sobota, 29 lipca 2017

Islandia cz. IV

27.07

HÓLMAVÍK- ÍSAFJÖRDUR (380km)

Co ja mam dziś napisać, z tego namiotu rozbitego między wodospadem a strumieniem...

Atrakcji było dziś i mało, i dużo. 

Zatrzymaliśmy się najpierw w muzeum Czarodziejstwa i Magii, miejscu dziwnym lecz klimatycznym. Na Islandii na stosie płonęli głównie mężczyźni (udokumentowanych jest 40 przypadków, kobieta była tylko jedna). Płonęli w XVII w. za rzucanie czarów, wywoływanie burz, gromadzenie majątków za pomocą sił nieczystych. W muzeum w Hólmavík można poznać ich historie, obejrzeć tajemnicze symbole czy spodnie z ludzkiej skóry, które nosili (replika chyba, nie wyglądają na "oryginalne"). Poza tym wypchane lub wygarbowane gryzonie, kruk, skrzydło jakiegoś ptaka, dużo genealogii i czara z kamienia na której wykryto ślady krwi, która z niej była pita. Sale ponure, informacji dużo. Miejsce z pewnością niezwykłe.

Drugi przystanek to już miasteczko (na lokalne warunki wręcz miasto), w którym zostajemy na noc. Port, kino, pomnik dla tych, co nie wrócili z morza, kilka knajp i urocze domy, niektóre bardzo stare. Ale też bloki i przemysł rybny. I Polacy. Dużo. Na tyle, że obok lokalnego dyskontu sieci Bónus umiejscowił się SAM, w którym można kupić pasztet mazowiecki z drobiem, smalec, mydło Biały Jeleń i inne swojskie produkty, i całkiem za darmo posłuchać, że "te deski to takie kurwa drogie, że parkiet bym taniej kupił". Za 500 koron można też zaopatrzyć się w periodyk polonijny.

My jednak poszliśmy do Bónusa, gdzie po raz kolejny zdziwiło mnie, że Islandczykom nikt nie powiedział, że w lodówce trzyma się produkty, a nie klientów. Żeby kupić mięso czy ser trzeba wejść do wielkiej chłodni, gdzie zimno jest tak, że ciężko zebrać myśli, nie mówiąc o porównaniu cen, i człowiek łapie pierwszy z brzegu tani serek i ucieka myśląc, że aż mu tak, cholera, na tej szynce nie zależy, żeby się nabawić odmrożeń.

Poza tymi dwoma miejscami zwiedzaliśmy dzisiaj z samochodu. Plan był taki, żeby wbić się jak najdalej na zachód krętymi drogami i jutro zwiedzać wracając do 1ki. A drogi są, że hej! Nie dość, że wąsko, nie dość, że wieje tak, że samochód przesuwa, to jeszcze na dodatek odcinki szutrowe coraz dłuższe, i jak już się wjedzie na byle jaki asfalt to się człowiek czuje jak u Niemca na autobahnie.

Za to widoki rekompensują wszystko. Ten kolor wody mieniący się w nadal idiotycznie intensywnym słońcu. Ta dzikość przyrody. Te fiordy niezmierzone... Od tej pory jeśli ktoś mi powie, że jedzie na Islandię tylko na kilka dni będę doradzała, żeby zostawił inne atrakcje i przyjechał tu na zachód- znajdzie wszystko, tylko bardziej, a turystów mniej.

W jednym miejscu zobaczyliśmy znak "foki", i rzeczywiście, leżały na plaży, pływały w morzu, a później próbowały niezdarnie wciągnąć się na kamienie. Azjata z teleobiektywem powiedział, że doliczył się aż czternastu sztuk! Uwielbiam patrzeć na te zwierzęta. Niestety, były zbyt daleko, żeby zrobić im udane zdjęcie sprzętem, który mamy.

No i kemping nas zachwycił. I położenie i infrastruktura, styl skandynawski, czysto, przejrzyście, przyjaźnie, nawet gitara wisi na ścianie jakby kto chciał sobie pograć. Siedzimy przy piwku w świetlicy, kolacja już za nami. Niby jeszcze nie ma dziewiątej, ale skłaniamy się ku pójściu spać. Plan na jutro już mamy ugadany, teraz potrzebne są siły, żeby stawić czoła nowemu dniu.

28.07
FLATEYRI - SKÚDUR - DYNJANDI - HNJÓTUR - LÁTRABIARG - BREIDAVÍK - RAUDASANDUR - FLOKALUNDUR (440 km)

Ależ sobie daliśmy dzisiaj w kość!

Zaczęło się mało trafnie, bo pomyliłam się w czytaniu mapy, a że tunel był, jak miał być, to dopiero na wylocie się zorientowałam, że jesteśmy całkiem nie tu... Zawróciliśmy więc i już poprawnym tunelem dojechaliśmy do malutkiego Flateyri, ale niestety jedyna atrakcja, którą chcieliśmy zwiedzić (są dwie), Old Bookshop, zmieniła godziny otwarcia i musielibyśmy zbyt długo czekać.

Obejrzeliśmy więc miasteczko i pojechaliśmy dalej, do najstarszego ogrodu botanicznego Islandii. Zachwyt! Nie wiem, czy same rośliny to sprawiły, chociaż pięknie kwitły i pachniały. Bardziej chyba urzekło mnie, że Skúdur, bo tak się nazywa, jest oazą na dosyć gołym zboczu góry, ma małe fontanny i ukryte ławeczki, szklany pawilon z księgą gości, pachnie kwieciem wręcz upajająco, a funkcję jednej z bram pełni gigantyczna kość ze szczęki wieloryba. Mieliśmy szczęście, bo zwiedzaliśmy sami, tylko my i para starszych osób zajmujących się doglądaniem ogrodu: on kosił, ona pieliła.
Gdybyśmy przyjechali kwadrans później, musielibyśmy ten zaczarowany ogród dzielić z wycieczką Brytyjczyków.

Następny na naszej trasie był wodospad Dynjandi- najpierw pomyślałam "o, nie, znowu wodospad?", później jednak doczytałam, że ma niemal 100 metrów wysokości, więc postanowiliśmy dać mu szansę. I nie zawiedliśmy się. Co prawda jedno z nas chciało zwiedzać z samochodu, ale drugie namówiło je jednak na wspinaczkę pod sam wodospad, bo przecież po to żyje się razem. Żeby motywować. A warto było się wspinać, bo trasa nie długa, widok przepiękny, a po drodze jeszcze kilka mniejszych wodospadów. B. zauważył, że poszczególne kaskady Dynjandi odpowiadają erozji skał na otaczających go górach. Coś więcej niż ten wodospad smagało te skały :) U stóp wzgórza przy huku spadającej wody zjedliśmy lunch i pomknęliśmy dalej.

Chociaż to może nie być najlepszy czasownik. "Mknąć" po Fiordach Zachodnich się nie da, i już na tym etapie było to widać. Dalej było tylko gorzej. Asfalt był wielkim nieobecnym. Dziury i koleiny w drodze szerokości chodnika idącej w górę i w dół pod kątem 10ciu, a czasem nawet kilkunastu stopni. Żwir, więc przyczepność żadna, za to kamienie pięknie obijają samochód. Z jednej strony lita skała, z drugiej urwisko, a wiedz, że kiedy Islandczyk stawia barierkę przy drodze, to o czymś to świadczy. Szczerze mówiąc tak wyobrażaliśmy sobie osławione drogi F w interiorze.

Poruszaliśmy się żółwim tempem. Po drodze minęliśmy dwa gorące źródła, ale pływały w nich glony i jakoś nie zrobily dobrego wrażenia, więc mimo entuzjastycznych min siedzących w nich osób - nie zdecydowałam się (mąż nadal nie ma kąpielówek). Za to zobaczyłam, że oni rzeczywiście z tych gorących baseników pędzą do lodowatego fiordu się ochłodzić.

Przez całą drogę jechały z nami niesamowite chmury. Jakby je kto namalował, to bym powiedziała: nierealistyczne. No bo niektóre gęste, nieprzeźroczyste i w kształcie wypisz wymaluj UFO. Albo: wszystkie poziome kreski, a jedna, nad górą, pionowo, i bawią się, że są wulkanem i dymem.

Wielką niespodzianką było znalezione przypadkiem muzeum lotnicze w Hnjótur. Najpierw zauważyliśmy wrak amerykańskiego Douglasa. Zatrzymaliśmy się, i zanim zaparkowałam B. już wlazł do środka i machał z kokpitu. Później okazało się, że obok jest hangar, a w nim same cuda! Dwupłatowy Antonow Aeroflotu wyprodukowany w Polsce (!) w '67, jeep z okresu II Wojny Światowej i nie wiadomo według jakiego klucza - Honda CRX przykryta folią malarską. Na zewnątrz jeszcze kawałek samolotu i ciężarówka Mercedesa nie pierwszej nowości.

Pooglądali, obfotografowali, i musieli przestać udawać, że długie kilometry trudnej drogi na nich nie czekają.

Za to na końcu- najdalej wysunięty na zachód punkt Europy, nie licząc Azorów. Z tej okazji odbyła się poniższa dyskusja.
Ja: E, takie gadanie. To wcale nie najdalszy. Azory są w Europie.
Mąż: Azory są archipelagiem i leżą na Atlantyku.
Ja: Należą do Portugalii, więc są Europą.
Mąż: Wedle tej logiki, gdzie leżą Falklandy?

Koniec czy nie, Látrabjarg to przepiękne urwisko, latarnia morska i sanktuarium ptasie. Już pisałam, że kocham maskonury? Tutaj byłam od nich dosłownie na wyciągnięcie ręki! W dodatku słońce powoli się obniżało, i widok na bezbrzeżny ocean - uznany i tak przez National Geographic za jeden z 10 najlepszych na świecie- stał się jeszcze lepszy.

Żeby z tego pseudo-zachodu słońca skorzystać, pojechaliśmy jeszcze na dwie plaże. Na jedną - nacieszyć się piaskiem. Wyskoczyłam z butów i szalałam, ile wlezie. Ganianie się z falami, skoki, tańce, tarzanie w piasku. Jak wariatka. No ale ja tak mam na pustych piaszczystych plażach. Druga plaża to znane miejsce pobytu fok, i liczyłam, że zobaczę je z jeszcze mniejszej odległości niż wczoraj, ale chyba zgadały się z reniferami (których ku mojej rozpaczy nie spotkaliśmy na wschodzie) i nie było ani jednej.

B. był już troszkę zdenerwowany czasem, bo zbliżała się 23, jaka droga przed nami już wiedzieliśmy, a do kempingu kawałek... Ja tu zawsze mówię "no i co, że późno? słońce ci zajdzie?", ale on jakoś tego argumentu nie lubi... Byliśmy już fizycznie zmęczeni, i spacerami, i emocjami, i tą jazdą wyczynową, więc rzeczywiście pora była jechać. Na pożegnanie z fiordami dostaliśmy kolory skał nie do opisania, odbijające ostatnie promienie słońca. Ktoś pokolorował też nieopuszczające nas chmury.

Kompletnie wykończeni na kemping dotarliśmy o północy. Zanim namiot, zanim co- do kolacji usiedliśmy przed pierwszą. Nadal było jasno, godzinę później zresztą też. Siedzieliśmy na pelerynie na trawie, z widokiem na morze i fiord, jedząc z jednej miski. Wolę to od każdej restauracji świata.

29.07
LAUGAR- ERIKSSTADIR- ÓLAFSVÍK (330 km)

Obudził mnie dzisiaj mąż o 10, bo mu się wydawało, że późno, a ja wyrwana z objęć Morfeusza nie bywam radosnym promykiem słońca. Wręcz przeciwnie. Burczę, płaczę i czepiam się o wszystko. Dwie godziny mi zajęło wytarabanienie się z tego rozbicia, więc ruszyliśmy i tak po 12.

Daleko nie ujechaliśmy, bo zaraz obok było kolejne gorące źródło. Tym razem z kamieni, a nie wyłożone płytkami jak basen, więc glony wyglądały jakoś naturalniej, no i było ich mniej, toteż nie odmówiłam sobie kąpieli. Do fiordu też weszłam, chociaż tak lodowata woda nawet dla mnie była wyzwaniem. Ale jak się bawić, to na całego.

Nieustająco bawi mnie znak "zakaz defekacji" z bardzo sugestywną grafiką, ustawiony w okolicach wszystkich akwenów.

Po kąpieli zaczęliśmy przeprawę na półwysep Snaefellsness- rozważaliśmy prom, ale zaoszczędzilibyśmy tylko godzinę, a kosztowałby nas 500 zł. Zdecydowaliśmy się więc jechać drogą.

Zachodnia Islandia jak nam się póki co wydaje stoi głównie sagami: historiami z X w., którymi ewidentnie nadal żyje cały naród. I tu, w tych okolicach jest wiele miejsc z nimi związanych.

Lunch jedliśmy w Laugar, obok źródełka, w którym wedle legendy kąpała się piękna bohaterka jednej z sag, vis a vis góry zwanej katedrą elfów. Później odwiedziliśmy skansen Eriksstadir, żeby zobaczyć jak żyli Wikingowie. W środku chaty znaleźliśmy krótkie łóżka (nie dość, że nie byli wysocy, to spali na siedząco), krosno, kości zwierząt do zabawy dla dzieci, rogi krów, czyli ówczesne kufle, w centralnym punkcie zaś- palenisko. Mieszkali po dziesięć, piętnaście osób: z jednej strony państwo, na przeciw niewolnicy, wszyscy pod jednym dachem. Młoda przewodniczka w stroju trochę z epoki, a trochę z polaru, bo jednak zimno, na zmianę po angielsku i islandzku odpowiadała na wszystkie pytania. Wiedzę miała imponującą. Niby już to słyszałam, ale uderzyło mnie jak młodym państwem jest Islandia. Uzyskali niepodległość od Danii dopiero w 1944r! Dziewczyna opowiadała też o podróżach Wikingów do Kanady, pięć wieków przed Kolumbem. I o tym, jak Wikingowie poczęstowali Indian swoim przysmakiem, skyr. Indianie, nieprzyzwyczajeni do laktozy, zapadli na ciężką sraczkę i uznali, że Wikingowie próbują ich otruć. Tak oto zaczęła się wojna, która odesłała Europejczyków z powrotem do domu.

Wyszliśmy z chaty i uderzył nas mocny wiatr. Walczyliśmy z nim przez całą dalszą drogę, a trasa znowu była w dużym stopniu bez asfaltu. Jak my już mamy dosyć tych dróg z kamyczkami! Dobrze, że chyba są już wszystkie za naszymi plecami.

Zatrzymaliśmy się w supermarkecie, kupiliśmy skyr na spróbowanie - dobry, coś między jogurtem a serkiem homogenizowanym. Kupiliśmy też lokalne piwa - niestety, nadal niepijalne.

Po drodze patrzyliśmy na zajadle walczące konie: na zęby, na kopyta. Niesamowity widok. Powtórka widowiska, z innymi końmi w roli głównej, będzie wieczorem obok namiotu.

Na kempingu nie bez trudu przy ostrej wichurze rozstawiliśmy namiot. Było ryzyko, że odfruniemy razem z nim. Później wepchnęliśmy się do przepełnionej wspólnej kuchni, zaczekaliśmy na miejsce przy stole (z sympatycznymi Hiszpanami; mąż czuł się troszkę wyłączony z rozmowy, ale ta na szczęście nie potrwała długo, bo blog sam się nie pisze), i ugotowaliśmy jedne z ostatnich zupek chińskich, jakie mamy na składzie. B. chyba oduczy się wybierać takie z napisem "ostra", bo płakał nad tym daniem z pół godziny, a czerwony był jak rak. Moja, owoce morza, dziękuję, bardzo smaczna.


Wiatr ucichł. Jest szansa, że do rana nas nie wywieje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz