niedziela, 26 lutego 2017

Roztocze, 19-26.02.2017

niedziela

Jedziemy z Warszawy na Roztocze. Zawsze mam wrażenie, że Google wybiera dla nas trasę mało oczywistą, ale za to malowniczą. Taka karma. Za Lublinem wiedzie nas jakimiś drogami, które drogami może i kiedyś były, teraz są dziurami gdzieniegdzie wypełnionymi asfaltem. Jedziemy wolniutko, to już są wakacje, nie ma się co spieszyć. Jakieś zakupy w Szczebrzeszynie, gotówka z bankomatu na opłacenie naszego wynajętego domku. I w końcu dojeżdżamy do Lipowca. Do domku trzeba podjechać stromą skarpą, mamy duszę na ramieniu, ale udaje się. W domku czeka na nas rozpalony kominek. Jest błogo. Ferie. Odrywamy się od wszystkiego.




poniedziałek

Dzień pierwszy to jak wiadomo czas na rekonesans. Wychodzimy na spacer, mijamy uśpioną mrozem winnicę. Przy domku powyżej spotykamy nasze gospodynie z czteromiesięcznym szczeniaczkiem - Bellą. Przekazują nam kwartalnik - informator o Roztoczu, co bardzo nas cieszy. Idziemy przez wieś, ja zachwycam się przestrzenią i powietrzem. Jest ślisko, pod warstewką wody z roztopionego śniegu leży jeszcze lód. Idziemy drogą wśród pól, analizując jakie zwierzęta zostawiły na niej ślady. Dziki chyba? Słońce pięknie świeci, droga to pnie się, to opada, widzimy w oddali naszą chatkę. Wracamy do wsi, schodzimy do sklepu, mijając po drodze liczne psy (ewidentnie blisko spokrewnione nieduże, czarne kundelki) i kury biegające po podwórku wbrew wiszącemu wszędzie nakazowi trzymania drobiu w zamknięciu z powodu przypadków zjadliwej ptasiej grypy w powiecie. Witamy napotkanych ludzi. Zachwycamy się starymi chatami w żywych kolorach, śmiejemy się z architektonicznych dziwadeł ostatniego trzydziestolecia. Później już tylko wspólne gotowanie, próby zmuszenia kominka do ogrzania domku i wody, książki, filmy, rozmowy. Odpoczywamy.



wtorek

Budzimy się koło 11. Na ambitne plany wycieczkowe nie ma już czasu.
- To może chociaż do Zwierzyńca? To niedaleko. - proponuję.
B. zgadza się. Robimy herbatę do termosu i szykujemy się do wyjścia.
- Moje buty górskie są jeszcze wilgotne, wiesz. - mówi B.- Czy my będziemy gdzieś chodzić tak, że będą mi potrzebne?
- Nie, - odpowiadam z dużym przekonaniem - Ja też jadę w New Balance'ach. Przecież my tylko pokręcimy się po mieście.

Och, jakże zła jest ta decyzja!

Do Zwierzyńca dojeżdżamy szybko, parkujemy niedaleko jeziorka nad którym stoi słynny kościół św. Jana Nepomucena. Jest malowniczo, leży śnieg, wokół akwenu biegnie ścieżka, nad którą pochylają się stare drzewa. Decyzja o spacerze zapada natychmiast.

Na samym początku natykamy się na pomnik poległych żołnieży polskich, francuskich i radzieckich. Zaraz obok - tzw. tajemnicze oko opatrzności, rzeźba prawdopodobnie ufundowana przez masonów w XIX w. Pomników w Zwierzyńcu - wedle naszego informatora - jest aż 65, czyli 1 na 50 mieszkańców!

Idziemy dzielnie piekielnie śliską ścieżką, pokrytą lodem i roztapiającym się śniegiem. Buty przemakają prawie natychmiast, ale na początku cierpimy godnie i w milczeniu.

Po drugiej stronie parku natykamy się na browar, w którym jest również możliwość degustacji. Niestety, podobnie jak większość restauracji i atrakcji, które mijamy - zamknięte do maja. Wspinamy się zatem do Pałacu Plenipotenta. Piękny budynek! Ściany częściowo ma pomalowane na biało, a częściowo ozdobione misternie zdobioną deską drewnianą. W środku urzędują władze parku narodowego.



Schodzimy z powrotem nad jeziorko, nie marząc nawet w czasie roztopów w butach, które mamy na sobie o wycieczce nad stawy Echo. Będzie jeszcze okazja. Podchodzimy pod kościółek, oczywiście zamknięty do maja, oglądamy piękny mostek i dzwonnicę.



Z kompletnie mokrymi nogami wracamy do samochodu, ale jakoś nie dość nam wycieczki, więc przejeżdżamy przez most na Wieprzu i jedziemy do pobliskiego Józefowa.

Mieścina jak mieścina... Parkujemy niedaleko fontanny z napisem omnia tempus habent - wszystko ma swój czas. Robimy zakupy. A później jedziemy pod wieżę widokową nad kamieniołomem.



Że jest zamknięta (pewnie do maja) w ogóle nas nie dziwi. Dziwi nas natomiast samochód, który podjeżdża tuż za nami. Kierowca nie wyłącza silnika ani świateł, razem z pasażerem zostają w środku i z lekkim znużeniem patrzą jak wspinamy się pod wejście do wieży. Budowla wygląda fajnie, widzimy też kamieniołomy, ale jakoś nieswojo nam tak pod czyimś spojrzeniem, więc powoli i ostrożnie (bo ślisko) wracamy do samochodu. W tym czasie podjeżdża jeszcze jedno auto, również zatrzymuje się i... nic. Z bliska widać, że w środku jest jakaś pani.

-Chodźmy stąd, bo tu zaraz będą narkotyki sprzedawać. - żartuje B.

Wsiadamy do samochodu. Pani wykręca i również odjeżdża, a jeden z panów wysiada i udaje się na stronę. Oddycham z ulgą, że jednak nie będą nas gonić.

Podjeżdżamy pod miejscowy kościół, oczywiście zamknięty, ale jeszcze byśmy coś, jeszcze byśmy dokądś... Więc postanawiamy szosą przez Roztoczański Park Narodowy pojechać do Górecka Kościelnego. Droga dziurawa jak szwajcarski ser, a zlodowaciały śnieg między koleinami sięga aż podwozia.

Ledwo wyjechaliśmy z miasteczka, a mój wzrok przyciąga kontrolka temperatury silnika.

- Kurwa - mówię, bo zwykle nie używam określeń typu "motyla noga", ani nie mam tyle samokontroli, żeby powiedzieć "ojej, przydarzyło nam się coś potencjalnie przykrego" - silnik się nam gotuje.

Z przodu las, z tyłu las. Ostatnio jak Focus wykręcił taki numer, skończyło się lawetą do warsztatu. Słabo.

- Może to płyn z chłodnicy wycieka? - proponuję, bo ostatnio właśnie tak było.
- Sprawdźmy, otwórz maskę. - mówi B.

Rzeczywiście, poziom płynu jest poniżej minimum. Decydujemy się na powrót do Józefowa, bo tu jednak bliżej. Co pięćset metrów muszę wyłączyć silnik i poczekać, aż temperatura spadnie, ale w końcu dojeżdżamy do Orlenu. Borygo dostajemy bez problemu, przy okazji uzupełniamy płyn do spryskiwaczy. Z duszą na ramieniu obserwujemy kontrolki ponownie wyjeżdżając w stronę lasu. Jest ok, pomogło.

Na końcu wyboistej, dziurawej drogi czeka na nas wielka nagroda. Górecko Kościelne, mimo, że jakby wymarłe w zimie, zauroczyło nas od razu. Wita nas drewniany kościółek z XVIII w. (otwarty!), podobny do tego, w którym wiele wiosen temu mnie ochrzczono, zanim w Zalesiu wyrósł horrorek mieszczący ciągle zwiększającą się liczbę wiernych.



Od kościółka do kaplicy na wodzie wiedzie aleja dębów, z obu stron wyposażona w stojące co kilkadziesiąt metrów kapliczki, udekorowane sztucznym, kolorowym kwieciem. W tle chaty, niektóre stare, inne nowsze, ale jednak pasujące architekturą do pozostałych. Dęby wyciągają do nas poskręcane gałęzie. Obok kościółka po wzgórzu pnie się cmentarzyk. Mijamy (zamknięte, bo nie sezon) knajpki, galerię, camping... Na to ostatnie świecą mi się oczy, wróciłabym w lecie...



Deszcz zaczyna padać i nie da się dłużej ignorować chlupania w butach. Pora wracać. Jedziemy po wsiach podziwiając kapliczki, czujemy, że jesteśmy na wakacjach. Że znaleźliśmy to coś roztoczańskie, że jest inaczej... inaczej niż w domu.



środa

Zarządzam dzień robienia nic, co w praktyce oznacza, że B. się buntuje i idzie na spacer, ale niezbyt długi, bo jak nie pada, to leje. Później jedzie do sklepu. Ja ogarniam bałagan, słuchając audiobooka, uczymy się języków dłużej niż zwykle, oglądamy kilka odcinków Black Mirror i dla śmiechu Belle Epoque (a cóż my mamy lepszego do roboty na wakacjach?). Jest to również dzień wygranej dla B. walki z kominkiem, co w praktyce oznacza 27 stopni ciepła w domku, więc siedzę oblana gorącym rumieńcem. Telefon informuje nas, że NASA odkryła siedem egzoplanet. Gadamy. Śmiejemy się. Dolce far niente.



czwartek

Dzisiaj wstajemy z budzikiem. Dyscyplina czasem musi być! Jedziemy najpierw zrobić sobie zdjęcie pod wypatrzoną na mapie nazwą miejscowości Wywłoczka, która to nazwa bawi nas bardzo. Podjeżdżamy, akurat obok znaku idzie pan z rowerem. Zatrzymujemy się. To i pan się zatrzymuje. Nie wysiadamy, bo przygotowujemy aparat i selfie sticka. Pan nadal stoi, nawet papierosa zapalił i czeka na rozwój wydarzeń. Dopiero kiedy wysiadamy zrobić zdjęcia, znudzony odchodzi.

Drugi punkt na naszej dzisiejszej mapie to Szczebrzeszyn, w którym byliśmy przejazdem pierwszego dnia, ale po ciemku się nie liczy, zresztą ja chcę zdjęcie z chrząszczem. I na tyle ten Szczebrzeszyn oceniamy: chrząszcz i nara. A tu na tablicy z listą atrakcji stoi czarno na białym: dwa kościoły, kirkut, synagoga, cerkiew, no i chrząszcz oczywiście też. Wcale nie będzie w dziesięć minut!



Najpierw główny plac przed Urzędem miejskim, i zdjęcia ze wspomnianym już insektem (przy okazji odświeżyliśmy sobie wierszyk Brzechwy, kto nie pamięta dlaczego chrząszcz właściwie w Szczebrzeszynie brzmi, może kliknąć tutaj ). Potem oglądamy kościół św. Mikołaja, z zewnątrz, bo zamknięty na głucho, ale za to drzwi ma piękne, czerwone i ładne gipsowe detale nad bramą.



Wspinamy się do synagogi, zamienionej w Miejski Dom Kultury, dzięki czemu stoi otworem, chociaż z oryginalnego wystroju zachowały się tylko mury. Kawałek wyżej, na tym samym wzgórzu stoi cerkiew, zgodnie z naszymi przewidywaniami zamknięta. Dalej ulica Cmentarna prowadzi nas na kirkut, na którym pochylone macewy wśród drzew i wysokich traw powodują u mnie jak zwykle ogromny smutek i melancholię.



Schodzimy inną drogą i zaglądamy do kościoła św. Katarzyny, budowli wystawnej, architektonicznie poprawnej, i niestety - niczym się nie wyróżniającej wśród setek innych bogato zdobionych kościołów.

Czas nas goni, więc my gonimy do Zamościa. Dla B. jest to druga wizyta, dla mnie pierwsza. Parkujemy obok katedry. Parkometr nie działa, ale podchodzi pani parkingowa zainkasować opłatę. Wcale nie tak tanio jak na małe miasto! Wahamy się, czy potrzebujemy zostać dwie godziny czy trzy, w końcu płacimy 4.40 za ten krótszy okres.

I dobrze!

Wchodzimy na rynek i nie możemy się nie zachwycić. Te podcienia! Te kolorowe kamieniczki! Schody wachlarzowe pnące się do ratusza!



Sam Rynek Wielki traci trochę na estetyce przez rozstawione na środku lodowisko, ale rozumiem, że taka pora roku, niech mają dzieciaki gdzie pojeździć na łyżwach.  Idziemy dalej, do Rynku Solnego, mniejszego, ale równie uroczego. B. znika mi na chwilę w księgarni. Później wąskie, urocze uliczki prowadzą nas do synagogi. B. wchodzi do środka, ja zostaję na zewnątrz zachwycając się wygrzewającym się na dachu kotem.



Robimy drugie kółko po Starym Mieście, wychodzimy na spacer po parku, dawnych fortach i oglądamy Starą Bramę Lubelską.

Minęła niecała godzina. Pomysły na zwiedzanie powoli nam się kończą.

-Kawa! - wołam - Zabierz mnie na kawę i na pączka, w końcu jest Tłusty Czwartek.

Łatwo powiedzieć... Kto myślałby, że Zamość tętni życiem i wśród kawiarenek można wybierać jak wśród ulęgałek, ten mógłby się gorzko na miejscu rozczarować. Jest pusto, cicho, martwo... W końcu znajdujemy jakieś miejsce z kawą dającą się wypić, ale pączki są raczej z Biedronki, no co najwyżej z Lidla. Lekko zniesmaczeni wracamy na rynek, gdzie w oczy rzuca nam się jeszcze jedna kawiarnia, która z daleka nęci szyldem PĄCZKI DOMOWE.

- Możemy zjeść drugiego - mówi B.- W końcu wiesz, Tłusty Czwartek...

Pączek numer dwa nie poprawia średniej cukierniczej Zamościa, niestety...

Wchodzimy jeszcze do katedry (niestety - dzwonnica od maja...), w której zdobienia na suficie i ścianach są szare, tak, jakby sam ornament wykonany z surowego cementu czy piaskowca nie został pomalowany, co pięknie kontrastuje ze śnieżną bielą niezdobionej powierzchni. Widzę to rozwiązanie w wielu okolicznych kościołach, czasem tylko szarość zastępuje beż. Bardzo mi się to podoba.



B. w sklepie z dewocjonaliami kupuje Biblię, którą odgraża się, że będzie czytał już od kilku miesięcy, i nie przekraczając czasu dwóch godzin odjeżdżamy ze Starego Miasta. Mijamy Nową Bramę Lubelską, pomnik Batalionów Chłopskich i dla porządku podjeżdżamy pod cerkiew św. Mikołaja, chociaż spodziewmy się, że będzie zamknięta.

Generalnie mamy taką obserwację, że cerkwie i małe kościoły możemy tylko obejść z zewnątrz. W dużych czasem otwarte są drzwi do kruchty, i przez kratę można zajrzeć do głównej nawy. Związki wyznaniowe jakoś średnio w tej materii są frontem do klienta, a do turysty to już w ogóle są czym innym odwrócone.

Cerkiewka stoi na cmentarzyku, który jest zarazem biurem kamieniarza, więc obok grobów pełnych stoją puste, niektóre z napisem SPRZEDANE. Jest też cały rząd katalogowy, gdzie stoją pomniki do wyboru, no i nowoczesny pawilon ze skórzanymi fotelami, który jak rozumiemy służy za miejsce handlu wystawionym towarem.




Wokół budynku cerkwi stoi kilka nagrobków wyglądających na stare, być może przeniesione z innego miejsca.

Po cmentarzu pałęta się kot, ocierając się o płyty i miaucząc od czasu do czasu.



Więcej istot żywych w tym miejscu nie znaleźliśmy.

Następny na naszej liście jest Tomaszów Lubelski. Parkujemy pod cerkwią, która co prawda aktualnie jest w remoncie, ale tutaj przynajmniej wychodzi jakaś dbałość o klienta, bo zachęcają, żeby póki co zlajkować profil parafi na fejsiku, oraz udać się na wirtualną wycieczkę po obiekcie na ich stronie internetowej. Do rozważenia.



Spacerem idziemy do pięknego, drewnianego kościoła z XVII w., później wracamy na skwer, gdzie stoi zabytkowy budynek, tzw. Czajnia - niegdyś herbaciarnia, obecnie niestety podnajmowana na różne biznesy, od kwiaciarni przez pizzerię, upstrzona reklamami. Przed nią stoją dwa pomniki, jeden ku czci Solidarności, a drugi - Konstytucji 3-go Maja.

- Popatrz, jedyne w województwie pomniki czegoś pozytywnego, a nie tylko pomordowanym i pomordowanym - śmieje się B.



Robiąc zdjęcie, znajduję punkt strategiczny: widać stąd wszystkie odwiedzone przez nas zabytki. To daje jakieś pojęcie o wielkości Tomaszowa...

W drodze do domu przejeżdżamy przez Krasnobród, spacerem wzdłuż zadrzewionej ulicy idziemy do drewnianej kapliczki na wodzie, miejsca objawienia maryjnego.


Stamtąd do klasztoru i kościoła. Podjeżdżamy ośnieżoną drogą do parkingu, skąd przez piękny bór dochodzimy do kapliczki św. Rocha, ukrytej głęboko między drzewami.



Po drodze ani żywego ducha. I odkrywamy, że buty górskie też można z kretesem przemoczyć - na przykład wpadając do połowy łydki na przemian w śnieg i głębokie kałuże pokryte warstewką lodu. Na koniec moczy nas deszcz. Ale jest pięknie. Krople dzwoniące o dach kapliczki, powoli skradający się zmrok i ośnieżone gałęzie robią atmosferę.

Za późno na wizytę w kamieniołomach, ciemność nas dopadła, ale jesteśmy już zmęczeni, więc bez żalu wracamy do domu. Trwa to długo, bo asfalt dziurawy, a i mgła zeszła potężna, jedziemy więc powoli, po omacku... Zmęczeni i głodni dopiero koło 19 jesteśmy z powrotem w naszej chatce. Szok tlenowy, trochę wina, i nie udaje mi się nawet utrzymać oczu otwartych na tyle długo, żeby zobaczyć jak kończy się nasz serial...



piątek

Dzisiejsza trasa jest trochę krótsza i mniej wymagająca. Pierwszym przystankiem jest Biłgoraj, gdzie zaczynamy od spaceru obok kościoła pw. Trójcy Świętej i robimy kółeczko po czymś, co z braku lepszego słowa można nazwać centrum. Przyglądamy się przedziwnemu pomnikowi przed Urzędem Miasta. Za stroną internetową polskaniezwykla.pl* cytuję:

Na placu przed biłgorajskim ratuszem stoi okazały pomnik w postaci metalowej sylwetki dwóch karabinów maszynowych. Odsłonięto go w 1966 roku, a napis na pomniku głosił, że poświęcono go „Bohaterom - partyzantom, bojownikom o wolność i Polskę Ludową - młodzież". Po upadku komunizmu uchwałą pierwszej Rady Miasta z pomnika usunieto napis "Ludową", a podczas ostatniej renowacji w sierpniu 2011 roku kolor pomnika zmieniono z czarnego na grafitowo - stalowy.

Zauważymy później w Tarnogrodzie, że o ile "Ludowa" komuś przeszkadzała, to ulicę 22 Lipca spokojnie zostawiono i nikomu nie wadzi.

Jedziemy dalej przez Biłgoraj, do parafii św. Marii Magdaleny, która stoi na wzgórzu obok dawnego klasztoru. Na tyłach, dołem, płynie rzeczka. W południe rozlega się koncert dzwonów.

Po drugiej stronie ulicy stoi nowo wybudowana cerkiew św. Jerzego. Jest zamknięta, ale na tablicy ogłoszeń wiszą numery telefonów do kancelarii i do proboszcza. Dzwonimy najpierw zwyczajnie, dzwonkiem na plebanię. Nic. Telefon służbowy do kancelarii. Cisza. A ja jak już zacznę, to łatwo się nie poddaję, więc dzwonię do księdza na komórkę. Odbiera od razu.
- Dzień dobry, czy możemy zwiedzić cerkiew? - pytam.
- Tak - odpowiada mi młody głos - Tylko mnie teraz nie ma w domu. Ale za kwadrans powinienem wrócić.




Zapewniam, że poczekamy, pokręcimy się po okolicy, i tak też się dzieje. Kiedy w końcu duchowny podjeżdża i wpuszcza nas do cerkwi, patrzymy z podziwem na pięknie napisane ikony, choć ksiądz zaznacza, że jeszcze nie wszystko skończone, bo ołtarz jest tymczasowy. Opowiada nam, że styl tej cerkwi jest bardziej zbliżony do cerkwii wschodnich (czyli tych, które podziwialiśmy w Białymstoku i Wilnie - lokalne cerkwie, zamknięte na cztery spusty, zwykle widzimy tylko z zewnątrz...), że jego parafia liczy 60 osób, a na niedzielną mszę przychodzi mniej więcej połowa. Rozmawiamy o tym, jak prawosławna ludność była tępiona na tych terenach, które cerkwie zamieniono na katolickie kościoły; nawiązujemy do cerkwii w Warszawie, łącznie z tą nowo budowaną przy Puławskiej, która oburzyła niektórych, bo myśleli, że to meczet... Dostajemy cenne wskazówki gdzie jechać i gdzie dzwonić, żeby jak najwięcej tych cerkwii obejrzeć, i już w naszej głowie układa się plan kolejnych wakacji: pod granicę, w okolice Lubaczowa i dalej, a później do Lwowa.

Naładowani bardzo pozytywnymi emocjami żegnamy się i ruszamy do Tarnogrodu. Parkujemy obok symbolu miasta - koguta, i schodzimy ulicą w dół podziwiając chmury nad Urzędem Miasta.



Do stojącej poniżej cerkwi nie udaje nam się dopukać, więc idziemy dalej, w stronę synagogi zamienionej teraz na bibliotekę. Pani pozwala nam wejść i rozejrzeć się. W powietrzu unosi się cudowny zapach książek, stoimy na galerii i patrzymy w dół na pomieszczenie zamienione teraz na salę wystawową. Regały ozdobione są pracami dzieci z okolicznych szkół. Temat - Moja Mała Ojczyzna. Sprawdzamy co jeszcze warto w okolicy zobaczyć, i wychodzi nam, że trzeba pojechać na kirkut i do starego drewnianego kościoła.



Sam cmentarz to tak naprawdę puste pole, ale ogrodzenie zbudowano z uratowanych od zniszczenia macew, i to właśnie ten mur robi na nas największe wrażenie.
Wspomniany kościół zaś to XVII-wieczny drewniany budynek pod wezwaniem św. Rocha, szczelnie zamknięty, więc tradycyjnie podziwiamy tylko fasadę.

Jest jeszcze wcześnie, więc jedziemy w kierunku Lubińca. Droga prowadzi nas przez malownicze pola, wjeżdżamy na podkarpacie. Wśród tych pól pojawiają się i kościoły, i cerkwie. Widok tych wielkich, zdobionych kopuł jest niemalże komiczny - taki przepych w środku niczego... Oczywiście o wejściu gdziekolwiek możemy tylko pomarzyć, wszędzie witają nas skoble i kłódki; robimy się też głodni a nigdzie (nigdzie!) wokół nie ma żadnej restauracji, postanawiamy więc odpuścić i wrócić do naszej chatki.

W końcu są gorsze metody spędzenia wieczoru niż oglądanie fajnego serialu, przy winie, przy strzelającym kominku...



http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/40293,bilgoraj-pomnik-wdziecznosci.html 


sobota

... znana również jako dzień prawdziwych wakacji: oglądanie serialu, czytanie książek, generalnie cały dzień przewalania się w łóżku, poza tym jednym momentem rano, kiedy B. zrobił kawę i wyciągnął mnie przed domek: pogoda rzeczywiście tego wymagała. Wiosna! Słońce! Ciepło!



Długo to nie potrwało, bo przez resztę dnia były cztery pory roku, od śnieżycy, przez wicher i deszcz. Co kwadrans inaczej. Ale tego poranka z kawą nikt nam nie odbierze.
A w nocy na świeży śnieg przyszli nocni goście i zostawili ślady pospiesznie przestawianych po tarasie łap. Kot chyba, albo koty, bo stópek było naprawdę sporo :)

niedziela

Wszystko co dobre kiedyś się kończy, i trzeba w końcu zapakować rzeczy do Forda i ruszać w drogę powrotną. Co prawda B. zarządza pobudkę z budzikiem o jakiejś nieludzkiej porze, ale dzięki temu jest czas po drodze cokolwiek jeszcze zwiedzić. Jedziemy przez Stalową Wolę, która zupełnie nie wygląda tak, jak się spodziewałam. Jest niedużym miastem o wyglądzie.... Żoliborza. Trzypiętrowe bloki w równych rzędach, dużo zieleni, ludzie co i rusz wylewają się ze sklepów i kościołów. Większość z tych kościołów to współczesne koszmarki, ale gdzieś między blokami stoi uroczy, drewniany kościół św. Floriana.



Teraz niestety wygląda na to, że główne msze odbywają się w nowej świątyni pobudowanej na tyłach - rozumiem, że rozmiar pierwotnej budowli nie jest już wystarczający, aby pomieścić wiernych.

Jedziemy także pod hotel Hutnik, w okolice klasztoru, mijamy lokalny stadion. Ładnie tu nawet....

Ostatni punkt na mapie wycieczki to Tarnobrzeg. Nie ukrywam: nie chce nam się już zwiedzać... Spacerujemy wokół zamienionego na muzeum Zamku Tarnowskich, ja fantazjuję o joggingu po jego niesamowitym parku.



 Później jedziemy na rynek. Jest niedziela. Godzina 14 mniej więcej. Rynek wygląda jak postapokaliptyczna scena z filmu science-fiction. Nikogo. Wszystko zamknięte na głucho, tylko z Biedronki od czasu do czasu ktoś wychodzi i znika w jednej z uliczek.



Rzuca nam się w oczy SKLEP PATRIOTYCZNY PATRIOT.
- Taki patriotyczny - ironizuje B.- że aż go po angielsku nazwali.
-Chodź do domu. - mówię.
I jedziemy. Szosą nr 79, na znaki, bez nawigacji, przez Górę Kalwarię, obok moich ukochanych ruin w Czersku. Do domu. Po drodze układamy jak zwykle nasze Top 5 wakacji, na listę trafiają:
- kawa w słońcu przed domkiem w sobotę
- wizyta w cerkwii w Biłgoraju i rozmowa z księdzem
- Zamość
i to ustaliliśmy wspólnie. Ja sama dorzucę jeszcze
- spacer przez bór do św. Rocha
- chmury, które ozdabiały nam zdjęcia przez całe wakacje.

I to tyle. Kolejna wycieczka za nami. Czy padliśmy na kolana? Nie. Czy żałujemy, że wybraliśmy Roztocze? Nie. Polska JEST najpiękniejsza, i z pewnością warto było to wszystko zobaczyć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz