacją. Nastoletni chłopak obcięty na czeskiego piłkarza, który znużony wyczekiwaniem poprosił matkę o papierosa - najpierw myślałam, że coś źle zrozumiałam- i zamiast dostać w łeb, dostał, czego chciał. Ja rozumiem, że tutaj palą wszyscy, ale to była dla mnie jakaś przesada...
Autobus pojawia się spóźniony jedyne 70 minut, czy też 7, jeśli założymy, że to już ten następny. Oczywiście wypełniony jest po brzegi. O miejscu siedzącym nie ma mowy, kiedy ktoś chce wyjść muszę się pochylać i wciskać w rząd siedzień, a wtedy Włoch podróżujący z synkiem bez krępacji zagląda mi w dekolt. Całą energię koncentruję na tym, żeby go w dziób nie strzelić.
Trwa to długo, bo jest piekielny korek, ale dzięki temu na malowniczej trasie oglądam zachodzące nad Gardą słońce. Mijamy tandetne na oko parki rozrywki, Movieland i Gardaland, obok nich restauracje w amerykańskim stylu, all-you-can-eat BBQ i średniowieczne cośtam, jak w filmie z Carrey'em, tylko nie pamiętam którym. Cable guy? Chyba tak. Wtedy jak musiał brać udział w turnieju rycerskim.
W końcu dojeżdżam do Peschiery, ale autobus zatrzymuje się przy stacji, co nie jest przesadnie blisko. Pytam Włoszki obok, czy jedziemy do centrum. Nie wie. Ryzykuję, następny przystanek jest bliżej, ale to jeszcze nie to. Ryzykuję dalej.
Kasyno wygrywa. Wysiadam dobrze za Peschierą, na jakimś wygwizdowie. Ponieważ marudzenie nie leży w mojej naturze, wzruszam ramionami, podkręcam muzykę i idę. Na rondzie skręcam tam, gdzie mi się wydaje, że powinnam, ale zmylona znakiem McDonald'sa - że restauracja w Peschierze to trzeba zawrócić- zawracam. I oczywiście idę nie tą drogą, więc zabiera mi to prawie godzinę, ale humor mi dopisuje.
Porzucam w namiocie aparat i wracam do centrum na kolację, myśląc po drodze, że chyba większość dnia dziś szłam.
Po drodze zaczyna padać deszcz, tak rzadki i ciepły, że zastanawiam się, czy mi się nie wydaje.
Siadam w knajpeczce nad samym jeziorem, zamawiam lasagne, tiramisu i wino. Zawsze zapominam, że pasta to tu przystawka, i porcja nie jest duża, za to deser jest znacznie większy, więc jestem najedzona. Kończę wino i kolejny rozdział Hunger Games, tom II. Kelnerka namawia mnie na limoncello, a kiedy powoli je sączę, nad jeziorem rozbłyska feria fajerwerków. Una notte perfetta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz