24.07
Dzień ognia we wnętrzu Ziemi.
DETTIFOSS/SELFOSS- KRAFLA - HVERIR- MYVATN - HEIDARBAER (230 km)
No znowu to słońce spać nie daje! Wypełzliśmy z namiotu jak już nie było czym oddychać i rozłożylośmy się na śniadanie na trawie. Przyszedł się z nami poznać sąsiad z namiotu obok, jak się okazało Austriak mieszkający w Szwajcarii, podróżujący z żoną i córką. Mówił po angielsku nieźle, ale z tak mocnym akcentem jak Schwarzenegger w latach 80. Kiedy dowiedział się, że jesteśmy z Polski bardzo się ucieszył, bo był u nas w '87 i chyba chciał o tych czasach rozmawiać, dopóki mój mąż mu nie uświadomił, że jeszcze się wtedy nie zdążył urodzić.
W końcu zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy w trasę. Jak popatrzyłam na mapę i okazało się, że będziemy oglądać KOLEJNY wodospad, to już miałam postulować pominięcie go, ale doczytałam się, że pod względem objętości przelewanej wody jest największy w Europie, więc już łaskawie postanowiłam przystać na to zwiedzanie. I dobrze, bo Dettifoss robi wrażenie i masami spienionej wody, która wygląda jak kawa z mlekiem (woda z lodowca nie jest przezroczysta: jest brunatna i mętna), i tęczą, którą często nad nim widać, i wreszcie kanionem rzeki Jökulsá z urwistymi skałami. Kiedy pójdzie się dalej z wiatrem można się spodziewać mgiełki-prysznica z kropel unoszonych w powietrzu. Przy tym koszmarnym upale to było objawienie. Rozłożyłam ręce i krzyczałam: "Tak, tak, TAK!!!".
Spacerem podeszliśmy do drugiego wodospadu, Selfoss; tutaj woda zlewa się z urwiska z trzech stron. Na górze rzeka płynie płytkim korytem i nawet nie wiem jak to się stało, ale buty poszły w odstawkę, a stopy wylądowały w rozkosznie lodowatej wodzie. Tak lodowatej, że jak moczyłam pięty, to czułam jak zamarza mi mózg. Posiedzieliśmy trochę patrząc na wodospad. Pełen relaks.
Spotkaliśmy też naszego Austriaka. Wszyscy mamy podobny plan podróży.
Następny zjazd z drogi numer 1 to Krafla- wulkan i pole geotermalne. Odór siarki na wysokości przyczajonej u stóp wzgórza elektrowni zwala z nóg. Wchodzimy do Visitor Center i bardzo cieszy nas darmowa kawa. Z mlekiem! Nabiał! (Dygresja: w domu żywię się głównie nabiałem, od dziecka, sejek musi być; tutaj mleka nie kupuję, bo nie ma go jak wozić, a gouda w dyskoncie kosztowała 60 zł za kilka plasterków... stąd entuzjazm do mleka). Poza tym pokazują tam film i zdjęcia z wulkanu, informacje na temat elektrowni (że może zasilić 92% gospodarstw na Islandii) i typowych domów na wyspie (średnio 200 m2 w cenie 45 mln ISK). Widok na te wszystkie ustrojstwa, które przewodzą prąd. Fajne nawet, chociaż to nie ja chciałam oglądać elektrownię ;)
Podjeżdżamy pod krater z jeziorkiem w środku. Zamierzamy tylko rzucić okiem z oddali, ale kończy się na pilnym obejściu całej okolicy. Okazuje się, że mam lęk wysokości: na wąskich ścieżkach ściska mnie w dołku. Ale idę!
Mąż chyba głodny, bo mówi, że spękana ziemia zalana siarką wygląda jak pizza quattro formaggi, a jeziorko w kraterze jak Gatorade. Ja jestem trochę rozczarowana, bo miało gotować się i bulgotać, a tu ledwo kilka miejsc trochę tylko syczy...
Okazuje się, że to co ja chciałam to jest w Hverir, kawałek dalej. Najpierw niechcący omijamy to miejsce, ale później na szczęście wracamy, bo jest to coś niesamowitego! Kopce kamieni, które syczą i buchają dymem- siarką, z zapachu sądząc. Gęsta glinka, która bulgocze i plaska w okrągłych dołach. Kałuże z gotującą się wodą. Niepowtarzalne!
Jadąc dalej nad jezioro Myvatn mijamy odpowiedź północy na Błękitną Lagunę - Nature Baths. Łatwo się pomylić, bo po drugiej stronie drogi są stawy z wodą w identycznym błękitnym kolorze. Niestety- silnie toksyczne.
Nad Myvatn największą atrakcją jest wielki park formacji z lawy- Dimmuborgir. W kształtach można dopatrywać się postaci ludzi i zwierząt, ale w sumie najbardziej przypomina to gigantyczne ruiny. Stąd nazwa, którą tłumaczy się jako Mroczne Zamki. Park można zwiedzać małym, większym, dużym i największym kołem - my wybieramy to przedostatnie, trasa 2.3 km.
Na parkingu jemy lunch złożony z chińskich zupek, z zazdrością zaglądając w talerze siedzącym obok Hiszpanom, którzy przywiezioną w małpkach oliwą polewają sobie chleb, i obkładają go suto pomidorami, chorizo i jamón serrano. Wszystko przywiezione z heimatu.
Na południu jeziora Myvatn spacerujemy po farmie opatrzonej napisem "nie śledzić owiec, uważają to za atak", i podziwiamy pseudokratery. Ale osławione muszki, od których ciężko się tam opędzić, powodują, że spacer jest krótki. Dobra, trochę też już nam się nie chce, bo dzień był intensywny...
Jedziemy także do magicznej groty Grótagiá, w której wkładam ręce do gorącego źródła. Kolor wody - nieziemsko niebieski. Podobno kręcili tutaj jakieś pikantne sceny do Gry o Tron.
Wybrany przez nas kemping w Heidabaer jest dalej niż nam się wydaje, ale za to następnego dnia będziemy mieli łatwiejszy start, a zaplanowany jest on niemożliwie wcześnie.
Samo miejsce nie robi super wrażenia: za hasło do Wifi trzeba zapłacić, pole jest przepełnione i ciężko wetknąć nawet nasz mały namiot, woda w kranie jest niesmaczna (pierwszy raz: dotąd kranówka smakowała tu wyśmienicie!). Ratunkiem wizerunkowym jest tylko basen termalny i gorąca balia obok. Korzystam. Na kolację liofilizowane Chili con carne i śliwkowa Soplica. Jestem tak zmęczona, że nawet pisanie bloga odkładam na następny dzień.
25.07
WIELORYBY!!!
HÚSAVÍK- AKUREYRI- SIGLUFJÖRDUR (200 km)
Nastawiamy budzik na porę zupełnie szaleńczą, 7.00, ponieważ chcemy chociaż przymierzyć się do rejsu z oglądaniem wielorybów. Nie wiemy, czy będą bilety - ponieważ plan wycieczki powstaje na gorąco, nie kupiliśmy ich wcześniej.
Śpimy dość nerwowo. B. śni, że szukamy planet do kolonizacji, ale na większości jest zbyt gorąco i pewnie byśmy spłonęli, a na jednej są wielkie mrówki. Budzik wyrywa go z koszmaru. Zwijamy namiot i ogarniamy się bardzo sprawnie, chociaż oczy nam się kleją.
Z piskiem opon wjeżdżamy do Húsavík chwilę po 8.00. Miasteczko jest udekorowane girlandami; chciałabym myśleć, że to na nasz przyjazd, ale chyba mieli jakieś lokalne święto. Bez trudu znajdujemy dwie z wielu firm zajmujących się organizacją rejsów.
Przejęty i zdyszany B. wpada do pierwszego biura.
- Są bilety?- pyta pełnym napięcia głosem.
- A no są.- odpowiada pan w kasie, a jego stoicki spokój wypada wręcz groteskowo przy emocjach, które okazuje mój mąż.
Druga firma też ma jeszcze wolne miejsca.
Jeden rejs wypływa o 8.45, drugi kwadrans później, i -o dziwo!- B. wybiera opcję trochę droższą, ale bardziej troszczącą się o to, żeby nie straszyć wielorybów.
Na statku z załogi poza kapitanem jest młody animator, który opowiada bardzo ciekawie o tym co pływa w zatoce, i Niemiec, który krąży wśród pasażerów, zagadując i żartując. Razem z nami płynie polska wycieczka, prowadząc rozmowy na poziomie tak niskim, że aż to żenujące, więc staramy się do nich nie przyznawać, ale jak zaczynają wygłaszać żarciki kogo to by nie posłali "do gazu", B. nie wytrzymuje i wdajemy się w krótką pyskówkę. Poza tym jest bardzo irytująca grupa Azjatów (jejku, jakie to są nieładne języki...) z dzieciakiem, którego cudem tylko nie wypchnęłam za burtę. Ale generalnie jest miło, zwłaszcza jak Niemiec-załogant dowiaduje się, że jesteśmy w podróży poślubnej, i składa nam wylewne gratulacje oraz poleca kolejne miejsca do odwiedzenia na Islandii.
Ale do sedna! Wieloryby. Są, widzimy je wielokrotnie w trakcie trzygodzinnego rejsu, wielkie cielska humbaków wynurzające się nad wodę i imponujące płetwy bijące w fale. Nie mamy pełnego show, żaden nie wyskakuje w całości z wody, ale i tak bawimy się świetnie. Wyskakują za to delfiny białonose.
Poza fauną, cieszy widok na port, na zatokę, wiatr we włosach i palące słońce. A na koniec dostajemy gorącą czekoladę i cynamonową bułeczkę.
Z głową pełną wrażeń jedziemy do stolicy północnej Islandii, do Akureyri. Podziwiamy piękny fjord, lokalny deptak, wchodzimy do nie bardzo urodziwego kościoła (jedyne co zapamiętam to duży model statku podwieszony pod sufitem), w końcu spacerujemy po Lystigardurinn, cudownym ogrodzie botanicznym, w którym rośnie 400 gatunków endemicznych roślin, oraz dodatkowych ponad 6 tysięcy sprowadzanych z całego świata. Lystigardurinn to pełen życia park, gdzie dzieci chlapią się w fontannach, całe rodziny siedzą na trawie, staruszkowie odpoczywają w cieniu na ławeczkach. Zostajemy tam na lunch.
Potem za radą naszego Niemca jedziemy dalej na północ, do Siglufjördur. Największą atrakcją trasy są trzy tunele pod górami, z czego najdłuższy ma 7 km, a w jednym jest tylko jeden pas drogi; żeby się minąć trzeba skorzystać z zatoczek rozmieszczonych co kilkaset metrów. Ściany tunelu to po prostu skała, tam, gdzie zaczęła się obsypywać, obita specjalnymi płachtami.
Poranna pobudka bardzo daje nam się we znaki, zamieniamy się za kierownicą, ale ledwo możemy utrzymać oczy otwarte.
Jakoś się jednak udaje dojechać. Samo miasteczko rzeczywiście jest urocze. Malownicze, kolorowe domki, porcik, muzeum śledzia (całe Siglufjördur śledziem stało do późnych lat '60 ubiegłego stulecia; później te ryby z niewiadomych przyczyn zniknęły z morza, a wraz z nimi w dużej części zniknęło miasteczko; dawnego znaczenia nie odzyskało do dziś), restauracja i hotel. Kiedy już trochę odpoczniemy i wykąpiemy się, robimy sobie spacer po okolicy. Mamy nawet ochotę (i mężową dyspensę) na kolację w restauracji, ale dania są tak nielokalne (burgery, żeberka), że decydujemy się jednak zjeść na kempingu.
Poranne wstawanie okropnie skraca wieczór. O długim siedzeniu nie będzie mowy.
26.07
HOFSÓS- HÓLAR- SAUDÁRKRÓKUR- HVAMMSTANGI (200 km)
Spaliśmy prawie dwanaście godzin. Nie wiem nawet, czy zegar na wieży bił co godzinę, czy nie. Nic nas nie budziło.
Rano wiało, i ogień z palnika wywiewało spod garnka, więc ledwo owsiankę zrobiliśmy, z kawą już się nie udało. I skończył się gaz.
Ale nic to! Bo pierwszym przystankiem było cudowne Hofsós. Na zdjęciach nie widać, ale jak się pływa w basenie to wrażenie nieodparte jest takie, że pływa się w samym fjordzie, tak to jest wypoziomowane. Basen, jak wszystkie tutaj, jest super ciepły, więc unosi się nad nim para, widok jest na góry z czapami śniegu i fjord. Bajka!
A propos pary, po drodze wjechaliśmy w chmurę i ani słowa, ani zdjęcia nie opiszą jak to jest jak nad wodą wisi ta biała wata, na wyciągnięcie ręki, jakie to uczucie wdychać ją do płuc i jaki zachwyt to budzi.
W Hofsós jest malutka urocza restauracja. Uzupełniliśmy brakującą kofeinę i zjedliśmy wędzonego dorsza na domowym chlebie. Aż się chciało wylizać talerz.
Dalej pomknęliśmy do Hólar, pięknie położonej mieścinki z collegem (!), w którym można studiować turystykę wiejską, nauki konne i kulturę wodną. Jest tu także wielokrotnie przebudowywana katedra z posadzką z lokalnego kamienia i wieloma dziełami sztuki, które sprowadzali możni, żeby zapewnić sobie czy to miejsce pochówku, czy grzechów odkupienie. Na samej górze miasteczka stoi porośnięta darnią farma, można wejść do środka i obejrzeć niskie pomieszczenia, które najwyraźniej chroniły i ludzi i gospodarskie zwierzęta, tak jak szetlandzkie blackhouse'y. Pokoje są puste, niektóre wyraźnie wyremontowane zgodnie ze współczesnymi normami, więc całość daje tylko pogląd na rozmiar, nie zaś wyposażenie farmy.
Widoki nas nie opuszczają. I konie. Nie pisałam o koniach. Jest ich mnóstwo, biegają po pastwiskach, niektóre są umaszczone w absolutnie fenomenalny sposób. Rozklejam się też na źrebaczki nieporadnje biegnące za mamą, na rozwiane na wietrze grzywy, na powiewające ogony. Oczywiście co krok jest znak rent-a-horse lub stadniny organizujące wycieczki po okolicy. Gdyby mieć więcej czasu... (gdyby nie bać się koni, gdyby nie być przekonaną, że już się na konia nigdy nie wsiądzie... itp. itd.)
Przystankiem trochę z przypadku stało się dla nas Saudarkrókur- musieliśmy ten gaz do gotowania kupić koniecznie i jeepa zatankować. Ani jedno ani drugie nie było łatwe, więc objechaliśmy urocze w sumie miasteczko kilka razy dokładnie, wielokrotnie mijając wielką namalowaną krewetkę z podpisem Ceci n'est pas une crevette, oczywisty hołd dla Zdradliwości obrazów autorstwa René Magritte. Koniec końców udało nam się wszystko załatwić.
Dojechaliśmy na wietrzny, ale przepiękny kemping w Hvammstangi. Mieliśmy jeszcze jechać szutrową drogą "na foki", ale wsiąkliśmy w ciepłej świetlicy planując ostatnie dni. Czas się kurczy, drogi szmat przed nami. Liofilizowana carbonara i resztka Soplicy (chlip chlip) osłodziły nam nieco odkrycie, że ten cudowny, czysty, wyposażony jak marzenie kemping nie ma... prysznica.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz