Mało mnie tu. Mało mnie w świecie. Taki czas.
Taki czas, na który najlepsze na świecie są wakacje w pięknym, wygodnym domu niedaleko morza. Moja Przyjaciółka przeprowadziła się do Gdyni parę lat temu, a ja dopiero teraz zaczynam rozumieć dlaczego (choć nadal tęsknię i nie tracę nadziei, że wróci 😉)
Tuż przed wyjazdem zepsuł się nam bojler. W starym domu coś psuje się w zasadzie co tydzień i nie jest to jakaś sensacja. Nie korzystamy z piekarnika bo wywala korki, światła w korytarzu nie ma od lat, światło w tak zwanym zakamarku bywa bez jakiegoś wyraźnego schematu, no ale bez ciepłej wody to jednak jest dość duży hardcore. Z tym większą przyjemnością zapakowaliśmy siebie i dzieci do samochodu i pojechaliśmy.
Podróż byłaby na raz, ale 40 km przed celem klasyk - jedno siku, drugie jeść, więc postój nas nie ominął, ale i tak sprawnie dojechaliśmy na miejsce.
Zaraz po przyjeździe zrobiliśmy spacer po Wzgórzu św. Maksymiliana, żeby rozprostować kości i ostudzić psie emocje. Ależ tu mnóstwo cudownych domów! I powietrze pachnie inaczej.
B. dowiedział się od naszego gospodarza, że w lesie obok są dziki takie bardziej dzikie, nie mylić z tymi, co chodzą po mieście i są jakby bardziej domowe. Rzeczywiście, już wczoraj je usłyszał, a dzisiaj miał spotkanie twarzą w ryj i wrócił do domu dość mocno poruszony 😂 Takie emocje o 7 rano nastawiają człowieka bojowo na dzień pracy, bo B. niestety nie ma urlopu, pracuje zdalnie stąd.
Ja natomiast chodzę na spacery. Te przewyższenia tutaj sprawiają, że 5 km czuje się jak 8, ale wczoraj z mocną misją zobaczenia morza poszłam nie bacząc na nic. Nawigacja doprowadziła mnie w okolice hotelu Nadmorskiego, skąd morze (tak, wiem, ZATOKĘ 😈 - takie uproszczenie stylistyczne) widać już bardzo dobrze, ale wszystkie drogi w dół prowadzą schodami, co nie jest do pokonania z wózkiem, więc dość długo szłam wzdłuż plaży górą, aż skusiły mnie schody na tyle płaskie, że zdawało się być to wykonalne. Było, tak do trzech czwartych. Potem już nie było, ale przecież nie wrócę, bo a) do góry to już takie latwe by nie było, a b) no bez przesady. Kiedy tak stałam i kontemplowałam, ile niemowlak może znieść wstrząsów i czy wypadnie mi z wózka podczas próby zjazdu, objawił się jakiś młody człowiek i widząc, że położenie mam nieciekawe, zaoferował silne ramię. Dzięki Bogu, bo pewnie nadal bym tam stała.
Wiatr wiał, ludzie się kąpali, mewy krzyczały, wózek po piachu ni cholery nie jechał, tyle warte te pompowane koła i amortyzatory. Skończyło się wersją mini crossfit, czyli pchaniem wózka siłą trzymając za gondolę. Na szczęście progenitura uznała to za przednią zabawę, a na drugie szczęście zaraz obok zaczynał się bulwar, gdzie już można było iść po ludzku asfaltem.
Oczywiście, jakbym od tego hotelu skręciła nie w prawo, a w lewo, to normalne zejście nad wodę miałabym tuż obok...
Skończył się dzień pracy, więc załadowaliśmy się do samochodu, żeby Pirx, nasz prawie sznaucer z Radysów, mógł popatrzeć na morze. Pojechaliśmy do mola w Orłowie, bo Google poinformował nas, że tam można z czworonogami. Ależ mu się podobało! Uciekał przed falami, wiatr rozwiewał mu brodę i z emocji zapomniał nawet rzucać się na inne psy i na dzieci. Jeden gość na rowerze tylko przesadził z prędkością i został natychmiast upomniany.
Myślałam już, żeby z młodszym spacer odpuścić i pojechać na przejażdżkę samochodem, ale jak się wyszykowaliśmy, to akurat przestało padać, więc jednak zdecydowaliśmy się na wózek.
Do Rossmana było ok, ale tam już trzeba było założyć folię na gondolę. Spotkało się to z umiarkowanym entuzjazmem malucha, ale udało mi się opanować sytuację. Aż do samego Auchan, a w zasadzie do wyjścia z niego, bo tam już następowała zdecydowana wokalizacja sprzeciwu wobec pogody. Chciałam zignorować i przeczekać, bo jeszcze miałam na liście miejsc Maxi Zoo. I to był błąd.
Podsumowując: do Maxi Zoo dojechałam w ulewie, z dzieckiem drącym się w niebogłosy, również dlatego, że jak zsiniał z wściekłości, to na chwilę go wyjęłam na przytulasa, oblewając go wodą z osłony przeciwdeszczowej i dodatkowo mocząc swoją kurtką. Wracałam już po deszczu, z dzieckiem bez mokrych spodni, owiniętym w suchy koc. Ja mokra z wierzchu od deszczu, od spodu z emocji, on łapiący histeryczne oddechy przez sen. Rekord trasy mamy na pewno w kieszeni, ten spacer to nie za 8, a za 10 km powinna mi Strava policzyć.
Odechciało się nam wieczornych wycieczek. Joga, kolacja, pisanie. Mam do dyspozycji kuchnię idealną, więc B. ma koncert życzeń, a ja piekę i gotuję: pizzę, muffinki, foccacię, zapiekanki, gnocchi i fusilli. Dupki nam urosną mimo tych biegów i spacerów jak nic. Ale co tam. Prawdziwe wakacje 💕



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz