18.07
Na Islandię!
Nie możemy uwierzyć, że nadszedł wreszcie ten cudowny, wyczekany dzień!
Mamy dwa duże plecaki, z trudem spakowane, bo zawartość jest objętościowa, chociaż w limicie wagowym się mieści. Trzy razy wywalaliśmy wszystko i pakowaliśmy jeszcze raz, tak, że wszystkie systemy upadły i teraz są skarpetki obok zupek chińskich, przywalone śpiworem... przepakowywanie plecaka przeplatane było szukaniem butów, które mój mąż kupił sobie na wyjazd i zgubił. Szukałam ja, szukał on, Teściowa w samochodzie, mój Tata u siebie w domu wczołgiwał się pod meble. Kamień w wodę. Więc albo biegaliśmy po domu zaglądając w każdą dziurę, albo oddawaliśmy się tradycyjnej awanturze "wpychaj wszystko i tak się pogniecie" (B.) vs. "trzeba zwinąć lub ładnie złożyć to będzie w dobrym stanie" (ja i zdrowy rozsądek ;) ). Tak minął wczorajszy wieczór. W końcu wszystko się zmieściło, a buty pojawiły się w oryginalnym pudełku jako podstawka pod monitor studyjny, który stał ciut za nisko i źle było słychać...
B. poszedł jeszcze na pół dnia do pracy, wrócił z temperaturą 37.2, dostał aspirynę i po godzinie miał już... 38! Aż się poryczałam. No ale mamy leki, jedziemy, musi zdrowieć!
Na lotnisku poszło gładko, chociaż mnie jak zwykle sprawdzali papierkiem lakmusowym na ślady materiałów wybuchowych i kazali zdjąć buty (B. nie, ani jedno ani drugie), a z bagażem standardowo odesłali nas do ponadwymiarowego (#ojtamojtam), za to trzy wódki smakowe po 0.5l kupiliśmy w cenie 16zł za sztukę (wiwat podróże poza Unię!), a B. zaopatrzył się w smalec w Krakowskim Kredensie; nasza bramka okazała się być ostatnią na całym lotnisku (nr 45), a do samolotu autobusem jechaliśmy tak daleko, że nie sądziłam, że Okęcie ma tak rozległe tereny... przyzwyczajają nas, że jedziemy na koniec świata ;)
19.07
Lot i lądowanie przebiegły bez zakłóceń, no chyba, że za zakłócenie przyjąć gorączkę mojego męża, który włożony do wody mógłby ogrzać spore akwarium dla ryb tropikalnych. Trochę mnie to martwiło, ale zaaplikowany od razu po wylądowaniu niezawodny Tabcin jak zwykle zrobił robotę.
Odebraliśmy samochód - małego 4x4, który ma z nami spędzić najbliższych 12 dni. Nawet islandka w biurze obsługi klienta nie mogła się nadziwić, że my w takie miejsce w podróż poślubną.
-Ja byłam na Sycylii... - powiedziała.
Wracaliśmy do niej trzy razy, bo znajdowaliśmy jakieś uszkodzenia w samochodzie, ale w końcu wsiedliśmy, zapięliśmy pasy, włączam radio.
I przysięgam, w tym radiu leci Despacito. B. się załamał ;)
Wyjechaliśmy na drogę. Było słonecznie, wokół kolorowe płożące się rośliny i czarna lawa porosła mchem. Nagle zobaczyłam jeszcze Atlantyk.
I się poryczałam.
Dojechaliśmy na kemping, rozbiliśmy tipi. Przeszukaliśmy zostawione naboje gazowe do kuchenek i znaleźliśmy właściwy do naszego palnika, bo kupić jeszcze nie mieliśmy gdzie; zjedliśmy kolację i po północy zapadliśmy w sen. Budziłam się kilka razy, nie wiedząc ile przespałam. W końcu poderwałam się z uczuciem, że jest bardzo, bardzo późno. Dochodziła ósma... Prysznice, zwijanie obozu, owsianka na śniadanie, i wyruszyliśmy.
KEFLAVIK- BLUE LAGOON - GORĄCA RZEKA W HVERAGERDI - KERID - BRAUTARHOLT (210km)
Nie jechaliśmy najkrócej, tylko najładniej. Najpierw wśród bezkresnych pól lawy porośniętych mchem, wzdłuż linii brzegowej. Nagle w oddali zobaczyliśmy dymy.
-Blue lagoon? - zapytałam.
Byłam blisko. Dymiła pobliska fabryka, której laguna zawdzięcza swój niesamowity kolor.
Dyskusja czy tam jedziemy czy nie trwała u nas tygodniami. Wstęp jest dość drogi (ok. 500 zł), a koniec końców sprowadza się to do posiedzenia w basenie, co w końcu ile można, no i czy na pewno warto. Finalnie nie kupiliśmy biletów (kupuje się przez internet, bo zainteresowanie jest wielkie) - i teraz to się nawet cieszę.
Cieszę, bo wokół laguny jest teren, który można obejść całkiem gratis i kolor wody zobaczyć, a jeśli dosyć pewnym krokiem wejdzie się wejściem dla osób bez biletu i skieruje w stronę restauracji, to można nawet dojść na skraj basenu, zamoczyć palec (tak, ciepłe), strzelić fotę i z bliska popatrzeć na te tłumy siedzące w wodzie o skąd inąd rzeczywiście niezwykłym kolorze, wciągnąć do płuc unoszącą się mgiełkę razem z atmosferą luksusu i dekadencji i... wyjść ;) Mnie wystarczyło.
Pomknęliśmy przez bezkresne pola lawy, mijając latarnie morską, czarne plaże, na których gawędzą wędkarze, i czarne klify, o które z hukiem rozbijają się fale oceanu.
Nasz jeep zawiózł nas do Hveragerdi, które znane jest z tego, że nieopodal płynie rzeka, w dodatku gorąca.
Przypadkiem, korzystając z toalety, natknęliśmy się na mapę jak do niej dojechać i bezbłędnie trafiliśmy na parking. Jako, że w życiu nic darmo nie ma, stamtąd szlak nad rzekę prowadzi pod górę 3 km.
Dobrze, to były dwa kłamstwa. Nie cały pod górę, a kilometry prawie 4 (włączyłam Endomondo w drodze powrotnej, bo coś czułam, że ściema). Początek drogi jest ciężki. Nie, że niebezpieczny czy wymagający jakichś super umiejętności górskich. Kondycję sprawdza tylko. Za to solidnie.
Ostatnio takie wyrzuty sumienia miałam ciągnąc B. na Połoniny. Mina ta sama, krok ten sam, tematy najpierw te same ("a może pójdziesz a ja poczekam"), w końcu głuche milczenie... Ale poszedł, kochany mąż, jak odpocznie to jeszcze mi podziękuje ;)
A ma za co! Niesamowite! Widok na góry. Co krok parujące źródła- co tam parujące! Gotujące się kałuże wypluwające kłęby siarki. Przy każdym napis "100 stopni. Niebezpieczne." Wartkie strumienie, urwiste klify, cudowny wodospad w oddali. A na koniec ta rzeka. Naprawdę gorąca! Mimo, że zaczął siąpić deszcz, w mig przebrałam się w kostium i wskoczyłam do wody. Że zimno było wychodzić, że do butów mi napadało- nieważne! Siedzieć w wartkiej wodzie podgrzanej przez wnętrze ziemi, wśród obłoków pary: bezcenne!
Wracało się szybciej, wsiedliśmy do autka i postanowiliśmy jeszcze obejrzeć krater Kerid, czerwono czarny lej z turkusowym jeziorem.
Za wstęp trzeba było zapłacić (symboliczne 400 ISK, równowartość lepszego bochenka chleba), więc mąż oświadczył, że zwiedzamy wszystko, obchodzimy górą, schodzimy nad wodę, i tam też robimy kółko. Żeby się bilet zwrócił :) I dobrze, bo spacer nie wymęczył, a miejsce naprawdę jest urokliwe.
Stamtąd drogą dłuższą, ale nową (żeby nie zawracać) dojechaliśmy na kemping. Padało. Zjedliśmy pierwszą liofilizowaną kolację i musimy przyznać, że podwójna porcja makaronu z wołowiną i pieczarkami zdała egzamin. Usiedliśmy przy recepcji obok basenu, a kiedy już nas wygonili (zamykają o 22), zeszliśmy do świetlicy. Ja piszę, B. czytał, ale już usypiamy obydwoje.
Jutro ruszamy dalej- ten kemping nas nie zachwycił. Basen owszem jest, ale płatny i drogi (900ISK), w dodatku o ile sama woda wygląda dobrze, to wokół jest dość ponury betonowy budynek (basen odkryty). Prysznice są płatne. WiFi brak. Koniec końców - trzeba się wyspać i ruszać w drogę.
20.07
GEYSIR- GULLFOSS- THINGVELLIR- LANGBRÓK (230 km)
Oj, to był dzień! Wszystko się działo, wiele na opak, plany zmieniały...
Pospaliśmy sobie, nie powiem, i drugi raz z rzędu obudziły nas słońce i zaduch. Na Islandii! No naprawdę, za co ja płacę... ;)
Wyjechaliśmy na drogę z zamiarem zrobienia pętli po Złotym Kręgu, ale gdzieś skręciliśmy nie tak i wyszło nam, że zaczniemy od strony przeciwnej niż zamierzona, czyli od Geysira, ojca założyciela wszystkich gejzerów świata. Leniwy się chłopak zrobił, od stu lat wybucha tylko po erupcjach wulkanu, więc robotę za niego robi pobliski Strokkur, który ku uciesze gawiedzi wypluwa wodę jak w zegarku co kilka minut. Leżą sobie obaj, Geysir i Strokkur, na polu wśród gorących źródeł i bulgoczących kałuż, obok tabliczki, że najbliższy szpital oddalony jest o 62 km.
Znacznie bliżej jest do wodospadu Gullfoss, który robi wrażenie zarówno dwoma uskokami i hektolitrami z hukiem przelewającej się wody, jak i widokiem na ośnieżone lodowce, których niebieskie jęzory błyszczą na horyzoncie.
I wisienka na złotokręgowym torcie: Park Thingvellir. Bezkresne piękno gór, łąk, wodospady, a jakby tego było mało: leży to wszystko na połączeniu płyt tektonicznych, eurazjatyckiej i amerykańskiej. Jakby kto nie wiedział -bo ja np. nie wiedziałam- to nie jest tak, że jest to jedna kreseczka, tylko takie połączenie to jest siedmiokilometrowa dolina ciągnąca się przez właściwie cały park.
Wrażenie zrobiło na nas też miejsce, które od niepamiętnych czasów było siedzibą parlamentu: to tu zdecydowano żeby przyjąć chrześcijaństwo, to tu ogłoszono niepodległość Islandii korzystając z okupacji hitlerowskiej w Danii. Kupę ważnych rzeczy się tam działo i cały park usiany jest bardzo ciekawymi zakątkami, które zupełnie przy okazji są nieprzyzwoicie urokliwe.
Cały dzień walczyliśmy ze skojarzeniami z innymi znanymi nam miejscami. Najpierw wydawało się nam, że jedziemy przez Sycylię, bo i słońce przygrzewało zdecydowanie za mocno jak na tą szerokość geograficzną, i pobliskie wulkany przywodziły Sycylię na myśl. Potem dramatyczne szczyty gór przywołały w naszej pamięci wyspę Skye. W końcu czerwona gleba wokół gejzerów i w parku stała się dla mnie trochę Arizoną. Ale prawda jest taka że cały czas kręciliśmy się bardzo niedaleko Reykjaviku i trochę zaczęło nam to ciążyć; być może można było lepiej ustalić trasę, bo stanęliśmy w końcu przed ważnym wyborem: jak tu jechać żeby nie wracać tymi samymi drogami drugi raz? czy na północ i na zachód, czy na południe i na wschód, czy może zostać dłużej w okolicy i wybrać się do interioru na trekking w kolorowych górach? Plany zmieniały się co 15 minut, ale w końcu postanowiliśmy uciekać na Wielką Pętlę, i tak wylądowaliśmy na kempingu w Langbrók.
Na jutro mamy dwa plany, jeden ambitniejszy a drugi spokojniejszy, zobaczymy jak będzie nam szło. I tak wiemy już że następne dni to będą kompromisy, ponieważ na porządne zwiedzanie tego co byśmy chcieli potrzebowalibyśmy drugie tyle czasu.
Dodam jeszcze, że gdybym wiedziała jak będzie wyglądał prysznic tu gdzie jesteśmy, to zapłaciłabym za prysznic na poprzednim kempingu... tym razem nie damy rady już się nie wykąpać, ale żeby wejść do tej łazienki musimy chyba jeszcze wypić trochę cytrynowej Soplicy z miodem, nad którą pracujemy od mniej więcej godziny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz