21.07
- Kochanie, ja już nie mam siły się zachwycać...!- powiedziałam dzisiaj na koniec dnia.
Rzeczywiście, było czym...
SELJALANDSFOSS - SÓLHEIMAJÖKULL- VÍK - JÖKULSÁRLÓN - HOFN (400 km)
Żeby nie jechać dwa razy tą samą drogą, z kempingu pojechaliśmy do 1ki szosą nr 250, która okazała się być drogą szutrową, pokrytą grubym żwirem, i tylko czekałam, czy kamyczki nam opony potną, czy karoserię porysują... Nie było szybko, ale z pewnością ciekawie, i dojechaliśmy w całości :)
Wypadliśmy na główną drogę dokładnie obok Seljalandfoss, więc chętnie zatrzymaliśmy się żeby popodziwiać wodospad. Ten jeden wyróżnia się tym, że można wejść po ścieżce za ścianę wody. Ponieważ mieliśmy problem z zapłaceniem za parking, mój mąż został w samochodzie i na dobre mu to wyszło, jako że przechodzenie na tyły wodospadu łączy się z porządnym prysznicem.
W ogóle chyba zadomowiłam się na Islandii, ponieważ wodospady przestają robić na mnie wrażenie: jest ich tak dużo dosłownie wszędzie, że ciężko wydobyć z siebie jeszcze jakieś zachwyty.
Zdecydowanym królem dzisiejszego dnia zostały lodowce. Najpierw odwiedziliśmy
Sólheimajökull, którego biały język łatwo podejść od pobliskiego parkingu. Później zaś te języki wysuwające się z gór w stronę drogi towarzyszyły nam już cały czas. Wisienką na torcie było jezioro Jökursárlón, w którym pływają wielkie lodowe bloki, pozornie nieruchome, ale od czasu do czasu wdające się same ze sobą w bardzo hipnotyczny taniec. Na krach siedzi mnóstwo ptactwa, w tym znienawidzone przeze mnie na Szetlandach Skua; widzieliśmy także pływającą fokę. Tak bardzo się bałam ominąć jezioro, że trzy razy krzyczałam: "to tu! to tu!", a raz nawet zawróciłam nie do końca legalnie, co spowodowało wielkie fukanie ze strony mojego męża... W rezultacie obejrzeliśmy Lodową Lagunę z trzech różnych punktów, dwóch dużo mniej turystycznych, bo ten główny jest pełen Japończyków i amatorów fotografii z teleobiektywami.
Na naszej dzisiejszej trasie znalazło się także miasteczko Vík, a w nim trzy ciekawostki: po pierwsze, kościół górujący nad miastem, który na wypadek powodzi jest punktem zbornym wszystkich mieszkańców, ponieważ położony jest tak wysoko, że na pewno nic mu nie grozi; dzięki temu kusi turystów niesamowitą panoramą. Po drugie, czarna plaża z bazaltowymi kolumnami, dzika i niesamowita, znana z tego, że od czasu do czasu przychodzi wielka fala i wciąga jakiegoś turystę... Po trzecie, miejsce gdzie w 1973 r. rozbił się amerykański samolot. W zasadzie nie tyle rozbił się, co lądował awaryjnie, bo załodze nic się nie stało; ale wrak pozostał na plaży i można do niego dojść, niecałe 4 km w jedną stronę od parkingu. Bardzo brakowało nam już naszego świata- B. muzyki, a mnie audiobooków- więc każdy z nas założył swoje słuchawki i to był taki czas tylko dla nas; szliśmy razem, ale osobno, mijając się od czasu do czasu, ale dając sobie przestrzeń do słuchania naszych rzeczy.
Dużo było dzisiaj jechania, i przemierzania kolejnych krajobrazów: czasami zupełnie księżycowych, czasami wyglądających po prostu jak łąka, w końcu coraz bardziej górzystych, momentami wręcz alpejskich! Niesamowite wrażenie robiły pojawiające się i znikające chmury i mgły. B. zauważył, że ten sam krajobraz przy innej pogodzie robi zupełnie inne wrażenie. Pod koniec dnia prowadził nas różowo-pomarańczowy zachód słońca, a już kompletnym sztosem były góry odbijające wszystkie kolory w wielkich mokradłach u swoich stóp.
Jednocześnie krzyczeliśmy "patrz w prawo!" i "patrz w lewo!". Nie sposób było ogarnąć całe to piękno.
Ponieważ nie odbiera nam radio, w końcu zaczęłam śpiewać. B. dzielnie znosił pieśni harcerskie, biesiadne, przedszkolne, Jasona Donovana, a nawet Whitney Houston...
Nasz dzisiejszy nocleg to kemping spoza puli naszej karty, ponieważ nic w okolicy się nie łapie się na nasz abonament. Kemping jest bardzo duży, niby dobrze wyposażony, ale nie odczuwa się tego, ponieważ są dzikie tłumy, a najlepsze stoły przez większość wieczoru okupowała banda Białorusinów.
Usiedliśmy więc na dworzu, odpaliliśmy kuchenkę (udało nam się w końcu kupić gaz), odkręciłam wódkę i pociągnęłam łyka.
-Soplica?!- usłyszałam od uradowanego pana siedzącego obok. Polacy.
-Soplica- odpowiedziałam z uśmiechem i dałam się wciągnąć w rozmowę jak to turysta z turystą, a skąd, a dokąd, a za ile i na jak długo. Po kolacji bezczelnie zostawiłam męża ze sprzątaniem i poszłam pisać bloga, ale ponieważ dochodzi już pierwsza, to widzę że nadużywam jego cierpliwości, bo najchętniej już by mnie widział w śpiworze. Jutro w końcu też jest dzień, wschód sam się nie zwiedzi.
22.07
Człowiek nie wie, ile to 90 sekund, dopóki nie trafi na prysznic na monety...
HÖFN- DJÚPIVOGUR- EGILSSTADIR- SEYDISFJÖRDUR (280 km)
Oj, pospaliśmy dzisiaj, nie ma co ukrywać... deszcz nocny bębnił o namiot, zanim otworzyliśmy oko - była 11.
Szybkie śniadanko w Höfn, a później objazd miasteczka- nic w samej architekturze nas nie zachwyciło, cały urok tego miejsca polega na położeniu między wodą a górami. Rano (no, jak wstaliśmy) było pochmurno, więc góry zniknęły w białym mleku. Dopiero koło 14 wróciło do nas słońce. Jak się okaże - w samą porę.
Ruszyliśmy na wschód. Po drodze moje oko przyciągnęło krzesło. Niby zwykłe, a jednak stojące na tle oceanu, na kopcu z kamieni, czerwone, ponadwymiarowe jak okazało się przy bliższym kontakcie. Nie jakieś olbrzymie, raczej tak, jakby czterolatka posadzić z dorosłymi przy stole. Nie odmówiłam sobie zdjęcia.
Mijamy dom, ot, zwykły domek za miastem. Przed nim trampolina. Na niej, mimo deszczu, kilkuletnia dziewczynka w majtkach od kostiumu, owinięta jaskrawozielonym ręcznikiem, skacze jak wściekła.
Przy Djúpivogur, naszym pierwszym planowym postoju, miałam zanotowane "port, latarnia morska, miasteczko", i rzeczywiście to wszystko było. Znaleźliśmy także sztukę w postaci 34 kamiennych jajek-gigantów, każde z nich podpisane islandzką i łacińską nazwą ptaka żyjącego w okolicy. Skua się też załapały, a jakże, diabelski pomiot. Wszystkie jajka- poza tym należącym do nura rdzawoszyjego, symbolu miasteczka- były jednej wielkości, ale różnych kształtów. Zakładamy, że zgodnych z rzeczywistością.
Nieopodal, w wielkiej hali fabrycznej, zauważyliśmy wystawę sztuki nowoczesnej, w kooperacji z CEAC (Chinese European Art Center). Weszliśmy. Jak to zwykle ze sztuką nowoczesną bywa, nie wiadomo gdzie ona się kończy, i czy gaśnica jest nadal gaśnicą, czy jednak instalacją, opiszę więc wszystko jak leci. Pierwszy eksponat po prawej od wejścia- zapętlony film. Zgliszcza domu nadal płoną, w ich środku nietknięty komin wypuszcza dym. Pierwsza sala, jasna i przestronna. Geometryczne rysunki. Zdjęcia. Brzydki, nagi pan w morzu z płachtą umazaną na czerwono. Następne zdjęcie: pan i płachta leżą na plaży. Zza ściany dobiegają dźwięki, jakby oddech, i słowa po chińsku. Korytarz. Brzydki, nagi pan na skałach, z kilku stron. Vis a vis zmieniające się zdjęcia przedmiotów, a o nie oparta moneta jednofuntowa. Głos zza kadru powtarza "one pound" - z chińskim akcentem, więc chwilę zabiera mi zrozumienie, co mówią, a drugą, że pokazane przedmioty mają taką wartość (kiedy będziemy wychodzić, funty zamienią się w yuany). Kolejne pomieszczenie. W głębi postać naturalnych rozmiarów (papier-mâché?) ze związanymi rękami. Duży ekran, na nim tkanina szarpana przez wiatr. Na oknach materiał z dziurami wpuszczającymi strużki światła. Wokół stare maszyny rolnicze. Ostatnia sala: walizki, w rzędzie, od najmniejszej do największej. Słychać oddalający się stukot kółek o bruk (głośniki ukryte są w walizkach). Na końcu stół. Budka strażnicza. Maszyny rolnicze. Różowe pudło, nad nim napis "in every man's dream"; wizjer- odważyłam się spojrzeć do środka: "is his failure".
Wychodzimy jak z filmu von Triera, trochę zgwałceni emocjonalnie.
Na szczęście w między czasie pogoda postanowiła przybrać najlepsze szaty i przy porcie, na skąpanej w słońcu ławce, możemy zjeść nasz lunch.
Ruszamy w dalszą drogę, wzdłuż wschodnich fiordów, po wąskiej szosie, która chwilami staje się drogą szutrową (przypominam, że mówimy o 1ce, głównej drodze w kraju). Przed samochodem biegają owce, albo stoją i czochrają się o żółte słupki drogowe. Mijane miejscowości niczym nie kuszą, ale piękno przyrody wokół jest powalające. Błękitne jeziora, poszarpane szczyty, jęzory fiordów. Wybieramy nieco dłuższą szosę 92, żeby się tym nacieszyć, i do 1ki dołączamy dopiero w Egilsstadir. Miasteczko (na lokalne warunki wręcz miasto!) nowe, zadbane, wyposażone w stacje benzynowe i supermarkety. Nic szczególnego, ale mężowi się podobało.
Pniemy się w górę drogą 93, żeby dotrzeć do naszego kempingu. Jeep dusi się i ksztusi, bo jest naprawdę stromo. Ale jakież widoki czekają nas na samej górze! Jakaż panorama na całą dolinę i zostawione za plecami miasto!
To wszystko jednak blednie przy celu naszej dzisiejszej podróży. Sydisfjördur to naprawdę skandynawska wersja Wisteria Lane! Piękne domki we wszystkich kolorach tęczy, urocze uliczki, magiczny niebieski kościół, dzieci na rowerach, knajpeczki serwujące lokalne przysmaki. A wszystko otoczone górami, których szczyty lśnią w słońcu, choć na dół promienie już nie docierają.
Byłaby to absolutna perfekcja gdyby nie... no właśnie. Jakiś lokalny festiwal, na który zjechała chyba cała populacja Islandii w wieku 15-25 lat, i oni wszyscy, wyobraźcie sobie, są na naszym kempingu! Piją, grillują, namiot ledwo udaje nam się wcisnąć, ale zaparkować obok już nie, więc wszystko trzeba będzie nosić.
Namawiam męża na spacer po miasteczku, a co znacznie trudniejsze- na skosztowanie lokalnych przysmaków w małej knajpce. Dostajemy stolik z widokiem na fjord, bardzo romantyczny. Na talerzu zestaw nordycki: wędzony łosoś, śledź w occie i miodzie, haggis z pureé z rzepy, podwójnie wędzona jagnięcina, tatar z renifera i suszony dorsz. Sałata, chlebek. B. do tego lokalne piwo. Pychota! Po kilku dniach owsianek i liofilizowanych obiadów nie do przecenienia.
Kiedy wracamy na kemping, złota młodzież jest już chyba na koncercie, bo jest znacznie ciszej i luźniej. Pora na prysznic i internety.
Pierwsza kąpać się poszłam ja. Wróciłam po chwili, bo ciepła woda wymaga wrzucenia monety. I teraz jest tak: w momencie wrzucenia monety i naciśnięcia guzika, z dyszy prysznica przez 90 sekund pod maksymalnym ciśnieniem leje się wrzątek. Nie puściłeś najpierw zimnej wody? Przegrałeś. Nie zasłoniłeś zasłonki i twoje ubrania są vis a vis prysznica? Przegrałeś. Minęło 90 sekund? Game over. Wrzuć drugą monetę i zagraj jeszcze raz.
CUDEM umyłam włosy i wszystko inne też. Pozostaje rozwiązać problem jak teraz je wysuszyć. Zwykle w recepcji mają suszarkę, ale się tego nie dowiem, ponieważ wisi kartka, że recepcjonista też poszedł na festiwal...
23.07
Stare indiańskie przysłowie głosi: nie docenisz asfaltu, aż go nie zabraknie.
BORGARFJÖRDUR EYSTRI-SKJÖLDÓLFSSTADIR - MÖDRUDALUR (250 km)
Szalona młodzież wróciła w nocy, ktoś się potknął o nasz namiot, ktoś gadał, ktoś wstał przed ósmą i zaczął pić piwo i piłować mordkę - tyle było spania... Przy śniadaniu zauważyliśmy, że do fjordu wpłynął wielki prom i przywiózł hordy emerytów z apratami, opanowali całe miasteczko. Kemping pustoszał w miarę jak pijane dziewczęta wytaczały się uwieszone na chłopięcych ramionach, jak policja wyłapywała co młodszych imprezowiczów i kazała dmuchać w balonik. Wkrótce zostały po nich tylko puste puszki i złe wspomnienia. A my patrzyliśmy na to wszystko spokojnie żując kanapki (okazuje się, że złota młodzież rankiem chyba nie jada, bo kuchnia była pusta).
Ale wyjechaliśmy znowu koło 11, jakbyśmy się nie starali, zawsze tak wychodzi. Droga w górę okazała się usiana wodospadami, które wczoraj mieliśmy za plecami, więc nie podejrzewaliśmy ich istnienia. Nacieszyliśmy oczy i skręciliśmy w drogę 94, obierając kurs na dom królowej Elfów :)
Droga szybko z asfaltowej zamieniła się w szutrową, i w zasadzie po takiej nawierzchni jechaliśmy większość czasu. Jimny czasem tracił przyczepność, a że serpentyny na tym odcinku są ostre i wąskie, jechaliśmy powoli. Ciężko zresztą się spieszyć, kiedy widoki takie wokół.
Wielką atrakcją po drodze okazała się... maszyna z napojami. Stoi w polu, obok absolutnie niczego. Zasila ją panel słoneczny, a chroni zielony domek zbudowany wokół niej. Jeśli jest wyłączona, trzeba kliknąć pstryczek i poczekać dwie minutki, wtedy ożywa. Kupiliśmy w niej coś co z wyglądu przypomina piwo, ze smaku kwas chlebowy, ale słodszy, a nie jest ani jednym, ani drugim. Napisane ma MALTEXTRAKT...
Ostatni fragment serpentyn dłużył się niemiłosiernie, zwłaszcza mnie, bo ja czekałam jak szalona nawet nie na osadę, a na wysepkę za nią: Hafnarhólmi.
Maskonury!
Drobiu, znaczy się tych, ptaków, nie znoszę. Ale maskonury to wyjątek! Te niezdarne ruchy, pomarańczowe łapki i dzióbki, to nadymanie się i lądowanie w taki sposób, jakby się do końca nie umiało tego robić - rozbrajające! Mogę się gapić godzinami. Maskonury dobierają się w pary, później rozdziela je zima, ale za rok odnajdują się znowu, w tym samym miejscu, sprzątają swoje norki i robią nowe dzieci. Czyż to nie romantyczne?
A na Hafnarhólmi są ich dziesiątki! Oglądaliśmy, fotografowaliśmy, zachwycaliśmy się klifami i kolorem wody, słuchaliśmy wrzasku mew, które z maskonurami dzielą to miejsce. W końcu usiedliśmy na trawie, B. wyjął książkę, a ja wpatrywałam się dalej w tę wielką kolonię czarno białych dziwaków, i w piękny malutki port obok.
W samej Borgarfjördur Eystri wzrok przyciągają: kościółek, "włochaty" domek (porośnięty trawą tak, że tylko okna wystają), dziwny drewniany pomnik (co upamiętnia nie wiem, brak opisu w chrześcijańskim języku) i skała, rzekomo domem królowej Elfów będąca, która góruje nad miasteczkiem.
- Jakbyś miał komuś polecić tylko jeden, to Borgarfjördur czy Saydisfjördur? - pytam B.
- Hm. To trochę jak wybór między Gwiazdką a Wielkanocą.
I nie dochodzimy do innej odpowiedzi, bo tu maskonury i ten obłędny dojazd, tam samo miasteczko niezwykłej urody. Trzeba do obu!
Znowu nie chcemy się nudzić, więc szutrem - drogą gorszą, ale bez powtarzania trasy- jedziemy do obwodnicy. Już trochę bardziej zrelaksowani, ale i tak wyjazd na asfalt daje nam dużo radości.
Co prawda nie aż tyle, co odkrycie basenu w Skjöldólfsstadir, ale jednak ;) A basen jest na zewnątrz, pusty, geotermalny, skąpany w słońcu i - co najważniejsze dla B.- darmowy. W dodatku mamy okazję wykąpać się pod ciepłym prysznicem! Pływamy, siedzimy w gorącej balii, odpoczynek na całego. Niestety, kąpielówki B. prawdopodobnie odpoczywają tam nadal...
Szybkie tankowanie (dolewamy paliwa zawsze, kiedy napatoczy nam się stacja - to dobra praktyka na Islandii) i jedziemy na zachód, czyli de facto zaczynamy już wracać. Absolutnie zniewalające widoki czekają nas przed skrętem na kemping. Kemping zresztą wybrany przez B., ponieważ horyzont wypełnia ośnieżony wulkan Herdubreid. Obok płynie rzeczka. Rzeczywiście jest tu pięknie!
Do naszej dyspozycji jest drewniana chata, w której możemy przygotować jedzenie (śpimy oczywiście w namiocie, po walce o miejsce z innymi chętnymi mamy bardzo fajne lokum). Obrośnięta jest trawą, w środku ma ściany z kamienia i podłogę z desek. Jest w niej bardzo chłodno, mimo panującego dzisiaj - tak, nie bójmy się tego słowa- upału. Chata podoba się również kozie, która raz wszedłszy nie daje się wygonić i broni się rogami przed ekstradycją. Ja reaguję dopiero kiedy durne zwierzę zaczyna pałaszować torebki foliowe z kosza- wyjmuję je jej z mordy, nie bez walki, ale wyprowadzić głupka nie mogę. Wyciąga ją za rogi dopiero pracownik obsługi.
Kończymy kolację i chyba dzisiaj nie pomarudzimy zbyt długo. Udało mi się posprzątać bałagan, który zrobił się sam w samochodzie, wietrzymy namiot. Co jeszcze powiedzieć? Pięknie jest...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz