wtorek, 26 czerwca 2012

Zumba... wyjazdowo.


Nie wiem, czy nie była to najbardziej egzotyczna z moich wypraw.

Ale po kolei.

Wszystko zaczęło się kilka(naście?) tygodni temu, kiedy ze względu na zmianę sytuacji życiowej odkryłam, że znowu mam czas na fitness. Zbiegło się to z ochami i achami mojej szacownej sąsiadki na temat nowo otwartego klubu w naszej okolicy.  Ponieważ od lat płacę za karnet, który do tej pory pomagał mojej formie tylko jako dodatkowe obciążenie torebki, poszłam w końcu. Na próbę. Jedne zajęcia, drugie, te fajniejsze, tamte słabsze, w końcu złapałam się na tym, że najbardziej lubię zumbę, chociaż nie koniecznie daję na niej radę – bo raz kondycja mi siadła, dwa moja koordynacja ręce-nogi od zawsze pozostawia wiele do życzenia. Ale bawiłam się na tyle dobrze, że niezrażona chodziłam, coraz częściej i do różnych miejsc.
Po kilku dramatycznych pomyłkach (kluby bez klimatyzacji, instruktorzy bez ikry itp.) wyodrębniłam trzech świetnych prowadzących i ustaliłam sobie zajęcia tak, żeby codziennie na jakąś zumbę się załapać. Uzależnienie rosło, muzyka z zajęć towarzyszyła mi przez pół dnia, zdarzało się, że chodziłam dwa razy dziennie, bo organizm się szybko przyzwyczaił do wysiłku. I wtedy nastąpiła tragedia.
Urlop.
Na myśl o dziesięciu dniach bez zumby oblał mnie zimny pot. Ale od tego jest wujek Google. Wstukałam nazwę najbliższego mojej działce miasteczka razem z hasłem „zumba” i ku mojemu zdumieniu: jest! znalazłam! są zajęcia dwa razy w tygodniu!
Przyjechałam na działkę w czwartek, zaliczając rano poranną zumbę na wylocie ze stolicy. Piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek przesiedziałam jak na szpilkach, ratując się bieganiem i tańczeniem ukochanego No Behavior przy myciu zębów i nie tylko. We wtorek weszłam na stronę lokalnego klubu (która jest zarazem stroną sklepu odzieżowego, bo pani instruktor ma dwa zawody…), wyszukałam numer telefonu i zadzwoniłam.
Odebrano za drugim razem. Bardzo miły głos powiedział, że tak, oczywiście, są zajęcia, w dodatku pierwsze gratis, można przyjść, jak najbardziej, jak mi się spodoba, to się mogę zapisać. Wyjaśniłam szybko, że ja przyjezdna, i pewnie tylko ten raz, no może jeszcze w czwartek, ustaliłyśmy gdzie mam dojechać i pomysł mój zaczął nabierać realnych kształtów.
Kwadrans przed 19.00 dotarłam na miejsce. W szatni grupa poddenerwowanych nowicjuszek, boją się, czy dadzą radę, bo na „jutube” to tak strasznie ciężko wyglądało. Nie ma zamykanych szafek, tylko haczyki na których wszyscy zostawiają rzeczy, ale ja- nieufna warszawianka- zabieram torebkę ze sobą.
Przy wejściu na salę trzeba uważać, żeby nie potknąć się o wieżę, z której leci muzyka, a którą instruktorka przynosi ze sobą w niebieskiej ikeowskiej torbie. Pomieszczenie nie jest wielkie, półokrągłe, w jednym kącie nie wiedzieć czemu leżą pozwijane wykładziny, na ścianach pojedyncze lustra, rozmieszczone tak, że może co czwarta pani ma szansę patrzeć na siebie. Tłumek dosyć spory. Miła odmiana po Warszawie: zero lansu. Ani jednej sztuni w getrach w panterkę, ani jednej w wieczorowym makijażu, żadnych dekoltów do pasa. Wszyscy uśmiechnięci. Wiek: od siedmiu do czterdziestu pięciu lat (to znaczy ta najstarsza pani dla mnie miastowej wyglądała na zdrowe 60, ale wiem, że tutaj przy ciężkiej pracy niestety kobiety inaczej się trzymają). Atmosfera bardzo sympatyczna.
Pani instruktor patrzy po sali i zauważając wiele nowych twarzy mówi, że chce zrobić krótkie wprowadzenie. Czekam na formułkę o fuzji tańca i aerobiku i absolutnej konieczności uśmiechania się (czego zwykle nie robię, koncentrując się na nie zabiciu się o własne nogi), i szczerze mówiąc już mam nie słuchać, a tu okazuje się, że same nowości. Na zumbie nie robimy przerw (o?!),  piosenki lecą jedna po drugiej, jest ich zawsze dziesięć i zawsze z jednej płyty, ta płyta zmienia się raz na miesiąc, no chyba, że kursanci oporni i się w miesiąc nie nauczą, to wtedy nie ma po co zmian wprowadzać. Zaczynam się bać, cholera, czego to można w miesiąc nie ogarnąć, staje mi przed oczami znienawidzona lambada z trzy razy powtarzanym krokiem samby, którego żaden NORMALNY człowiek nie zrobi. Może takich kroków jest więcej?...
- Która pani do mnie dzisiaj dzwoniła? – pyta instruktorka.
Nieśmiało podnoszę rękę.
-A pani przyjezdna, tak? A skąd, jeśli mogę zapytać?
-Z Warszawy – przyznaję przepraszającym głosem. Od razu wbija się we mnie kilkanaście par ciekawych oczu, jak to taka z Warszawy z bliska wygląda.
-Nooo, to zobaczymy – uśmiecha się pani instruktor – jak sobie Warszawa na zajęciach poradzi.
Matko Boska, jaka presja.
Zaczynamy. Szybko się okazuje, że martwiłam się na zapas. Podstawę stanowi V-step oraz krok podwójny. Dochodzą do tego elementy flamenco w wydaniu regionalnym, oraz kilka kroków typu „hip-hop”, nie bez znaczenia pozostaje użyty przeze mnie cudzysłów. Najbardziej skomplikowany układ obejmuje chassé, mambo w tył, chassé, mambo w tył, chassé i… uwaga! mambo w przód! Ponieważ wieża moc ma jaką ma, tańczące panie zagłuszając muzykę nie trafiają w jeden, ale przecież nie o to chodzi, żeby się koniecznie z rytmem zgadzało. Zagadką do końca pozostają dla mnie lokalne zwyczaje w kwestii wyboru nogi, ponieważ ze względu na brak lustra za sobą prowadząca jest do nas zawsze przodem, co w moim mniemaniu oznacza, że ja i ona zawsze będziemy tańczyć od nogi przeciwnej, bo ona powinna być moim odbiciem, ale ona zaczynając od lewej do nas też mówi „lewa”, więc mam niezlą zagwostkę. Reszta sali dzieli się w tej kwestii na dwa obozy, nie pomagając mi nijak w podjęciu decyzji.
Obserwuję instruktorkę z ciekawościa. Muszę z bloggerskiego obowiązku bycia obiektywną napisać, że wdzięku niestety jej brakuje.  Jest dobrze po trzydziestce na oko, zbudowana proporcjonalnie, ale zeszpecona nieładnym tatuażem. I widać, że muzyki nie czuje. Momentami liczy pod nosem i widać, że koncentruje się bardzo na tym, żeby nie zgubić kroku. W ruchach bardzo toporna, nawet jeśli nie porównywać jej do „moich” warszawskich instruktorów, którzy jak już pisałam są najlepsi na świecie J i muzyka płynie przez nich tak samo, jak oni płyną przez muzykę. W duchu po raz n-ty w życiu poddaję w wątpliwość wagę oficjalnych licencji, bo jakby ktoś nie wiedział zumba jest bardzo sformalizowaną dyscypliną i każdy prowadzący powinien posiadać akredytację, którą ta pani (sprawdziłam) jakoś uzyskała.
Zanim zdążyłam się obejrzeć –albo zmęczyć- zaczyna się piosenka do rozciągania. Patrzę na zegarek: tak, rzeczywiście minęła godzina.  Rozprostowuję mięśnie i rozglądam się po sali.
I robi mi się trochę wstyd. Wstyd, że w głowie tak mocno wyśmiałam te zajęcia. Bo może dla mnie to jest tylko godzina na przetrwanie tego tygodnia, nijak nie przystająca do standardu zajęć, na które chodzę, ale wokół mnie widzę ponad dwadzieścia uśmiechniętych kobiet, dla których ta zumba jest jedyną, na jaką kiedykolwiek dotrą. Daje im staysfakcję, radość, odrywa od codziennego życia w małym mieście i daje im poczucie, że robią coś, co jest modne i na topie teraz na świecie. Daje im pozytywną energię, czyli de facto wywiązuje się ze swojej zumbowej misji. I zaczynam gdzieś tam w środku podziwiać i szanować tę instruktorkę, że stara się jak może propagować na – bez urazy- prowincji tak rewelacyjną formę ruchu. Wychodzę życząc jej w duchu jak najwięcej sukcesów.
Ale sama nie mogę się doczekać poniedziałku… J

4 komentarze:

  1. Spać chce mi się jak cholera, ale nie mogę się oprzeć wtrąceniu swoich trzech groszy ;) Notka ogólnie zabawna - a w zasadzie przerażająca zabawna. Pierwszy raz uśmiałam się czytając o niebieskiej ikeowskiej torbie i wykładzinach, potem zaśmiałam się jeszcze kilkukrotnie, ale jako babka z Mazur muszę też bronić swoich! O co chodzi? a o to: "ta najstarsza pani dla mnie miastowej wyglądała na zdrowe 60, ale wiem, że tutaj przy ciężkiej pracy niestety kobiety inaczej się trzymają". WTF? Na Mazurach nie tylko rolą człowiek żyje!!! Następnym razem, jeśli zgramy się w terminie pobytu w miasteczku i okolicach, zabiorę Cię do mojej babci na babkę ziemniaczaną albo pierogi z jagodami i zobaczysz jak się trzymają tamtejsze kobiety!
    A jeśli chodzi o instruktorów zumby, to certyfikat dostaje kazdy kto zapłaci kilkaset dolców - pieniądze idą na kurs i płyty z muzyką. Niestety, instruktorzy nie przechodzą żadnych egzaminów na koniec, stąd takie ciekawe przypadki jak ten, na który trafiłaś ;)W wawie następuje selekcja naturalna, w małych miejscowościach zumba wciąż jest czymś nowym, egzotycznym, a jedyny instruktor w mieście, niezależnie od umiejętności, cieszy się popularnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karla, strasznie mi przykro, ze czujesz, ze musisz bronic swoich: ja ludzi z Mazur i same Mazury kocham jak nic na swiecie, a kobiety uwazam za rownajace sie jedynie goralkom: z jajem, charakterem i charyzma! Bron Boze nie chcialam nikogo urazic, ale rzeczywiscie wydaje mi sie, ze kobiety w Warszawie - bardziej skupione na sobie, wydajace krocie na kosmetyke itp, oraz zasadniczo dluzej zyjace beztrosko w stanie wolnym - do pozniejszego wieku uchodza za mlode. Moge sie oczywiscie mylic, to moja subiektywna opinia.
      Dzieki ze wyjasnilas: brak egzaminu to chyba jest ten szkopul! A i w Warszawie nie brakuje beznadziejnych instruktorow, uwierz mi. Co nie znaczy, ze krytykuje ta pania, bo koniec koncow - tak jak napisalam - robi dobra robote!
      Dziekuje za komentarz i pozdrawiam.
      Sonja

      Usuń
  2. A w ogóle to masz zajebistego tego bloga! czyta się go jak dobrą książkę - brawo za żywy język, świetne porównania i umiejętność obrazowego opisu zdarzeń, poprawne posługiwanie się językiem polskim, co niestety w obecnych czasach staje się sztuką :) Baaardzo mi się to podoba!

    OdpowiedzUsuń