czwartek, 3 sierpnia 2023

Gdynia - dzień 4

Jak tylko wczoraj zobaczyłam te rejsy do Helu, w mojej głowie pojawił się plan na dziś.

Problem był tylko godzinowy, bo jedyny rejs nie oznaczony literką R jak "możemy-odwołać-jak-będziemy-mieli-takie-widzimisię" odpływał o 10, a nikt w tej rodzinie, licząc również psa, nie ma w naturze wstawania jak do krów, zwłaszcza na wakacjach. No dobra, czasem B., ale to dlatego, że on chce mieć pewność, że pobiegnie, a w przeciwieństwie do mnie nie jest fanem treningów o północy (#chodagang).

Kiedy przebudziliśmy się rano, mocno padało, co tym bardziej postawiło całość przedsięwzięcia pod znakiem zapytania. Ale wystarczyło odwrócić się na drugi bok i dospać do 11, żeby doczekać lepszej aury.

- Wychodzimy o 12 na rejs o 13 - powiedziałam o 11:30 znad kubka kawy.

- Dziwne. - powiedział B. - Bo jakoś bardzo spokojnie tu siedzisz, jak na całe pakowanie, prysznice i ogarnianie, które musisz upchnąć w pół godziny. Pachnie wrzeszczeniem na mnie za pięć dwunasta, że jesteś spóźniona, mam rzucić wszystko i natychmiast wam pomagać.

Pfff.

Wyszliśmy 12:03 i takim raczej szybkim marszem przeszliśmy do plaży i w lewo do portu. Bilet na statek udało się kupić bez problemu, wjechać na katamaran wygodnym trapem, no ale na dole nie było nic fajnego, a na górę prowadziły tylko strome schody. Przełożyłam młodzież do nosidła, trochę z duszą na ramieniu, bo on i nosidło to trochę na dwoje babka wróżyła, raz jest "no spoko", a raz "wyjm mnie z tego natentychmiast, kobieto!". Tym razem się udało.



Poszliśmy na górny pokład, pięknie świeciło słońce, progenitura zajęta była rozglądaniem się wokół z miną nadzorcy armatora, który wpadł przypierdolić się do czego tam się da. Poważna mina i trochę za duży jeszcze kaszkiet robiły wrażenie, więc zbierał uśmiechy i zachwyty, co bardzo mu się podobało. Niedaleko pada jabłko od jabłoni.



Płynie się do Helu zgodnie z rozkładem godzinę, a zgodnie z informacją w kasie i zegarkiem - godzinę piętnaście. Wysiedliśmy w porcie, który w zawodach na najbrzydszy port świata z pewnością załapałby się w ścisłej czołówce. Ja dodatkowo na skraju odwodnienia, bo na statku jeszcze nie słyszeli o płatnościach mobilnych, a ja gotówki nie mam nigdy. W zasadzie nie mam już nawet portfela. W głowie słyszałam głos Taty, który bez kilku stówek w kieszeni w życiu z domu nie wyszedł, że tak to jest, jak się korzysta z nowomodnych technologii, zamiast mieć normalnie pieniądze.

Wzdłuż falochronu rozstawiły się budki ze wszystkim. Od ryb wędzonych, przez gofry kulkowe czy bąbelkowe czy jak ta zaraza się tam nazywa, przez bilety na statki pirackie, lody włoskie aż po foki z pluszu. Ale jak już przebrnęliśmy do posągu Neptuna (który w domu rozpętał dyskusję, czy to to samo co Posejdon, czy nie), to okazało się, że sam Hel jest miłym miasteczkiem z ładnym deptakiem. Czasu mieliśmy niewiele, bo prom powrotny odpływał o 15, ale wystarczyło na krótki spacer do kawiarni. 



Jakby nie wrzeszczące dzieci i kłócące się rodziny oraz sprzedawane co krok wyroby z plastiku niewiadomego przeznaczenia, byłoby całkiem fajnie. Najbardziej ubawił mnie pan, który krzyczał do żony, a propos płaczących pociech, że "żadne badziewie kupywane nie będzie". B. zażyczył sobie koszulkę z takim hasłem 😂😂😂

W kawiarni, nadal z wyschniętym gardłem, zamówiłam wodę, kawę mrożoną i lody (w smaku 3 na 5), wypiłam w zasadzie duszkiem i wróciliśmy na prom.

Ewidentnie zbierało się na deszcz. Usiedliśmy więc na dolnym pokładzie, nie wygłupiając się z wchodzeniem na otwarte deki.

Przez chwilę lało i bujało dość intensywnie, ale w Gdyni wysiedliśmy już w końcówce lekkiej mżawki. Udało mi się dojść spacerem prawie do samej budki z kalmarami, którą miałam upatrzoną na lunch i wtedy rozpadało się znowu. Ukryłam nas pod daszkiem, jadłam i czekałam jak się sytuacja rozwinie. Pomna scen sprzed dwóch dni z niejaką nieśmiałością podchodziłam do zakładania na wózek ochraniacza przed deszczem, ale w końcu pomyślałam, że założę bez wychodzenia i zobaczę, czy zaczną się protesty.



Junior z zainteresowaniem obserwował co robię, w końcu wystawił lewą nogę przez okienko i dość zadowolony czekał na rozwój sytuacji.

Zaczęło grzmieć i było tak jakby z jednej strony czarno, a z drugiej całkiem błękitnie. Zadzwoniłam nawet do B. czy może by nas nie ratował samochodem, ale nie uśmiechała mi się zmiana planów i bardzo chciałam inną drogą, przez Kamienną Górę, wrócić spacerem. Po jakimś kwadransie deszcz zelżał, więc nieśmiało wyruszyliśmy w trasę. Górka była solidna, wyszło nawet słońce, zdążyłam sobie pogratulować odwagi i tego spaceru, już witałam się z gąską, już szłam ulicą Legionów, co jeszcze było dość daleko od domu, ale już jednak ostatnia prosta.

I wtedy zaczęło tak naprawdę padać

Dziecko zaprzyjaźnione już z ochroą przeciwdeszczową zaczęło za nią rytmicznie pociągać, wlewając sobie do wózka deszczówkę. Zauważyłam, że spodnie ma mokre, ale po bliższym przyjrzeniu się i w trakcie przerwy w deszczu nie umiałam już stwierdzić, czy wilgoć pochodzi tylko ze zjawisk atmosferycznych, czy także z kompletnie przesikanej pieluchy. Junior wyraźnie zaczął się tymi mokrymi spodniami irytować, więc nie bacząc na to, że to drugi raz w czasie jednych wakacji, kiedy wróci ze spaceru bez gaci, postanowiłam szybko go przewinąć.

Tak oto zostałam tą matką, która jednym sprawnym ruchem na rogu Legionów i Piłsudzkiego przewija, rozbiera, opatula w kocyk, a wszystko to bez wyjmowania z wózka. To była dobra decyzja, bo młody się uspokoił, a ja zaczęłam syzyfową pracę podepchnięcia wózka w górę.

Od skweru Sue Ryder do Ujejskiego jest naprawdę stromo. A rozpadało się na całego. Pikanterii sytuacji dodawały kryte daszkami wejścia do klatek ciągnące się wzdłuż całego odcinka, które z daleka zapraszały, mamiąc ulgą od strug deszczu, a z bliska śmiały mi się w twarz, bo pod nimi były zawsze wąskie schodki, więc z wózkiem nie było mowy tam się dostać. Nie miałam kurtki ani parasola. Junior był wyraźnie ubawiony tym, że ja jestem pod prysznicem, a on jakby nie. Do domu doszłam przemoczona do bielizny. Włącznie.



Dziecko po takich wrażeniach pośmiało się chwilę z Tatą, zjadło podwieczorek i udało się na drzemkę. Drzemka trwa do tej pory. Jest 22:54. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz