29.08
Warszawa → Mediolan
Wstałam jakoś. Po niecałych czterech godzinach snu, ale warto było zostać na Orange’u dla Bartosiewicz J Na szczęście pani Ania z ochrony zgodziła się przypilnować, żebym wstała, dzwonić domofonem do skutku… To moje niesłyszenie budzików i odporność na każdy hałas ma jednak swoje wady. …
Taksówkarz podrygiwał do dźwięków starych przebojów, w tym Locomotion, przez prawie całą drogę, ale nie udało mu się mnie oszukać: to nie był nadmiar energii, tylko walka ze snem…
Na Okęciu jak zwykle organizacja zawiodła, kolejki, że hej: do odprawy, do kontroli, do toalety….. I to co najbardziej dziwi: żadnych zegarów. Ciężko się zorientować, która godzina. Muszę zwrócić uwagę jak to jest gdzie indziej. Czy tylko polskie służby celne i transportowe tak skrzętnie chcą przed pasażerem ukryć przemijanie czasu, czy jest to jakiś ogólny, niezrozumiały trend? Ceny w wolnocłowym bardzo-nie-wolno-cłowe, więc żadnych zakupów. Ech. Może na innym lotnisku.
W LOT-cie widać kryzys, pyszne, chrupiące bułeczki zostały zastąpione tortillą o podejrzanej konsystencji, wypełnioną głównie sałatą w nieśmiałym towarzystwie plasterka szynki. Ale to, co najważniejsze było: dla mnie lot samolotem ma nieodmiennie smak soku pomidorowego, od najwcześniejszego dzieciństwa.
A teraz powstaje dylemat: film czy drzemka?
Mediolan →Alghero
W trakcie drugiego lotu sen zwyciężył. A Mediolan? A kto najdłużej czekał na walizkę? A kto zdążył ledwo na samolot przesiadkowy bo musiał zrobić zdjęcia ośnieżonych gór nad rozgrzaną płytą lotniska? A ja J
Na dzień dobry przepłaciłam w Alghero za bilet na autobus, bo nie wydawało mi się jasne, że maszynka do drukowania biletów nie wydaje reszty. Rozpieściła mnie Warszawa. Pierwsze wrażenia z Sardynii dobre. Palmy i zieleń jest, ale ziemia spieczona i sucha. Miasteczko urocze, morza zapach czuć… Mieszkam w Fertilii, zaraz jadę do Alghero. Mam nadzieję się załapać na rejs do Grot Neptuna….
Alghero
Widać, że Sardynia bogata wyspa. Kierowca autobusu miał na rękach cztery sygnety, z czego trzy na jednym palcu….
A poważnie to wcale tak bogato nie jest. Dużo obdrapanych bloków i niepozornych domków, chociaż dzielnice willowe piękne, że hej, z okiennicami z drewna i amarantowymi krzakami. I dużo palm.
Powtórkę z włoskiego zaczęłam od słów siesta, domenica i chiuso. Ja rozumiem, że sklep chiuso, ale żechiesa chiusa w niedzielę?!?! I że ristoranti chiusi?! Po sieście trochę się ożywiło, zresztą Alghero piękne, wąskie strome uliczki, kamienne budynki, i spacer po murach wzdłuż wybrzeża, z widokiem na port i kopułę katedry niezapomniany. Trochę jak toskańskie miasta z tą jednak różnicą, że wiatr wieje ciągle i w związku z tym oddychać można pełną piersią.
Nie można za to popłynąć do grot Neptuna, bo fale. Największe rozczarowanie, ale jeszcze się nie poddałam, powalczę w najbliższych dniach.
Nadal zagadką pozostają rozkłady jazdy autobusów oraz możliwości kupienia biletu. Dam sobie jeszcze czas na zgłębienie tej kwestii.
A prawdziwe Włochy zaczęły się, kiedy otworzyli w końcu supermarket w moim maleńkim Fertilio, na okoliczność mszy w kościele chyba, i udało mi się zaopatrzyć w całkiem pijalne wino za kwotę €0,80 za litr. Piję, i nie czuję różnicy w stosunku do wina w cenie €3,00 za kieliszek, które piłam do popołudniowej lasagne, a tamto reklamowano mi jako specjalność wyspy. Hm.
Wasze zdrowie!
30.08
Aaaale się wyspałam! Padłam koło 22giej, a ledwo zdążyłam na 9 na śniadanie. Potem w biegu pakowanie (rzeczy rosną, coraz trudniej zapiąć plecak, mimo, że nic nie przybyło; dziwne) i teraz na lotnisku czekam na autobus do Santa Teresy. Wiatr coraz większy, szanse na groty Neptuna maleją :-)
Na przystanku poznałam dwóch miłych chłopaków z Anglii. Dla nich wiatr nie jest wadą, przyjechali na kite’y J Ponarzekaliśmy sobie na luźny związek rozkładów autobusów ze stanem faktycznym i każde z nas pojechało w swoją stronę.
WiFi to jakiś mega luksus na tej wyspie. Szlag człowieka trafia.
Alghero → Santa Teresa di Gallura
„Dobre połączenie z…” w tym kraju oznacza, że istnieje jakiś autobus. Zwykle jeden dziennie. Albo i nie.
Podróż z Alghero do Santa Teresy trwa trzy godziny, ale nie jest to czas stracony. Między Porto Torres a Castelsardo droga ciągnie się wśród wybrzeża, często po skale powyżej, więc widoki zapierają dech w piersiach. Za każdym razem jak chowałam aparat, musiałam go pospiesznie znowu wyjmować. Plaże tutaj są przepiękne, ludzie pływają na kite’ach, przy ulicy stoją stragany z owocami i wyrobami z wikliny, które są typowym produtto locale. Samo Castelsardo jest malowniczo położone na skale, domki pomalowane za ciepły oranż, brzoskwiniowy lub róż pięknie odcinają się od skał. Przez miasto idzie promenada, która mnie natychmiast przywodzi na myśl Malecón w Hawanie. Te fale rozbijające się o skały i wał. Ech, wspomnienia…..
Od Badesi autobus pnie się pod górę po krętych ścieżkach i podziwiam nie tylko Sardynię, ale także rzucam pierwsze spojrzenie na Korsykę.
W środku siesty wysiadam w Santa Teresa. Podekscytowana: nie wiem, czy tu zostanę, czy pojadę na Korsykę od razu. Przystanek dość daleko od miasta, więc z westchnieniem zarzucam cały dobytek na plecy i idę. Na czuja, po zapachu morza. Oczywiście, cholera, pod górę. Dam radę, dam radę, damradędamradędamradę……. O, widać port. Po niekończących się schodach schodzę w kierunku wielkiego promu, na pewno da się kupić bilety. Do najbliższego odjazdu ponad godzinka. Super. Kanapka w portowym barze, kilka słów dla Was, kochani, a teraz trzeba się zbierać.
Nie mam jeszcze planów, co zrobię jak dojadę na Korsykę. Wyjdzie w praniu, nie? ;-)
Santa Teresa → Bonifaccio
Na promie powiedzieli, że pogoda jest kiepska i żeby nie wychodzić na zewnątrz. Usiadłam więc w środku z książką, zirytowana biegającymi, drącymi się bachorami, które męczyły rodziców o chipsy. Stewart rozdawał jakieś torebki. Pewnie na śmieci. Wcisnęłam ją do torby i pogrążyłam się w lekturze.
Pamiętam kołyszące promy Calais-Dover, ale czegoś takiego nie widziałam nigdy. Szczęście w nieszczęściu, że bachory przestały się drzeć i biegać, za to zaczęły wymiotować. A po nich połowa pasażerów. Zrozumiałam sens torebek. Lamusy z kiepskim żołądkiem…. ;-) Promem rzucało na prawo i lewo, kilka osób się modliło, kilka śmiało histerycznie, a po pół godzinie prawie każdy trzymał w ręku torebkę z zawartością własnego żołądka. Kiedy znudziło mnie obserwowanie tej hecy, ucięłam sobie małą drzemkę.
Sono arrivatti, signora – obudził mnie Stewart w Bonifaccio. Ziewnęłam i wyszłam do portu. Jak pięknie! Wypasione jachty, białe skały i nawet Francuzi mało francuscy, bo mili J Kupiłam mandarynki i wodę w mijanym SPARze, zapytałam o camping, okazało się, że jest blisko, zameldowałam się więc i rozbiłam namiot. Camping delikatnie mówiąc średni, ale sypiałam w gorszych miejscach.
Wieczór poświęcę na zwiedzenie miasta. Jutro albo ambitnie pojadę do Ajaccio, albo mniej ambitnie na plażę w Palombaggi. W siną dal odchodzi marzenie o zobaczeniu Scandoli, za daleko stąd, połączenia autobusowe fatalne, samochód kosztuje minimum €100 za dzień, a przy tych krętych drogach i tak nie wiem, czy zdążyłabym tam dojechać.
31.08
Nie ma kraju gorzej zorganizowanego od Francji. Wyobraźcie sobie miejscowość, wokół której są fajne plaże i ciekawe miasteczka. I do każdego z tych miejsc jeżdżą dwa –słownie dwa- autobusy dziennie, ustawione w taki sposób, żeby nie dało się broń Boże obejrzeć dwóch miejsc w jeden dzień. No chyba, że wstanie się przed świtem…
Odkryłam wakacyjny Zen. W podróży nie chodzi o to, żeby jak najwięcej zobaczyć, tylko, żeby każdy dzień był fajny i godny zapamiętania. W imię tej filozofii porzuciłam myśl o pchaniu się w głąb Korsyki (przyjadę kiedyś osobno na północ) i zafundowałam sobie rejs do pobliskiego rezerwatu wysp Lavezzi z kilkugodzinną przerwą na plażowanie. Cały dzień spędziłam nad/na/w morzu, głównie z książką (nota bene pożyczoną od Sandry chyba rok temu, którą zabieram na kolejne już wakacje i nie wiem czemu nie mogę jej zmęczyć; weszło mi teraz na ambicję, jestem już w połowie… ). Rezerwat to małe zatoczki z plażami, lazurowa woda i skały porozrzucane wdzięcznie na lądzie i w wodzie. Cudo. Potem panorama Bonifaccio z wody, podziwianie domów znanych i bogatych, piękne groty w piaskowych skałach.
Po powrocie crepês z Nutellą i pyszniasta kawka…. Małe zakupy w supermarkecie, korkociąg pożyczony od dziewczyn z namiotu obok (Śmieszna sprawa: wczoraj z pół godziny obmacywałam butelki przed zakupem żeby sprawdzić, która ma gwint a nie korek; jakież było moje rozczarowanie po powrocie do domu…. Znaczy namiotu. Wrrr. Brawo, Sherlocku!), które najpierw oświadczyły, że takowym nie dysponują, ale potem przypomniał im się ich szwajcarski scyzoryk, który szybko awansował na listę moich niezbędnych zakupów.
A propos niezbędnych: pojechać pod namiot bez latarki – bezcenne :-/
Ostatnie dwie godziny siedzę sobie trochę na pralce, trochę na umywalce, obok jedynych na kempingu kontaktów i ładuję laptopa. Trochę czytam, ale głównie obserwuję ludzi. Dochodzę do wniosku, że jestem ostatnią osobą na świecie, która nie używa pianki, żelu, lakieru ani innych takich do włosów. Jawnie i z otwartą buzią gapiłam się na dziewczynę, która wtarła sobie we włosy pół opakowania pianki (bez żadnej przesady!)
Zaraz bateria będzie pełna i wtedy chyba wezmę szybki prysznic i pójdę do portu na mule, na które od wczoraj mam ochotę. Odkryłam przy okazji, że zjedzenie pełnej porcji z menu fix, które rzeczywiście zwykle ma dobrą cenę i jest serwowane w prawie każdej knajpie graniczy z cudem. Dzisiaj definitywnie tylko jedno danie. Aczkolwiek „bakłażany po bonifacjańsku” gorąco polecam!
01.09
Bonifaccio → Santa Teresa
I znów na promie. Dzisiaj według Francuzów skończył się sezon, więc bilet jest €3 tańszy.
Wczorajsze mule były cudne. Potem jeszcze kilka odcinków ulubionego serialu obejrzanego na laptopie i zapadła wyjątkowo zimna noc. Koniecznie muszę kupić kiedyś termiczny śpiwór. Zwłaszcza, że i tak od dwóch dni walczę z lekkim przeziębieniem. Obok mnie rozblili się jacyś Holendrzy? Rumuni? Mówili w dziwnym języku. Niesamowite, jaka akustyka jest jak się śpi namiot w namiot, w sumie dzieliło nas ile? Metr? Jednego z nich nazwałam roboczo BąkoBilly. Zgadnijcie dlaczego…. ;-)
Zwijanie namiotu poszło sprawnie, gorący prysznic rozmroził mnie trochę po nocy. Kiedy szłam z plecakiem po porcie, dziwiłam się jak bardzo różni się ten widok rankiem i nocą. Nie było blichtru i zblazowanych panienek, tylko panowie szorujący pokłady, polerowanie sztućców w nieczynnych knajpach i szambiarki opróżniające zbiorniki statków. Każdy obraz ma zaplecze, za każdym blaskiem jest czyjaś harówka. Lubię takie kontrasty, to uczy pokory do życia i wdzięczności za to, co się ma.
Santa Teresa → Porto San Paolo
Po powrocie na Korsykę zadzwoniłam do Marzeny, jak było to umówione. Jej statek był niedaleko Olbii, spojrzałyśmy wspólnie na mapę i ustaliłyśmy punkt zborny w San Paolo. Dojazd do Olbii nie był problemem. Jak ja kocham Włochy! Od razu dostałam mapę, rozkład i porady. Stamtąd do San Paolo tylko 10 km, więc tchnięta optymizmem dobrego początku dnia pomyślałam, że dam radę.
W autobusie dostałam smsa od Marzeny: „San Paolo to straszna dziura. Weż taxi”. Nie tracąc wiary w transport publiczny wysiadłam w Olbia centro. Jakiś miły młodzieniec pokierował mnie na właściwy przystanek i o dziwo już po dwudziestu minutach miałam autobus do celu! I bilety nawet dało się kupić!
San Paolo to JEST dziura. Chyba krócej jechał autobus z Olbii niż ja szłam do mariny. Jeszcze kilka telefonów, ustalanie pozycji i udało nam się spotkać. Marzena podpłynęła po mnie dingi i śmignęłyśmy na statek. Piękny! Po krótkich konsultacjach ustaliłyśmy krótki kurs rejsu, obok Tavolary na zaciszną zatoczkę. Marzena była tak kochana, że zaprosiła mnie na noc.
Reszta to opalanie na górnym pokładzie, drinki (trzy), wino (trzy; oczywiście nie kieliszki, tu nie ma amatorów, sami profesjonaliści), wyśmienite spaghetti i babskie plotki. A jako wisienka na torcie: rozplątywanie supła przy dingi i ogarnianie klamerek, których działanie pozostawało niejasne. Lubię takie wyzwania. Zwłaszcza, jak kończą się moim sukcesem. „Nie chciała być VIPem, od razu chciała zostać członkiem załogi”, powiedziała przez telefon Marzena do męża.
A teraz, niewiarygodny luksus po nocach na kempingu: ŁÓŻKO! :-)
2.09
Jakby nigdy nie było gorzej, człowiek nie wiedziałby, kiedy jest dobrze….
Dzień zaczął się cudnie, obudziłam się wyspana i wykołysana falami w VIP-kabinie, zjadłyśmy pyszne śniadanko, wykąpałam się w morzu i ustaliłyśmy, że wysiadam w Porto Istana.
I zaczęły się schody….
Dingi zapala mniej więcej tak, jak kosiarka mojej mamy. Przez pociągnięcie za sznurek i jeśli ma ochotę. Co ciekawe, faceci zwykle odpalają ją szybko, my z Marzeną męczyłyśmy się bardzo długo, z czego ja mało nie straciłam wszystkich paznokci, a Marzenę linka, która wyrwała mi się z ręki uderzyła w twarz. Mocno. Więc dałyśmy spokój i czekałyśmy na kogoś, kto by przepływał i pomógł. Traf chciał: sunie kajak. W kajaku mężczyzna i pół. To pół koło sześciu lat. Tatuś przesiadł się do nas, zapalił dingi i już wracał z powrotem na kajak, jak przyszła fala i kajak chlup! -do góry nogami. Dzieciak wrzask. My staramy się pomagać. Facet twierdzi, że jest ok, chce chyba, żebyśmy dały mu już spokój. Młody wrzeszczy, że czapka. Czapka poszła na dno. Zbieramy co się da, podajemy im. W końcu wszyscy są szczęśliwie na łodziach. Oczywiście nasz silnik dawno zgasł. Nie śmiemy prosić znowu o pomoc, płyniemy na wiosłach. Na szczęście z falą.
Wysiadam na pomoście, żegnamy się, jakiś Włoch odpala Marzenie dingi, a ja przechodzę przez furteczkę i jedyną drogą pnę się pod górę. Chyba do miasta.
Droga stroma i wijąca się, plecak ciężki, końca nie widać. Po długim czasie zaczyna być widać jakąś główną trasę. Zonk. Brama. Zamknięta na głucho, na bramie napis attenti al cani. Pięknie. Czyli jestem zamknięta na prywatnym terenie, a wokół może naprawdę biegają psy.
Schodzę kawałek na dół. W jednym z domów siedzi miła pani. Nie mówi po angielsku. Dziwi się, że jestem po złej stronie bramy, ale otwiera, wypuszcza mnie. Idę dalej. Góra dół, 15 kilo plus podręczny plus śmieci, 30 stopni, ja przeziębiona (nadal). Po pół godzinie widzę jakieś miasto. Pytam o autobus, w knajpie pokazują, gdzie ma przystanek i mówią, że bilety u kierowcy.
Siedzę i czekam, w międzyczasie rozmawiam z rodzinką Anglików, głównie z przystojnym Tatusiem, bo Mama od razu zdecydowała się mnie nie lubić i tylko rzuca kąśliwe uwagi na temat tego, ilu to Polaków u nich. Tatuś pracował w Polsce i jest bardzo dumny, że umie powiedzieć „dziękuje” i powtórzyć „dzień dobry”.
Autobus przyjeżdża, oczywiście biletów nie można kupić, Tatuś ma zapas, sprzedaje mi jeden razem z radą: „If you can’t get tickets, screw them, Just get on, they don’t care”. Zapamiętam….
Dojeżdżam do Olbii i długo szukam biura informacji turystycznej. W końcu po kilku godzinach odkrywam, że zwiedziłam całe miasto, z plecakiem na plecach (chora, 15 kilo, 30 stopni itp.). A biura pewnie nie ma, bo tu nie ma żadnych atrakcji. Olbia jest najbrzydszym miastem do tej pory. Znajduję z trudem Internet, sprawdzam pocztę, wysyłam maila do hostelu, że się spóźnię. Zmęczona szukam jakiejś knajpki. Pociąg do Cagliari odjeżdża dopiero po 18.00.
Jest. Pani na wejściu mówi, że mają tylko pizzę, ale to mi nie przeszkadza. Obsługuje mnie dziewczynka, która bardzo stara się udawać dorosłą, chociaż ma dopiero koło 14 lat. Ale każde słowo jest profesjonalnie dobrane, każdy gest wystudiowany. Zamawiam mezzo litro vino rosso della casa i margheritę. Czekam cierpliwie na jedzenie, piszę bloga. Posiedzę tu do piątej, zarzucę plecak na ramiona i podrepczę spokojniutko na pociąg.
3.09
Z pizzerii podreptałam do apteki, zrobić coś z tą uroczą –spójrzmy prawdzie w oczy- grypą. Dogadać się nie szło, pani w końcu coś mi zaproponowała, co mi się średnio podobało i było drogie, ale jako, że poza tym wchodziła w grę tylko aspiryna, wzięłam. Przeczytałam ulotkę, ze smutkiem stwierdziłam, że lek składa się głównie z pseudoefedryny, jak nasz Cirrus, czyli, że pewnie na mnie nie zadziała. Ale o dziwo, udało się, jestem zdrowa!
Olbia → Cagliari
W pociągu do Cagliari poczułam się jak u Mamusi. Panowie tak włączyli klimę, że było może 12 stopni, więc siedziałam pod śpiworem w bluzie. Ale na miejscu jak pięknie! Po ohydnej Olbii, Cagliari po prostu zachwyca. Malownicze uliczki, mnóstwo palm, placyków, zakątków. Dość długo szukałam hotelu, i poczułam w nogach i plecach co znaczy „urokliwie położone na wzgórzu”. Trochę jak w Toledo – niby piękne, dopóki nie trzeba po nim chodzić ;-)
Dzisiaj rano wstałam I stwierdziłam z zaskoczeniem, że pada. Nie, nie pada – leje! Spokojnie dokonałam porannej toalety, przepakowałam plecak i zeszłam na śniadanie. W między czasie deszcz ustał. Zachwyciło mnie patio prowadzące do stołówki, na nim yukki i palmy. Po wypiciu kawy wrzuciłam plecak do przechowalni i ruszyłam w miasto.
Zwiedzaniu towarzyszył złowrogi pomruk burzy, który wreszcie przeszedł w regularne grzmoty. Zanim znowu się rozpadało, udało mi się podziwiać panoramę miasta z Bastione San Remy, odwiedzić katedrę i amfiteatr rzymski. To z grubsza wszystko, co warto tu zobaczyć. Waham się nad ogrodem botanicznym, bo podobno piękny, ale to nie do końca moja bajka. A może wsiądę w jakiś autobus i pojadę do któregoś z okolicznych kurortów? Na razie usiadłam w Bar Centrale na pyszną kawę, a skoro odkryłam, że jest tu darmowe WiFi (viva Italia!), to może mi się trochę zejść, bo na Pudelku mam duuuuże zaległości ;-))))
Jedyne co pewne to to, że o 19.00 odbiję od brzegu i pomknę w stronę Sycylii.
4.09
Aaaale się nachodziłam! Ale po kolei.
Po zwiedzeniu Cagliari wsiadłam do autobusu i wyjechałam za miasto obejrzeć flamingi i lokalną plażę. Kolor wody zachwycał, nastąpiło więc błogie lenistwo w nadmorskim barze z książką.
Cagliari → Palermo
Przeprawa promem minęła bez zwiększysz przygód, wyjąwszy dwie rzeczy. Jeden: Flavio. Pan się przyczepił jak wyszłam porobić zdjęcia, koniecznie chciał ze mną rozmawiać, nie wiadomo w jakim języku, bo ja mówię lepiej lub gorzej kilkoma, ale on tylko po włosku, w którym dogaduję się coraz lepiej z tym, że jeszcze nie specjalnie na tematy abstrakcyjne. Zresztą ta konwersacja znudziła mnie w pięć minut, ale jego niestety nie. Jak zeszłam na swoją upatrzoną wcześniej kanapę półtora osobową, na której planowałam spędzić noc, Flavio usadził się obok, i mimo, że ostentacyjnie wetknęłam nos w książkę, dalej próbował zagadywać. Najlepszy ubaw z jego pytań i moich coraz mniej zachęcających odpowiedzi miał młody człowiek naprzeciwko na drugiej kanapie, który podróżował z plecakiem Bundeswery i grupą dziwnych ludzi, dobranych nie wiadomo według jakiego klucza, ani wiekowo, ani wizualnie ani nijak do siebie nie pasowali. Pod koniec śmiał się już otwarcie. Po godzinie (!) Flavio się zniechęcił i sobie poszedł. A zniechęcił się tak skutecznie, że rano już mnie nawet nie poznał ;-)
Dwa: wywiązała się jakaś awantura, ktoś komuś jakoś musiał na odcisk nadepnąć, bo nagle wszyscy podzielili się na dwa obozy i zaczęli na siebie mocno krzyczeć. Nie wiem niestety, o co poszło, ni w ząb nie zrozumiałam. Liczyłam na jakąś spektakularną bójkę, ale rozeszło się po kościach.
Reszta nocy upłynęła nader błogo, na mojej kanapie, pod śpiworkiem, z nogami na fotelu obok.
Zeszłam na ląd w Palermo przed 10.00. Natknęłam się od razu na biuro informacji turystycznej, więc podeszłam zapytać o camping. I tu, proszę państwa, niespodzianka: pani, która tam pracowała jest z Ciechanowa. Jak się zgadałyśmy, że my krajanki, to nie dość, że podała adres campingu, wyjaśniła jak dojechać, obładowała mnie mapami i dobrymi radami, to jeszcze zadzwoniła dowiedzieć się, czy będzie dla mnie miejsce. Cud nie kobieta.
Camping jest jakąś godzinkę drogi autobusem z Palermo, za to jest śmiesznie tani i w miarę przyjemny. Ziemia jest miękka, więc nawet wbiłam śledzie, czego zwykle nie robię… Jedyne zaskoczenie to prysznice. Te zamykane nie działają, zostały tylko takie, jak na basenach, dodam, że „koedukacyjne”. No, i kto z Was kiedykolwiek wziął prysznic owinięty w ręcznik, tak, żeby wszystko umyć, za dużo nie odwijać i ręczniczka nie zmoczyć, no kto? Bo ja już mogę powiedzieć, że tak!
Reszta dnia upłynęła na zwiedzaniu miasta. Palermo robi lepsze pierwsze wrażenie niż następne, ale na uwagę zasługują kolorowe targowiska z rybami, przyprawami, serami, owocami, mięsem… i mnóstwem azjatyckiego badziewia po trzy euro za sztukę ;-)
Najbardziej wzruszył mnie mały, zgarbiony staruszek przecierający zioła suszone na wielkim sicie. Było w nim coś bardzo smutnego, długo go nie zapomnę.
Quatro Staggione, miejsce zetknięcia się czterech dzielnic, jest wypełnione rzeźbami i przypomina bardziej Rzym dla ubogich niż gołą wyspiarską architekturę. Jest kilka ładnych kościołów (załapałam się na dwa sycylijskie śluby) i imponująca katedra, ale najmocniej zapamiętam pewnie małe uliczki z knajpkami, przed którymi stoją wystawione szwedzkie stoły z sycylijskimi przystawkami. Deal jest taki, że się płaci kilka euro i je co chce. Nauczona doświadczeniem, że więcej niż jedno danie w tym klimacie nie da się upchnąć do żołądka, zrezygnowałam z przystawek i zamówiłam carbonarę.
Wino tutaj nie jest (niestety?) sprzedawane na kieliszki. Najmniejsza objętość: karafka pół litra. Cóż. Siła wyższa…. :-)
Wracając na camping poznałam dwie dziewczyny z Niemiec, na oko młodziutkie, które też jechały tutaj, i pytały co i jak, gdzie warto pojechać i co zrobić. Sympatyczne bardzo i ładnie mówią po ludzku, więc mentoruję im w wolnym czasie. Zostałyśmy sąsiadkami.
Wspomnę na koniec, że mój warkocz, którego moja Mama żywo niecierpi („A co ty sobie taki warkocz uplotłaś?...”) otwiera tutaj wszystkie drzwi. Machniesz warkoczem: pokażą drogę, przeniosą ciężką torbę, podprowadzą do przystanku.
Idę się rozejrzeć za jakimś winkiem. Jutro dolce far niente w Zingaro, a jeśli zaśpię: Corleone i muzeum mafii. Cieszę się, że jeszcze ze dwie noce tu zostanę i nie muszę na plecach dźwigać dobytku…
5.09
Winko wczoraj znalazło się że tak powiem z przyległościami. Ponieważ kupić już się nigdzie nie dało i musiałam w związku z tym wyglądać na nader smutną, zaprosiła mnie do swojej butelki para Włochów z Bergamo. Ona – artystka malarka i nauczycielka sztuki, on – finansista z dużej firmy (chociaż biorąc pod uwagę tatuaż pod pachą, kolczyk w sutku i w uchu środkowym – nie zgadłabym). Podróżują Vespą (!) w każde wakacje od kilku lat po Włoszech. Wcześniej zwiedzili –mniej kontrowersyjnymi środkami transportu- Azję i dużą część Europy. Tematów nam nie brakowało, skończyło się na polityce, i bardzo prosili mówić wszystkim, że nie całe Włochy kochają Berlusconiego. To mówię ;-) Noc głęboka nas zastała przy tym winku…
A dzisiaj? Takie dolce far niente to ja pierdziu. Wstałam po siódmej (sic!), żeby się załapać na pociąg do Castellammare di Golfo. Dotąd wszystko ok. Niestety, stacja okazała się być w odległości 3 km od miasta. I wiecie co? W niedzielę to te trzy kiloski sobie można tylko na nóżkach przedreptać. No to poszłam. Jakby nie cholerny upał – bo zrobiło się południe – i brak drzew oraz fakt, że droga malowniczo pięła się pod górę, może bym i nie szła godzinę. Dopadłam centrum, tam supermarketu, kupiłam wino, wodę i jakąś sałatkę oraz wyjątkowo ohydne bułeczki, zlokalizowałam przystanek i już chwilę później wieziono mnie do rezerwatu Zingaro. No ok, jak to mawiał mój Synek Chrzestny oseskiem będąc: przyroda bardzo zgrabna, ale znowu trzeba daleko iść, góry doły i kamienie, a plaża ładna, chociaż kamienista, i niestety zatłoczona. Mogłam po prawdzie iść na następną (takie zatoczki ciągną się przez 7 kilometrów), ale zwyczajnie mi się nie chciało. Zajęłam upatrzoną pozycję pod wiszącą skałą (bo w tym wieku normalne kobiety już nie siedzą na słońcu, hihi), wyjęłam winko, popływałam, poczytałam…
Jedynym ciekawym wydarzeniem była scena, która wyraźnie mi przypomniała dlaczego nie ciągnie mnie do posiadania potomstwa, a gdyby się takowe (tfu tfu) trafiło, dlaczego do czasu, kiedy będzie zdolne pojechać samo na obóz, będzie spędzało wakacje z Dziadkiem na Mazurach. Otóż przyszła rodzinka. Ledwo się rozłożyli, gnojek lat na oko sześć oświadczył, że mu się to morze nie podoba i zażądał odwrotu. Kiedy został wyśmiany z tym pomysłem, zrobił taką scenę pt „będę-darł-mordę-póki-nie-ochrypnę”, że mucha nie siada. Wrzeszczał tak, że zaczął mu się odruch wymiotny. Rodzice nic. Dopiero jak zaczął w ojca rzucać kamykami, to dostał najpierw dwa razy z plaskacza w rozdarty pysk, a potem w tyłek aż echo poszło. To go trochę otrzeźwiło, i dalsze pół godziny tylko relatywnie cicho zawodził pod nosem.
A dla mnie ubaw przez duże ba zaczął się dopiero przy powrocie. Jak już dotaszczyłam się do przystanku, uświadomiłam sobie, że autobus dowiezie mnie znowu do centrum, i to tak późno, że na pewno piechotą na pociąg nie zdążę. Nigdy ale to NIGDY nie jeżdżę autostopem, ale –jak to mówią – desperate times call for desperate measures. Obejrzałam kto na parkingu wsiada do samochodu, wytypowałam parę, która wyglądała przyzwoicie, okazało się – Anglików, i zapytałam grzecznie, czy by mnie kawałek nie podrzucili. Podrzuciliby, ale jechali tylko do Scopello, czyli jedną trzecią drogi. Dobre i to. Stamtąd ruszyłam dziarsko dalej, licząc, że ktoś jeszcze się znajdzie. Nie machałam na: mężczyzn samotnych, bez względu na wiek, mężczyzn z innymi mężczyznami, samochody z przyciemnianymi szybami, samochody z muzyką na full, samochody warte na oko mniej niż to, co miałam ze sobą. Zostały mi więc rodzinki z dziećmi w przyzwoitych samochodach, a takie niestety niechętnie zbierają autostopowiczki z szałem w oku w środku pola. Los chciał, że jedna pani się zlitowała. Jechała z synkiem i chyba szkoda się jej mnie zrobiło, bo najpierw mnie minęła, a potem zawróciła i zaoferowała podwózkę do centrum. Podziękowałam wylewnie i znalazłam się szybko w punkcie, do którego poprzednio doszłam. Trzy kilometry od stacji, godzina do pociągu. Wykonalne, ale zmęczona byłam jak pies. Szłam i machałam dalej, a moje standardy i wymagania spadały co sto metrów, proporcjonalnie do wylanego potu. Kilometr z hakiem do celu było mi wszystko jedno. W końcu podwiózł mnie człowiek, któremu dobrze z oczu patrzyło i znalazłam się na stacji.
Koniec kłopotów? Ależ skąd. Ponieważ jest domenica to wszystko jest chiuso (patrz: blog z zeszłej niedzieli). Stacja też. Pytam w barze, gdzie mogę kupić bilety. W centrum. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. W końcu zrezygnowana postanowiłam spróbować kupić bilety u konduktora, co udało się po uiszczeniu kary umownej za „niemaniebiletu” w wysokości trzech euro, dwudziestu centów. Pociąg szybciutko dojechał do Palermo, może to zasługa opowiadania, które czytałam po drodze, może krótkiej drzemki. McDonald’s na stacji okazał się pokusą nie do odparcia. Po il Big Mac czas uderzyć do autobusu 101, który jeździ co pięć minut. Ale jest domenica… czekałam godzinę. Przez cały czas zastanawiałam się, ile będę czekać na 628, które zwykle jeździ co 40 minut, ale na szczęście już stało na stacji Stadion jak dojechałam.
Tak oto kilkugodzinny pobyt w Zingaro kosztował mnie 16 godzin od wyjścia do powrotu. Warto było, ale zmęczona jestem.
Jutro może Corleone, chociaż sąsiadki kuszą dniem na plaży. Zobaczymy, o której się obudzę. Jutro: budzikom śmierć!
6.09
Dzień lenia. Blogo-lenia też, więc będzie krótko. Razem z Lori i Niką pojechałyśmy na plażę w Mondello, poplażowałyśmy i wróciłyśmy na camping. Trochę to zajęło, bo na autobusy długo się czeka poza miastem. No i kanary nas złapały (jak raz w życiu jechałam bez biletu), ale pomrugałyśmy i pouśmiechałyśmy się i się rozeszło po kościach. Dziewczyny ruszyły do miasta na zakupy, wieczorem spotkamy się na fajnej kolacji.
Czyli to tak normalni ludzie spędzają wakacje?... Hmmm. Niby fajnie, ale… więcej niż dzień tak bym nie wytrzymała. Jutro w drogę!
7.09
Palermo → Taormina
Jestem w niebie. Ale dotarłam tu przez takie piekło, że Dante swoje opowiastki może dzieciom na dobranoc czytać…
Wstałam rano, pogadałam chwilę z dziewczynami (Przy okazji: wczorajsza kolacja cudnie, znalazłyśmy najlepszą knajpę w okolicznych wsiach, skakało koło nas trzech kelnerów i jeden przypadkowy Włoch, który mówił po angielsku i tłumaczył, co jest w karcie; w drodze powrotnej miałyśmy rwanie u czterech Włochów, średnia wieku dużo za niska, Lori koniecznie chciała jechać z nimi stopem, ale zaprotestowałam, więc wydęła usteczka i umówiła się z nimi na dzisiaj; obiecali kupić canoli…), zwinęłam namiot, po drodze na straganie kupiłyśmy owoce (kto widział stragan z numerkami jak na poczcie? Ja!), złapałam autobus i dojechałam do Palermo. Do pociągu za dużo czasu, poszłam się zorientować w autobusach. O, lepiej. Kupiłam bilet, wychyliłam kawusię z mleczkiem, rozsiadłam się wygodnie. Kilka odcineczków mojego serialu dalej wysiadłam w Messinie.
Autobusu na następny odcinek trasy w najbliższym czasie niet. Knajpy jakiejkolwiek niet, a w końcu nie samymi bananami ze straganu człowiek żyje. Kupiłam loda, westchnęłam głęboko i czekałam na pociąg, podejrzewam ten sam, na który nie miałam cierpliwości czekać w Palermo… Zaszalałam, dopłaciłam dwa euro i kupiłam sobie miejscówkę w Intercity a nie treno regionale, żeby zaoszczędzić dwadzieścia minut: dziesięć na samej trasie, dziesięć na wcześniejszym odjeździe.
Pociąg miał opóźnienie, więc inwestycja to była wątpliwa, ale poznałam uroczą parę młodych ludzi z Waszyngtonu, którzy jeżdżą przez trzy tygodnie po Europie. Jeżdżą, nie zwiedzają, bo plan mają tak napięty, że w zasadzie nie ma kiedy wysiąść z pociągu. Ale za to przez okno ze sześć krajów zobaczą!
Bardzo ubawiła mnie starsza Włoszka, tak zafascynowana tym, że ja mam taki malutki komputer, i na tym komputerze widać jakąś telewizję, że oparła się o mnie i bez skrępowania cały odcinek na niemo (miałam słuchawki w uszach) obejrzała.
Taormina. Stacja Taormina – Giardini, bo ona trochę jest w miejscowości Giardini-Nexos, do samej Tao trzeba się piąć kilometrami, na szczęście autobusem. Widzę parę z plecakami, podchodzę zapytać, czy mają jakiś camping na oku. On ani w ząb po angielsku, ona tak. Niemcy. Wyjmują GPSa i pokazują gdzie są najbliższe campingi. Wojnę, cholera, przegrali, a gadżety zawsze mają najfajniejsze… Planujemy jechać razem, ale wszyscy kierowcy po drodze mówią, że oni nie do campingu. Ja w końcu decyduję się pojechać do miasta, bo mi kiszki marsza grają, a w mieście jest biuro informacji turystycznej, to na pewno coś mi podpowiedzą.
Od przystanku do centrum w górę, ale nie narzekam, bo Taormina cudowna. Te zakątki, te zaułki, placyki, sklepiki… ach! Już planuję jutrzejsze zakupy. Biuro jest. Jakaś pani łapie mnie przed wejściem, proponuje kwaterę za €35, ale mówię pewnie, że ja na camping, wchodzę do biura. Miła pani daje mi mapkę, mówi, że camping jest w Giardini-Naxos, pokazuje którym autobusem jechać, nawet rozkład dostałam.
Jem po drodze lokalne, domowe kluseczki z bazylią (z odpowiednią porcją wina oczywiście), wsiadam w autobus, dojeżdżam do stacji przeznaczenia. Campingu nie widać. Pytam więc, kierują mnie wszyscy mniej więcej w tę samą stronę. Ramiona zaczynają mnie boleć po jakichś dwóch kilometrach, nogi po trzech. Miasto się dawno skończyło, ale ulica ruchliwa i oświetlona, więc czuję się bezpiecznie i idę. W końcu jest strzałka: Alkantara. Po drodze supermarket, kupuję kanapkę i sok na śniadanie, winko na wieczór. Idę. Idę. Idę i idę. W końcu: jest. Po godzinie drogi, dziesięciu w podróży: jest. ALKANTARA. Wchodzę do recepcji, a pani mówi mi, że owszem, Alkantara, ale campingiem to oni nie są od pięciu lat, teraz to luksusowe bungalowy.
I w tym momencie najzwyczajniej i po prostu się poryczałam.
Dziewczyna chciała pomóc, jak umiała, ale nawet po trzeciej zaproponowanej zniżce nie miało sensu zostawanie tam. Cena jak w mieście, a bardzo daleko. Pytam o autobusy, nadal chlipiąc. Pani mówi, że są, oczywiście kilometr z powrotem trzeba zaiwaniać, ale dostaję rozkład, nie poddaję się, idę. Czekam pod hotelem na przystanku. Pierwsza godzina z rozkładu – nic. Druga – nic. Zabawiam się słuchając dwóch par, Amerykanie i Duńczycy, opowiadają o swoich przygodach na Sycylii. Dunka przeżywa, że tak fajnie, bo im się mały wybuch na Etnie trafił. W końcu sobie poszli, autobusu nie ma. Pytam w recepcji, mówią, że będzie. 22.40, jeszcze pół godziny. Wyjeżdża od nich autokar, pytam kierowcy, czy nie jedzie do Taorminy. Mówi, że nie, ale oferuje się mnie podrzucić na stację w Nexos. Dobre i to, tam lepiej się czeka. Rozglądam się jeszcze, czy nie ma jakiegoś B&B, wiem już, że za nocleg będzie trzeba drogo zapłacić, ustalam sobie pułap na €50-70. Nic nie ma. Wsiadam w pusty autobus, dojeżdżam z powrotem do Taorminy. Jest już po jedenastej, padam na pysk, koncepcji żadnej nie mam. Pytam taksówkarza o hostel. A no jest, 3 km dalej, z czego dwa pod górę, przejazd €15. Po moim trupie. Pnę się do miasta.
Pierwszy mijam hotel jednogwiazdkowy. Nie wiedziałam, że takie mają. Mimo, że dzwonię długo dzwonkiem, nikt nie otwiera. To nie. Idę dalej, jest pensione. W środku dziwny wystrój, pachnie stęchlizną. Mieliby nawet pokój, czemu nie, za €116. Pokazuję na plecak i grzecznie pytam, czy to wygląda na mój zasięg cenowy. Pan się uśmiecha, ale poleca pokoje kawałek dalej po prawej stronie.
Szyld się nie pali, ale w środku ktoś jest. Na dole restauracja, już pusta, ale recepcja jak w hotelu, więc pytam, już nawet nie siląc się na Włoski, czy by była jedynka i za ile.
I tu horror się kończy. Zważywszy na porę, pani oferuje mi pokój za €25, mam ochotę ją wyściskać. Nie jest to może Hilton, ale dla mnie najcudowniejsze miejsce świata. Czysto mniej więcej, do centrum trzy minuty, do autobusu pięć. Moja własna łazienka, prysznic z ciepłą wodą, łóżko z białą, nakrochmaloną pościelą. Kontakt, więc mogę naładować laptopa i do woli wieczorem oglądać filmy. Biorę prysznic, owijam się białym, pachnącym ręcznikiem. Nalewam winko i siadam do bloga. I znowu życie jest piękne!
Ale jak ja jutro dojdę do tego biura DEZinformacji turystycznej, jak ja im, motyla noga, powiem, co ja o nich sądzę, to im kapcie pospadają!!!
8.09
Wyspana i szczęśliwa pojechałam rano w kierunku Etny. Nadal nie wiem, czy mam głęboką potrzebę ładowania się na górę i oglądania kraterów, bo po wspinaczce na Wezuwiusza parę lat temu mam poczucie, że krater jest krater, a i krajobraz wulkaniczny niczym mnie nie zaskoczy.
Z pewnością ciągnęło mnie jednak bliżej góry, więc podjechałam autobusem do Giarre, a stamtąd uroczym małym pociągiem wybrałam się na wycieczkę. Linea Circumetnea jak sama nazwa wskazuje okrąża wulkan, jadąc po obrzeżach parku narodowego. Sam pociąg to jeden nieduży wagon, można wejść do szoferki i posiedzieć obok kierowcy, co z szerokim uśmiechem i szeroko otwartym obiektywem zrobiłam. Trasa ciągnie się przez pola winorośli i oliwek, lasy, wreszcie surowy krajobraz wulkaniczny. A nad wszystkim góruje masyw Etny, wypuszczając złowrogi dym.
Po sjeście wyruszyłam na podbój Taorminy. Pierwszy cel: teatr grecki. Cena wstępu mocno z sufitu, więc dałam sobie spokój. Po pierwsze, jeszcze przede mną dwa takie teatry w okolicy, po drugie, odkąd słono zapłaciłam za wstęp do rzymskiego Koloseum (pieniądze i czas w kolejce), jestem bardzo ostrożniutka w płaceniu za wstęp do niczego… ;-)))
Dalej zaułkami poszłam w dół zbocza, natknęłam się niespodziewanie na piękny park. Potem punkt widokowy i powrót do miasta. Spacer Corso Umberto, wieża zegarowa, katedra. Bajka. Po drodze szukałam miejsca na obiad, powoli mi pasta uszami wychodzi, więc moje oko przyciągały kotlety i pieczenie. To już ten etap, że schabowego mojej Mamy (zwłaszcza tego z przepisu Nigelli Lawson) zjadłabym najchętniej. Natknęłam się na supermarket, kupiłam produkty na jak najbardziej polskie śniadanie, i słoik korniszonów, spod których teraz już dno wygląda…. W końcu zdecydowałam się na calamari w knajpeczce, gdzie na żywo jeden pan śpiewał a drugi grał największe włoskie przeboje.
A propos przeboje. Przy samym wejściu do miasta jest sklep, w którym grają motyw przewodni z Ojca chrzestnego. Za pierwszym razem robi to wielkie wrażenie. Za dziesiątym człowiek się zastanawia, czy obsłudze ta melodia po nocy się nie śni…
Jutro muszę opuścić mój piękny pensjonat, gdzie prąd i ciepła woda płyną tylko dla mnie. Następny przystanek: Katania. I znowu plecak na barki… ale póki co, wykrochmalone łożeczko i film. Dobranoc!
9.09
Taormina → Katania
Porzuciłam mój słodki pensjonat i autobusem przyjechałam do Katanii. Biuro informacji turystycznej zaznaczone na mapie oczywiście nie istnieje, ale miły pan w kiosku wyjaśnił mi, jak dojechać na camping.
Autobus miejski zatoczył duże koło przez centrum, miałam więc okazję zapoznać się z miastem. Brakiem urody dorównuje chyba tylko Olbii. Slumsy, odrapane budynki, brud i bieda. Kiedy skończyło się miasto, zrobiło się ładniej. Camping jest nad samiusieńkim morzem, ale zamiast plaży tylko wulkaniczne głazy, a i kolor morza Jońskiego jakoś nie zachęca do kąpieli.
Rozstawiając namiot pomyślałam, że na dobre połknęłam bakcyla biwakowania, muszę organizować tak więcej wakacji. Ludzie są mili dla siebie, pomogą, uśmiechną się, porozmawiają. Jaki to kontrast do tych bezosobowych hoteli-molochów gdzie ludzie za duże pieniądze i z niezrozumiałych względów siedzą po dwa tygodnie, i nie znają nawet sąsiadów z pokoju obok!
Podłoże na campingu ani miękkie, ani twarde, trochę żwiru na ubitej ziemi. Pożyczyłam od Niemców z przyczepy obok młotek, żeby wbić śledzie. Zaznaczyli, żeby nie używać do morderstw, chyba mi źle z oczu patrzy… ;-))) Boję się tylko, że spanie tutaj będzie w stylu księżniczki na ziarnku grochu, bo moja cieniutka karimata chyba tych kamieni nie zniweluje. No nic, i tak jestem cała w siniakach po podróży, kilka więcej nie zrobi jakiejś kolosalnej różnicy…
10.09
Wczoraj po długich poszukiwaniach udało mi się odkryć ładne strony Katanii. Jest Via Etnea, z której przy dobrej pogodzie widać wulkan, jest ładna katedra, piękny teatr. Fasady domów mają pięknie zdobione portale, tylko wszystko jest jakby przykurzone, dotknięte zębem czasu, a i fakt, że większość budowli jest z kamienia wulkanicznego nie dodaje miastu uroku.
W drodze powrotnej z miasta jechałam autobusem, dziękując Bogu, że jestem wysoka a okno jest otwarte. Jechał człowiek, który tak potwornie –nie ma innego słowa- śmierdział, że aż nie wiarygodne, że można się doprowadzić do takiego stanu… Razem ze mną na przystanku wysiadła para Niemców, Tom i Sonia, mieszkają na tym samym campingu. Powiedzieli, że poprzedniego dnia też mieli „przyjemność” wracać z tym panem… Ohyda.
Noc upłynęła burzowo, błyskało się i lało tak, że nalało się do namiotu, więc o czwartej rano podkładałam brudne ręczniki pod wejście. Ale nic to. Kocham burze i bardzo się nimi cieszę, co jest dla mnie rzadką przyjemnością, bo w domu martwię się o Skipka, który bardzo się boi, a że ma słabe serduszko zawsze mam czarne myśli. Tutaj wolność. Mogę rozkoszować się grzmotami, błyskawicami… Tylko ta woda w namiocie na minus.
Po przeżyciach nocnych nie wstałam na Etnę. Dospałam do 10.00 i postanowiłam odwiedzić Syrakuzy.
Katania → Syrakuzy
Autobus jedzie koło dwóch godzin. Na uszach mam muzykę, głównie Katy Perry (tacky, I know), chyba muszę iść na koncert 5 października…. ;-) Dojeżdżam na miejsce, ale nie jest ładnie. Wiem, że do zwiedzenia mam dzielnicę Ortygia i Neopolis, wykopaliska archeologiczne.
Nie mogę kupić biletu na autobus, ruszam piechotą za znakiem Ortygia. Po kilkunastu minutach widzę mosty – Ortygia jest w zasadzie wyspą – więc zadowolona idę dalej. Ruiny świątyni Apolla, główna ulica i plac, ładne, ale nie zachwyca. Nagle – katedra. Biała budowla jakby z innego miasta, na pięknym placu, majestatyczna i wielka. Siadam w kafejce, zamawiam kawusię i tiramisu (nota bene, chyba najgorsze, jakie jadłam w życiu… a tyle czekałam…). Po przerwie wchodzę do środka. I znowu zaskoczenie. Katedra jest bardzo surowa, poza zdobionym ołtarzem reszta to surowe mury, doryckie kolumny dawnej świątyni Ateny zostały wkomponowane w chrześcijańską budowlę. Piękne.
Robię kilka zdjęć i wychodzę, idę w stronę morza do źródła słodkiej wody, które przyciągnęło pierwszych osadników. Jest malowniczy taras widokowy, w tle zamek. Kolejne zdjęcia. Spada kropla deszczu, ale przy tym upale to tylko ulga, więc idę dalej, kierując się w stronę mostu. Kropla, kropla, kropla, sto kropel. Rozpętała się prawdziwa ulewa! Dopadam zamkniętego stoiska z pamiątkami, siadam po turecku na ladzie i prawie godzinę czekam, aż się rozpogodzi, fotografuję deszcz. Strugi lecą z nieba, pioruny walą, wybijają studzienki i po chwili tam, gdzie była ulica, płynie wartka rzeka. Znikąd pojawiają się sprzedawcy parasoli. Uśmiecham się, ale nie kupuję, nie spieszę się, przeczekam.
Kiedy wychodzi słońce idę do Neopolis. Źle skręcam, ląduję na stacji kolejowej. Pan ze sklepu tłumaczy mi drogę, mówi, że jest autobus. To tylko dwa kilometry, a na autobus trzeba czekać 20 minut. Decyduję iść piechotą.
Wiem, że za wstęp trzeba będzie słono zapłacić, ale może warto? Kupując bilet natykam się na Niemców, których poznałam w Circumetnea. Śmiejemy się, że mamy ten sam program wycieczki.
Wchodzę do Amfiteatro Romano. Nic szczególnego, ale idę dalej i zaraz zachwyca mnie Teatro Greco, pięknie zachowany, rzędy ław, scena na środku. Został na jakimś etapie zaadaptowany do walk gladiatorów, prawie słychać szczęk oręża.
I nagle, znikąd, z błękitnego nieba, ulewa. Ze śmiechem zakrywam się mapą i pędzę pod najbliższy dach. Na szczęście nie trwa długo, więc zaraz mogę popędzić do Ucha Dionizosa, jaskini nazwanej tak przez Caravaggia ze względu na niesamowitą akustykę. Po drodze kamieniołomy, wszystko w pięknym parku. Już nie żałuję opłaty za wstęp.
Spokojnie idę na ostatni autobus. Jestem wcześniej, więc chcę sprawdzić pociąg, ale o 17 ani 18 nic z tej stacji nie odjeżdża… To tak, żeby dać Wam wyobrażenie o wielkości i znaczeniu Syrakuz. Skorzystam z toalety, myślę. A tu niespodzianka. Drzwi przepasane grubym łańcuchem i zamknięte na wielką kłódkę. Ledwo pod nimi staję, pojawia się nie babcia klozetowa, a wielki ochroniarz, i mówi, że za wstęp 50 centów. Godzę się i zostaję wpuszczona do środka. A jakiż to jest środek! Papier toaletowy, mydło, ręczniki do rąk, i odświeżacze powietrza powpuszczane w kontakty. Europa, nie Sycylia! :-)
Syrakuzy → Katania
Droga powrotna upływa w wielkim zimnie, bo klima włączona, a ja mokra od deszczu, ale dojeżdżam do celu, bez pana Śmierdziusińskiego tym razem. Ledwo podchodzę do namiotu, a pojawia się Tom i mówi, że zostało im penne z gorgonzolą i jeśli jestem głodna, to zapraszają. Nic nie jadłam, więc biorę wino i idę w gości. Gadamy półtorej godziny. Sonia zostaje tu na pół roku na Erazmusie, właśnie znalazła mieszkanie, mają z Tomem jeszcze 10 dni wakacji do rozłąki. Też ich w nocy zalało, dzisiaj zostali i suszyli, co się da. Porównujemy święta niemieckie i polskie, rozmawiamy o Sycylii. Jeśli jutro nie wstanę na Etnę, pójdę z nimi na targ w Katanii.
Ostatni dzień przede mną. Jak go spędzić najlepiej?
11.09
Katania → Etna → Katania
A na dobranoc, drogie dzieci, opowiem Wam jak za €50 można sobie odmrozić tyłek na Sycylii w środku lata…
Żeby poznać bliżej Panią Etnę trzeba wstać o świcie. Jest dobre połączenie z Katanii do Rifuggio Sapienza, co –jeśli uważnie czytacie- oznacza, że jest jeden autobus dziennie tam i jeden z powrotem.
Nastawiłam budzik na 6.40, ale -z nerwów chyba- obudziłam się o szóstej. Wzięłam prysznic, spakowałam się, co na oko wydawało mi się, że zabrało kwadrans, ale jak spojrzałam na zegarek okazało się, że dochodzi siódma, więc rzuciłam się biegiem do przystanku. Wyjście przez parking było o tej porze jeszcze zamknięte, zdenerwowałam się, bo do portu do przystanku droga jest znacznie dłuższa. Dostałam takiego szwungu, że na placu pod dworcem, skąd odjeżdżał autokar na Etnę byłam 45 minut przed czasem. Nagrodą za bycie rannym ptaszkiem był widok wschodu słońca na morzu, odbijającego się od rybackich kutrów.
Autokar jedzie na Etnę na wysokość 1900 m. Różnica temperatur wydała mi się, głupiej, ekstremalna. Stamtąd jest droga kolejka linowa na 2500 m, a dalej podróż jeppo-autobusami na 2920, najwyższy bezpieczny punkt.
Odżałowałam na bilet na kolejkę, wjechałam na górę. Z otwartymi ustami patrzyłam na czarne zbocza wulkanu pode mną, usiane żółtymi kwiatami. Po chwili wagonik wjechał w mgłę i zrobiło się trochę jak w filmie Kubricka (kto pamięta labirynt z Lśnienia?). Kiedy otworzyły się drzwiczki, fraza „ekstremalna różnica temperatur” nabrała nowego wymiaru. W menu było co następuje: zamieć, deszcz, grad, wiatr, śnieg. Rtęć termometrów oscylowała na poziomie zera. Przeprosiłam się z wypożyczalnią kurtek, którą minęłam pogardliwie po drodze, za dwa euracze wypożyczyłam nieprzemakalny płaszczyk, starając się nie myśleć, ile osób w nim chodziło…
A tu niespodzianka. Busy nie jeżdżą, zbyt kiepska pogoda…. Otworzyłam książkę i czekam, może się poprawi. Nie wiem na podstawie czego, ale po godzinie załadowano nas jednak do pojazdów. Pogoda, że psa by nie wygonił. Regularna śnieżyca. Wrażenie niesamowite, czarne polawowe tereny z płatami śniegu. Wychodzimy na górze zrobić zdjęcia, ledwo widać czubek nosa, o kraterach nie ma co marzyć, aparaty toną w ulewie. Podobne zdjęcia jak z dzisiaj mam z zimowego wypadu na narty, z tym, że tam było cieplej… ;-))) W drodze powrotnej kierowca zbiera tych mądrych, co się wybrali na trekking po Etnie. Wsiadają, wyglądają jak kupka nieszczęścia, woda cieknie im ze wszystkiego. Przy takiej pogodzie w pięć minut przesiąka wszystko.
Wracamy na 2500. Mam mnóstwo czasu, więc siadam z książką w barze, mokrzusieńka, zziębnięta. Próbuję suszyć się suszarką do rąk w toalecie, ale cholerstwo nie chce współpracować. Trzęsę się więc tak jak barani ogon nad ciepłą kawą i przyniesionymi kanapkami. Zagaduje mnie para Anglików. Rozmowni, że im przerwać nie można, widać sobie nawzajem nie mają nic już do powiedzenia :-) Trzymają mnie tak ze czterdzieści minut, nawet nie byłaby ta rozmowa męcząca gdyby nie to, że oboje mówią z pełną buzią, pokazując przeżute jedzenie między nie-bardzo-hollywoodzkimi zębami… bleeee…..
Koło drugiej daję sobie spokój z czekaniem, aż się rozpogodzi, zjeżdżam na 1900. W wagoniku z żółtego plexi we mgle mam wrażenie, że ktoś mnie włożył w akwarium do oceanu i oglądam jego dno. Jestem w wagoniku sama, to potęguje wrażenie. Im niżej, tym więcej kwiatów i płożących się krzewów na czarnej zastygłej lawie.
A na dole – pięknie! Słońce i ze dwanaście stopni co najmniej! Idę na spacer do krateru, robię zdjęcia, zachwyca mnie panorama całej Sycylii u stóp. Żadne zdjęcia tego nie oddadzą. Na koniec mała wycieczka po straganach z pamiątkami, bo nawet magnesika sobie nie kupiłam do tej pory. Od kilku dni wiem, że do mojej kolekcji masek chciałabym dodać symbol Sycylii, zwany Trójkątem, twarz, a wokół niej trzy nogi symbolizujące trzy rogi wyspy. Wybieram i przebieram, w końcu widzę ją: moją maskę, z ceramiki, ręcznie malowaną. W przeciwieństwie do innych jest unikalna. Kupuję.
Resztę czasu spędzam kończąc książkę w barze. Zaczyna lać, cieszę się, że tak mi się udało ze spacerem. Autobus przyjeżdża na czas. Ostatni rzut oka na Etnę i znowu siurpryza: od czarnej skały odbija się kolorowy, pełny łuk tęczy. Słowa tego nie opiszą.
Po drodze na camping kupuję winko. Wysiadam też przy porcie, bo zauważyłam już w czwartek, że wieczorem rozstawiają stragany z jedzeniem. Za w sumie cztery i pół euro jem najpierw krokieciki z ziemniaków, potem sałatkę caprese i hot doga z bakłażanem. Najedzona wracam na camping. Płacę dzisiaj, żeby jutro mieć mniej na głowie, a po dojściu do namiotu patrzę na rachunek i chyba chłopak nie doliczył mi jednej nocy. Za to dwie pozostałe wycenili tak słono, że nie wiem, czy im się przyznam… ;-))) Zwłaszcza, że pobieżne podliczenie wydatków i kosztów wykazuje, że do października na obiad kasza ze smalcem ;-)))))
Na koniec dnia siadam na tarasie, ładuję laptopa, piszę bloga i słucham niewiarygodnej ferii fajerwerków. Dzisiaj jest jakieś lokalne święto, jakby dla mnie specjalnie na pożegnanie niebo błyszczy milionem świateł. Tak żegna mnie Sycylia.
A jutro? Plecak na ramiona, samolot przez Rzym do Mediolanu, kolacja, noc na lotnisku i… witaj Warszawo! Mój domek, mój piesek, moje codzienne życie, za którym bardzo już tęsknię… do następnego razu! Następny przystanek: Halloween, Londyn :-)
12.09
Katania → Rzym → Mediolan
Wczorajsze fajerwerki ciągnęły się długo w noc…. Staliśmy z Sonją i Tomem na plaży patrząc na przedstawienie. Nasze światełko do nieba może się schować w kącie i popłakać… Co śmieszniejsze, dzisiaj od rana zaczęli z petardami. To wszystko z okazji święta „Matki Boskiej Whatever” jak to powiedział Tom ;-)
Dzisiaj przy śniadaniu odkryłam, że obok rozbili się Polacy. Właściwie to oni mnie odkryli, i bardzo miło sobie porozmawialiśmy. Potem Sonja namówiła mnie na ostatnią kąpiel w morzu. Zamiast plaży, dziesięć metrów kwadratowych żwiru, ale morze boskie, ciepłe, głębokie, przejrzyste.
Potem szybki prysznic, jeszcze szybsze pakowanie (zmieściło się wszystko, hurrrra!), wyściskaliśmy się z Sonją i Tomem, wymieniliśmy Facebookowymi kontaktami (bo wiecie, ja ich odwiedzę w Niemczech, oni przyjadą do Polski… ) i nie niepokojona przez nikogo podreptałam na autobus. W recepcji był ten sam chłopak, co wczoraj, nie składał reklamacji do rachunku, który sam mi wystawił, więc chyba zapłaciłam za dwie a nie trzy noce. Mimo, że wyraźnie w dwóch językach mówiłam, że wyjeżdżam dzisiaj a przyjechałam w czwartek. Nie zbiednieją może, i tak ta ich cena to rozbój w biały dzień.
Potem nuda: autobus, autobus, lotnisko, przerzucili mnie na wcześniejszy lot, bo wcześnie dotarłam. Kupiłam rodzince trochę lokalnych słodyczy, opchnęłam ostatnie canoli (jeeeez, jakie to pyszniaste jest: krucha niby-rurka z ricottą i pistacjami), potem taki stożek, który wyglądał zachęcająco, a okazało się, że w środku ma ryż, pomidory i bakłażana, chyba usmażone razem, zapanierowane i jeszcze raz podsmażone. Mniam. Tylko jak to się nazywało?... Arancino chyba, albo jakoś podobnie.
W Rzymie nie było widać Rzymu z powietrza, więc się rozczarowałam trochę. Przeszłam po sklepach wolnocłowych, jak już straciłam węch po piętnastych perfumach, usiadłam na cappuccino. Potem tak mnie pochłonął film, że nie zauważyłam zmiany bramki odlotów i mało brakowało, a siedziałabym tam do teraz ;-)
Wysiadłam pod Mediolanem, w Bergamo, okazuje się, że bilety do centrum to towar niemal luksusowy, a kartą nie można zapłacić. Wysypałam pani na ladę resztę mojej gotówki. Prawie się uzbierało, postanowiłyśmy przymknąć oko na różnicę :-) Oczywiście bezpośredniego połączenia Orio – Malpensa Włosi jeszcze nie wymyślili, ale do samolotu mam kilkanaście godzin, więc chętnie skoczyłam przez centrum. Załapię się na kolację.
No i właśnie siedzę w miłej knajpce w klimacie naszego warszawskiego Lemona. Czekam na ostatnią carbonarę, winko, może tiramisu. Jak już będą zamykać, właduję się w autobus na lotnisko i pokoczuję sobie do rana. Nie ma sensu iść do hostelu na pięć godzin. Obejrzę filmy, poczytam książki, może kupię jakieś perfumy. Najważniejsze, że tutaj w restauracji znalazłam kontakt i dyskretnie się podpięłam ;-))) Bo bateria już padała w laptopie, a bez filmów ani rusz!
13.09
Na koniec wycieczki miałam trochę wrażeń. Potrzebuję bankomatu, znajduję go. Coś dziwnego wyświetla się na ekranie, jakby komunikat Windows, ale jakiś pan przede mną korzysta, wyjmuje pieniądze, bez problemu. Wkładam kartę, z ekranu wszystko znika. Trwa to dobre 10 minut. Rozważam opcje: żebrać na ulicy, do rana na pewno uzbieram osiem euro na bilet na lotnisko. Opowiadać każdemu kierowcy po kolei moją łzawą historię, aż któryś zawiezie mnie za darmo. Pójść piechotą, w końcu mam całą noc. Ale nagle karta pojawia się, więc wyciągam ją i idę do innego bankomatu. Uff.
Wracając na stację kupuję bilet w kiosku, idę kilkaset metrów i podaję go kierowcy, który mówi, że ten autobus, na który bilet obowiązuje, to odjechał pół godziny wcześniej, następny jest rano. Do odjazdu trzy minuty, dobry człowiek mówi, że jak się pospieszę i wymienię bilet, to chwilę poczeka. Czyli w ramachpasseggiaty mam bieg z plecakiem do kiosku i z powrotem, na szczęście sprzedawca nie robi problemu ze zwrotem. Udaje się.
Na lotnisku znajduję miły kącik, oglądam filmy, a kiedy nuży mnie sen, przykrywam się śpiworem i ucinam drzemkę. Lotnisko w nocy jest bardzo ciche, nic nie odlatuje, dopiero pasażerowie pierwszych lotów wyrywają mnie ze snu. Mycie zębów i buzi, krem, kawa, śniadanko. Ostatnia runda po sklepach i już siedzę na miejscu 5D lotu do Warszawy…
No to co, może małe podsumowanie? Dni: 15. Kraje: 2. Wyspy: 3 duże, kilka małych. Miasta: 9. Plaże: 6. Rezerwaty przyrody: 2. Campingi: 3 (łącznie 8 nocy). Hostele: 2 (2 noce). Pensjonat: 1 (2 noce). Promy: 2 (z czego jeden całonocny). Luksusowe jachty: 1 rejs, z noclegiem. Wulkan:1. Nowych znajomych: 4. Kilometry: może kiedyś policzę, przynajmniej te zrobione autobusem i pociągiem, bo tych na nóźkach nie zliczy nikt. Wypite wino: hektolitry. Zjedzony makaron i pizza: na najbliższe trzy miesiące basta. Nowych wspomnień: gazylion. Siły do życia: pełne baterie. Nauczki: bierz latarkę, jak jedziesz pod namiot; kup mini-kuchenkę, zaoszczędzisz; jak pytasz o coś w informacji turystycznej, każ im sprawdzić podawane informacje; kup lekkie ręczniki z mikrofibry i plecak dwukomorowy; kup cieplejszy śpiwór; jak jedziesz na 3000 metrów, spodziewaj się śniegu w lecie. Odkrycia dotyczące samej siebie: kilka co najmniej, ale tym się z Wami nie zamierzam dzielić ;-)))))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz