Dzień 2
Początek tego dnia upłynął nam na szukaniu wypożyczalni samochodów, ponieważ bardzo chcieliśmy pojechać na wycieczkę, ale cała sprawa robiła się tak absurdalna, że Bareja by tego nie wymyślił. Więcej napiszę o tym później, a dziś skoncentruję się na naszym piątku, czyli spacerze po zachodnim brzegu Moračy.
Zaczęliśmy dzień przechodząc przez most Milenijny i odbywając naszą doroczną kłótnię, czy skoro ja nie mam kieszeni (złośliwie), a B. ma, i to kilka, to może nieść mój telefon, czy jednak jest to wykluczone. Dzięki tym złośliwostkom droga minęła szybko i zaraz znaleźliśmy się w miejscu bonusowym i nieplanowanym, czyli cudnym parku tuż nad rzeką, z wielką huśtawką i drewnianymi leżakami z widokiem na góry.
Kiedy nacieszyliśmy się atrakcjami, poszliśmy obejrzeć sobór, który przez otoczenie i monumentalność przywiódł nam na myśl warszawską Świątynię Opatrzności. Budynek jest ogromny, w środku bogato zdobiony, ale nie stary - powstał w latach 90. Przy bocznym wejściu fotografowała się młoda para, z której najbardziej zapamiętałam bardzo odważny dekolt panny młodej. Obeszliśmy świątynię, pocmokaliśmy, po raz setny odbyliśmy rozmowę czym się różni sobór od cerkwi (nie dochodząc do jednoznacznych wniosków, choć to chyba jak kościół i katedra) i w palącym słońcu poszliśmy dalej. Upał tego dnia doskwierał niemiłosiernie, każdy przystanek w klimatyzowanym czy zacienionym miejscu jawił się jako błogosławieństwo.

Jednym z takich miejsc był położony w parku pałac króla Mikołaja. Sam park - jak wszędzie tutaj - to piękne drzewa i wypalona na popiół słońcem trawa. Oko instagramerki przyciągnęła urocza altanka, gdzie nie dość, że pstryknęliśmy dość udane w moim odczuciu zdjęcia, to jeszcze zatańczyliśmy do taktu wyimaginowanej muzyki.
Budynek pałacu to galeria sztuki, tym razem goszcząca bardzo dziwną i niepokojącą wystawę Igora Bošnjaka pod tytułem FUTURE REPEATS ITSELF MORE THAN HISTORY USED TO (przyszłość lubi się powtarzać bardziej niż kiedyś historia). Składały się na nią filmy ukazujące monumentalne pomniki wojenne w byłej Jugosławii, filmowane z drona i przez sposób uchwycenia lekko odrealnione. Wnętrza z pięknym, drewnianym parkietem i białymi portalami skrywały małe pokoje, w których projektory pokazywały niepokojące, ale na swój sposób wciągające obrazy. Może to zasługa klimatyzacji i wygodnych siedzisk, ale nawet trzynastominutowy film obejrzeliśmy w całości.

Po wszystkim wróciliśmy łukiem na stare miasto, czując się już jak w domu na dobrze znanych ulicach. Łuk ten natomiast prowadził przez nowo budowane bloki i świeżo otwarte sklepy, a chodnik bezlistośnie odsłonięty przed słońcem nie zapewniał ani grama cienia.
Znaleźliśmy dworzec i podjęliśmy kolejną (nieudaną) próbę wynajęcia auta, po czym zrezygnowani wróciliśmy „do siebie” w okolice placu Republiki, gdzie kierowani nie wiem czym zjedliśmy jedną z gorszych kolacji. Nie wdając się w drobne szczegóły, B. dostał inną pizzę, niż zamówił, a kiedy uparł się, że jednak chciałby właściwą, to - sądząc z wyglądu i smaku oraz czasu na wymianę - dostał tę samą z podpieczonymi na górze właściwymi dodatkami. Także tak.
Na koniec dnia zostawiliśmy sobie pobliski deptak, który tętnił życiem, ludźmi, barami i głośną muzyką. Jednym słowem: horror. Natychmiast uciekliśmy czytać :)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz