Komu to by przeszkadzało, żeby taka pogoda jak dzisiaj była przez cały rok?
Bez upału, dużo wiatru, mnóstwo słońca.
Zeszliśmy ze Wzgórza św. Maksymiliana w dół ulicą Legionów i Piłsudzkiego, żeby zobaczyć się z M. przy bulwarze na wspólny spacer. Rozmawiałyśmy o tym, jak tu się mieszka, o widokach, wieżowcach, pracy zdalnej i rodzinach.
Zaraz na początku kupiłyśmy sobie lody.
W domu chodzimy na lody w sezonie codziennie (tak, codziennie). Mamy dwie cudowne lodziarnie pod domem, jedna prowadzi lokalizacją, druga wielkością porcji i ceną. W Gdyni lody są sporo droższe, za jedną porcję trzeba zapłacić 8 złotych, a i nadal szukam godnego substytutu piaseczyńskich miejscówek. Przedwczoraj kupiłam ukochany solony karmel w lodziarni mamiącej mnie szyldem o długoletnich tradycjach, ale niestety, było rozczarowanko. Smak nijaki, wafelek po prostu niedobry. Dzisiaj na plaży było troszkę lepiej, ale to nadal nie to...
Nad wodą na oko dzikie tłumy, więc jak mówią w radio, że w tym roku turyści nie dopisali, to strach blady na mnie pada, co to się musi wyprawiać, jak dopiszą. Dzieci się drą, panowie prezentują wydatne brzuchy, umęczone matki targają torby takiej wielkości, że do niedawna spakowałabym nas w taką na trekking na miesiąc. Muzykanci znęcają się podle nad powszechnie znanymi utworami, a wielki pluszowy ptak-reklama nagania chętnych do zdjęć.
Wiem, brzmi okropnie, ale spacer mimo wszystko był bardzo przyjemny. Doszłyśmy aż do portu, gdzie stoją wszystkie Błyskawice i Dary Pomorza, obejrzałam sobie przy okazji kasę tramwaju wodnego i od razu zakiełkował mi pomysł, jak tę atrakcję spożytkować. Zachciało nam się kawy, więc w marinie weszłyśmy do przyjemnie wyglądającego baru.
Na szczęście M. jest bardziej przytomna ode mnie i szybciej zobaczyła, że są ceny dla klubowiczów jachtklubu (wysokie) i dla całej reszty (niebotyczne). Jakoś 5 dych za kawę ani 2 za coca-colę nie wydawało nam się rozsądne, więc w końcu stanęło na znanym mi już Contrast Cafe, gdzie paragony są z gatunku tej grozy jeszcze do przełknięcia. Bardzo lubię ich bruschettę z kozim serem, do której z przyjemnością wypiłam bezalkoholowe piwo z sokiem.
Przede mną w kolejce pan miał taki sam pomysł na napój i odbyła się następująca rozmowa:
- Poproszę piwo bezalkoholowe.
Kelner sięga do lodówki po Lecha Free.
- Zaraz zaraz. Co pan mi daje? Tylko to macie?
- Tylko to.
Pauza.
- Ech. Pan da małego Kozela po prostu.
Na szczęście kompletnie nie znam się na piwie, więc Lech czy Tyskie, wszystko smakuje mi idealnie tak samo. Zwłaszcza z sokiem.
Po lunchu powolutku, spacerem wróciliśmy do domu. Po piatej na gdyńskich ulicach zmienił mnie mąż, który tym razem zrezygnował z lasu i biegał po bulwarze. Zapytałam go, jak zniósł tych wszystkich ludzi. Komentarz miał jeden.
- Ja już wolę te dziki.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz