Po jakimś czasie decyduję się wyjść na plażę, z książką. Trochę się kąpię, trochę słucham muzyki, trochę mi się oko zamyka. Dno z tej strony jest lepsze, mięciutkie, chociaż to muł a nie piaseczek, i nie każdy by lubił na tym stawać, ale dla mnie lepsze to od wczorajszych kamulców. Po dwóch godzinach wracam w okolice namiotu. Dowiaduję się w recepcji o autobusy do Sirmione, i stwierdzając, że mam trochę czasu spożywam lunczyk w postaci kawałka sera brie i lepszej części butelki bianco della casa. O 15:00 otwierają basen po sieście, więc idę popływać, z niesmakiem przyjmując obowiązkowy czepek od ratownika i starając się nie myśleć, czy on jest nowy, czy używany. Czepek, nie ratownik, bo ratownik dużo używany nie jest chyba, zważywszy, że pewnie przed chwilą obchodził dwudzieste urodziny, i gdyby nie był taki strasznie chłopięco drobny, to nie powiem, nie powiem....
Po kąpieli kładę się na leżaku, ale zamiast czytać usypiam, nie wiem jak i nie wiem kiedy, a budzi mnie dopiero swąd płonącej skóry.... Pamiętam, że smarowałam twarz, dekolt i ramiona, ale czy nogi? Hm. Ból łydek mówi, że nie. Idę pod prysznic i szykuję się na wycieczkę; skóra pali jak szalona.
Przystanek znajduję bez problemu, trochę spóźniony autobus przyjeżdża i wzdłuż brzegu Gardy wiezie mnie na półwysep długim językiem wcinający się w wodę. Na jakimś etapie po obu stronach ulicy, za jednym rzędem budynków widać wodę. Magia.
Kiedy wysiadam, postanawiam od razu kupić powrotny bilet korzystając z pobliskiego punktu sprzedaży. Pytam o ostatni autobus, który wedle mojej wiedzy odjeżdża 21:33. A pan mówi, że nie, że skąd, że 19:28. Pokazuję mu bilet, na którym przyjechałam, pytając, czy o tej linii mówimy. Upiera się, że tak, i wyśmiewa, że kupiłam bilet w autobusie przepłacając srogo.... Dziękuję grzecznie za informacje i idę do pobliskiego biura turystycznego sprawdzić, kto ma rację. Niestety, on. W siną dal odpływa wizja kolacji w Sirmione, mam czas tylko obejść miasto.
Tak dużo do chodzenia znowu nie ma, wchodzi się przez bramę obok XIII w twierdzy, dalej uroczymi małymi uliczkami spacerując podziwia się niewiarygodne girlandy amarantowych kwiatów, czasem obrastające całe ściany budynków. Postanawiam zjeść lody, bo być we Włoszech i tego nie zrobić, to granda. Spośród wielu lodziarni wybieram tę, w której grają Tchechereretche, bo skoro muzyczny gust mają taki dobry, to i lody może niezłe.... ;-) Z rożkiem o smaku owoców leśnych, zachęcona znakiem via panoramica, schodzę do jeziora wzdłuż parku Mari Callas, zataczam koło i wracam do centrum. Chcę dokupić kawałek chleba i pomidory, żeby załatwić kwestię jutrzejszego śniadania resztką Brie. Jak na zamówienie pojawia się sklepik. Po zakupach wsiadam w autobus, słucham trójki Polaków dyskutujących w drodze o podróżowaniu (nic mądrego zresztą nie mówią, a jak dochodzą do sprawdzania się z angielskich słówek, to lektorski włos mi się jeży na głowie na dźwięk tej wymowy....) i oczywiście przejeżdżam swój przystanek. Smutna minka, machanie rzęsami, i pan kierowca poza trasą wysadza mnie na rondzie, bo tłumaczę, że z centrum to ja mam straaaaaasznie daleko.
Nie jestem bardzo głodna, a łydki mnie dobijają, ale wpadam na fajną knajpeczkę Lo Scarabeo, i postanawiam zjeść prawdziwą włoską pizzę (tym razem z mozzarellą i rukolą) oraz wypić wieczorne mezzo litro di bianco. Jedzenie jest genialne, wino też, piszę bloga, a w międzyczasie znowu z głośników lecą zumbowe piosenki: najpierw Oceana, potem nieśmiertelna Ballada Boa. Uśmiecham się mimo woli do własnych wspomnień. Płacę za kolację i powoli wracam na camping.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz