Niby dzień siódmy, a obydwoje czujemy się, jakbyśmy byli tu od dziesięciu lat…
Dziś kolej na rejs do Budvy. Sama organizacja tego przedsięwzięcia wyssała z nas siły witalne, bo niby bilety można kupić co krok na promenadzie, ale nigdy nie ma sprzedających, a jeśli już zostawiają przy stoiskach namiar na swojego FB lub Whatsappa, to rozmowa czasem urywa się po kilku zdaniach. W końcu wczoraj udało się zdobyć bilety i stawiliśmy się przed 8 rano na plaży, żeby wsiąść na łódź.
Mimo że naszym zdaniem przypłynęła już pełna, to i nas udało się dopchnąć, i jeszcze dobrych trzydzieści osób na kolejnych przystankach! Zajęliśmy strategiczne miejsce na rufie i cieszyliśmy się słońcem.
Szybko okazało się, że miejsca, które w naszym rozumieniu miały być przystankami mijamy tylko i zwiedzamy z wody, ale zmęczeni upałem i Czarnogórą machnęlośmy na to ręką, bo w sumie co można jeszcze było zrobić.
Na szczęście na zwiedzanie samej Budvy dostaliśmy prawie trzy godziny na lądzie, co dało nam czas na spacer i kawę na- zatłoczonej jak wszędzie- promenadzie, zwiedzanie starówki i szybkie piwo oraz kawałek pizzy do ręki.
Starówka to niewielki cypel otoczony murami obronnymi, z których roztacza się niesamowity widok na morze i pobliskie wysepki (na jednej z nich znajduje się plaża zwana Hawajami, którą mieliśmy w planach zwiedzać, dopóki nie okazało się, że można tam płynąć ZAMIAST zostawać w Budvie…). Wewnątrz murów plączą się wąziutkie uliczki, tak ciasne, że nigdy nie wiadomo, czy doprowadzą do jakiegoś placyku czy czyjejś kuchni. Zadbane, upiększone kwiatami, ocienione wysokimi palmami, skrywają kościoły, cerkwie i cytadelę, a wszystko to upchnięte wokół jednego niedużego placu. Wyobrażam sobie, że nocą w świetle girland wiszących wszędzie żarówek jest jeszcze bardziej magicznie.
W drodze powrotnej do portu irytuje nas jeszcze kilka razy tłum, brak możliwości zapłacenia kartą za wodę, syf i “mielnizacja” wybrzeża, ale udaje nam się zdążyć na czas na łódkę. Ku naszemu zdumieniu nie wracamy na Hawaje po resztę pasażerów, nie wiadomo, co się z nimi stało, ale faktem pozostaje, że w drogę powrotną jedzie nas tylko mniej więcej połowa
.
Tym razem zatrzymujemy się jednak na planowych przystankach: najpierw w Petrovacu, który jest kolejnym nadmorskim kurortem, ale w przeciwieństwie do rozległej Budvy stłoczył się w niewielkiej zatoczce. Ma też więcej uroku i charakteru, może to przez kamienne budynki, a może kameralną atmosferę. Daną nam tu godzinę spędzamy pijąc napoje chłodzące, choć rozważamy też kąpiel w morzu. Kiedy wracamy na łódkę okazuje się, że przynajmniej część zaginionych na Hawajach w niewytłumaczony sposób się odnalazła.
Ostatni przystanek to Plaża Królowej, gdzie rzeczywiście trochę piasku jest, ale głównie na zboczu góry- resztę pokrywa nadal żwir, choć może drobniejszy niż u mas w Barze, to dalej nie bardzo przyjemny dla stóp. Ludzi jest zatrzęsienie, wokół mnóstwo drobnych śmieci (kiepy, kapsle, chusteczki…), ale sama kąpiel w morzu daje nam upragnione ochłodzenie.
Wracamy, rozwożąc pasażerów po wybrzeżu. Ostatni rzut oka na wyrastające z morza skały i góry puszące się w tle. Było fajnie, ale hałas, ludzie, muzyka, silnik łodzi i palone mimo zakazu przez pasażerów papierosy dają się mocno we znaki. Z ulgą wysiadamy na ląd.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz