wtorek, 1 sierpnia 2017

Islandia cz. V i ostatnia

30.07
PARK NARODOWY SNAEFELLSJÖKUL - ARNARSTAPI - BORGANES - AKRANES (240 km)

Obudziliśmy się późno i wyjechaliśmy w związku z tym po południu. Godziny po przebudzeniu były leniwe, na przykład ja z fascynacją przyglądałam się starszemu panu, który przyszedł do kuchni z miską brudnych naczyń i bardzo metodycznie najpierw je mył, a potem wycierał, układając je i na suszarce i z powrotem w misce: robił to przez dobre 40 minut; nie doczekałam finału, ale było to bardzo wciągające przedstawienie. Wszystko miało swoją kolej i swoje miejsce, i było to niezwykle kojące.  
Patrzyliśmy także z czym ludzie przyjeżdżają na kemping, i poza namiotami i zwykłymi przyczepami są jeszcze przyczepy składane i absolutny hit: namioty rozstawiane na dachach normalnych osobowych samochodów.
Kiedy wreszcie pojechaliśmy na naszą ostatnią tutaj długą wycieczkę, przejechaliśmy przez miejscowość Hellisandur i naszła nas refleksja, że większość miejsc na Islandii nazywa się od tego czym są: zatoka (vík), wodospad (foss), lodowiec (jökull) czy fiord (fjördur). Hellisandur oznacza piaskową jaskinię. I rzeczywiście piasku tam nie brakuje; myślę, że to taka lokalna Ustka gdzie Islandczycy przyjeżdżają na urlop.
Głównym celem naszej dzisiejszej podróży był park narodowy nazwany od znajdującego się w jego centrum wielkiego, imponującego lodowca: Snaefellsjökull (kto czytał uważnie Juliusza Verne'a pamięta, że to przez ten lodowiec można dostać się do środka ziemi). Co się tam ogląda? Przede wszystkim bezkresne pola lawy, poza tym latarnie morskie, formacje polawowe przypominające wysokie słupy, łuki albo postaci (na przykład trolle), a niektóre z nich podobno służą jako kościoły elfom... Byliśmy na Djúpalónssandur, plaży z dwiema uroczymi lagunami, z resztkami brytyjskiego statku,  który rozbił się tu w latach czterdziestych, oraz kamieniami które w dawnych czasach używane były do określania siły mężczyzn, którzy chcieli wypływać na morze. Najlżejszy kamień dla słabeuszy waży 23 kg i ten udało mi się podnieść; następne to 54, 100 i 154 kg (ten ostatni oznacza pełną siłę), ale do tych trzech nawet się nie zabierałam...
Wspinaliśmy się też na krater wulkanu i podziwialiśmy piękną panoramę. Wiało dzisiaj niemiłosiernie, w pewnym momencie po prostu zdmuchnęło mnie ze ścieżki, na szczęście niegroźnie.
Spacerowaliśmy po pięknych okolicach Malarrit i wdychaliśmy ostatnie hausty oceanicznego powietrza.
Po wyjeździe z parku zatrzymaliśmy się w uroczym miasteczku Arnarstapi, w którym stoi pomnik Bárðura, ducha opiekuna miasteczka, I podobno jest także monument ku czci Juliusza Verne'a z odległością do różnych miast przez jądro ziemi, ale nie udało nam się go odnaleźć. Udało nam się za to zjeść pyszną rybę z frytkami w budce obok portu, a ponieważ była długa kolejka i musieliśmy długo czekać, w ramach rekompensaty pani zaproponowała nam darmową kawę.
Po drodze do Akranes, celu naszej dzisiejszej podróży, naszego domu na następne dwie noce, zatrzymaliśmy się jeszcze w Borgarnes, żeby rzucić okiem na pomnik ku czci jednego z bohaterów sag i zatankować samochód.
Tym samym końca dobiegła ta część podróży, w której co chwila poznajemy nowe krajobrazy. Mąż mówi, że nie rozumie dlaczego uważa się że Fiordy Zachodnie są najpiękniejszą częścią Islandii. Dla niego dzisiejszy półwysep był dużo bardziej czarujący. Ja chyba jeszcze nie podjęłam decyzji...

31.07-1.08
REYKJAVÍK I OKOLICE

Stolica Islandii jest przepiękna! Chyba każdy tak sobie wyobraża skandynawskie miasto - wąskie uliczki, kolorowe domy, restauracje i sklepy, dużo zieleni. Jedyne co muszę otwarcie powiedzieć to to, że Islandczycy nie umieją w pomniki. No co jeden to gorszy, naprawdę! Jakby dziecko lepiło z plasteliny.
Udało nam się załapać na darmowe oprowadzanie po mieście. Eyvindur, nasz przewodnik, jak każdy na wyspie, ma poza tym oprowadzaniem jeszcze pięć zawodów, w tym pracę w telewizji i w tłumaczeniach, co było widać, bo mówił po angielsku świetnie i showman był z niego nielichy. Pokazał nam większość najważniejszych budynków w mieście, opowiedział wiele anegdot i ciekawostek. Między innymi o nazwiskach: otóż w naszym rozumieniu tego słowa nazwiska nie istnieją. Kiedy rodzi się dziecko, poza imieniem otrzymuje tylko imię ojca z końcówką -sson (chłopiec) lub -sdottir (dziewczynka). Czyli Anna, córka Ofala, będzie się nazywać Anna Olafsdottir, jej brat Jón Olafsson, a matka zupełnie inaczej, bo nie zmienia się nazwisk po ślubie.
Eyvi opowiadał też o elfach, w które wierzy znaczna część populacji, a jeszcze większa nie chce otwarcie zaprzeczyć ich istnieniu. Historia posunięta jest do takiego stopnia, że w zeszłym roku zmieniono trasę planowanej budowy drogi, żeby nie ruszać kamieni, które elfy życzą sobie pozostawić nietknięte...
Wracając do miasta: obejrzeliśmy parlament, ratusz, katedrę, teatr wielki, dwa najważniejsze kościoły, salę koncertową i budynek rządowy. Poza tym parki, jezioro, cudowną promenadę ciągnącą się kilometrami wzdłuż morza, pełną biegaczy i spacerowiczów. Na kolację poszliśmy do uroczej knajpki w starym porcie, ja na mule, B.- na tutejszą słynną jagnięcinę. Nasz kelner był Polakiem; Polaków zresztą jest tu sporo, 3.1% populacji, czyli jesteśmy drugą pod względem liczebności grupą etniczną.
Zjedliśmy też słynne hotdogi w Bæjarins Beztu Pylsur - rzeczywiście, smaczne.
Jedynym zgrzytem w trakcie pobytu w Reykjaviku była próba wymienienia pieniędzy. Tak, Islandia jest krajem, gdzie kartą można zapłacić dosłownie wszędzie, nawet za publiczną toaletę, ale mieliśmy trochę euro i chcieliśmy je wymienić. Co nie jest łatwe, bo kantory nie istnieją, a banki otwarte są do 16. Wszystkie! Tak samo nacięłam się z supermarketem: ja po wędlinkę na śniadanko, a Bónus od 11. Do 18.30! Jak oni żyją?! Dlatego lubię duże miasta, można załatwić wszystko i o każdej porze. A z mieścinkami, uroczymi nawet jak islandzka stolica, zawsze jakiś kłopot. No i jeszcze hit absolutny: monopolowe. Alkohol sprzedaje tylko państwowa sieć Vínbúðin, sklepy otwarte są od poniedziałku do piątku od 11 do 18. A wino, które w Biedronce kosztuje 16 zł, tutaj- 1300 koron (około 4 razy drożej). Za to mają Crabbies, jedno z dwóch słusznych piw imbirowych na świecie (drugie to Simply Ginger). Ależ się ucieszyłam!
Ku oburzeniu mojego męża poszłam jeszcze (sama) do Muzeum Penisów, które okazało się być bardzo ciekawym miejscem. Poza okazami ponad 200 członków zwierząt, muzeum przyjmuje dotacje od mężczyzn, którzy chcą swoje przyrodzenie po śmierci umieścić dla potomnych na wystawie. Wystarczy podpisać deklarację. Jeden członek już jest, a dokumentów zapowiadających kolejne eksponaty wisi kilkanaście (dawcy z Niemiec, Stanów Zjednoczonych itp.). Muzeum może się także poszczycić odlewami penisów całej drużyny olimpijskiej Islandii grającej w piłkę ręczną. Poza tym są żartobliwe pstryczki, jak penis trolla czy elfa (ten ostatni- oczywiście niewidzialny!), i dużo bardzo ciekawych informacji o członkach zwierząt (penis kota wyposażony jest w kolce do "wymiatania" spermy poprzednika i wywoływania owulacji; penis słonia jest w takim samym stopniu ruchomy jak jego trąba i słoń może się nim na przykład podrapać). Na wystawie stoją zarówno eksponaty najmniejsze (chomik), jak i największe (płetwal błękitny), a także wszelkie ozdoby z i w kształcie penisa. Polecam wizytę!
Nie odmówiłam sobie także ostatniej kąpieli w gorących źródłach- tym razem wybraliśmy plażę geotermalną Nautholsvik. Oczywiście dzielnie chłodziłam się w oceanie! A skoro już dojechaliśmy aż na plażę, poszliśmy obejrzeć Perlan, lustrzaną kopułę chroniącą źródła geotermalne. Widok z tarasu rozciąga się na całe miasto, i w niczym nie ustępuje temu, który można podziwiać z wieży kościoła Hallgrímskirkja - żałuję, że namówiłam B. na wydanie tych w sumie 1800 koron... ale mądry Polak po szkodzie.
W Reykjaviku roi się od murali. Podobno władze miały problem z młodzieżą piszącą po murach, zdecydowano więc zlecać zamalowywanie wszelkich "ślepych" ścian. Wygląda to naprawdę fajnie, a ma się dalej rozrastać.
Jedną z ciekawszych rzeczy, na które się natknęliśmy, była gigantyczna makieta Islandii w ratuszu. Genialnie było obejrzeć wyspę po zjechaniu jej samochodem, zobaczyć ogrom lodowców, pól lawy.
Z ciekawostek nadmienię jeszcze, że w mieście można znaleźć kawałek muru berlińskiego, postawionego nieopodal budynku, gdzie na reykjavickim szczycie spotkał się Reagan z Gorbaczowem w 1986r.
I tak jesteśmy znowu w samolocie, opaleni jak szaleni, z głowami eksplodującymi od wrażeń, zakochani, trochę wymęczeni, i jak zawsze z niedosytem, że jeszcze to, że jeszcze tam... Ale na raz więcej nie dalibyśmy rady. Licznik w samochodzie przy pożegnaniu pokazał tuż ponad 3750. Ładny kilometraż jak na dwa tygodnie :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz